* * *

Leopold Staff pisał w jednym ze swoich wierszy: O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa,/ W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,/ Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,/ Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem. Brzmiały we mnie te słowa, gdy pojechałem do pradoliny Noteci, nieopodal wielkich stawów rybnych, gdzie na przelotach gromadzi się sporo rzadkich ptaków. Wiele razy tam byłem z lornetką i moimi aparatami fotograficznymi, ale jakoś nigdy specjalnie nie zwróciłem uwagi na wyniosłą olchę, rosnąca tuż przy skarpie. Może tym razem słońce inaczej ją oświetliło, może czułem się szczególnie odprężony i jasno patrzyłem na świat, a może po prostu zadziałała moja wyobraźnia. Patrzyłem na ten ogrom konarów, mniejszych gałęzi i liści i natychmiast przypomniałem sobie o drzewach z obrazów René Magritte’a, w nich także jest coś tęsknego i tajemniczego, jakaś aura cudowności i nadrealnej ulotności. To drzewo także istniało w realnym świecie, a zarazem było emblematem czegoś niewypowiedzianego, jakiejś wielkiej, ciągnącej się przez lata tajemnicy. Przysiadało na nim hałaśliwe stado gawronów i co jakiś czas zrywało się do lotu, ale zauważyłem też dwie pary grzywaczy, sójki i kawki, co chwilę znikały w gęstwinie liści mniejsze ptaki, trudne do określenia z daleka i połyskujące w słońcu. Dla nich to drzewo było jak wyspa, na której mogły się zatrzymać po podniebnym locie, ukryć przed drapieżnikiem, a w nocy spokojnie zasnąć w rozwidleniu gałązek lub w niecce w popękanej kory. Moja wyobraźnia podsunęła mi obraz pokrytych roślinnością wietnamskich skał na Morzu Południowochińskim, do którego zbliżają się dżonki. W tej przestrzeni, w tym miejscu drzewo to trwało od dziesiątków lat, opierało się dziejowym burzom i atmosferycznym anomaliom, wiele razy uderzał w nie piorun, a wichury naginały i łamały gałęzie, ale ono, silnie utwierdzone w ziemi nie poddawało się i osiągnęło gigantyczne rozmiary. To dla mnie ważny znak i podpowiedź, że kruchość i delikatność może przetrwać i stać się prawdziwym monumentem natury. Moje życie zawsze wypełnione było tęsknotą za czystością i pełnią, a wiele chwil miało w nim wymiar sakralny i pozwalało wierzyć, że zbliża się czas wielkich wydarzeń. I one nadchodziły, przedzielone okresami bólu i cierpienia, smutku i zamyślenia, stawały się częścią jednostkowego losu i trwania przy przekonaniu, że jest jakaś wewnętrzna logika kolejnych elementów, życia i przemijania. Bo przecież – jak mówi Staff: Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza/ I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa,/ Z których widmami rośnie wyzwolona dusza…/ O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa! I cóż jest piękniejszego od takich chwil, gdy nagle zauważamy znak, wyrazisty i pulsujący znaczeniami, pojawiający się w określonej chwili, ale rozrastający się jak wielka olcha i pozostający w świadomości na zawsze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: