KULTURYSTYKA

Na jednym z portali kulturystycznych znalazłem link do mojej biografii, prezentowanej w Wikipedii. Ktoś doszukał się w moim dzienniku, że ćwiczyłem kiedyś kulturystykę i zamieścił stosowny odnośnik. Zobligowało mnie to do napisania szerszego wspomnienia o tamtych czasach, tym bardziej, że wszystko doskonale pamiętam, jakby wydarzyło się przed chwilą. A zaczęło się od fascynacji wspaniale umięśnionymi kolegami ze starszych klas szkoły średniej, którzy chodzili w obcisłych koszulkach i prezentowali z dumą rozbudowaną muskulaturę. Dałem się im namówić i poszedłem na pierwszy trening, który był dla mnie szokiem i zmotywował mnie do regularnych ćwiczeń. Uchodziłem na podwórku za chłopaka bardzo silnego i znakomicie radziłem sobie w różnych grupach, bandach, a szczytem wszystkiego było moje przywództwo w jednej z nich. Wtedy poszliśmy dużą paką do jednej ze szkół podstawowych, umiejscowionej na Wzgórzu Wolności, gdzie pan Paszket prowadził sekcję. Byłem bardzo pewny siebie i położyłem się na ławeczce z przekonaniem, że dygnę jakiś ogromny ciężar. Mina mi zrzedła, gdy na rozgrzewkę dano mi samą sztangę i wydała mi się ona bardzo ciężka, a to przecież było zaledwie dwadzieścia kilogramów. Potem dołożono dwa wielkie stalowe koła po bokach i mizerne sześćdziesiąt kilo klasycznie przygniotło mnie jak pękniętą dętkę. Okazało się, że siła rąk, umiejętności w zakresie sportów walki, nic nie znaczą jeśli nie ma się odpowiednio wytrenowanych mięśni klatki piersiowej, barku i tricepsów. Tak mi było wstyd, że natychmiast zapisałem się do sekcji, opłaciłem stosowne czesne i dwa razy w tygodniu, we wtorek i w czwartek chodziłem wraz z kolegami do salki gimnastycznej, zjeżdżając z Błonia do Zbożowego Rynku autobusem miejskim, a potem wspinając się po schodach i podążając alejkami na wzgórzu. Do dzisiaj pozostał we mnie rozległy widok miasta, różnie prezentującego się w odmiennych porach roku. Zwykle szliśmy w grupce pięcioosobowej, ale zdarzało się, że sunąłem na treningi samotnie. Chodził z nami Rychu, który potem zachorował na gościec i zmarł, także Bajkoś, bracia Lalusie, okazjonalnie Kopel i Gienas. Wyprawy bywały niebezpieczne, bo na plantach, na górnym tarasie miasta roiło się od pijaków i chuliganów, którzy nas zaczepiali, a dopiero po jakimś czasie, widząc nasze rozbudowane sylwetki, taktownie schodzili z drogi.

      

Zanim jednak zaczęto się z nami liczyć, różnie bywało i czasem podążaliśmy do sali ćwiczeń z lękiem w sercach, nie wiedząc co nas spotka po drodze. Po dotarciu na miejsce przebieraliśmy się w szatni w sportowe ciuchy i szliśmy na rozgrzewkę. Trener dawał nam małą piłkę do gry i zaczynało się rąbanie do niewielkich bramek. Pamiętam jak wspaniałe to były mecze i ile potu wyciekało na parkiet, gdy dokonywaliśmy cudów, walczyliśmy ramię w ramię i strzelaliśmy bramkę za bramką. Za każdym razem miałem niedosyt, gdy nasz mistrz nakazywał zakończenie meczu i obwieszczał początek treningu kulturystycznego. Dzisiaj adepci tego sportu mają do dyspozycji wspaniale wyposażone sale, różnorakie skomplikowane urządzenia, wszystko podane jak na tacy, a myśmy targali ciężary z piwnicy i po trochu wnosiliśmy na górę wszystkie ławeczki, sztangi, hantle, jakieś zawieszki na drabinki, do ćwiczenia mięśni rąk i sprężynowe ekspandery. Trener policzył, że za każdym razem wynosiliśmy i znosiliśmy na najniższą kondygnację budynku jakieś pięć ton żelastwa, ale rozłożone na wielu adeptów kulturystyki, nie wiedzieć kiedy pojawiały się na parkiecie. I zaczynały się ćwiczenia, wyciskanie ciężarów na ławeczkach, podnoszenie siedemnastokilowych hantli, podciąganie całego ciała na drążkach, praca nad mięśniami nóg i rąk. Rychu zaczął brać Metanabol, co przy jego pracy w fabryce chemicznej, mogło mieć wpływ na rozwinięcie się wspomnianej wyżej choroby. Najpierw przybrał na wadze, osiągnął imponujące rozmiary mięśni piersiowych i bicepsów, ale po jakimś czasie zaczął tracić siły i wiądł w oczach, by ostatecznie stać się strzępem człowieka i umrzeć cichutko w zapomnieniu, gdy już dawno wyprowadziliśmy się z naszego bloku. Chyba tylko raz wziąłem tabletkę tego świństwa i później bazowałem raczej na super treściwych posiłkach. To takich ogromnych wydatkach energetycznych, wracając do domów zjadaliśmy prawie bochenek świeżego chleba z masłem, jajecznicę z dziesięciu jaj na wędzonce, piliśmy ogromne ilości mleka i soków, a uzupełnialiśmy wszystko słodyczami. Piwo i tanie wino poszło w odstawkę, a w ich miejsce pojawiły się jakieś odżywki, bułki z kotletem lub klopsem, kurczaki z rożna i placek drożdżowy ze śliwkami. Powszechne było wtedy też oddawanie krwi w stacji krwiodawstwa, za co otrzymywało się kilkanaście tabliczek deficytowej czekolady i inne prezenty spożywcze, podstawą jednak był ciepły chleb, przynoszony z osiedlowej piekarni, nabiał i ogromne ilości wieprzowiny oraz wołowiny.

Dzisiejsi kulturyści złapaliby się za głowę, słysząc o takich metodach budowania masy mięśniowej, ale trzeba uświadomić sobie w jakich czasach żyliśmy i co mieliśmy wtedy do dyspozycji. Jakby nie patrząc na nasze strategie, wyciskaliśmy na ławeczkach coraz większe ciężary, zyskiwaliśmy większą kondycję i siłę. Szybko opanowałem wyciskanie sześćdziesięciu kilogramów w powtarzalnych seriach, a kolejne rekordy sprawiały, że coraz bardziej wciągał mnie ten sport. Pokonywałem ciężary, które wcześniej mnie przygniatały, a więc osiemdziesiąt pięć kilogramów, dziewięćdziesiąt i wreszcie – po ambitnej i długiej walce – stówę. Nie zatrzymałem się jednak i po miesiącu ćwiczyłem już w seriach powtarzalnych z takim dużym obciążeniem, które jakby stale traciło na wadze. Dawało to wspaniałe efekty w formie coraz większych i twardszych mięśni i robiło wrażenie na kolegach i koleżankach z liceum. Jako jeden z pierwszych uczniów miałem koszulki i dresy firmy Puma i szpanowałem na potęgę. A propos szpanowania… Tak nazywało się stawanie przed lustrem na treningach kulturystycznych i pozowanie, napinanie mięśni, zmienianie konfiguracji, ustawianie się bokiem i en face, a także tyłem, by ukazać mięśnie pleców i barku. Dzisiaj, gdy o tym myślę, uśmiecham się, bo pamiętam różnych chłopaków, którzy przychodzili na pierwszy trening i już stawali przed lustrem, napinając szczątki muskulatury, z którymi chcieli dopiero coś zrobić. Niektórzy starsi zawodnicy popisywali się przed młodszymi, w czym brylował taki jeden Eda, przezywany Oprawca. Niektórzy się go bali, ale jaki tam z niego był straszny człowiek, raczej prymitywny wieśniak, przyjeżdżający na treningi z pobliskiego Stryszka, gdzie pracował w świniarni. Tutaj – na Sali sekcji kulturystycznej, w społeczności męskiej – jednak zyskiwał na powadze, podnosił ze sto dwadzieścia kilogramów na ławeczce, stawał stale przed lustrem i komenderował nowicjuszami. Do dzisiaj pamiętam ostry, nieomal śmierdzący, zapach jego potu, drewniane klapki, w których paradował i gacie opinające ściśle małych rozmiarów męskie narzędzie. Gdy minąłem barierę stu dwudziestu pięciu kilogramów i stale próbowałem wyciskać o pięć kilo więcej przestał się mnie czepiać i zaczął się dla odmiany podlizywać. Podobno skończył jako alkoholik i złodziej w więzieniu, a potem kolesie zadźgali go gdzieś w centrum mojego miasta. Niestety wielu moich dawnych kolegów źle skończyło, a ostatnio docierają do mnie wieści o kolejnym z nich, który pędzi żywot menela, śpiąc na ulicy i szukając wsparcia gdzie się da.

        

Eda był uzurpatorem, ale prawdziwym mistrzem i gwiazdą naszych treningów był urodziwy –  przypominający nieco Cygana – Klepa. Pamiętam jakie robił na mnie wrażenie, gdy kładł się na ławeczce i ćwiczył w seriach sztangą ważącą sto pięćdziesiąt kilogramów. Był bardzo wysoki, miał piękne, gęste i długie włosy, a jego piersi mogły konkurować z najpiękniejszymi kobiecymi biustami. Gdy zdejmował dres i stawał przed lustrem by poszpanować, zamierały prace na sali, charakterystyczne odgłosy metalu szczękającego o metal i wszyscy przyglądali się mistrzowi. Ja znałem go z osiedla, bo przesiadywał w jednym z kiosków z przepiękną, platynową blondynką, a potem jeszcze zaprzyjaźniłem się z nim, gdy czasem razem podążaliśmy na trening. Zamknięty w sobie, nie dopuszczający do swego świata prawie nikogo, otwierał się przede mną i mówił do mnie Czaruś, uznając mnie za urodziwego chłopaka. Myślę, że miał też, skrzętnie skrywany, pociąg do mężczyzn, choć publicznie bezwzględnie odcinał się od tego rodzaju miłości. Egzystował w naszej sekcji na specjalnych prawach, zwykle zjawiając się, gdy ciężary były już wyniesione i nigdy nie porządkował sali po treningu. Nasz trener patrzył na niego jako na posąg przedwiecznego herosa i jeździł z nim na różne krajowe pokazy kulturystyczne, gdzie Klepa święcił triumfy u boku Jana Włodarka i Zygmunta Igrasa. Fascynowaliśmy się wtedy taki słynnymi atletami jak Arnold Schwarzenegger, Frank Zane i Sergio Oliva, ale niekwestionowanym lokalnym idolem był dla nas Klepa. Idąc z nim alejkami Wzgórza Wolności odkrywałem jego subtelną naturę, sam jeszcze będąc ignorantem w dziedzinie malarstwa, słuchałem długich opowieści o życiu i twórczości Claude’a Moneta, bo nasz mistrz był fascynatem malarstwa impresjonistycznego. By nie wypaść źle w jego oczach, szybko przeczytałem ze dwie książki o tych twórcach i zacząłem z nim dyskutować jak równy z równym, czym bardzo go ująłem. Szczególnie podobały mu się ciekawostki o trzech malarzach: Renoirze, Sisleyu i Monecie, ale chętnie słuchał też relacji o Gauguinie, który daleko wykroczył poza wskazany wyżej nurt. Niestety koniec Klepy był straszny, bo został uwikłany w sprawę karną, o której szeroko pisały gazety, a potem ukrywał się oskarżony o zbrodnię i skazany zaocznie przez sąd. Nie wiem czy to prawda, ale podobno oddział Zomo został wysłany do lokalu, w którym przebywał i zastrzelono go przez zamknięte drzwi, serią z szybkostrzelnego karabinu maszynowego. Przykro mi było, gdy czytałem te relacje w różnych szmatławych gazetach, tym bardziej, że kreowały one obraz potwora, bez litości wchodzącego w konflikt z prawem. Ja zapamiętałem innego Klepę i nie mogłem zaakceptować tego, że jego piękne ciało, wspaniale wyrzeźbiona muskulatura, zostały zmasakrowane przez pociski wystrzelone przez jakiegoś słabeusza w szarym mundurze. Ale taki właśnie jest nasz świat, gdy naprzeciw siłacza staje paralityk, obstawiony przez innych cienko piszczących kolesiów, zwykle kończących w psychiatryku lub w jakiejś marnej życiowej jamie.

            

Długo jeszcze utrzymywałem formę kulturystyczną i podczas studiów, na obozach sportowych, gdy trenowałem już lekkoatletykę i piłkę nożną, szokowałem kolegów, gdy w siłowni kładłem się na ławeczce i bez trudu wyciskałem kilka razy sto kilogramów. Studiowałem już polonistykę, mając wciąż do czynienia z różnymi łajzami, słabeuszami i pokrakami ale stale biegałem na jakieś treningi. Moja dziewczyna dawała mi wtedy ostro popalić, więc odreagowywałem biegając na boisku uczelnianym, przepływając jeziora lub stojąc między słupkami bramki. Pewnej niedzieli wybrałem się z nią, jej siostrą i jej chłopakiem na długi spacer po mieście, podczas którego natknęliśmy się na wielkie zgromadzenie w Parku Ludowym. Była tam muszla koncertowa ze sceną, na której prezentowali się pięknie umięśnieni kulturyści, a potem urządzono zawody dla publiczności. Prowadził je znany szeroko w Bydgoszczy propagator kulturystyki i konkurent mojego byłego trenera, pan Witold Majchrzak, o którym gazety pisały, że był spadkobiercą tradycji takich siłaczy jak Władysław Pytlasiński, Stanisław Cyganiewicz, Władysław Cyganiewicz, Teodor Stekker i Stanisław Niwiński. Wiele mówiło się w mojej sekcji kulturystycznej o jego metodach treningowych i bezpardonowym wyrzucaniu zawodników, którzy się koksowali – podobno zawsze był zwolennikiem czystego sportu i zdrowego dochodzenia do wyników. Może dlatego Klepa przeszedł od niego do naszej grupy, choć motywy jego decyzji nie do końca były dla nas jasne. Podczas wspomnianej imprezy, po dwóch latach od ostatniego treningu siłowego, wycisnąłem jeszcze sto dwadzieścia kilogramów, ale potem przegrałem z jakimś innym mężczyzną w konkurencji wyciskania ogromnej hantli. Drugie miejsce było wszakże sporym osiągnięciem, a trener Majchrzak podkreślał, że ćwiczenia kulturystyczne dają siłę przez długi czas, czego miałem być przykładem. Później jeszcze wiele razy chwytałem za sztangę i ciężary, a podczas treningów bokserskich w Zawiszy Bydgoszcz, zachodziłem na salę ciężarowców i coś tam przewalałem, jakieś żelastwo podrzucałem do góry. Siłę zachowałem przede wszystkim dzięki pływaniu i wspinaczce, choć biegi i gra w piłkę też były w tym względzie pomocne, nie mówiąc już o sportach walki, gdzie sporo czasu poświęcano na treningi tego typu. Trzy lata temu, dzięki zaproszeniu przyjaciół, byłem w pięknym hotelu na Florydzie, gdzie miałem do dyspozycji wspaniale wyposażoną siłownię. Zachodziłem do niej często, ale już pierwszego dnia odpuściłem sobie duże ciężary, kiedy to – pragnąc popisać się sam przed sobą – położyłem się na ławce pod sztangą stukilogramową. Dźwignąłem ją w górę, opuściłem na piersi i zostałem klasycznie przygnieciony, ledwo wydostając się spod niej i ocierając sobie skórę na prawej piersi. Kiedyś machałem tym ciężarem w seriach po dziesięć podniesień, a teraz ledwo dychałem pod monstrualnym kolosem wagowym. Cóż robić, czas biegnie do przodu, a ja nie jestem już młodzieniaszkiem, a choć serce mam silne i mięśnie sprawne, muszę zaakceptować to, że tego rodzaju ćwiczenia nie są już dla mnie. Jeszcze pobawiłem się sztangą z obciążeniem sześćdziesięciokilogramowym, ale szybko uznałem, że lepsze dla mnie są długie spacery nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej i podziwianie brązowych pelikanów, patrolujących przybrzeżne wody. Wspomnienia jednak pozostały i dzielę się tutaj nimi z czytelnikami mojego dziennika, zachęcając młodych ludzi do ćwiczeń kulturystycznych – to wspaniała szkoła charakteru, kuźnia zdrowia i wiary w samego siebie, a między bajki włożyć można opowieści, że po latach mięśnie flaczeją i mężczyzna wygląda przez to okropnie. Organizm na wszystko ma swoją odpowiedź i czasem, dla podtrzymania kondycji wystarczy tylko przepłynięcie kilku basenów, gra w piłkę, długi marsz albo zabawa z mniejszymi ciężarami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: