ALEJA KLONÓW (8)

Prawie dorosłe dziewczyny, Mela i Jola, mieszkały nieco dalej, w głębi podwórka, tuż za domem pięknej żony złotnika Rozenfelda. Obie były bardzo urodziwe, ale jak to często bywa u sióstr prawie w tym samym wieku, różniły się od siebie w jakiś trudny do uzasadnienia sposób. Mogłem je podziwiać latem w całej krasie, gdy wcześnie rano, myśląc, że nikt ich nie widzi, wychodziły do linki z praniem i ściągały z niej swoje czyste ubrania. Siadałem przy ścianie i z ukosa przyglądałem się ich młodym ciałom, rozwianym włosom i dynamicznym ruchom. Mela była wiotka i miała delikatnie zarysowane piersi, które lekko podnosiła do góry specjalnym stanikiem. Jasne włosy najczęściej zaplatała w dwa warkocze, zwieńczone kolorowymi wstążkami, które fruwały w powietrzu przy każdym jej ruchu. Długie, szczupłe uda harmonizowały z wiotkimi rękoma i ramionami, a skórę miała zawsze lekko opaloną i lśniącą, jakby namaszczoną kremem lub oliwą. Sięgając po pranie, rozstawiała szeroko nogi i sięgała ku lince stając w pozie greckiej bogini wojny. Każdy jej ruch był dynamiczny i sprężysty, głęboko przemyślany, ale ostatecznie skończony jak atak czarnej pantery, jak przelot wilgi pomiędzy gałęziami wiśniowego drzewa. Najbardziej lubiłem gdy wspinała się na palce, a jej koronkowe majtki unosiły się lekko ku górze i odsłaniały część pośladków. Jeśli stała do mnie przodem, wyraźnie rysowały się pod nimi gęste, jasne włosy łonowe, przechodzące leciutko aż na pachwiny. Ile to razy śniło mi się, że zagłębiam usta w tym miejscu, ile razy wyobrażałem sobie, że szybko urosłem i zostałem mężczyzną wiotkiej Meli. Lubiła mnie bardzo i często brała za rączkę, prowadząc do sklepu albo na lody, nie wiedząc, że płonął we mnie ogień pożądania. Czasem, przy przejściu przez ulicę, brała mnie na ręce, a ja niby to przypadkowo opierałem rękę o jej piersi, albo zawieszałem ją na ciepłym ramieniu. Dla niej byłem tylko małych chłopcem, aniołkiem z marzeń o własnym potomstwie, więc często całowała mnie w usta, dotykała wargami mojego czoła, nosa, rzęs, a raz nawet poczułem jak jej język prześliznął się po mojej szyi, tuż przy uchu.

Jola miała długie, gęste, ciemne włosy, które najczęściej nosiła rozpuszczone albo splecione w jeden gruby warkocz z tyłu głowy. Jej skóra była biała jak mleko i tylko latem nieco czerwieniała od promieni słonecznych, nigdy jednak nie przybierała koloru brązowego. Ogromne piersi eksplodowały pod bluzkami, albo wylewały się z biustonoszy, gdy także nieświadoma, że obserwuje ją mój ojciec lub ja, podbiegała do prania i szybko ściągała swoje stroje. Wszystko miała zaokrąglone, ale daleko jej było do otyłości, bo kształtność i harmonia układały się w całość niezwykłą i pociągającą. Miała również długie nogi i wiotkie ręce, ale były one nieco obszerniejsze niż u siostry, jakby natura powiększyła wszystko o jeden numer. Dziewczyny ubierały się w inne suknie i swetry, nosiły kontrastowo różne spódnice i pończochy, nigdy nie pożyczając od siebie niczego. Ciało Joli leciutko falowało, a choć nie miała nawet jednej fałdki na brzuchu, to jej pośladki i mięśnie ud poruszały się przy każdym ruchu, jakby przelewając się lekko w znaczącym, bezecnym tańcu. Serce stawało mi w piersiach i przestawałem oddychać, gdy poprzez delikatne, białe figi prześwitywała czarna kępa włosów, a pod stanikiem czerwieniły się nabrzmiałe sutki. W każdym ruchu i geście Joli było zaproszenie i skrywane pod gładkością i delikatną powierzchownością, dzikie wołanie: weź mnie… zniszcz wszystko… zdruzgotaj mnie… Czułem to, gdy siadała na ławeczce, brała mnie na kolana i z upodobaniem głaskała po głowie, gładziła moje rączki albo przytulała do falującej piersi. Raz nagle rozpłakała się przy tym, szybko pocałowała mnie w czoło, odrzuciła swoje włosy do tyłu i spłoszona pobiegła do domu. Nie wiedziałem o co chodzi i też zrobiło mi się markotnie, serce załkało z bólu, jakbym przeczuł coś strasznego. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłem, że dziewczyna w szczególny sposób reaguje na widok mojego urodziwego ojca, a ja jestem dla niej jakby jego cudowną namiastką. Mogła mnie bezkarnie dotykać, czesać moje włosy swoim grzebieniem, zapinać guziki koszulek, a nawet podciągać zamek rozporka, który zsuwał się samoczynnie i odsłaniał to, czego się bardzo wstydziłem.

Jeden sen, z tamtego czasu, zapamiętałem szczególnie i potem próbowałem go sobie jakoś wytłumaczyć. Byłem w nim dzieckiem, a zarazem moim ojcem i leżałem na wielkim łożu, w kształcie łodzi, okrytym czerwonym jedwabiem. Dookoła przepływały kolorowe mgły, jakieś ciepłe opary, chmury błękitu i żółcienia, zieleni i fioletu, a czasem migotały w przestrzeni plamy złota i srebra, falowały amaranty, seledyny i lazury. Do łodzi zbliżały się dwie okryte tiulem kobiety i szybko zrozumiałem, że to Mela i Jola, choć ta druga przeistaczała się czasem w Żydówkę Polę. Przysiadły na brzegu łoża, odrzuciły półprzezroczyste okrycia i przysunęły się do mnie, tuląc się jak kotki, ocierając się o skórę i muskając moje dziecinne ciało. Chciałem uciekać, a zarazem, w tej samej chwili, zmężniałem i przebiegałem ogrom czasu, stając się moim ojcem i gotowym do miłości młodzieńcem. Mela całowała leciutko moje brwi, a Jola gładziła stopy, wodząc po nich najmniejszym palcem prawej dłoni, dotykając kolan i ud, a czasem docierając do innych, ciemnych zakamarków. Jakże czułem się dorosły w tym śnie i jak pragnąłem tych kobiet, ale gdy tylko zaczynałem je pieścić, spadałem z impetem ku świadomości dziecka, zaczynałem łkać i chciałem jak najszybciej uciec. Wtedy Mela i Jola zmieniały się w monstrualne, rogate bestie, ryczące nade mną i szarpiące moje ciało – wtedy nagle barwy wokół mnie gasły i napływała czerń, na pościeli pojawiały się plamy krwi, a mój krzyk nie mógł powstrzymać oślizłych i żarłocznych chimer. Obudziłem się przerażony i natychmiast pobiegłem w ciemności do łóżka rodziców, a potem z zamkniętymi oczyma, po omacku, wtuliłem się w śpiącą mamę. Ciepło i miarowy oddech powoli mnie uspokajały, ale kiedy otworzyłem oczy, zamarłem w przerażeniu. Leżałem przy Joli, okrwawionej jak zabita impala, a obok niej prężył się mój ojciec, który miał oczy czarnego lamparta i ostre pazury zamiast dłoni. Spojrzeli na siebie i kiwnęli znacząco głowami, a potem czerwony tiul przesłonił wszystko, słyszałem jakieś głosy, porozumiewawcze szepty, szuranie nóg i wreszcie lekkie trzaśnięcie drzwi. Leżałem znowu w swoim łóżku i ojciec pochylił się nade mną, pogłaskał mnie po głowie, okrył kołdrą i powiedział:

 – Śpij, coś złego ci się przyśniło… ale teraz już dobrze… śpij spokojnie…

Zamknąłem oczy i znowu zobaczyłem Melę i Jolę, tym razem siedzące przy mnie jak boginie opiekuńcze, całe w złotej biżuterii, z cennymi klejnotami w wielkich diademach i trzymające mnie za ręce. Gdzieś daleko rozległ się odgłos smutnej kołysanki o dziecinie Rosemary, spostrzegłem jeszcze jakieś ruchome cienie i szybko pogrążyłem się w błogim nieistnieniu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: