SEN XXVII

Ten sen miał najpierw strukturę owocu granatu… Przeciskałem się z przestrzeni do przestrzeni, przechodziłem z sektora do sektora, jakbym opuszczał kolejne kuleczki, wypełnione lepkim sokiem albo krwią. Wszystko było czerwonawe, bolesne, jakby egzystujące na krawędzi światów – wszystko zawisało w strukturach przypominających galaretę z osocza, rozciągało się, wydłużało i kurczyło się nieustannie. Moja twarz odbijała się w kolejnych amarantowych plastrach, które zsuwały się gdzieś w dół, albo znikały w dali, czasem wirowały w górze i znikały nie wiedzieć gdzie. Nagle znalazłem się na zewnątrz owocu i usłyszałem natrętne, narastające i oddalające się, brzęczenie pszczoły krążącej wokół niego. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem wychudzonego słonia na owadzich nogach, przemykającego przez morskie płycizny, rysującego się wyraziście na tle lazurowego nieba. W dali widać też było skaliste wysepki, które kiedyś widziałem u wybrzeży Katalonii, multiplikowane na grzbiecie sennego zwierzęcia, u prawego boku i z przodu, jakby kamienność gwałtownie wkradała się do tej przestrzeni, natychmiast stając się kontrapunktem dla wirów, różowych mgieł i seledynowych oparów. Wszystko mutowało, stale zmieniało swoje kształty, stale też czaiło się gdzieś zagrożenie, jakiś gotowy do strzału karabin, jakaś groza krwi przelewanej jak sok granatu, jakieś wysypujące się z niego czerwone komórki, mające swoją integralność i natychmiast stające się ruchomym wszechświatem. Odgłos skrzydeł pszczelich narastał, a z rozerwanego owocu powoli wypłynął kształt pradawnej ryby głębinowej. Rozległ się krzyk rybołowa albo samego Szatana, powietrze pękło i z paszczy rybiej wyszły, uderzając ogonami na boki i rycząc przeraźliwie, dwa bengalskie tygrysy. Karabin samoczynnie skierował się ku dołowi i wskazał nagą kobietę, wiszącą w magnetycznym oddechu, tuż nad płaską skałą. Jej erotyzm był trupi, jakby zaznała rozkoszy i zaraz umarła z rękoma pod głową i nienaturalnie podwiniętą prawą nogą. Tygrysy ryczały i chciały się na nią rzucić, kula karabinowa nie wylatywała z lufy, a tuż przy ciele zawisły dwie krople morskiej wody. Może był to sen spowodowany lotem pszczoły wokół jabłka granatu, na sekundę przed przebudzeniem, a może roiły mi się w głowie dale niemożliwe, nieustannie umykające i powracające w nowych sekwencjach barwnych. Gdzieś wysoko, gdzieś głęboko był byt, który czuwał nad tym wszystkim, stale kontrolował przepływ informacji, nie pozwalał tygrysom rzucić się na kobietą. Utrzymywał w zawieszeniu światy, znał dogłębnie strukturę kobiecej skóry, sierści kota, granatu i kamienia, a nade wszystko przenikał myśli malarzy, słoni na owadzich nogach i moje. Był snem we śnie i niemożliwą refleksją, stawał się czasem i przestrzenią, znosząc w każdej chwili ich ograniczenia, był nie istniejąc i nie było go w jakże realnym i konkretnym bycie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: