DOŚWIADCZENIE LASU

Jako młody chłopak stale obcowałem z lasem, który był jedną z otwartych przestrzeni, ciągnących się kilometrami poza moim osiedlem. Na północy były stare cmentarze, na południu lotnisko, na wschodzie rozłożyło się miasto, a na zachodzie ścieliły się wielkie obszary drzew iglastych i liściastych. Najwięcej było sosen, ale zdarzały się modrzewie, świerki, a w niektórych miejscach pojawiały się dziwne enklawy. Tuż przy torach kolejowych, prowadzących do Poznania, na wprost lotniska był na przykład spory kwadrat bardzo wysokich akacji, które szczególnie w okresie kwitnienia były zjawiskowe i zawsze przyciągały moją uwagę. Zdarzało się, że szedłem tam tylko po to, by przyglądać się konstelacjom białych kwiatów i chłonąć ich zapach. Podobnie było z niektórymi sanktuariami starych dębów, powyginanych cisów, rozłożystych olch, lśniących świerków i z licznymi sosnowymi zagajnikami. Nikt wtedy nie mówił o kleszczach, a przecież wiele razy siadało się na trawach, mchach i porostach, wędrowało się przez las w sandałach i trampkach, bez skarpet, najczęściej w krótkich spodenkach. Oczywiście widywałem wiele owadów, szczególnie skarabeuszy, pająków i mrówek, ale jakoś nie przypominam sobie tych najgroźniejszych bezkręgowców. Po długich wyprawach miewałem czerwone plamy na dłoniach i nogach, bąble na brzuchu lub plecach, ale najczęściej odpowiedzialne za to były komary, meszki, jakieś leśne i końskie muchy lub pajęczaki. Wiele było wypraw grupowych, szczególnie na wielką strzelnicę z żelbetonu, tuż za osiedlem, gdzie ćwiczyliśmy wspinanie się po murach i wielkich wyrwach, ale szczególnie utkwiły mi w pamięci wyprawy samotne. Zdarzało się, że cały dzień, od rana do późnego popołudnia chodziłem po lesie, podglądając sarny, jelenie i zające, przypatrując się ptakom i roślinom. To był mój drugi dom i czułem się w nim jak ryba w wodzie, w pewnych okresach mając nastawienie awanturniczo-przygodowe, a w innych obserwacyjno-naukowe. Gdy na podwórkach komentowało się kolejne filmy o mężnym wodzu Apaczów lub jego białym przyjacielu, stawałem się jednym z nich i z nożem przy pasie przemierzałem leśne ostępy. Ale z biegiem lat górę brała naukowa ciekawość, zacząłem zbierać owoce leśnych krzewów i drzew, jakieś barwne nasiona i liście, a zdarzało się, że przynosiłem w pudełku po zapałkach barwnego motyla, błyszczącego chrząszcza lub świerszcza.

Dosyć szybko ustaliłem początkową trasę, która po przejściu torów kolejowych i niewielkich zagajników, docierała do szerokiego traktu, biegnącego lasem sosnowym przez parę kilometrów, aż do wielkiej polany, przeciętej strumieniem z krystalicznie czysta wodą. Widywałem na niej stada saren, czasem jakiegoś samotnego jelenia, lisa, borsuka, ale najwięcej było zajęcy, uciekających na mój widok w popłochu, albo przystających, unoszących się w górę i przypatrujących mi się z zainteresowaniem. Z czasem ten leśny dukt stał się terenem moich treningów biegowych i karateckich, kiedy to wybiegałem z domu w dresie lub białym stroju z barwnym pasem, szybko mijałem kolejne bloki i wkraczałem w leśne rewiry. Właściwy bieg zaczynał się na tej szerokiej drodze i miał swoje znaki orientacyjne, kolejne przecinki, ścieżki, dziwne drzewa, aż w końcu dochodził do Zielonej Łąki. Różne było natężenie mocy podczas tych treningów, bo zdarzało się, że truchtałem dość wolno, ćwicząc skoki zakosami, robiąc pompki, unosząc ciało uczepiony gałęzi lub zginając się i dotykając palcami dłoni szeroko rozstawionych lub złączonych stóp. Bywało też, że te trzy kilometry dogodnego do biegania szlaku przemykałem bardzo szybko, czując w ciele dziwne moce, zawsze jednak – czy po drodze się zatrzymywałem, czy nie – końcówka była niezwykle intensywna i wbiegałem na polanę z sercem bijącym jak młot, szybko oddychający i cieszący się z kolejnego dotarcia do celu. Myślę, że to były momenty mojego najintensywniejszego życia, dające się porównać tylko z wyścigami rowerowymi i pływaniem na długich dystansach w jeziorach i w morzu, może też z seksem. Bo przecież, gdy byłem młodzieńcem kilkunastoletnim zdarzało się, że moim szlakiem prowadziłem jakieś dziewczęta, rozmawialiśmy i całowaliśmy się co jakiś czas, aż wreszcie – z jedną z nich – przeżyłem w moim lesie coś wyjątkowego, nie dającego się porównać z wcześniejszymi zabawami erotycznymi. Prawie do dwudziestu dwóch lat włóczyłem się po tych ostępach i odwiedzałem miejsca moich inicjacji, wyposażony w coraz większą wiedzę na temat ornitologii, entomologii, dendrologii i botaniki, przystawałem w wielu miejscach i kontemplowałem fenomeny natury. Nie brakowało sukcesów obserwacyjnych, gdy długo przyglądałem się niebieskiej krasce, zawieszonej na drucie telegraficznym, gdy odkrywałem w konarach czarne lub zielono-siwe dzięcioły, swarliwe sójki, gołębie grzywacze i mniejsze, barwne ptaki.

Rzadko wędrowałem poza Zieloną Łąkę, gdyż wiązało się to z koniecznością pokonania wysokich traw i dość szerokiego, zawsze lodowatego strumienia. Zdarzało się jednak i to, gdy wykorzystywałem jakiś zwalony pień, przechodziłem po nim na drugi brzeg i podążałem dalej. Zaczynała się tam kraina lasu mieszanego, z wielkimi brzozami i bukami, z rozłożystymi dębami i samotnymi wysokopiennymi sosnami oraz modrzewiami. Wszystko wydawało mi się tam obce, ale po przejściu kilkuset metrów wychodziło się na kolejną wielką polanę, na której widać czasem było kilka małych stad saren, sporo ptaków krążyło nad niewielkim rozlewiskiem, a szczególnie widowiskowe były bekasy kszyki, które wznosiły się wysoko i opadając, lotkami skrzydeł, wydawały dziwne dźwięki. Siadałem na jakimś kamieniu lub zwalonym pniu, a bywało, że i wprost na trawie lub piasku i długo chłonąłem to, co rozgrywało się w wielkiej rozległości przede mną. Gdzieś tam z boku biegły tory i co jakiś czas przemykały nimi stare lokomotywy na węgiel, pozostawiające za sobą kłęby czarnego dymu, szybko niknące w czeluściach czarnego lasu. Pewne razu zapragnąłem obejść tę wielką pustkę, co okazało się przedsięwzięciem ogromnym, bo czyste powietrze zakłamywało nieco odległości i jakieś punkty orientacyjne, zdawać by się mogło będące na wyciagnięcie ręki, okazywały się bardzo odległe. Mężnie jednak pokonałem całą przestrzeń, wróciłem moim traktem na osiedle i w domu, po zjedzeniu obfitej kolacji, natychmiast zasnąłem, śpiąc prawie do południa następnego dnia. Po przebudzeniu i kąpieli w wannie, poczułem trudy mojej wyprawy i dopiero jazda na rowerze po chodnikach i boisku szkolnym spowodowała, że zakwasy w mięśniach zostały zlikwidowane przez krew szybko krążącą w żyłach. Zresztą bóle mięśni były stałym elementem mojej młodości, bo jeśli nie odbywałem wypraw leśnych, to grałem w piłkę na bramce lub w polu, jeździłem na rowerze lub pływałem w różnych jeziorach, stawach, rzekach i w naturalny sposób, następnego dnia czułem ile z siebie dawałem. Doświadczenie lasu było jednak jednym z najważniejszych moich przeżyć dzieciństwa i wieku dorastania, porównywalnym z uczuciem miłości, przywiązania i wierności. Dzisiaj, wracając do tamtych chwil, uśmiecham się i widzę siebie jak wędruję przez piękne, jesienne drzewostany, oświetlone światłem słońca, tworzące samotne wyspy żółcieni i złota, burgundzkiej czerwieni i subtelnego brązu, z elementami ostatniej zieleni i zmatowiałego seledynu. Jeśli tylko znajduję wolną chwilę, wracam do lasu, z aparatem fotograficznym i notesem, w którym zapisuję zauważone gatunki ptaków, no i łączę się w myślach z chłopakiem biegnącym przez las, z młodym mężczyzną przystającym przed konarem, na który hałasuje dzięcioł i z tym kim jestem dzisiaj. Stale idę przez ten las i nie opuszcza mnie marzenie o dziewiczej naturze, ciągnącej się w dal i stale pojawiającej się w moim życiu jak znak odwiecznego połączenia z czystością i pełnią.

Reklamy

2 Komentarze

  1. Piotr Bagiński said,

    2011/10/06 @ 18:09

    Musieliśmy się mijać. Mieszkałem wówczas, co prawda, najpierw w Ujsołach [ Beskid Żywiecki], a potem Nieszawie ale rodzice często „podrzucali” mnie w tym czasie dziadkom ze Szwederowa, konkretnie z ul. Gnieznieńskiej. Nie miałem w Bydgoszczy kolegów – rówieśników, a po „Twoich” terenach chodziłem w towarzystwie dziadka i psa – wilczura – Bariego. W mojej dziecięcej pamięci, wyrazniej jednak od lasów, zapisały się starty i lądowania, pierwszy raz w życiu, widzianych z bliska, samolotów. Zastanawiam się, czy już wówczas na rogu Gnieznieńskiej i Szubińskiej była, taka, ni to budka z piwem, ni knajpka, bodaj „Antałek” się nazywająca ? Świetne grzane piwo kilkanaście lat pózniej w niej pijałem.

    • lebioda said,

      2011/10/09 @ 8:48

      Tak Piotrze, to były moje tereny. Gnieźnieńską chodziłem wiele razy na działkę, którą mieliśmy przy ul. Jaskółczej.
      Na Szubińskiej się urodziłem (dosłownie w domu), a „Antałek” też miał miejsce w mojej i kolegów biografii.
      Wiele tych chwil domaga się opisania, tylko stale brakuje czasu…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: