SEN XXVI


Jakieś czarne strzępy i porwane wyblakłe sztandary łopotały w rozpłomienionej przestrzeni, pełnej dymów i zgliszczy, zasnutej gęstą mgłą i rozszerzającej się ku innym kalekim światom. Nad mrocznym lasem rozpaliła się czerwona łuna gasnącego słońca, a nad horyzontem, widocznym tylko w jednym miejscu, pomiędzy ruinami, lśniły lazury i amaranty, eksplodowało rozżarzone złoto. Stałem na niewielkim wzgórzu, wsparty o pień drzewa i bystro lustrujący dziwne ruchy w dali, jakby falowanie czarnej materii, uderzanie o brzegi kłębów dymu i pary. Nad tym rojowiskiem unosiły się wielkie ptaki, przypominające kawki i gawrony, ale zachowujące się jak mewy i rybitwy, wzlatujące co chwilę w górę jak wielkie szerszenie.  W moich myślach pojawiały się batalie ostatnich dni i przemykały fantomy tragicznych zdarzeń, okruchy słów, jakieś gesty i krzyki, ale przez to wszystko przeciskała się odmawiana po łacinie modlitwa. Nie wierzyłem, że przetrwam, ale czekałem z niecierpliwością na to, co nadejdzie, oddałem się cały wierze w cud. Falujące stada  przybliżały się coraz bardziej i mogłem już wyodrębnić z nich przedziwne twory, jakby rodem z innego świata. Zawisały nade mną i otaczały mnie, przekazując sobie wiadomości bezgłośnie, czasem odlatywały na jakąś odległość, by szybko wrócić i jeszcze bardziej się zbliżyć. Szum ich skrzydeł był jak mowa nienawiści, a monotonne mruczenie i wysoko artykułowane piski dopełniały grozy tej chwili. Zrzuciłem z ramion szkarłatny płaszcz, uniosłem w górę złoty, rozpalony w słońcu miecz i czekałem na pierwszy atak. Z boku nadleciał wielki szerszeń i zawisł kilka metrów nade mną, wpatrując się w moją broń i sondując przestrzeń wokół mnie. Nagle uniósł się wyżej, zatoczył koło, ruszył w dal i pociągnął za sobą całe rojowisko. Usiadłem na wielkim głazie, odrzuciłem miecz, wlepiłem oczy w ziemię i właśnie wtedy, z drugiej strony spadły na mnie razy, zostałem porwany w powietrze. Pracownice zaniosły mnie do wielkiego gniazda, oblepiły woskiem i miodem i rzuciły na kupę innych, jęczących i płaczących ludzi. Zrozumiałem, że nadeszła ostatnia chwila, ale nie traciłem przytomności i odważnie czekałem na nadchodzące wydarzenia. Nagle wielka eksplozja rozerwała rój, a ja znalazłem się przez chwilę w powietrzu, a potem lekko opadłem na biały puch, który teraz  ścielił się na ziemi. Uniosłem oczy ku górze i zobaczyłem archanioła w złotej zbroi, wskazującego rozognionym mieczem gwiazdy na niebie. Gdzieś tam w dali, pośród granatu i czerni, lśniła wyraźnie konstelacja Oriona, daleka i jakże bliska, nierealna i wnikająca lekko w moje myśli. Usłyszałem przejmujący dźwięk trąby i już mknąłem ku niej z szybkością światła, stawałem się cząstką stworzenia, stale ewoluującą drobiną ożywionej materii – znakiem walki przedwiecznej i wciąż toczącego się ostatecznego starcia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: