STO WIERSZY POLSKICH (XXIII)

Zwykłość i zarazem niezwykłość Pana Cogito rodzi się na granicy życia i śmierci, bytu i nicości. Niewielu badaczy dostrzegło jak dotąd ów śmiertelny profil istnienia tego bohatera. Bo przecież jest on martwy, a jego wiedza o świecie i jego mechanizmach wzięła się między innymi z próby śmierci. Pan Cogito przeszedł ją umierając najrealniej i jednocześnie zachowując wyznaczniki osobowości autora. Mało tego, śmierć „wzmocniła” w nim cechy ludzkie i spowodowała, że stał się on – przypomnijmy mądre zdanie Ryszarda Przybylskiego – archetypem osoby ludzkiej stworzonym z cierpienia. To jest bytem o przedziwnej nadświadomości, zawieszonej nad śmiercią, a zarazem będącym samą śmiercią; bytem spektralnym i zarazem hipotetycznym punktem zawieszenia w nie istniejącej przestrzeni. Czytelnikowi poezji Herberta zapewne wiele dałoby poznanie teorii względności. Stwierdziłby może wtedy, że Pan Cogito i często narrator innych cykli wierszy porusza się w przestrzeni, albo istnieje w niej w zgodzie z twierdzeniami Einsteina. Jego wizja czasu i przestrzeni to  wizja złożoności świata, obecności w nim wielu warunkujących go praw i struktur, czasem całkiem nowych, wrażenie pełni – osiągane są przez pogoń za ekstremami, nieustanne korekty, zmiany znaków. Tak bohater Herberta wchodzi w nieskończoność, w ukryty wymiar egzystencji, stale szuka i nigdy nie znajduje, stale wędruje, choć kres jest w nim, stale ucieka, choć nie może się poruszać. Przeszedł wrota rozpadu materii i miał stać się bytem doskonałym, nie potrafi jednak i nie może zapomnieć o swojej cielesności o istnieniu pośród  przestrzeni euklidesowej, o tamtej woli życia, od samego początku przecież przeżartej śmiercią. Jakże mogłoby być inaczej, skoro jest faktem, że najdoskonalsze zjawisko woli życia, prezentujące się w tak niezwykle skomplikowanej i kunsztownej maszynerii ludzkiego organizmu, musi się rozpaść w proch, i tak to jego cała istota i dążenie są w końcu najwyraźniej oddane na pastwę zniszczenia – oto naiwna wypowiedź zawsze prawdziwej i szczerej natury, że całe dążenie tej woli jest przeżarte w swej istocie nicością. Byt jest zawsze w podróży, stale gdzieś zdąża, choć nigdy nie dotrze do celu. Po drodze mija  małe stacyjki i nigdy się na nich nie zatrzymuje, potem stać go tylko na bolesną kontemplację, która sama siebie pyta o to, dlaczego kontempluje, tak jest w jednym z najpiękniejszych wierszy Herberta Rovigo.

Poeta myśli o tym miasteczku, bo chwilowy pobyt w nim jest analogonem istnienia. Podobnie w świecie ludzi – ledwie na chwilę zadamawiamy się w miejscach, ledwie przez czas drgnięcia boskich powiek stajemy na jakiejś ziemi. Potem czas popycha nas w dal i kontury rozmywają się, kształty tracą swoją logikę, a kolory bledną, bo pamięć jest blada i nigdy nie dorówna wyrazistości żywych barw. Ludzki byt, podparty kamienną twardością kości, podsycany pulsem krwi, jest jak Rovigo. Jest chwilą istnienia i już… już przeszłością… już niebytem. Tylko poeta, który patrzy na istnienie jak na tajemną ceremonię potrafi dostrzec tego rodzaju analogie, tylko umysł orbitujący ku sprawom ostatecznym może zdobyć się na tego rodzaju refleksję. To jest miasto jakby spoza topografii lirycznej Herberta, miasto, które przez  moment lśni w jego umyśle, połyskuje w wyobraźni. Służy – multum in parvo – przybliżeniu tego, co ukryte, tego co bezkształtne. W takim mieście bohater Herberta nie mógłby umrzeć – przez takie miasto nie przejeżdża nawet Pan Cogito. To jest zwykłe miasto i zwykły człowiek w nim umiera. Jedynie poezja nadaje mu kształt uniwersalny, a wtedy egzystuje Rovigo tuż przy Panu Cogito i z równą jak on siłą nicuje świadomość.  Pobyt w Rovigo wpisany jest w – jak to nazywa Kaliszewski – Ciągłe badanie starych i zakreślanie nowych granic – nieustanny ruch w sferze wartości i ocen. Oto najważniejsze z działań tej liryki, przeczące idei znalezienia jakiegokolwiek   ś r o d k a,   wygodnego miejsca w czasie czy poza czasem, klasycznego wzgórza, skąd obejmuje się wzrokiem, bez specjalnego wysiłku, wszystko we właściwych stałych proporcjach. Mozolna krzątanina, ruch po spirali, ciągłe odkrywanie i opanowywanie tego, co tylko na pozór raz zostało zrozumiane i odkryte, stanowi bardzo trudny humanizm, za który nagrodą nie jest wieczność, a „ciemny kres”, „złote runo nicości”, zaś w najlepszym razie przyjęcie „do grona zimnych czaszek”, lepszych przedstawicieli gatunku. Rovigo równie dobrze mogłoby nazywać się  n i  c o ś ć   albo   n i e s k o ń c z o n o ś ć   i równie dobrze mogłoby nie istnieć. Wszak jego topografia jest typowa, budynki niczym szczególnym się nie wyróżniają, stacja kolejowa jakich wiele, pociągi na niej przybywają i odjeżdżają, jakieś wzgórze… bylejakość, typowość, szarość. Ale refleksja poety czyni z tego miasta matrycę wszystkich miast, matrycę całej przestrzeni i całego istnienia.  I wtedy nagle – gdy pociąg rusza, gdy czas zaczyna pędzić donikąd – Rovigo ożywa, zaczyna pulsować jakimś pogańskim rytmem. Jego kształty jakby osuwały się w czasie, jego ludzie jakby w przyspieszonym tempie rośli, starzeli się i umierali – Wskutek zamknięcia w ciemnych i nie przewietrzanych pomieszczeniach twarze ich zostały dokładnie przenicowane. Bardzo chcieliby mówić, ale wargi zjadł piasek. Czasem tylko zaciskają w pięści powietrze i próbują podnieść głowę niezdarnie, jak niemowlęta. Nic ich nie cieszą ani chryzantemy, ani świece. Nie mogą pogodzić się z tym stanem, stanem rzeczy. Chcą gdzieś uciekać, coś zrobić, chcą walczyć o siebie, ale śmierć wypełnia już każdą szczelinę oddechu, każdą cząstkę przestrzeni, jeszcze nie wierzą, jeszcze zdaje się im, że się ruszają,  jeszcze – zanim nadejdzie/ powalenie bezwładem/ zwyczajna śmierć bez glorii/ uduszenie bezkształtem  – jeszcze próbują oszukać samych siebie. Ale już wypełniło się wszystko, już wszystko się skończyło; jedni bledli jak opłatek /tracili ziemskie wymiary/ i gwałtownie/ lub wolno/ emigrowali/ w błękity.

Pan Cogito gdyby patrzył na to pulsujące śmiercią miasto powiedziałby być może: nie ma/ nic poza narodzinami i śmiercią /nic tylko narodziny i śmierć. Pan Cogito szukałby wsparcia u mędrców, bo sam zawsze szukał mądrości, a w obliczu      m i a s t a    n i c o ś ć    tylko oni mogliby mu pomóc odnaleźć sens, pomóc odnaleźć treść. Przecież wszystkie wypowiedzi Pana Cogito stylizowane są na przemowę mędrca, podanie kulturowe, ostateczny glos z zaświatów. Jak pisze Seneka – Szeroko rozpościera się życie mędrca: nie zamykają go te same granice co innych. Jest wyzwolony spod praw rodzaju ludzkiego, jemu jednemu są podległe wszystkie stulecia jak gdyby jakiemuś bogu. Przeminął czas jakiś? Więc go ogarnia pamięcią. Nastaje? Więc z niego korzysta. Nadejdzie? Więc go wita z oddali. Przez zespolenie wszystkich czasów w jedną całość życie jego przedłuża się w bezkres. Mędrzec sięga myślą poza horyzont, zna prawa rządzące światem i wszechświatem, a nade wszystko poprzez mądrość obudził w sobie wrażliwość dziecka. Dla niego nicość jest jednym z wymiarów istnienia, dla niego śmierć nie istnieje. Mówi: Teraz, kiedy widzę śmierć słów, wiem, że nie ma granicy rozkładu. Pozostaną po nas w czarnej ziemi rozrzucone głoski. Akcenty nad nicością i prochem. Dla niego człowiek kiedy ostygnie i osiągnie stan satori jest pusty i/ zdumiewający – mędrzec Herberta patrzy z filozoficznym spokojem tam, gdzie Drży i faluje niepokojem/ ogromna przestrzeń małych planet  i wypowiada o niej eschatologiczną sentencję.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: