ROZPACZ KURDYSTANU (1)

A zatem postanowione… Pod koniec listopada jadę do irackiego Kurdystanu… Zadzwonił mój przyjaciel Hatif Janabi i poinformował mnie, że wszystkie formalności zostały załatwione. Zostałem zaproszony na wielki festiwal literacki do As-Sulajmaniji, podczas którego będę prezentował dokonania polskiej literatury, wygłaszał wykłady i czytał wiersze, a nade wszystko poznam wielu pisarzy i artystów tego egzotycznego kręgu kulturowego. Jestem bardzo podekscytowany, ale wszyscy odradzają mi wyjazd, pamiętając o niedawnych wydarzeniach w tym kraju, o licznych porwaniach, zabójstwie polskiego dziennikarza Waldemara Milewicza, o tysiącach poległych Amerykanów i setkach tysięcy zabitych Irakijczyków. „Nie pchaj się do Iraku, bo cię tam zabiją…” – mówi mój ojciec, a wtóruje mu mama i wielu moich przyjaciół, z którymi rozmawiam o tej wyprawie. Nie należę raczej do lękliwych osób, radziłem sobie w amerykańskim Elizabeth, określanym jako najbardziej zdeprawowane miasto tego wielkiego kraju, byłem w innych groźnych regionach świata, ale tym razem czuję rzeczywiście lekki niepokój, wiem jednak, że w końcu zdecyduję się i ruszę. Tak też się stało – w środku nocy wychodzę z domu i jadę autobusem na dworzec kolejowy, a moje miasto żegna mnie gęstą mgłą i widowiskowymi kulami świateł w różnych miejscach. Jadę długą ulicą prowadzącą do centrum i kontempluję sznury rozbłysków, ciągnące się w dal mleczno-żółte lampiony, czerwone i fioletowe lampy przy torach kolejowych. Po czterdziestu minutach jestem już na dworcu, kupuję bilet i udaję się na peron, gdzie stoi podstawiony pociąg pośpieszny do Warszawy. Czekam kilkanaście minut i po odjeździe prawie od razu zapadam w sen, budząc się tylko podczas kolejnych postojów i wtedy, gdy konduktor sprawdza bilety. Na dobre ożywiam się w okolicach stolicy, jem jedną bułkę z szynką i serem, popijam wodą mineralną i powoli zaczynam przygotowywać się do wysiadki. Pociąg zatrzymuje się z piskiem i po wytaszczeniu walizki, udaję się z peronu do poziemnych korytarzy, gdzie mam zamiar wypić kawę. Krążę trochę po ciągnących się w dal hallach i w końcu kupuję upragniony gorący napój w restauracji Mc Donalda. Wyciągam jeszcze jedną bułkę i jedząc ją powoli, przyglądam się ludziom za oknem, najczęściej szybko gdzieś podążającym, ciągnącym torby i pakunki na kółkach, rozmawiającym przez telefony komórkowe, albo dumnie patrzącym przed siebie. Mija pół godziny, dochodzi ósma, wychodzę zatem na otwartą przestrzeń przed Dworcem Centralnym i postanawiam od razu udać się na lotnisko Okęcie. Prawie natychmiast przyjeżdża autobus, do którego wsiadam, znajduję wolne miejsce i przyglądam się miastu za oknami, kolejnym mijanym skrzyżowaniom i nowym budynkom, nowoczesnym hotelom i  niezliczonym samochodom. Ile to już razy jechałem z bagażem tym traktem i ile razy nachodziły mnie refleksje, ekscytowałem się bliskim lotem i obietnicą przeżycia nowej przygody.

Wchodzę do nowego terminalu i siadam na jednej z ławek, przyglądając się ludziom stojącym w kolejkach albo wędrującym z prawa na lewo, prowadzącym za rękę małe dzieci albo podbiegającym do jakichś większych grup. Lubię atmosferę lotniska i nigdy się na nim nie nudzę, a bywało przecież, że czekałem w portach lotniczych Amsterdamu, Wiednia, Nowego Jorku, Moskwy czy Pekinu przez cały dzień. Obserwuję ludzi, ich zachowania, twarze i gesty, czasem też docierają do mnie strzępy rozmów po angielsku lub rosyjsku, jakieś pojedyncze słowa w języku niemieckim czy francuskim. Potem idę do jednej z restauracji, z których rozpościera się widok na pas startowy i przyglądam się samolotom wznoszącym się znad nich i przybywającym z daleka, elegancko siadającym na ziemi. Tym razem chcę się jak najszybciej pozbyć ciężkiej walizki, więc – zgodnie ze wskazaniami biletu elektronicznego – idę do stanowiska LOT-u, gdzie miła brunetka wita mnie z promiennym uśmiechem. Niestety okazuje się, że po raz pierwszy podczas moich podróży, coś się nie zgadza, coś jest nie tak i kto wie czy w ogóle polecę do Iraku. Nie ma mnie na liście pasażerów polskiego samolotu, odlatującego z Warszawy do Stambułu i nic nie dają poszukiwania według klucza alfabetycznego, narodowościowego i według numeru paszportu. Organizatorzy wyprawy informowali mnie, że lecę LOT-em do stolicy Turcji, a stamtąd po długim czekaniu, będę miał nocny samolot do Erbilu, dane biletu jednak się nie zgadzają. Dowiaduję się, że piętnaście minut później leci też do Stambułu samolot Turkish Airlines i niewykluczone, że będę na liście jego pasażerów. Muszę jednak poczekać dwie godziny na otwarcie biura tureckich linii i sprawdzenie w ich komputerach czy polecę, czy może jednak nie… Siadam na piętrze, przy drzwiach oficyny i zagłębiam się w myślach, rozważam co mnie czeka w najbliższych latach, bo przecież czas pędzi do przodu i trzeba wyodrębnić działania, które będą najważniejsze i rozpłomienią moją wewnętrzną pasję. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ale z drugiej strony bez kłopotów i nieustannego ich pokonywania, bez ciągłego dążenia niczego bym nie zrobił, nie znalazłbym się w tylu miejscach na ziemi i nie spotkałbym tylu wspaniałych ludzi. Po godzinie przychodzi wreszcie jakiś urzędnik i uprzejmie sprawdza czy jestem na liście pasażerów. Okazuje się, że moja rezerwacja została wycofana, ale pojawiła się nowa, dokonana z Berlina. Wszystko zatem wraca do normy i mogę iść nadać bagaż w określonym miejscu, a potem udać się do strefy wolnocłowej i czekać na lot.

W jednym ze sklepów kupuję małą buteleczkę whisky, idę przez długi hall i siadam przy ogromnym oknie, za którym startują i lądują samoloty. Piję powoli whisky, a blisko mam polskiego Boeinga 767, takiego samego jak ten, którym super-pilot Tadeusz Wrona wylądował bez wysuniętego podwozia. Każdy kto latał samolotami wie jak skomplikowana operacją jest posadzenie wielkiej maszyny na ziemi i ile razy jest to dość twarde uderzenie. 1 listopada 2011 roku pilot uratował życie 231 osób, w mistrzowski sposób ślizgając się po pasie startowym i ledwie w nieznacznym stopniu uszkadzając statek powietrzny. Tacy ludzie każą wierzyć, że świat jest dobry, a życie ma wielką wartość i zdarza się tylko raz. To oni są po drugiej stronie świata nieludzkich bestii, mordujących, oszukujących, intrygujących i wierzących, że są niczym duchy nieśmiertelne. Widzę jak wielka jest to maszyna, ile musi ważyć ton i jakim dokonaniem było bezbłędne ulokowanie jej na pasie, wybór właściwego kąta natarcia i szybkości, skorelowanie wszystkich niezbędnych parametrów i wskazań przyrządów. Za oknem małe i wielkie samoloty wzbijają się do lotu, a inne siadają na płycie lotniska i szybko kołują do rękawów, trwa nieustający taniec, w którym wszystko ma swoje miejsce i jest sterowane z wieży kontrolnej. Słyszę informację, że lot tureckich linii do Stambułu będzie trochę opóźniony, bo oczekiwany Airbus jeszcze nie przyleciał. Po pół godzinie widzę jednak jak ląduje, a potem zbliża się do miejsca, gdzie siedzę, jak zostaje połączony z ruchomym tunelem i z którego zaczynają wysypywać się pasażerowie. Sporo osób o ciemnej karnacji skóry, z czarnymi włosami, kilkanaście kobiet w charakterystycznych muzułmańskich chustach, nazywanych w krajach arabskich hidżab, w Turcji – czarczaf, a w Iranie – czador, jacyś Murzyni i Metysi, grube mieszkanki Czarnej Afryki i wielu Europejczyków. Podjeżdżają samochody właściwych służb, zaczyna się sprzątanie samolotu, wydobywanie bagaży pasażerów, czasem przy wejściu pojawia się stewardesa lub mężczyźni z jakimiś dokumentami. Mija kolejne kilkanaście minut i załoga zgłasza gotowość do przyjęcia nowych podróżnych, co powoduje rozgardiasz, nawoływania i szybkie podbieganie ludzi do stanowiska ostatecznej odprawy. Tym razem proszą jednak o wchodzenie na pokład najpierw pasażerów, którzy mają zająć ostatnie sektory w maszynie. Tym sposobem szybko zostaję sprawdzony, podążam tunelem i witany z uśmiechem przez stewardesę o urodzie tureckiej księżniczki, wchodzę do środka samolotu. Mam miejsce przy oknie i śledzę kolejne etapy przygotowań do lotu, pojawianie się nowych samochodów, tym razem ładowanie bagaży, krzątanina przy kołach, sprawdzanie poszycia przez jednego z członków załogi, a potem już szybkie przemieszczanie się na pas. Pilot informuje, że jesteśmy gotowi do lotu i włącza pełną moc silników, co powoduje, że szybko nabieramy prędkości i we właściwym momencie odrywamy się od ziemi, ostro wznosząc się ku górze. Widzę ulice i domy Warszawy, sznury samochodów, linie kolejowe i tramwajowe, ale po kilkudziesięciu sekundach wszystko spowijać zaczyna mgła i  wkraczamy w strefę coraz gęstszych chmur. Wyraźnie widoczny jest przechył samolotu i uniesienie jego przodu ku górze, słychać miarowo pracujące silniki, a za oknem przesuwają się coraz to dziwniejsze fantomy oparów i mlecznych kulistych tworów. Wreszcie wypływamy ponad te warstwy i z boku wyskakuje silnie operujące słońce, wszystko nabiera plastyczności i jawi się w tysiącach kolorów, odcieni i blasków.

Reklamy

1 komentarz

  1. uruguayo said,

    2011/12/29 @ 13:54

    świetnie się czytało ten wpis. pozdrawiam


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: