KULTURYSTYKA

Na jednym z portali kulturystycznych znalazłem link do mojej biografii, prezentowanej w Wikipedii. Ktoś doszukał się w moim dzienniku, że ćwiczyłem kiedyś kulturystykę i zamieścił stosowny odnośnik. Zobligowało mnie to do napisania szerszego wspomnienia o tamtych czasach, tym bardziej, że wszystko doskonale pamiętam, jakby wydarzyło się przed chwilą. A zaczęło się od fascynacji wspaniale umięśnionymi kolegami ze starszych klas szkoły średniej, którzy chodzili w obcisłych koszulkach i prezentowali z dumą rozbudowaną muskulaturę. Dałem się im namówić i poszedłem na pierwszy trening, który był dla mnie szokiem i zmotywował mnie do regularnych ćwiczeń. Uchodziłem na podwórku za chłopaka bardzo silnego i znakomicie radziłem sobie w różnych grupach, bandach, a szczytem wszystkiego było moje przywództwo w jednej z nich. Wtedy poszliśmy dużą paką do jednej ze szkół podstawowych, umiejscowionej na Wzgórzu Wolności, gdzie pan Paszket prowadził sekcję. Byłem bardzo pewny siebie i położyłem się na ławeczce z przekonaniem, że dygnę jakiś ogromny ciężar. Mina mi zrzedła, gdy na rozgrzewkę dano mi samą sztangę i wydała mi się ona bardzo ciężka, a to przecież było zaledwie dwadzieścia kilogramów. Potem dołożono dwa wielkie stalowe koła po bokach i mizerne sześćdziesiąt kilo klasycznie przygniotło mnie jak pękniętą dętkę. Okazało się, że siła rąk, umiejętności w zakresie sportów walki, nic nie znaczą jeśli nie ma się odpowiednio wytrenowanych mięśni klatki piersiowej, barku i tricepsów. Tak mi było wstyd, że natychmiast zapisałem się do sekcji, opłaciłem stosowne czesne i dwa razy w tygodniu, we wtorek i w czwartek chodziłem wraz z kolegami do salki gimnastycznej, zjeżdżając z Błonia do Zbożowego Rynku autobusem miejskim, a potem wspinając się po schodach i podążając alejkami na wzgórzu. Do dzisiaj pozostał we mnie rozległy widok miasta, różnie prezentującego się w odmiennych porach roku. Zwykle szliśmy w grupce pięcioosobowej, ale zdarzało się, że sunąłem na treningi samotnie. Chodził z nami Rychu, który potem zachorował na gościec i zmarł, także Bajkoś, bracia Lalusie, okazjonalnie Kopel i Gienas. Wyprawy bywały niebezpieczne, bo na plantach, na górnym tarasie miasta roiło się od pijaków i chuliganów, którzy nas zaczepiali, a dopiero po jakimś czasie, widząc nasze rozbudowane sylwetki, taktownie schodzili z drogi.

      

Zanim jednak zaczęto się z nami liczyć, różnie bywało i czasem podążaliśmy do sali ćwiczeń z lękiem w sercach, nie wiedząc co nas spotka po drodze. Po dotarciu na miejsce przebieraliśmy się w szatni w sportowe ciuchy i szliśmy na rozgrzewkę. Trener dawał nam małą piłkę do gry i zaczynało się rąbanie do niewielkich bramek. Pamiętam jak wspaniałe to były mecze i ile potu wyciekało na parkiet, gdy dokonywaliśmy cudów, walczyliśmy ramię w ramię i strzelaliśmy bramkę za bramką. Za każdym razem miałem niedosyt, gdy nasz mistrz nakazywał zakończenie meczu i obwieszczał początek treningu kulturystycznego. Dzisiaj adepci tego sportu mają do dyspozycji wspaniale wyposażone sale, różnorakie skomplikowane urządzenia, wszystko podane jak na tacy, a myśmy targali ciężary z piwnicy i po trochu wnosiliśmy na górę wszystkie ławeczki, sztangi, hantle, jakieś zawieszki na drabinki, do ćwiczenia mięśni rąk i sprężynowe ekspandery. Trener policzył, że za każdym razem wynosiliśmy i znosiliśmy na najniższą kondygnację budynku jakieś pięć ton żelastwa, ale rozłożone na wielu adeptów kulturystyki, nie wiedzieć kiedy pojawiały się na parkiecie. I zaczynały się ćwiczenia, wyciskanie ciężarów na ławeczkach, podnoszenie siedemnastokilowych hantli, podciąganie całego ciała na drążkach, praca nad mięśniami nóg i rąk. Rychu zaczął brać Metanabol, co przy jego pracy w fabryce chemicznej, mogło mieć wpływ na rozwinięcie się wspomnianej wyżej choroby. Najpierw przybrał na wadze, osiągnął imponujące rozmiary mięśni piersiowych i bicepsów, ale po jakimś czasie zaczął tracić siły i wiądł w oczach, by ostatecznie stać się strzępem człowieka i umrzeć cichutko w zapomnieniu, gdy już dawno wyprowadziliśmy się z naszego bloku. Chyba tylko raz wziąłem tabletkę tego świństwa i później bazowałem raczej na super treściwych posiłkach. To takich ogromnych wydatkach energetycznych, wracając do domów zjadaliśmy prawie bochenek świeżego chleba z masłem, jajecznicę z dziesięciu jaj na wędzonce, piliśmy ogromne ilości mleka i soków, a uzupełnialiśmy wszystko słodyczami. Piwo i tanie wino poszło w odstawkę, a w ich miejsce pojawiły się jakieś odżywki, bułki z kotletem lub klopsem, kurczaki z rożna i placek drożdżowy ze śliwkami. Powszechne było wtedy też oddawanie krwi w stacji krwiodawstwa, za co otrzymywało się kilkanaście tabliczek deficytowej czekolady i inne prezenty spożywcze, podstawą jednak był ciepły chleb, przynoszony z osiedlowej piekarni, nabiał i ogromne ilości wieprzowiny oraz wołowiny.

Dzisiejsi kulturyści złapaliby się za głowę, słysząc o takich metodach budowania masy mięśniowej, ale trzeba uświadomić sobie w jakich czasach żyliśmy i co mieliśmy wtedy do dyspozycji. Jakby nie patrząc na nasze strategie, wyciskaliśmy na ławeczkach coraz większe ciężary, zyskiwaliśmy większą kondycję i siłę. Szybko opanowałem wyciskanie sześćdziesięciu kilogramów w powtarzalnych seriach, a kolejne rekordy sprawiały, że coraz bardziej wciągał mnie ten sport. Pokonywałem ciężary, które wcześniej mnie przygniatały, a więc osiemdziesiąt pięć kilogramów, dziewięćdziesiąt i wreszcie – po ambitnej i długiej walce – stówę. Nie zatrzymałem się jednak i po miesiącu ćwiczyłem już w seriach powtarzalnych z takim dużym obciążeniem, które jakby stale traciło na wadze. Dawało to wspaniałe efekty w formie coraz większych i twardszych mięśni i robiło wrażenie na kolegach i koleżankach z liceum. Jako jeden z pierwszych uczniów miałem koszulki i dresy firmy Puma i szpanowałem na potęgę. A propos szpanowania… Tak nazywało się stawanie przed lustrem na treningach kulturystycznych i pozowanie, napinanie mięśni, zmienianie konfiguracji, ustawianie się bokiem i en face, a także tyłem, by ukazać mięśnie pleców i barku. Dzisiaj, gdy o tym myślę, uśmiecham się, bo pamiętam różnych chłopaków, którzy przychodzili na pierwszy trening i już stawali przed lustrem, napinając szczątki muskulatury, z którymi chcieli dopiero coś zrobić. Niektórzy starsi zawodnicy popisywali się przed młodszymi, w czym brylował taki jeden Eda, przezywany Oprawca. Niektórzy się go bali, ale jaki tam z niego był straszny człowiek, raczej prymitywny wieśniak, przyjeżdżający na treningi z pobliskiego Stryszka, gdzie pracował w świniarni. Tutaj – na Sali sekcji kulturystycznej, w społeczności męskiej – jednak zyskiwał na powadze, podnosił ze sto dwadzieścia kilogramów na ławeczce, stawał stale przed lustrem i komenderował nowicjuszami. Do dzisiaj pamiętam ostry, nieomal śmierdzący, zapach jego potu, drewniane klapki, w których paradował i gacie opinające ściśle małych rozmiarów męskie narzędzie. Gdy minąłem barierę stu dwudziestu pięciu kilogramów i stale próbowałem wyciskać o pięć kilo więcej przestał się mnie czepiać i zaczął się dla odmiany podlizywać. Podobno skończył jako alkoholik i złodziej w więzieniu, a potem kolesie zadźgali go gdzieś w centrum mojego miasta. Niestety wielu moich dawnych kolegów źle skończyło, a ostatnio docierają do mnie wieści o kolejnym z nich, który pędzi żywot menela, śpiąc na ulicy i szukając wsparcia gdzie się da.

        

Eda był uzurpatorem, ale prawdziwym mistrzem i gwiazdą naszych treningów był urodziwy –  przypominający nieco Cygana – Klepa. Pamiętam jakie robił na mnie wrażenie, gdy kładł się na ławeczce i ćwiczył w seriach sztangą ważącą sto pięćdziesiąt kilogramów. Był bardzo wysoki, miał piękne, gęste i długie włosy, a jego piersi mogły konkurować z najpiękniejszymi kobiecymi biustami. Gdy zdejmował dres i stawał przed lustrem by poszpanować, zamierały prace na sali, charakterystyczne odgłosy metalu szczękającego o metal i wszyscy przyglądali się mistrzowi. Ja znałem go z osiedla, bo przesiadywał w jednym z kiosków z przepiękną, platynową blondynką, a potem jeszcze zaprzyjaźniłem się z nim, gdy czasem razem podążaliśmy na trening. Zamknięty w sobie, nie dopuszczający do swego świata prawie nikogo, otwierał się przede mną i mówił do mnie Czaruś, uznając mnie za urodziwego chłopaka. Myślę, że miał też, skrzętnie skrywany, pociąg do mężczyzn, choć publicznie bezwzględnie odcinał się od tego rodzaju miłości. Egzystował w naszej sekcji na specjalnych prawach, zwykle zjawiając się, gdy ciężary były już wyniesione i nigdy nie porządkował sali po treningu. Nasz trener patrzył na niego jako na posąg przedwiecznego herosa i jeździł z nim na różne krajowe pokazy kulturystyczne, gdzie Klepa święcił triumfy u boku Jana Włodarka i Zygmunta Igrasa. Fascynowaliśmy się wtedy taki słynnymi atletami jak Arnold Schwarzenegger, Frank Zane i Sergio Oliva, ale niekwestionowanym lokalnym idolem był dla nas Klepa. Idąc z nim alejkami Wzgórza Wolności odkrywałem jego subtelną naturę, sam jeszcze będąc ignorantem w dziedzinie malarstwa, słuchałem długich opowieści o życiu i twórczości Claude’a Moneta, bo nasz mistrz był fascynatem malarstwa impresjonistycznego. By nie wypaść źle w jego oczach, szybko przeczytałem ze dwie książki o tych twórcach i zacząłem z nim dyskutować jak równy z równym, czym bardzo go ująłem. Szczególnie podobały mu się ciekawostki o trzech malarzach: Renoirze, Sisleyu i Monecie, ale chętnie słuchał też relacji o Gauguinie, który daleko wykroczył poza wskazany wyżej nurt. Niestety koniec Klepy był straszny, bo został uwikłany w sprawę karną, o której szeroko pisały gazety, a potem ukrywał się oskarżony o zbrodnię i skazany zaocznie przez sąd. Nie wiem czy to prawda, ale podobno oddział Zomo został wysłany do lokalu, w którym przebywał i zastrzelono go przez zamknięte drzwi, serią z szybkostrzelnego karabinu maszynowego. Przykro mi było, gdy czytałem te relacje w różnych szmatławych gazetach, tym bardziej, że kreowały one obraz potwora, bez litości wchodzącego w konflikt z prawem. Ja zapamiętałem innego Klepę i nie mogłem zaakceptować tego, że jego piękne ciało, wspaniale wyrzeźbiona muskulatura, zostały zmasakrowane przez pociski wystrzelone przez jakiegoś słabeusza w szarym mundurze. Ale taki właśnie jest nasz świat, gdy naprzeciw siłacza staje paralityk, obstawiony przez innych cienko piszczących kolesiów, zwykle kończących w psychiatryku lub w jakiejś marnej życiowej jamie.

            

Długo jeszcze utrzymywałem formę kulturystyczną i podczas studiów, na obozach sportowych, gdy trenowałem już lekkoatletykę i piłkę nożną, szokowałem kolegów, gdy w siłowni kładłem się na ławeczce i bez trudu wyciskałem kilka razy sto kilogramów. Studiowałem już polonistykę, mając wciąż do czynienia z różnymi łajzami, słabeuszami i pokrakami ale stale biegałem na jakieś treningi. Moja dziewczyna dawała mi wtedy ostro popalić, więc odreagowywałem biegając na boisku uczelnianym, przepływając jeziora lub stojąc między słupkami bramki. Pewnej niedzieli wybrałem się z nią, jej siostrą i jej chłopakiem na długi spacer po mieście, podczas którego natknęliśmy się na wielkie zgromadzenie w Parku Ludowym. Była tam muszla koncertowa ze sceną, na której prezentowali się pięknie umięśnieni kulturyści, a potem urządzono zawody dla publiczności. Prowadził je znany szeroko w Bydgoszczy propagator kulturystyki i konkurent mojego byłego trenera, pan Witold Majchrzak, o którym gazety pisały, że był spadkobiercą tradycji takich siłaczy jak Władysław Pytlasiński, Stanisław Cyganiewicz, Władysław Cyganiewicz, Teodor Stekker i Stanisław Niwiński. Wiele mówiło się w mojej sekcji kulturystycznej o jego metodach treningowych i bezpardonowym wyrzucaniu zawodników, którzy się koksowali – podobno zawsze był zwolennikiem czystego sportu i zdrowego dochodzenia do wyników. Może dlatego Klepa przeszedł od niego do naszej grupy, choć motywy jego decyzji nie do końca były dla nas jasne. Podczas wspomnianej imprezy, po dwóch latach od ostatniego treningu siłowego, wycisnąłem jeszcze sto dwadzieścia kilogramów, ale potem przegrałem z jakimś innym mężczyzną w konkurencji wyciskania ogromnej hantli. Drugie miejsce było wszakże sporym osiągnięciem, a trener Majchrzak podkreślał, że ćwiczenia kulturystyczne dają siłę przez długi czas, czego miałem być przykładem. Później jeszcze wiele razy chwytałem za sztangę i ciężary, a podczas treningów bokserskich w Zawiszy Bydgoszcz, zachodziłem na salę ciężarowców i coś tam przewalałem, jakieś żelastwo podrzucałem do góry. Siłę zachowałem przede wszystkim dzięki pływaniu i wspinaczce, choć biegi i gra w piłkę też były w tym względzie pomocne, nie mówiąc już o sportach walki, gdzie sporo czasu poświęcano na treningi tego typu. Trzy lata temu, dzięki zaproszeniu przyjaciół, byłem w pięknym hotelu na Florydzie, gdzie miałem do dyspozycji wspaniale wyposażoną siłownię. Zachodziłem do niej często, ale już pierwszego dnia odpuściłem sobie duże ciężary, kiedy to – pragnąc popisać się sam przed sobą – położyłem się na ławce pod sztangą stukilogramową. Dźwignąłem ją w górę, opuściłem na piersi i zostałem klasycznie przygnieciony, ledwo wydostając się spod niej i ocierając sobie skórę na prawej piersi. Kiedyś machałem tym ciężarem w seriach po dziesięć podniesień, a teraz ledwo dychałem pod monstrualnym kolosem wagowym. Cóż robić, czas biegnie do przodu, a ja nie jestem już młodzieniaszkiem, a choć serce mam silne i mięśnie sprawne, muszę zaakceptować to, że tego rodzaju ćwiczenia nie są już dla mnie. Jeszcze pobawiłem się sztangą z obciążeniem sześćdziesięciokilogramowym, ale szybko uznałem, że lepsze dla mnie są długie spacery nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej i podziwianie brązowych pelikanów, patrolujących przybrzeżne wody. Wspomnienia jednak pozostały i dzielę się tutaj nimi z czytelnikami mojego dziennika, zachęcając młodych ludzi do ćwiczeń kulturystycznych – to wspaniała szkoła charakteru, kuźnia zdrowia i wiary w samego siebie, a między bajki włożyć można opowieści, że po latach mięśnie flaczeją i mężczyzna wygląda przez to okropnie. Organizm na wszystko ma swoją odpowiedź i czasem, dla podtrzymania kondycji wystarczy tylko przepłynięcie kilku basenów, gra w piłkę, długi marsz albo zabawa z mniejszymi ciężarami.

Reklamy

SZEPT I MGNIENIE

Już w chwili poczęcia człowieka, gdy zawiązują się pierwsze skomplikowane cząsteczki organizmu i powstaje biologiczna konstrukcja, czas zaczyna pędzić z oszałamiającą szybkością. Choć kategoria przestrzeni jest równie ważna dla ludzkiej próby bytu, to w wieku dojrzałym przede wszystkim uświadamiamy sobie, że przeszłość jest tylko wspomnieniem, przyszłość nieustannym dążeniem, a teraźniejszość – ledwie mgnieniem, jakże trudnym do uchwycenia i wyodrębnienia z natłoku zdarzeń i obrazów, gestów i znaków. Tylko w refleksji poetyckiej czas zyskuje wartość integralną, współtworząc wiersz i przydając mu kontekstów, a nade wszystko wyposażając go w przepastną głębię. W tomie wierszy Avivy Shavit-Władkowskiej staje się on rodzajem monotonnego i groźnego pomruku, płynącego gdzieś z wnętrza dziejów i stale pojawiającego się jako znak, symbol, rozbudowana alegoria, dostrzegalna w konkretnym losie. Autorka urodziła się w Rosji, ale dzieciństwo spędziła w Polsce, skąd w 1958 roku wyjechała do Izraela. Zajmowała się medycyną nuklearną, która w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku zaledwie raczkowała. Jej pierwsze zbiory poezji ukazały się w języku hebrajskim, zaczęła też publikować w periodykach literackich i magazynach. Od 1986 roku mieszka w Paryżu, gdzie całkowicie poświęciła się sztuce, udzielając lekcji gry na fortepianie, pisząc wiersze, a także tłumacząc na hebrajski poezję polską, francuską, amerykańską i japońską. Jest też autorką znaczących wywiadów z wieloma współczesnymi pisarzami francuskimi i uczestniczką spotkań autorskich we Francji, w Izraelu i w Polsce. Takie żywe, interaktywne wchodzenie w rzeczywistość charakterystyczne jest dla bytów poszukujących i stale poszerzających zakres swoich penetracji.

Ta poezja osiąga wymiar intelektualny, ale nie przestaje być też pochwałą świata, w jego najpiękniejszych miejscach, od uliczek Paryża, poprzez jeziora mazurskie i tatrzańskie hale, nadbrzeżne skały Bretanii, aż po pachnące zielenią trakty Tel Avivu. Autorka odzwierciedla w kolejnych utworach urodę świata, ale też wyposaża go w niezwykłą głębię ontologiczną i umieszcza wykreowaną przestrzeń pośród rozległości mitu. Jest to przede wszystkim pradawne podanie judajskie, znane dobrze ze Starego Testamentu, ale pojawiają się też postaci i sytuacje uniwersalne, które stały się własnością kultury światowej. Aviva Shavit-Władkowska – pisze Danuta Mucha – to poetka głębi i koloru, z których snuje poetycką wizję, na przekór stresom świata i naszym życiowym problemom. Żyjąc w świecie Zachodu i uczestnicząc w rytuale przemijania, poetka ukazuje złożoność struktur i kształtów, dopełnia swoim losem etos uchodźcy i kobiety nieustannie szukającej miłości, spełnienia, chwili pierwszej i ostatniej, czegoś, co rozświetla nasze życie i przydaje mu sens, choć Prawdziwie pokochać/ Można tylko raz. Piękne są obrazy pojawiające się w tej poezji, owe połyskujące w słońcu tafle mórz, gaje pomarańczowe, lazury nieba, iskry gwiazd, ale też Rozbawione kaczki/ O zielono-fioletowych główkach/ I poważne gąsiory. Autorce udało się odzwierciedlić świat w całej jego różnorodności, a przy tym odsłoniła ona przed czytelnikiem swoje subtelne wnętrze, stworzyła portret istoty kochającej i szukającej wzajemności, kobiety cierpiącej i szczęśliwej, podążającej do celu i czasem tracącej to, co było istotą dni i nocy. Nieubłagany czas niszczy wszystko, zabiera urodę świata, każe więdnąć kwiatom i liściom drzew, przyobleka wszystko śnieżnym, śmiertelnym całunem, ale przecież niebawem nadchodzi kolejna wiosna i przylatują ptaki, a poetka mówi: Nietrwała doskonałość/ kształtów i barw/ Mnie zachwyca./ I nie pytam/ Kto i w jakim celu?/ Je stworzył. Kosmogonia jest tajemnicą, tak jak nasze istnienie i obecność w świecie, jak uczucia, które eksplodują niczym muzyka Chopina, a potem gasną jak nie podsycany płomień. Nietrwałość tego, co próbujemy ocalić przed rozpadem jest przejmującym tonem w tej poezji, krzykiem artykułowanym dławionym szeptem lub wymownym milczeniem.

Autorka znakomicie konstruuje swoje wiersze, stosując zasadę kontrapunktu i ekspozycji, co zapewne wyniosła z nieustannego obcowania z muzyką. Rację ma Jolanta Horodecka-Wieczorek, gdy wskazuje, że autorka obdarzona talentem muzycznym, również w poezji z powodzeniem potrafi stosować technikę kompozytorską, wielokrotnie łącząc w jedną całość kilka samodzielnych wątków. Stąd też tyle w tych utworach nawiązań i cytatów z biografii muzyków, stąd śpiewna fraza i „dźwięczna” prezentacja zdarzeń, ludzi i miejsc. A do tego drugie dno, symboliczne i mityczne echa, jakby wskazywanie, że rzeczywistość składa się z różnorakich warstw, że gra w niej wiele instrumentów i trwa nieustający taniec. Ludzie istnieją pośród wirów, ich życia raz określić można jako piano, a innym razem jako maestoso, ale w nieustannym wirowaniu zawsze tęsknią za błogosławioną ciszą: Zmęczeni niezmiennym krążeniem/ Bez celu i bez radości/ Marzą, by usiąść w ciszy cienia jabłoni,/ Stopy zanurzyć w trawie/ I poczuć jak wietrzyk/ Z lekka głaszcze ich skronie. To jest tęsknota za prawdą i pełnią, za chwilą spokoju, który da radość i przekonanie, że nie zmarnowało się danego nam czasu. Nawet pośród najgłośniej brzmiących fraz w symfoniach Beethovena czy Czajkowskiego, nawet w rozchybotaniu etiud Chopina, pojawiają się momenty ciszy. Utwory te mają odzwierciedlać zmienność ludzkiego bytowania, tak jak wiersze zgromadzone w tomie pt. Przechadzki w czasie, obrazują wchodzenie wrażliwego człowieka w coraz to nowe przestrzenie ontyczne, jego pracę nad sobą i nad światem, chwile wielkich uniesień, a potem zamyślenia na brzegu jeziora albo w obliczu jesiennych drzew. Któż nie chciałby spotkać na swojej drodze istoty czułej i pięknej, któż nie pragnąłby zobaczyć siebie w oczach kochającej osoby, w srebrnej tafli magicznego jeziora uczuć  – choć wszystko przemija, a czas drwi sobie z naszych planów i marzeń, choć stale pojawiają się zagrożenia i próby zniszczenia tego, co utrwaliliśmy, musimy nieustannie dążyć, kształtować świat na obraz i podobieństwo Boga, którego nosimy w sercu.

Zagrożeniem przy tego rodzaju obrazowaniu i ukazywaniu piękna oraz złożoności świata może być przebarwienie i brak kontrapunktu. Autorka ma tego świadomość i tak konstruuje swoje wiersze, że pojawiają się w nich znaczące pęknięcia, rysy, których tyle w świecie, a których nie można pominąć. Samo przemijanie jest czymś trudnym do zaakceptowania, ale nie dającym się powstrzymać i choć podejmujemy próby retuszowania rzeczywistości, to i tak z czasem traci ona swój wymiar i kształt, gubi gdzieś głębię ostrości: W pawie pióra się stroi,/ Twarz maluje gdzie się da,/ Lecz zwiędłych, zmęczonych rysów/ Ukryć się jej nie udaje./ Lustro drwi z tych wysiłków,/ Mówi: zapomnij o swojej/ Jeszcze niedawnej krasie. Wspaniałym uzupełnieniem tych wierszy są zamieszczone w książce własne fotografie, specjalnie opracowane, często wydobywające jakiś kolor lub kształt, a nade wszystko będące autokomentarzem i pointą, podsumowaniem i uzupełnieniem ważkich treści poetyckich. Tak artystka pragnie dotrzeć do czytelnika poprzez zmysł słuchu i wzroku, a sensualność jej metafor powoduje, że są one jeszcze prawie dotykalne, nie brakuje też tutaj smaków i zapachów, a wszystko razem ma wymiar rozbudowanego utworu muzycznego. Życie i zmieniająca się perspektywa są inspiracją, ale kreślą też horyzont liryczny, stają się wykładnią istnienia, które jest świadome  swojej ulotności, a przy tym potrafi zauważyć inny byt: Szkarłatny Amarylis/ O wydłużonej szyi,/ Wznosił nad stołem,/ Cztery rozwarte kielichy/ Nasycone winną czerwienią./ Z godnością świadomą swej urody/ Wypełniał przestrzeń pokoju. Jakże czytelna jest ta symbolika i jakże znakomicie odzwierciedla urodę i wagę wierszy Aviwy-Władkowskiej, ich rozedrganie i zarazem rozprzestrzenianie się w świecie, który opisują. Piękna poezja, mądrze ucząca świata i ukazująca skomplikowanie ludzkich interakcji w danym im czasie i w przestrzeni – prawdziwy, filozoficzny wykład na temat istnienia i nieuchronnego nieistnienia…

 ___________

Aviva Shavit-Władkowska, Przechadzki w czasie, Wydawnictwo Książkowe IBIS, Warszawa 2011, s. 102. 

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (5)

Zauważyłem, że z oczu Marianne płyną połyskujące świetliście strużki łez. Ostrożnie wziąłem jedną z tych pereł między usta i poczułem jej słony smak. Powoli, kropla po kropli scałowałem wszystkie. Z głośnika dobiegały słowa ballady: And Jane came/  by with a lock of your hair/ She said that you gave it to her/ That night that you planned to go clear/ Did you ever go clear? Lekko gładziłem jej piersi i spokojnie zacząłem rozpinać guziki piżamy. Podniosła się na chwilę i pomogła mi zsunąć górną część. Znowu przywarliśmy do siebie. Jej piersi były sprężyste jakby wypełniała je krystalicznie czysta woda, a może były w nich te łzy, które scałowałem z policzków. Odsunąłem się trochę i zacząłem pieścić jej nabrzmiałe, wilgotne sutki. Spociliśmy się oboje, ale nasz pot miał zapach świeżości, który łączył się z zapachem jej włosów i tworzył niepowtarzalną aurę. Cohen śpiewał: Ah, the last time we saw you/ you looked so much older/ Your famous blue raincoat was torn at the shoulder/ Youd been to the station to meet every train/ And you came home without Lili Marlene… Odkryłem na chwilę kołdrę i delikatnie zsunąłem jej spodnie. W półmroku jaki panował w pokoju wyraźnie dostrzegłem czarne włosy u zbiegu ud. Ileż to razy jako chłopiec myślałem o tych zakazanych zakamarkach, ileż fantastycznych myśli o nich pojawiało się w mojej głowie. A teraz miałem w zasięgu ręki to miejsce. Schyliłem się i zacząłem całować włosy na łonie. Moja męskość powiększyła się do rozmiarów ogromnych. Całowałem i obiegałem językiem całe jej uda, wargi i miejsce, gdzie kończą się nogi. Ona była jakby trochę zażenowana tym wszystkim, ale też podnieciło ją to tak, że cała drżała, a jej ciało pulsowało jakby w konwulsjach. Położyłem się obok niej i przykryłem nas kołdrą. Znowu dobiegły do mnie dźwięki ballady:  And you treated my woman to a flake of your life/ And when she came back she was nobody’s wife Teraz ona pochyliła się nade mną i całowała mnie namiętnie. Strumienie gęstych włosów spadały na moją twarz i zdawało mi się momentami, że odgradzają mnie od świata. Całowała i szeptała cichuteńko: kocham, kocham cię; a ja, gdy to do mnie docierało też szeptałem jej w usta: kochamja ciebie też kocham. Nagle stało się coś, co ścisnęło mi gardło. Pochyliła się nade mną i zaczęła całować…  Potem wychyliła się i znad tapczanu podała mi chusteczkę. Wytarłem szybko siebie i ją i raz jeszcze dotarły do mnie odgłosy pieśni. If you ever come by here, for Jane or for me/ Your enemy is sleeping, and his woman is free./ Yes, and thanks, for the trouble you took from her eyes/ I thought it was there for good so I never tried. Odetchnąłem głęboko, przytuliłem się do niej i zapytałem:

– Dlaczego słuchasz takich smutnych piosenek….?

– Smutek jest piękny. I te słowa…. takie piękne…

– Przeżyłaś kiedyś coś podobnego?

– Może…

– Kiedy…? – spytałem po dłuższej chwili i poczułem jak wszystko we mnie drętwieje.

– Kiedyś…. nie ważne….. powiedziała z ociąganiem i lekkim odcieniem złości w głosie.

– Ale… ty…

– Tak, jestem po raz pierwszy z chłopakiem w łóżku…

– Ja też po raz pierwszy…

– Wiem – powiedziała i pocałowała mnie w czoło – Dlatego ciebie wybrałam.

Usiadłem na brzegu łóżka, uśmiechnęła się i znowu wtuliła się we mnie. Jej ciepło było najpiękniejszą rzeczą jakiej na świecie zaznałem. Wzruszony, onieśmielony i przepełniony radością całowałem jej piersi, dotykałem spierzchłych ust. Pochylaliśmy się nad sobą i falowaliśmy jak gałązki wierzby, jak trzciny na wietrze. Raz ja zniżałem się do niej, całowałem tysiącami pocałunków każdy punkt jej nóg i zatrzymywałem się u końca ud. Potem ona całowała i pieściła mnie delikatnie, szeroko otwartymi ustami, gładziła i znowu lekko dotykała koniuszkami ust i nosa.

– Jesteś taki kochany – powiedziała – Jakie to szczęście, że ciebie spotkałam. Chcę być z tobą zawsze, chcę się tylko z tobą kochać, tylko ciebie obejmować. Obiecaj mi, że nigdy mnie nie rzucisz…

– Obiecuję – powiedziałem i wtuliłem się w nią.

Marianne objęła mnie i po chwili zasnęliśmy. Nadzy. Odkryci. Wtuleni w siebie. Z naszych ciał spływały wolniutko strużki potu i wsiąkały w pościel. Po godzinie, a może po dwóch przebudziliśmy się i ona zapaliła małą lampkę nocną. Wtedy zobaczyłem nasze „pobojowisko”. Prześcieradło pogniecione i pościel cała upaprana we krwi. Ona wytarła stale lekko broczące krwią miejsce między udami i powiedziała:

– Wstań trzeba to posprzątać….

Wstałem i poszedłem do łazienki. Tam wszedłem pod prysznic i spłukałem z siebie zaschły pot i krew. Wytarłem się do sucha i wróciłem w szlafroku do pokoju. Marianne kończyła zmieniać pościel. Zwinęła z ziemi „brudy” i poszła do łazienki. Miała już na sobie majtki pod którymi wyraźnie rysowała się podpaska, albo spory pakunek waty. Po chwili usłyszałem, że i myje się w łazience. Cohen, po raz któryś z rzędu, monotonnie śpiewał: And Jane came by with a lock of your hair/ She said that you gave it to her/ That night that you planned to go clear Po chwili przyszła i bez słowa położyła się na łóżku. Przylgnąłem do niej i wsunąłem dłoń pod kołdrę. Delikatnie, ale stanowczo wysunęła ją i przytrzymała na kołdrze.

– Teraz już nie możemy…. – powiedziała.

Pocałowałem ją, wyprostowałem się i wziąłem głęboki oddech. Położyła się na boku i po chwil podniosła na łokciu. Nad moją głowę znowu zwiesiły się jej gęste, ciemne włosy. Pocałowała mnie w zamknięte oczy i lekko zaczęła brać w usta rzęsy.

– Kochasz mnie? – zapytała.

– Nikogo, nigdy tak nie kochałem…

– Naprawdę?

– Naprawdę. I boję się…

– Czego…?

– Boję się, że ciebie stracę…

– Nie stracisz…

– Nie gniewaj się, ale chyba nie powiedziałaś mi wszystkiego o swoim życiu..

– Nie powiedziałam…

– To powiedz.

– …

– No, powiedz….

– Dobrze, ale obiecaj mi, że i tak będziesz ze mną….

– Nie mogę być z kimś innym…

Powiedziałem i poczułem, że zimny pot spływa mi strużką po plecach. Odgarnąłem jej włosy i przy rozjaśniającym się już niebie zobaczyłem jej pełną smutku twarz. Dalej całowała mnie po policzkach i powiekach i mówiła powoli:

– Dwa lata temu, na wakacjach, u mojej babci w Raju spotkałam chłopaka…

– W Raju…?

– No, ta wioska nazywa się Raj…

– W Raju…

– Tak, ma na imię tak jak ty i podobał mi się, ale szybko zrozumiałam, że nie jest tym, o kim marzyłam. Był wulgarny, traktował mnie jak przedmiot, a potem po nieudanym napadzie na sąsiada znalazł się w więzieniu. Stamtąd przysyła do mnie stale listy…

– A ty piszesz do niego… – pytałem zraniony.

– Kilka razy napisałam, ale potem w ostatnim liście dałam mu do zrozumienia, że go nie kocham i że zrywam z nim. W odpowiedzi zagroził mi, że się zabije….

Gładziłem lekko jej policzki. Przysunąłem głowę i pocałowałem ją w usta. Całowaliśmy się tak przez kilka minut, po czym ona znów zaczęła:

– Napisał mi, że albo będę jego, albo zabije mnie i siebie….

– Takie tam gadanie….

– Nie, on jest nieobliczalny. Boję się, że mógłby mnie, albo tobie coś zrobić…

– A kiedy ma się tutaj zjawić…?

– …

– Nie możesz mi powiedzieć….

– Jutro… to znaczy…. chyba już dziś wieczorem…

Po tylu wrażeniach tego wieczoru odwróciłem się do niej plecami i zamknąłem oczy. Wtuliła się we mnie i sen przyszedł natychmiast. Śniły mi się ogromne cmentarze. Chodziłem po nich i szukałem jakiegoś grobu. Gawrony i kawki całymi stadami siedziały na drzewach i krakały niczym jakaś monstrualna maszyna. Niektóre sfruwały na nagrobki, siadały na kamiennych krzyżach i wpatrywały się w ciemność. Moja twarz i nienaturalnie wydłużona postać odbijały się w czarnych granitach, pojawiały się na białych marmurowych płytach. Nagle stanąłem przed grobowcem z szarego piaskowca. Obrośnięty roślinnością zdawał się wtapiać w otoczenie drzew i krzewów. Odważnie postąpiłem ku otwartym żelaznym drzwiom i zacząłem schodzić po schodach w dół. Po chwili znalazłem się w obszernym pomieszczeniu. Na środku stała otwarta trumna, a obok niej dopalał się wielki paschał. W trumnie leżał nagi mężczyzna. Podszedłem bliżej i spostrzegłem, że to jestem ja… Przerażony, chciałem wybiec na zewnątrz, ale drogę zastąpił mi jakiś mężczyzna z chlebakiem na ramieniu i koronką od butelki po winie. Za nim pojawił się mknący i rozchybotany, jaskrawo oświetlony tramwaj…

– Tomku, Tomku… obudź się… proszę obudź się – Maria potrząsała mnie za ramię.

– Tak, już, już…

– Coś ci się śniło, łkałeś przez sen….

– Nieważne, która godzina?

– Siódma…. musimy już wstać.

– Dobrze – powiedziałem i pocałowałem ją w usta. Jeszcze raz wtuliliśmy się w siebie i całowaliśmy się.

Po kilku minutach wstałem. Marianne zrobiła kawę, wypiliśmy ją, zjadłem parę wczorajszych kanapek i wyszedłem z jej domu.  Stanąłem przy otwartych drzwiach i zapytałem:

– O której on przyjdzie?

– Nie wiem… przyjedź  po południu… Chcę, żebyś tu był…

– Dobrze… Kocham cię…

– Ja też cię kocham….

STO WIERSZY POLSKICH (XXIII)

Zwykłość i zarazem niezwykłość Pana Cogito rodzi się na granicy życia i śmierci, bytu i nicości. Niewielu badaczy dostrzegło jak dotąd ów śmiertelny profil istnienia tego bohatera. Bo przecież jest on martwy, a jego wiedza o świecie i jego mechanizmach wzięła się między innymi z próby śmierci. Pan Cogito przeszedł ją umierając najrealniej i jednocześnie zachowując wyznaczniki osobowości autora. Mało tego, śmierć „wzmocniła” w nim cechy ludzkie i spowodowała, że stał się on – przypomnijmy mądre zdanie Ryszarda Przybylskiego – archetypem osoby ludzkiej stworzonym z cierpienia. To jest bytem o przedziwnej nadświadomości, zawieszonej nad śmiercią, a zarazem będącym samą śmiercią; bytem spektralnym i zarazem hipotetycznym punktem zawieszenia w nie istniejącej przestrzeni. Czytelnikowi poezji Herberta zapewne wiele dałoby poznanie teorii względności. Stwierdziłby może wtedy, że Pan Cogito i często narrator innych cykli wierszy porusza się w przestrzeni, albo istnieje w niej w zgodzie z twierdzeniami Einsteina. Jego wizja czasu i przestrzeni to  wizja złożoności świata, obecności w nim wielu warunkujących go praw i struktur, czasem całkiem nowych, wrażenie pełni – osiągane są przez pogoń za ekstremami, nieustanne korekty, zmiany znaków. Tak bohater Herberta wchodzi w nieskończoność, w ukryty wymiar egzystencji, stale szuka i nigdy nie znajduje, stale wędruje, choć kres jest w nim, stale ucieka, choć nie może się poruszać. Przeszedł wrota rozpadu materii i miał stać się bytem doskonałym, nie potrafi jednak i nie może zapomnieć o swojej cielesności o istnieniu pośród  przestrzeni euklidesowej, o tamtej woli życia, od samego początku przecież przeżartej śmiercią. Jakże mogłoby być inaczej, skoro jest faktem, że najdoskonalsze zjawisko woli życia, prezentujące się w tak niezwykle skomplikowanej i kunsztownej maszynerii ludzkiego organizmu, musi się rozpaść w proch, i tak to jego cała istota i dążenie są w końcu najwyraźniej oddane na pastwę zniszczenia – oto naiwna wypowiedź zawsze prawdziwej i szczerej natury, że całe dążenie tej woli jest przeżarte w swej istocie nicością. Byt jest zawsze w podróży, stale gdzieś zdąża, choć nigdy nie dotrze do celu. Po drodze mija  małe stacyjki i nigdy się na nich nie zatrzymuje, potem stać go tylko na bolesną kontemplację, która sama siebie pyta o to, dlaczego kontempluje, tak jest w jednym z najpiękniejszych wierszy Herberta Rovigo.

Poeta myśli o tym miasteczku, bo chwilowy pobyt w nim jest analogonem istnienia. Podobnie w świecie ludzi – ledwie na chwilę zadamawiamy się w miejscach, ledwie przez czas drgnięcia boskich powiek stajemy na jakiejś ziemi. Potem czas popycha nas w dal i kontury rozmywają się, kształty tracą swoją logikę, a kolory bledną, bo pamięć jest blada i nigdy nie dorówna wyrazistości żywych barw. Ludzki byt, podparty kamienną twardością kości, podsycany pulsem krwi, jest jak Rovigo. Jest chwilą istnienia i już… już przeszłością… już niebytem. Tylko poeta, który patrzy na istnienie jak na tajemną ceremonię potrafi dostrzec tego rodzaju analogie, tylko umysł orbitujący ku sprawom ostatecznym może zdobyć się na tego rodzaju refleksję. To jest miasto jakby spoza topografii lirycznej Herberta, miasto, które przez  moment lśni w jego umyśle, połyskuje w wyobraźni. Służy – multum in parvo – przybliżeniu tego, co ukryte, tego co bezkształtne. W takim mieście bohater Herberta nie mógłby umrzeć – przez takie miasto nie przejeżdża nawet Pan Cogito. To jest zwykłe miasto i zwykły człowiek w nim umiera. Jedynie poezja nadaje mu kształt uniwersalny, a wtedy egzystuje Rovigo tuż przy Panu Cogito i z równą jak on siłą nicuje świadomość.  Pobyt w Rovigo wpisany jest w – jak to nazywa Kaliszewski – Ciągłe badanie starych i zakreślanie nowych granic – nieustanny ruch w sferze wartości i ocen. Oto najważniejsze z działań tej liryki, przeczące idei znalezienia jakiegokolwiek   ś r o d k a,   wygodnego miejsca w czasie czy poza czasem, klasycznego wzgórza, skąd obejmuje się wzrokiem, bez specjalnego wysiłku, wszystko we właściwych stałych proporcjach. Mozolna krzątanina, ruch po spirali, ciągłe odkrywanie i opanowywanie tego, co tylko na pozór raz zostało zrozumiane i odkryte, stanowi bardzo trudny humanizm, za który nagrodą nie jest wieczność, a „ciemny kres”, „złote runo nicości”, zaś w najlepszym razie przyjęcie „do grona zimnych czaszek”, lepszych przedstawicieli gatunku. Rovigo równie dobrze mogłoby nazywać się  n i  c o ś ć   albo   n i e s k o ń c z o n o ś ć   i równie dobrze mogłoby nie istnieć. Wszak jego topografia jest typowa, budynki niczym szczególnym się nie wyróżniają, stacja kolejowa jakich wiele, pociągi na niej przybywają i odjeżdżają, jakieś wzgórze… bylejakość, typowość, szarość. Ale refleksja poety czyni z tego miasta matrycę wszystkich miast, matrycę całej przestrzeni i całego istnienia.  I wtedy nagle – gdy pociąg rusza, gdy czas zaczyna pędzić donikąd – Rovigo ożywa, zaczyna pulsować jakimś pogańskim rytmem. Jego kształty jakby osuwały się w czasie, jego ludzie jakby w przyspieszonym tempie rośli, starzeli się i umierali – Wskutek zamknięcia w ciemnych i nie przewietrzanych pomieszczeniach twarze ich zostały dokładnie przenicowane. Bardzo chcieliby mówić, ale wargi zjadł piasek. Czasem tylko zaciskają w pięści powietrze i próbują podnieść głowę niezdarnie, jak niemowlęta. Nic ich nie cieszą ani chryzantemy, ani świece. Nie mogą pogodzić się z tym stanem, stanem rzeczy. Chcą gdzieś uciekać, coś zrobić, chcą walczyć o siebie, ale śmierć wypełnia już każdą szczelinę oddechu, każdą cząstkę przestrzeni, jeszcze nie wierzą, jeszcze zdaje się im, że się ruszają,  jeszcze – zanim nadejdzie/ powalenie bezwładem/ zwyczajna śmierć bez glorii/ uduszenie bezkształtem  – jeszcze próbują oszukać samych siebie. Ale już wypełniło się wszystko, już wszystko się skończyło; jedni bledli jak opłatek /tracili ziemskie wymiary/ i gwałtownie/ lub wolno/ emigrowali/ w błękity.

Pan Cogito gdyby patrzył na to pulsujące śmiercią miasto powiedziałby być może: nie ma/ nic poza narodzinami i śmiercią /nic tylko narodziny i śmierć. Pan Cogito szukałby wsparcia u mędrców, bo sam zawsze szukał mądrości, a w obliczu      m i a s t a    n i c o ś ć    tylko oni mogliby mu pomóc odnaleźć sens, pomóc odnaleźć treść. Przecież wszystkie wypowiedzi Pana Cogito stylizowane są na przemowę mędrca, podanie kulturowe, ostateczny glos z zaświatów. Jak pisze Seneka – Szeroko rozpościera się życie mędrca: nie zamykają go te same granice co innych. Jest wyzwolony spod praw rodzaju ludzkiego, jemu jednemu są podległe wszystkie stulecia jak gdyby jakiemuś bogu. Przeminął czas jakiś? Więc go ogarnia pamięcią. Nastaje? Więc z niego korzysta. Nadejdzie? Więc go wita z oddali. Przez zespolenie wszystkich czasów w jedną całość życie jego przedłuża się w bezkres. Mędrzec sięga myślą poza horyzont, zna prawa rządzące światem i wszechświatem, a nade wszystko poprzez mądrość obudził w sobie wrażliwość dziecka. Dla niego nicość jest jednym z wymiarów istnienia, dla niego śmierć nie istnieje. Mówi: Teraz, kiedy widzę śmierć słów, wiem, że nie ma granicy rozkładu. Pozostaną po nas w czarnej ziemi rozrzucone głoski. Akcenty nad nicością i prochem. Dla niego człowiek kiedy ostygnie i osiągnie stan satori jest pusty i/ zdumiewający – mędrzec Herberta patrzy z filozoficznym spokojem tam, gdzie Drży i faluje niepokojem/ ogromna przestrzeń małych planet  i wypowiada o niej eschatologiczną sentencję.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: