NACJONALIZM LITEWSKI

Wróciłem z Litwy, gdzie wraz z uczestnikami Maja nad Wilią podążałem tropami Czesława Miłosza. Byliśmy w Wędziagole, gdzie na cmentarzu jest grób jego pradziadka, potem w Opitołokach (w tamtejszym kościele rodzice poety oficjalnie się zaręczyli), w Świętobrości (tutaj przyszłego noblistę ochrzczono), a wreszcie w Szetejniach, gdzie się urodził. Po drodze było jeszcze Kowno i Kiejdany, a po powrocie wiele chodzenia po Wilnie, odwiedzania miejsc szczególnych, związanych z moimi pobytami w tym mieście. Niestety przejmującym tonem tegorocznego wyjazdu był litewski nacjonalizm, który przybrał formę zjadliwą i wręcz niebezpieczną. Zespół rockowy Dyktatura śpiewa w oficjalnym radiu piosenkę o powieszeniu wszystkich Polaków, którym wybiła ostatnia godzina, co uznać można za młodzieńczy wybryk, ale wpisuje się on przecież w szereg licznych działań nam nieprzyjaznych. Na ulicach i w sklepach lepiej nie mówić po polsku, a tylko używanie języka angielskiego gwarantuje właściwe udzielenie informacji czy wskazanie jakiegoś miejsca. Już wcześniej zauważyłem, że kelnerki w restauracjach źle traktują przedstawicieli naszego narodu, a język polski wzbudza w nich agresję. Są niekulturalne, manifestują zniechęcenie, zachowują się demonstracyjnie i stale widać na ich twarzach ironiczny uśmiech. Jeśli zamawiałem coś po angielsku, byłem obsługiwany grzecznie, szybko i bez dodatkowych uwag – gdy siadaliśmy w grupie polskiej i mówiliśmy po polsku, zaczynał się spektakl niechęci i manifestacji zniechęcenia. Chyba dwa lata temu biorący udział w tejże imprezie Krzysztof Zanussi ostro objechał tak zachowujące się kelnerki i dopiero wtedy przestały nosić się jak przedstawicielki „lepszej nacji”. Tym razem nie było sensu reagować gwałtownie, bo niechęć jest tak powszechna i tak jawnie demonstrowana, że w obcym kraju mogłoby to spowodować nieobliczalne skutki.

Potłuczone zdjęcia nagrobne na Rosie

Jest tak mało tych Litwinów i prawdę powiedziawszy prawie każdy z nich ma jakąś domieszkę krwi – a to polskiej, a to rosyjskiej lub białoruskiej, innym razem z krajów bałtyckich lub dalekich części dawnego Sojuza. Oni nie mają z czego żyć, szerzy się u nich bezrobocie, wielu młodych ludzi wyjechało za granicę, staruszki żebrzą na ulicach, ale prawie wszyscy noszą się butnie i dumnie – najlepiej widać to u młodych ludzi, którzy wychowali się w wyzwolonej Litwie i słuchali piosenek zespołów takich jak Dyktatura, a pewnie też i opowieści o polskim najeźdźcy generale Żeligowskim, o polskiej okupacji, polskich morderstwach itd. Niestety niektórzy Polacy, mieszkający tam od samego urodzenia także zaczynają grać w tym samym spektaklu – poeta Aleksander Śnieżko czyta w Muzeum Mickiewicza, w Zaułku Bernardyńskim butny wiersz kierowany do polskich polityków, który łatwo może być podchwycony przez litewskich nacjonalistów. Choć poeta jest mizerny, produkujący na kopy piosenki i rymowanki, to jednak jego słowa mogą przynieść opłakane skutki. W Wilnie i Kownie nie znajdziemy polskich nazw ulic, tablic informujących o kierunku jazdy czy o umiejscowieniu urzędów, tak jak w malutkim kraiku afrykańskim wszystko jest tutaj w języku narodowym, który przez setki lat był ledwie szczątkowym dialektem. Nawet na dworcach kolejowych brakuje informacji w języku angielskim, niemieckim czy francuskim – wszędzie tylko ten jakże trudny do zrozumienia litewski. Ale są jeszcze haniebniejsze sprawy – jak przy każdej wizycie w Wilnie, idę na Rosę i widzę, że jakaś bojówka przeszła przez cały cmentarz i młotkiem albo jakimś innym ciężkim narzędziem porąbała zdjęcia na polskich nagrobkach – litewskie groby są nienaruszone, do pomnika bohatera narodowego Mikalojusa Konstantinasa Čiurlionisa prowadzą nowe, wyremontowane schody, a tuż obok widać liczne efekty działalności rewizjonistycznej. Jedyne ślady obecności, jedyne zachowane wizerunki wielu zmarłych Polaków zostały zbezczeszczone. Ciekawe jak by się czuli Litwini, gdyby Polacy mieszkający w Wilnie potłukli nagrobek ich narodowego poety?

Podczas okupacji nazistowskiej i sowieckiej nie dochodziło do takich aktów wrogości, nie atakowano polskich grobów przez dwieście lat wspólnej historii i dopiero teraz, gdy Litwa zyskała niepodległość, niszczy się wielkie dziedzictwo kulturowe. Źle to wszystko wygląda i zapewne skończy się całkowitą dewastacją setek tysięcy polskich grobów na Litwie, choć przyznajmy od razu, że w Polsce taki los spotkał też kiedyś nagrobki żydowskie, poniemieckie i ewangelickie. Teraz kolej przyszła na Litwę, gdzie niszczy się pomniki należące do innych narodowości, a na monumentach umieszcza się litewskie obwieszczenia – jakże komiczne jest to informowanie po litewsku, że pomnik przy kościele św. Anny ukazuje Adomasa Mickieviciusa… Przestaliby ci Litwini się wreszcie wydurniać, wzięliby się do roboty, bo dostali w spadku po polskich czasach ogromne dziedzictwo kulturowe, które jest ich wielką wartością i znakiem burzliwych dziejów. Oni wszakże wolą stawiać w Wilnie jakieś ogromne szklane beczki, jakieś tandetne wysokościowce, czym szybko niszczą barokowy wystrój miasta i tworzą jakieś wschodnioeuropejskie dziwadło. Żadnej ważnej funkcji nie może sprawować Polak, a interpelacje poselskie przedstawicieli mniejszości załatwiane są odmownie, przegłosowywane przez nacjonalistów. Chodzę po Wilnie i w pewnym momencie staję przy grupie zachodnich turystów, którym litewska przewodniczka opowiada po angielsku o polskiej okupacji i polskich zbrodniach na Litwie. Gdy mówię do niej przy tych ludziach, że są to nacjonalistyczne pierdoły, natychmiast oddala się z całą grupą i dalej tokuje o tym samym. Może dlatego takie utrudnione jest wejście do podziemia w katedrze wileńskiej, gdzie znajdują się odnowione trumny Barbary Radziwiłłówny, Aleksandra Jagiellończyka oraz Elżbiety Habsburżanki. Pochowany tam był też Olbracht Gasztołd (ojciec Stanisława, pierwszego męża Barbary Radziwiłłówny), złożono tam też serce Władysława IV Wazy. Ale to przecież polska – nie litewska – historia, więc wejścia do podziemi bronią specjalne zakazy i tylko zaprzyjaźnieni przewodnicy, mówiący świetnie po litewsku, wydobywają klucze i wprowadzają tam niewielkie grupy. W niedzielę msza, w której uczestniczy wielu Polaków, odprawiana jest po litewsku i nawet na tablicach w katedrze Jan Paweł II nazywa się popiežius Jonas Pauilius II. Dodajmy do tego jeszcze zniszczenie Celi Konrada, bo jacyś litewscy biznesmeni urządzili w dawnym budynku klasztornym hotel, a dla Polaczków przygotowali malutki budyneczek, w który zrekonstruowali tandetnie celę więzienną Mickiewicza. Hotel oczywiście szybko splajtował, a nowa cela, mająca przynosić wielkie zyski, świeci pustkami i jest nowy powód by nienawidzić Polaków. Dobrze, że w gronie zaprzyjaźnionych poetów, pisarzy, malarzy i Polonusów wileńskich można było odgrodzić się od nacjonalistycznych występów, spędzić czas na łonie przyrody w Szetejniach i w Kiejdanach, pochodzić nad Niemnem w Kownie i nad Wilią w Wilnie.

Reklamy

2 Komentarze


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: