KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (XI)

Sylvia Plath

Szklany klosz – jedyna powieść Sylvii Plath – ukazała się w Londynie na progu stycznia i lutego1963 roku, sygnowana pseudonimem Victoria Lucas. Pisarka bała się konsekwencji, jakie mogły wyniknąć po opublikowaniu utworu, bo dotykał on najintymniejszych zdarzeń z jej życia osobistego. Prawdziwie ukazała w nim załamanie nerwowe młodej dziewczyny, jej próby samobójcze i atmosferę rodzinnego domu, w którym obecność i zachowanie matki nie zapewniały spokoju i wciąż generowały wewnętrzne konflikty. Już w miesiąc po tym debiucie – rankiem 11 lutego 1963 roku – znaleziono Sylvię martwą w jej londyńskim mieszkaniu. Polskiemu czytelnikowi dość dobrze znane są losy tej pisarki, jednej z głównych bohaterek mitu kontrkultury lat sześćdziesiątych, przez krytyków określanej jako Medea i Elektra współczesnej literatury amerykańskiej. Pojawiły się w Polsce zbiory wierszy Plath, kilka razy wydano wskazaną wyżej powieść, ukazały się też w znakomitym opracowaniu Michała Sprusińskiego, pisane do matki i brata, Listy do domu. Właśnie matka i Ted Hughes usiłowali przeszkodzić w opublikowaniu Szklanego klosza, a były mąż pisarki prowadził nawet batalie sądowe z krytykami o interpretację tej spuścizny. Niewątpliwie powieść Plath przyczyniła się znacznie do powstania mitu jej tragicznego życia – od początku; od momentu odejścia ojca – naznaczonego piętnem śmierci. Stała się też jakby – nieco tylko zawoalowanym – dokumentem jej tragedii i jakże przegranego losu. Powieść zaczyna się od refleksji głównej bohaterki Esther Greenwood: Upalne to było lato, dziwne lato, w którym stracono Rosenbergów, a ja siedziałam w Nowym Jorku i nie bardzo wiedziałam po co i dlaczego. Głupio mi się robi na myśl o karze śmierci. Sama wzmianka o tym, że można uśmiercić człowieka za pomocą prądu, przyprawia mnie o mdłości, (…). Nie miałam powodu utożsamiać się z Rosenbergami, ale mimo woli wciąż wyobrażałam sobie, jak to jest, kiedy kogoś smaży się żywcem prądem, puszczonym po wszystkich nerwach. Kończy natomiast powieść, opis opuszczenia szpitala dla nerwowo chorych, w którym bohaterka przebywała po nieudanej próbie samobójczej. Pomiędzy tymi zdarzeniami zawiera się krótki życiorys młodej Amerykanki, biografia  jakich wiele, powiedzieć można – niczym specjalnym się nie wyróżniająca. Nauka w szkole, studia na uniwersytecie, spotkania z chłopcami, pierwsze miłosne inicjacje, jakieś przyjęcia, zatrucia, picie alkoholu i rozmyślanie nad naturą mężczyzny. Ale oprócz tego w życiorysie Esther odnajdziemy liczne niezborności – oto świadomość młodej dziewczyny, odnoszącej pierwsze sukcesy zawodowe i artystyczne, wyposażona została w coś na kształt drugiego dna, odbijającego echa wszystkich zdarzeń, małych i wielkich, mniej lub bardziej istotnych.  Spotęgowane wracają do jej psychiki  i każą żyć po wielokroć, rozpamiętywać dawno przeszłe zdarzenia, które inna dziewczyna zapomniałaby od razu, a które ledwie mogłyby być wspomnieniami. Tymczasem Esther wciąż od nowa wraca do punktu wyjścia, wciąż drepcze w miejscu, a najbłahsze zdarzenia nie pozwalają jej pogodzić się ze światem, z koleżankami, z najbliższą rodziną. Wstępna partia powieści jest także wnikliwym, sarkastycznym opisem nowojorskiego środowiska naukowo-artystycznego, w którym właściwie wszystko podporządkowane jest swoistej logice sukcesu, w którym jednostka czuje się wyobcowana i niepotrzebna. Plath ze szczególną lubością maluje różnorakie wynaturzenia tego rodzaju – na dwóch stronicach opisuje pijaną do nieprzytomności przyjaciółkę Doreen (Fontanna brunatnych rzygowin trysnęła z jej ust i rozlała się wielką kałużą u moich stóp), która jest jej całkowitym zaprzeczeniem. Pozbawiona barier, cieszy się życiem i bierze od niego, co tylko się da. Natomiast Esther nie potrafi bezkrytycznie oddawać się męskiej próżności, nie potrafi nie analizować – nieomal w każdej chwili – swojego zachowania. Jej chorobliwe roztrząsanie zdarzeń prowadzi ją na skraj wyczerpania i choroby nerwowej, która przybierze na sile, gdy Esther wróci do domu i dowie się, że jej plany pisarskie spaliły na panewce, że nie otrzyma stypendium, nie została też zakwalifikowana na kurs pisania dla rokujących nadzieje pisarzy. W tym momencie zaczyna się jakby druga część powieści i nowy etap w życiu bohaterki. Jej stan przypomina teraz rozedrganie gorącego powietrza, widzianego z oddali, jest jak falowanie morza i nieustanny ruch wahadłowy. Zdając relację z tego co czuje, mówi: Miałam wrażenie, że z moich nerwów unosi się dym, tak jak z rusztów rozstawionych wzdłuż plaży i z rozpalonego asfaltu na pobliskiej szosie. Zdawało mi się, że cały ten krajobraz – plaża, wybrzeże, woda i skała – faluje jak teatralna dekoracja. Wszystko teraz jakby sprzysięga się przeciwko bohaterce – lekarze, matka, dawni przyjaciele i przyjaciółki. Esther doświadcza potworności źle przeprowadzonego zabiegu elektrowstrząsu – patrzy na świat szpitali psychiatrycznych, na korytarze pełne ludzi w bieli i na chorych, jak na piekło przeniesione na ziemię. Zaczyna być nieufna wobec samej siebie, gdy stale powracają do niej falami wspomnienia. Tak błąka się bez celu z miejsca na miejsce i próbuje na różne sposoby popełnić samobójstwo. Opisy stają się teraz dosadne i choć ich autorka jest kobieta, rażą beznamiętną otwartością i drobiazgowością: Kilka dni przedtem próbowałam się powiesić. Kiedy matka wyruszyła rano do pracy, wyciągnęłam jedwabny sznur z jej żółtego szlafroka kąpielowego i siadłszy na łóżku wzięłam się do robienia pętli. Czynność ta zabrała dużo czasu, ponieważ nigdy mi to dobrze nie szło, a już szczególnie nie miałam pojęcia, jak zrobić solidną pętlę. (…) Jedynym wyjściem było utopienie się tu i to już. Zatrzymałam się. Nachyliłam głowę i dałam nurka, rękami rozgarniając wodę. Poczułam ucisk na sercu i szum w uszach. Ale po kilku sekundach morze wyrzuciło mnie na powierzchnię. Albo ten instruktażowy opis czynności presuicydalnych: Miałam dokładny plan działania. (…) Zeszłam w dół, wzięłam ze stołu bladoniebieską kopertę i napisałam na niej starannie wielkimi literami: UDAJĘ SIĘ NA DŁUGI SPACER. (…) Wpadłam na górę i przystawiłam krzesło do szafy ściennej. (…) wyjęłam buteleczkę z moim nowym lekarstwem (…) i udałam się na dół do piwnicy. Tam bohaterka starannie ukrywa się przed oczyma matki i łyka około pięćdziesięciu tabletek uspakajających, po czym natychmiast zasypia. Dodajmy, że przytoczone wyżej fakty miały miejsce w życiu Sylvii Plath, a beznamiętność jest tutaj naturalną funkcją swobodnej relacji – pisarka jakby przekornie popisuje się przed czytelnikiem zdarzeniami, które przywiodły ją na skraj przepaści, które kazały jej odebrać sobie życie. Wszystko wszak wydaje się jej bez sensu wszystko ma jakąś duszną konsystencję i przywodzi na myśl zamknięcie pod szklanym kloszem: Dusiłam się zagęszczonym powietrzem, wypełniającym wnętrze szklanego klosza. Esther nie potrafi wrócić do życia, tak jak nie potrafi kochać, cieszyć się ciepłem, barwą, światłem. Wszystko zdaje się przytłumione i matowe (czyżby wynik zabiegów elektrowstrząsowych?), wszystko gdzieś zdaje się odpływać, ginąć w martwej dali. W takiej perspektywie tylko śmierć staje się pewnikiem, tylko śmierć – będąc wielką niewiadomą – jawi się jako wielka obietnica. Powieść Sylvii Plath rozgrywa się też w innych planach – jak trafnie ujął to jeden z amerykańskich krytyków, została ona jakby napisana z perspektywy pośmiertnej, bo miała być relacją dojścia, relacją z wszystkich potyczek z życiem i poniesionych klęsk. Niewiele jest we współczesnej literaturze światowej tego rodzaju „dokumentów”, niewiele znajdziemy tak wstrząsających relacji  – poprzez materię instruktażową – mających wszelkie znamiona naukowości. Trudno się zatem dziwić, że Sylvia Plath stała się sztandarową postacią różnorakich literackich izmów. Jedni objaśniają ją przy pomocy Freuda, inni widzą w jej twórczości materializację idei głoszonych przez dziwacznych guru epoki kontestacji, a jeszcze inni posiłkują się jej przykładem, by tworzyć swoistą religię śmierci – by udowadniać, że jedynie ona ma jakikolwiek sens. W rzeczy samej śmierć była dla amerykańskiej pisarki  wielką obsesją, immanentnie tkwiącą w jej świadomości i wychylającą się groźnie spod podświadomości. Od momentu, gdy miała osiem lat i spojrzała w oczy martwemu ojcu, dostrzegła w nich ów mały płomyk, który później tak ją wewnętrznie rozpalał, a gdy doszła kresu – spalił na popiół… Dramat Sylvii i jej bohaterki polega też i na tym, że do końca jest ona świadoma jego rozmiarów i jakby dobrowolnie płonie na stosie własnych fobii, lęków i depresji. Ta świadomość pozwoli jej powiedzieć na kilkadziesiąt godzin przed śmiercią bez histerii, bez niepotrzebnej ornamentyki: Kobieta osiągnęła pełnię. /Jej martwe/ Ciało w uśmiechu spełnienia (…). Sylvia Plath odeszła spokojnie brzegiem morza, zostały po niej tylko ślady stóp, które powoli rozmywała fala. Wcześniej tędy szła Esther Greenwood…
______________________
Sylvia Plath, Szklany klosz, tł. Mira Michałowska, Książka i Wiedza, Warszawa 1989, s. 365.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: