OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (5)

Zauważyłem, że z oczu Marianne płyną połyskujące świetliście strużki łez. Ostrożnie wziąłem jedną z tych pereł między usta i poczułem jej słony smak. Powoli, kropla po kropli scałowałem wszystkie. Z głośnika dobiegały słowa ballady: And Jane came/  by with a lock of your hair/ She said that you gave it to her/ That night that you planned to go clear/ Did you ever go clear? Lekko gładziłem jej piersi i spokojnie zacząłem rozpinać guziki piżamy. Podniosła się na chwilę i pomogła mi zsunąć górną część. Znowu przywarliśmy do siebie. Jej piersi były sprężyste jakby wypełniała je krystalicznie czysta woda, a może były w nich te łzy, które scałowałem z policzków. Odsunąłem się trochę i zacząłem pieścić jej nabrzmiałe, wilgotne sutki. Spociliśmy się oboje, ale nasz pot miał zapach świeżości, który łączył się z zapachem jej włosów i tworzył niepowtarzalną aurę. Cohen śpiewał: Ah, the last time we saw you/ you looked so much older/ Your famous blue raincoat was torn at the shoulder/ Youd been to the station to meet every train/ And you came home without Lili Marlene… Odkryłem na chwilę kołdrę i delikatnie zsunąłem jej spodnie. W półmroku jaki panował w pokoju wyraźnie dostrzegłem czarne włosy u zbiegu ud. Ileż to razy jako chłopiec myślałem o tych zakazanych zakamarkach, ileż fantastycznych myśli o nich pojawiało się w mojej głowie. A teraz miałem w zasięgu ręki to miejsce. Schyliłem się i zacząłem całować włosy na łonie. Moja męskość powiększyła się do rozmiarów ogromnych. Całowałem i obiegałem językiem całe jej uda, wargi i miejsce, gdzie kończą się nogi. Ona była jakby trochę zażenowana tym wszystkim, ale też podnieciło ją to tak, że cała drżała, a jej ciało pulsowało jakby w konwulsjach. Położyłem się obok niej i przykryłem nas kołdrą. Znowu dobiegły do mnie dźwięki ballady:  And you treated my woman to a flake of your life/ And when she came back she was nobody’s wife Teraz ona pochyliła się nade mną i całowała mnie namiętnie. Strumienie gęstych włosów spadały na moją twarz i zdawało mi się momentami, że odgradzają mnie od świata. Całowała i szeptała cichuteńko: kocham, kocham cię; a ja, gdy to do mnie docierało też szeptałem jej w usta: kochamja ciebie też kocham. Nagle stało się coś, co ścisnęło mi gardło. Pochyliła się nade mną i zaczęła całować…  Potem wychyliła się i znad tapczanu podała mi chusteczkę. Wytarłem szybko siebie i ją i raz jeszcze dotarły do mnie odgłosy pieśni. If you ever come by here, for Jane or for me/ Your enemy is sleeping, and his woman is free./ Yes, and thanks, for the trouble you took from her eyes/ I thought it was there for good so I never tried. Odetchnąłem głęboko, przytuliłem się do niej i zapytałem:

– Dlaczego słuchasz takich smutnych piosenek….?

– Smutek jest piękny. I te słowa…. takie piękne…

– Przeżyłaś kiedyś coś podobnego?

– Może…

– Kiedy…? – spytałem po dłuższej chwili i poczułem jak wszystko we mnie drętwieje.

– Kiedyś…. nie ważne….. powiedziała z ociąganiem i lekkim odcieniem złości w głosie.

– Ale… ty…

– Tak, jestem po raz pierwszy z chłopakiem w łóżku…

– Ja też po raz pierwszy…

– Wiem – powiedziała i pocałowała mnie w czoło – Dlatego ciebie wybrałam.

Usiadłem na brzegu łóżka, uśmiechnęła się i znowu wtuliła się we mnie. Jej ciepło było najpiękniejszą rzeczą jakiej na świecie zaznałem. Wzruszony, onieśmielony i przepełniony radością całowałem jej piersi, dotykałem spierzchłych ust. Pochylaliśmy się nad sobą i falowaliśmy jak gałązki wierzby, jak trzciny na wietrze. Raz ja zniżałem się do niej, całowałem tysiącami pocałunków każdy punkt jej nóg i zatrzymywałem się u końca ud. Potem ona całowała i pieściła mnie delikatnie, szeroko otwartymi ustami, gładziła i znowu lekko dotykała koniuszkami ust i nosa.

– Jesteś taki kochany – powiedziała – Jakie to szczęście, że ciebie spotkałam. Chcę być z tobą zawsze, chcę się tylko z tobą kochać, tylko ciebie obejmować. Obiecaj mi, że nigdy mnie nie rzucisz…

– Obiecuję – powiedziałem i wtuliłem się w nią.

Marianne objęła mnie i po chwili zasnęliśmy. Nadzy. Odkryci. Wtuleni w siebie. Z naszych ciał spływały wolniutko strużki potu i wsiąkały w pościel. Po godzinie, a może po dwóch przebudziliśmy się i ona zapaliła małą lampkę nocną. Wtedy zobaczyłem nasze „pobojowisko”. Prześcieradło pogniecione i pościel cała upaprana we krwi. Ona wytarła stale lekko broczące krwią miejsce między udami i powiedziała:

– Wstań trzeba to posprzątać….

Wstałem i poszedłem do łazienki. Tam wszedłem pod prysznic i spłukałem z siebie zaschły pot i krew. Wytarłem się do sucha i wróciłem w szlafroku do pokoju. Marianne kończyła zmieniać pościel. Zwinęła z ziemi „brudy” i poszła do łazienki. Miała już na sobie majtki pod którymi wyraźnie rysowała się podpaska, albo spory pakunek waty. Po chwili usłyszałem, że i myje się w łazience. Cohen, po raz któryś z rzędu, monotonnie śpiewał: And Jane came by with a lock of your hair/ She said that you gave it to her/ That night that you planned to go clear Po chwili przyszła i bez słowa położyła się na łóżku. Przylgnąłem do niej i wsunąłem dłoń pod kołdrę. Delikatnie, ale stanowczo wysunęła ją i przytrzymała na kołdrze.

– Teraz już nie możemy…. – powiedziała.

Pocałowałem ją, wyprostowałem się i wziąłem głęboki oddech. Położyła się na boku i po chwil podniosła na łokciu. Nad moją głowę znowu zwiesiły się jej gęste, ciemne włosy. Pocałowała mnie w zamknięte oczy i lekko zaczęła brać w usta rzęsy.

– Kochasz mnie? – zapytała.

– Nikogo, nigdy tak nie kochałem…

– Naprawdę?

– Naprawdę. I boję się…

– Czego…?

– Boję się, że ciebie stracę…

– Nie stracisz…

– Nie gniewaj się, ale chyba nie powiedziałaś mi wszystkiego o swoim życiu..

– Nie powiedziałam…

– To powiedz.

– …

– No, powiedz….

– Dobrze, ale obiecaj mi, że i tak będziesz ze mną….

– Nie mogę być z kimś innym…

Powiedziałem i poczułem, że zimny pot spływa mi strużką po plecach. Odgarnąłem jej włosy i przy rozjaśniającym się już niebie zobaczyłem jej pełną smutku twarz. Dalej całowała mnie po policzkach i powiekach i mówiła powoli:

– Dwa lata temu, na wakacjach, u mojej babci w Raju spotkałam chłopaka…

– W Raju…?

– No, ta wioska nazywa się Raj…

– W Raju…

– Tak, ma na imię tak jak ty i podobał mi się, ale szybko zrozumiałam, że nie jest tym, o kim marzyłam. Był wulgarny, traktował mnie jak przedmiot, a potem po nieudanym napadzie na sąsiada znalazł się w więzieniu. Stamtąd przysyła do mnie stale listy…

– A ty piszesz do niego… – pytałem zraniony.

– Kilka razy napisałam, ale potem w ostatnim liście dałam mu do zrozumienia, że go nie kocham i że zrywam z nim. W odpowiedzi zagroził mi, że się zabije….

Gładziłem lekko jej policzki. Przysunąłem głowę i pocałowałem ją w usta. Całowaliśmy się tak przez kilka minut, po czym ona znów zaczęła:

– Napisał mi, że albo będę jego, albo zabije mnie i siebie….

– Takie tam gadanie….

– Nie, on jest nieobliczalny. Boję się, że mógłby mnie, albo tobie coś zrobić…

– A kiedy ma się tutaj zjawić…?

– …

– Nie możesz mi powiedzieć….

– Jutro… to znaczy…. chyba już dziś wieczorem…

Po tylu wrażeniach tego wieczoru odwróciłem się do niej plecami i zamknąłem oczy. Wtuliła się we mnie i sen przyszedł natychmiast. Śniły mi się ogromne cmentarze. Chodziłem po nich i szukałem jakiegoś grobu. Gawrony i kawki całymi stadami siedziały na drzewach i krakały niczym jakaś monstrualna maszyna. Niektóre sfruwały na nagrobki, siadały na kamiennych krzyżach i wpatrywały się w ciemność. Moja twarz i nienaturalnie wydłużona postać odbijały się w czarnych granitach, pojawiały się na białych marmurowych płytach. Nagle stanąłem przed grobowcem z szarego piaskowca. Obrośnięty roślinnością zdawał się wtapiać w otoczenie drzew i krzewów. Odważnie postąpiłem ku otwartym żelaznym drzwiom i zacząłem schodzić po schodach w dół. Po chwili znalazłem się w obszernym pomieszczeniu. Na środku stała otwarta trumna, a obok niej dopalał się wielki paschał. W trumnie leżał nagi mężczyzna. Podszedłem bliżej i spostrzegłem, że to jestem ja… Przerażony, chciałem wybiec na zewnątrz, ale drogę zastąpił mi jakiś mężczyzna z chlebakiem na ramieniu i koronką od butelki po winie. Za nim pojawił się mknący i rozchybotany, jaskrawo oświetlony tramwaj…

– Tomku, Tomku… obudź się… proszę obudź się – Maria potrząsała mnie za ramię.

– Tak, już, już…

– Coś ci się śniło, łkałeś przez sen….

– Nieważne, która godzina?

– Siódma…. musimy już wstać.

– Dobrze – powiedziałem i pocałowałem ją w usta. Jeszcze raz wtuliliśmy się w siebie i całowaliśmy się.

Po kilku minutach wstałem. Marianne zrobiła kawę, wypiliśmy ją, zjadłem parę wczorajszych kanapek i wyszedłem z jej domu.  Stanąłem przy otwartych drzwiach i zapytałem:

– O której on przyjdzie?

– Nie wiem… przyjedź  po południu… Chcę, żebyś tu był…

– Dobrze… Kocham cię…

– Ja też cię kocham….

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: