ALEJA KLONÓW (9)

Rano, krótko po przebudzeniu pobiegłem do pobliskiej piekarni kupić świeży, gorący chleb. W sklepiku stała kilkuosobowa kolejka. Dowiedziałem się, że pieczywa jeszcze nie ma i zdecydowałem się powędrować na zaplecze. Zaspany i ociężały przeszedłem niewielkie podwórko i poprzez niedomknięte drzwi wsunąłem się do piekarni, z której dolatywał cudowny zapach pieczonych żytnich bochnów. Już za drzwiami usłyszałem ledwie uchwytne pochrząkiwanie świni biegającej po podwórku, ale uznałem to za ostatni senny omam. Stanąłem w przedsionku, z którego schodami schodziło się do głównego pomieszczenia piekarskiego. Szeroko otwartymi oczyma patrzyłem na pracujących piekarzy i pomocników. Jedni ugniatali na drewnianych stołach ciasto i formowali je w bochny, posypywali makiem i kładli na wąskich deskach zakończonych drągiem, a inni brali tak zaopatrzone podkłady i wsuwali je do pieca. Jeszcze inni wyciągali wypieczone bochenki, układali je na długiej desce, którą co jakiś czas pomocnik piekarski delikatnie zarzucał na ramię i przenosił przez podwórze do sklepiku. Zapach pieczonego chleba wypełniał szczelnie każdą szczelinę tego rozległego pomieszczenia i nieodmiennie przywoływał myśl o jedzeniu. Przełykałem mimo woli ślinę i jadłem w myślach gorący, chrupiący chleb.

– Uciekaj stąd, bo cię wsadzę do pieca – zawołał z dołu przysadzisty piekarz i pogroził mi ręką upapraną w cieście.

Pomyślałem, że to żart, uśmiechnąłem się, wsadziłem wskazujący palec do buzi i patrzyłem dalej. Nagle inny piekarz uformował w dłoniach niewielką kulkę z ciasta i lekko rzucił nią we mnie. Kulka rozbiła się na ścianie nieopodal mojej głowy. Śmiertelnie przerażony wybiegłem z piekarni wprost pod nogi świni, którą zwabił pod drzwi zapach pieczonego chleba. Krzyknąłem w przestrachu i zacząłem rozpaczliwie płakać. Świnia zlękła się nie mniej ode mnie i odbiegła z kwikiem na drugi koniec podwórka. Jeszcze szlochający, ze łzami w oczach i na policzkach wszedłem do sklepu.

– A ty czego ryczysz? – zapytała sprzedająca chleb żona piekarza.

– Ciasto… świnie… uciekła – szlochałem bez składu.

– Ugryzła cię świnia? – pytała dalej piekarzowa.

– Nie, świnia… – nie mogłem wydusić z siebie innych słów.

– Wystraszyła go świnka na podwórku – ze śmiechem powiedziała jakaś kobieta w kolejce.

– Nie płacz, nie płacz… co chciałeś…? – spytała piekarzowa.

– Chleb… chleb… – wydukałem.

Gruba kobieta sięgnęła z górnej półki pięknie wypieczony, gorący jeszcze bochenek, wzięła ode mnie pieniądze, pogłaskała mnie po główce i odwróciła się do pierwszej osoby w kolejce.

Biegłem do domu jak na skrzydłach. W dali nad gałęziami klonów widziałem stada ogromnych ptaków lecących w stronę czerwieniejącego na wschodzie nieba. Zatrzymałem się na chwilę i przyglądałem się czarnym strzępom pomiędzy lampionami  klonowej jemioły, przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę. W domu mama ukroiła mi pajdę gorącego jeszcze chleba i posmarowała solonym masłem. Jadłem, a roztopione masło ściekało mi po brodzie. Myślałem o zamordowanej świni, o czarnych ptakach, bochnach chleba wsuwanych do pieca w piekarni i o niebie czerwieniejącym łagodnie na wschodzie. Myślałem o tym wszystkim i łączyłem w świadomości ze smakiem solonego masła. Zjadłem szybko pierwszy kawałek i poprosiłem o następny. Mama przygotowała mi też kakao, które wypiłem powoli, jakby to był najwspanialszy napój świata. Później przez całe moje życie śniadanie to stało się dla mnie samą istotą smaku, czymś tak nieziemsko wspaniałym, ze aż trudnym do wyobrażenia, wracającym wiele razy w myślach i snach. To chyba sól tak bardzo mi smakowała i to cukier, rozpuszczony w mleku, był tym nieziemskim odczuciem. Dzień minął szybko i położyłem się spać. Usnąłem prawie natychmiast. Jeszcze tylko w mojej świadomości zamajaczył jeden czarny ptak, usłyszałem jakieś wysokie dźwięki, a na języku zaiskrzyły się receptory smakowe dając wrażenie rozpuszczającego się kryształka soli i rozpłynąłem się w niebycie.

Momentalnie stanąłem na brzegu czarnego korytarza, czując, że w mroku czai się nienawistne, upostaciowane zło. Mój wzrok zaczął przyzwyczajać się do ciemności i po chwili zobaczyłem monstrualnego gawrona, znacznie większego od mojego psa. Miał głowę zakonnicy w czarnym welonie i czerwone łapy warana zamiast skrzydeł, uśmiechał się lubieżnie i wskazywał wzrokiem ciemność. Przemogłem się i wkroczyłem do korytarza, idąc wolniutko i trzymając się ściany, aż dotarłem do miejsca, gdzie zaczynało się odgałęzienie, prowadzące na strych. Tutaj, oparty o poręcz stał żołnierz piechoty w mundurze jak na portretach dziadka i w dziwacznym, płaskim hełmie. Zamiast prawej nogi miał węża, wijącego się wokół własnej osi i syczącego przeraźliwie, a do tego wpatrującego się żółtymi ślepiami we mnie. Gdy wysunąłem się zza załomu, piechur zasalutował jakby zobaczył samego generała, a mieniący się kolorami tęczy gad zastygł w bezruchu, wysuwając tylko co chwilę rozwidlony język, jakby zaraz szykował się do ataku. Odgarnąłem ręką tę wizję, tak jakbym odsuwał kolejną, grubą kotarę i zacząłem powoli wchodzić po schodach na piętro. Gdy byłem w połowie drogi i mogłem już sondować dalszą część pomieszczenia ze stopniami, zobaczyłem, że u wejścia na strych stoi do mnie tyłem jakaś postać w czerwonym ornacie. Serce waliło mi jak młotem, ale wspinałem się coraz wyżej i wkrótce stanąłem o dwa metry od drzwi i kapłana, nie zwracającego na mnie uwagi. Nie wiedziałem co robić, bo tej postaci przeraziłem się najbardziej. Wreszcie mężczyzna drgnął i odwrócił się do mnie, prezentując zamiast brzucha ruchome wnętrzności, w których kłębiło się czarne robactwo, jaszczurki i niewielkie żmije. Uniosłem głowę ku górze, a rozmazana twarz zaczęła się wyostrzać, nad czołem powoli potężniała wielka mitra z koszyka, ze znakiem odwróconego krzyża. Miał teraz w prawej dłoni długi kij zakończony płaską łychą, podobny do tych jakie widziałem w piekarni, ale na końcu, zamiast chlebów, tkwiły i nie spadały na dół, dwie srebrzyste, śnięte ryby. Wreszcie wyodrębniłem twarz z mroku, zobaczyłem lśniące oczy, ten sam podbródek i nos i przerażony, zdruzgotany, z krzykiem nieludzkim rzuciłem się do ucieczki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: