* * *

Czasami zwalniam tempo i przysiadam w różnych miejscach, na ławkach w parku, w centrum handlowym, na przystanku tramwajowym odpuszczam nagle jeden kurs, zatrzymuję się nad rzeką i na wielkim rynku. Przyglądam się ludziom, którzy gdzieś biegną, ku czemuś dążą, zaangażowani są w realizację jakiegoś mniejszego lub większego przedsięwzięcia. Patrzę na nich, coś zauważam, coś wyodrębniam, zawieszam wzrok na dziwnym szczególe, na jakiejś niezwykłej postaci – piękna dziewczyna czyta książkę w autobusie i staram się dostrzec tytuł na okładce. Widzę jej jasne, puszyste włosy, dokładnie umalowaną oprawę zielonych oczu, eleganckie czółenka i jedwabną sukienkę, skrywającą piękne ciało. Jego symetrię łatwo mogę sobie wyobrazić, bo dekolt jest obszerny, a barwny materiał ściśle opina poszczególne partie anatomiczne… Wreszcie widzę tytuł i jestem bardzo zaskoczony, bo ta zwiewna, delikatna osoba czyta Biesy Dostojewskiego, jedną z najokropniejszych powieści, jaką w życiu poznałem. Wracają do mnie obrazy z dziwacznej egzystencji Mikołaja Stawrogina, przypominam sobie  rozterki Stiepana Wierchowieńskiego i zastanawiam się co one mogą mieć wspólnego z urodziwą dziewczyną, czytającą powieść w pojeździe komunikacji miejskiej, na początku dwudziestego pierwszego wieku. Widzę jej wielkie zaangażowanie w lekturę i pojawiające się co jakiś czas nerwowe ruchy warg, ściągnięcia brwi, szybkie odrzucenia włosów z czoła. Może czyta o nieszczęściach kulawej Marii Lebiadkin lub o utopiach Szygalewa… a może przeżywa śmierć byłego studenta Iwana Szatowa… A teraz jestem w parku, gdzie zauważam człowieka pchającego zdezelowany dziecinny wózek, wyładowany różnymi śmieciami, jakimiś kartonami i puszkami po piwie. Zastanawiam się jak ten człowiek wyglądał w czasach, gdy nie musiał egzystować na ulicy. Choć bije od niego okropny fetor niemytego ciała, przybliżam się i zauważam niebieskie oczy, wyraźne rysy twarzy, przysłonięte teraz niechlujną brodą, na której widać resztki jakiegoś jedzenia, ma też długie, siwe włosy i rany ze skrzepłą krwią na czole.. Czy tak wyglądał Piotr Stiepanowicz Wierchowieński, gdy Szygalew mówił o nim: pluskwa…, a może to jest utajony obraz każdego z nas, tylko kultura, sposób życia, sprawowane funkcje, oddalają od nas czas upadku, zaniedbania, ostatecznego rozkładu. Idę w kierunku rzeki i siadam w ogródku piwnym, biorę małego Lecha i kontempluję mijających mnie ludzi. Zatrzymuję wzrok na jakiejś parze, która podąża szybko w stronę centrum miasta, widzę ich uśmiechy, lśniące oczy, zapatrzenie w siebie. Dziewczyna wtuliła się w silne ramiona chłopaka i pewnie nie wie, że wszystko jest chwilą, wszystko ma wymiar tymczasowy – ona po prostu jest i cieszy się z bliskości drugiej osoby. Ciekawe kiedy zaczną się między nimi jakieś konflikty, a trudności życia zniszczą uczucia? A może w tym konkretnym przypadku będzie inaczej, może właśnie im się uda i na starość, tak samo objęci, pójdą do urzędu po odznaczenie za… długoletnie, zgodne pożycie… I jeszcze jeden obraz, z niedawnej podróży powrotnej z Litwy… W pociągu do stacji Szestokai siedzi naprzeciwko mnie inna młoda dziewczyna, o ciekawej urodzie, którą ze specjalną, wyszukaną ekspresją manifestuje. Umalowana na czarno, co jakiś czas odrzuca rękoma krucze włosy na bok, rozmawia przez telefon komórkowy, albo czujnie zerka na mijane stacje, kontroluje zbliżanie się do punktu docelowego. Przyglądam się jej uważnie, ale ona, choć to widzi, demonstracyjnie mnie olewa, a to przekłada coś w torebce, a to pisze jakiegoś esemesa, innym razem ćwierka coś do telefonu. W końcu szybko wysiada i widzę, że na stacji czeka na nią rosły chłopak, z którym całuje się chwilę i już idą gdzieś tam, do swoich litewskich losów… Jadę dalej, do polskiej granicy i potem do mojego miasta, do domu, w którym – jak zawsze – czeka na mnie wiele zajęć… Ernest Hemingway mówił, że podczas pracy zmienia się w tygrysa i atakuje z furią… Wielokrotnie zdarzało mi się robić coś z wielką pasją, mającą w sobie wiele z takich zachowań, ale ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że potrzebuję znacznie więcej czasu na wykonanie nowych zadań. Z boku może to wyglądać inaczej i wciąż ktoś zarzuca mi ekspansywność, stale mówią, że tyle robię, tyle projektów realizuję, tyle zadań sobie nakładam. I tak jest, bo wciąż coś się dzieje, porządkuję wieloletnie archiwum, piszę nowe teksty, przygotowuję do druku moje książki, zajmuję się też publikacją tomów osób zaprzyjaźnionych, może też podczas wakacji uda mi się coś namalować, może pojawią się nowe rysunki… Ale jednak, to już nie to samo co w latach osiemdziesiątych, nie to samo, co w roku dwutysięcznym… nie to samo, co w czasach poetyckich eskapad, rozgrywanych meczów, walk z rówieśnikami i pracy na kąpieliskach. Nie to samo, choć chłopiec we mnie ten sam… E tam, facet, nie marudź i bierz się do roboty…

Reklamy

1 komentarz

  1. uruguayo said,

    2011/06/22 @ 12:23

    Bardzo ciekawy wpis. I świetne nostalgiczne zakończenie – gdyby Peckinpah robił film o poecie/wykładowcy, mógłby to wpisać do scenariusza 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: