UŚPIONE PIĘKNO

Przyglądam się fotografii dwuletniej dziewczynki z katakumb w Palermo, na Sycylii, gdzie specyficzny klimat zakonserwował tysiące zwłok. Rosalia Lombardo leży w wąskiej trumience jakby dopiero co usnęła, a przecież zmarła w 1920 roku – długo przed wielkimi kataklizmami historycznymi wieku. Ledwie musnęła życie swoim bytem i pogrążyła się bezpowrotnie w śmierci, a gdzieś daleko w przeszłości został płacz najbliższych i ich żałosne pochylenie nad jej ciałkiem. Odeszły też w zapomnienie cienie wielu ludzi, którzy przez lata odwiedzali katakumby i ronili łzy nad jej pięknem i ostatecznym bezwładem. Złocista wstążka na głowie i jasne loki, spuszczone powieki i głębokie, niewidzące zapatrzenie w wieczność. I jakieś trudne do pojęcia przytulenie się do nicości, odejście dumne i bezsilne, makabra i piękno, powolny rozpad i zatrzymanie na chwilę mechanizmów zniszczenia. Zmarła na gruźlicę, która wtedy była jeszcze nieuleczalna i nie dawała szans na dłuższą egzystencję. Jej ojciec, bardzo zmartwiony, wyjednał u kapucynów i władz miejskich, władających tym miejscem, by zezwolono na ostatni pochówek w zamkniętych dla tych celów katakumbach. W trudny dla pojęcia sposób zachowały się w dobrym stanie narządy wewnętrzne dziewczynki, a skóra nie straciła gładkości i połysku. Ale mało kto wie, że tajemnica „uśpionego piękna” tkwi też w sposobie mumifikacji dziewczynki, którą przed złożeniem do krypty podano licznym zabiegom chemicznym. Krew zastąpiono formaliną, użyto też alkoholu do wysuszenia zwłok, gliceryny do zachowania właściwości skóry i kwasu salicylowego dla zabicia grzybów i pleśni. Tego rodzaju nekrologiczne działania znane są ludzkości od czasów wielkich cesarzy chińskich i egipskich faraonów, europejskich świętych i błogosławionych, ale stan powłoki cielesnej Rosarii graniczy z cudem. To autentyczne zatrzymanie rozpadu i przeniesienie ku następnym stuleciom rysów twarzy i subtelności dziecinnej urody, a nade wszystko drwina ze śmierci, wpisanej w ciąg procesów destrukcyjnych kosmicznej entropii. Ja obcowałem ze śmiercią od najmłodszych lat, bo wychowałem się na obrzeżu miasta, gdzie w czasach, gdy sycylijska dziewczynka umierała, umiejscowiono dwa duże cmentarze. Potem powstała tam też szkoła podstawowa i z jej okien, na przerwach i podczas oczekiwania na rozpoczęcie lekcji, stale widzieliśmy pochody pogrzebowe, trumny stojące na deskach, położonych na krzyż nad wykopanymi dołami, a potem patrzeliśmy na finalne zakopywanie grobów, płacz najbliższych, krzyki matek i ojców, braci i sióstr. Niebawem nastał czas pogrzebów, w których uczestniczyłem jako szeregowy członek młodzieńczej wspólnoty – czas odejść przyjaciół, którzy nie poradzili sobie z psychiką i z gwałtownością wydarzeń. Najczęściej była to zawiedziona miłość, ale alkohol i używki też zbierały swoje żniwo. Na podwórkach słyszało się co jakiś czas opowieści o wypadkach drogowych, utonięciach, a nawet tak makabrycznych zdarzeniach jak rzucanie się pod koła pociągów. Jakże inne były zwłoki tych ludzi, jakże szybko zmieniały się i budziły lęk po otwarciu trumien. Mijało ledwie kilkadziesiąt godzin, ledwie kilka dni, a czasem trudno było rozpoznać zmarłego. Stężenie pośmiertne zmieniało rysy, a galopujący rozkład, tudzież warunki atmosferyczne, deformowały całe ciało. Tylko jedna koleżanka, która otruła się gazem, wyglądała w trumnie tak samo jak za życia, prawie się nie zmieniając, pozostając na chwilę taką, jaką ją zapamiętałem. Teraz po ponad trzydziestu latach leżenia w grobach, niewiele zostało z ciał tych, z którymi grałem w piłkę i biłem się bezlitośnie, pływałem w rzekach, jeziorach i wędrowałem po dalekich bezdrożach, na zawsze rozpadły się piękne twarze dziewcząt i stalowe mięśnie chłopaków. Rosarii Lombardo tego oszczędzono, choć za jakiś czas i jej powłoka zacznie się zmieniać – w perspektywie ludzkiej, przez jakiś czas, trwać jeszcze będzie w swoim uśpionym pięknie, ale pośród wielkości kosmicznych jest ledwie pyłkiem, prochem, kurzem. Jej trwałość jest chwilą, jak my wszyscy…

DAR ŻYCIA

Daru życia nie da się z niczym porównać i do niczego odnieść. Otrzymaliśmy go od Boga, Wszechświata, od Rodziców i od nas tylko zależy co z nim zrobimy. Uwielbiam prostych ludzi, którzy stale doświadczani przez biedę i kłopoty, idą przez lata i dziejowe zawieruchy z dumnie podniesionym czołem i nigdy się nie skarżą. Po drugiej stronie są groteskowe kreatury ludzkie, które nie liczą się z nikim i z niczym, a siebie czynią pępkiem kosmosu. Najczęściej nie mają niczego do zaoferowania, tworzą jakieś sztuczne ogródki, zachwaszczone wysepki, jakieś jamy albo rowy i w nich się okopują jak drapieżniki. Udają kogoś tam… i myślą, że wszyscy wokół są idiotami, niczego nie rozumieją, zawsze będą się godzić na ich ataki, oszustwa i poniżanie. Miałem w moim życiu do czynienia z wieloma takimi błaznami… i wiele ich  upadków widziałem. Najgorsze jednak jest to, że dla własnej wygody i dalszego ciągu ponurego scenariusza, niszczą bezbronnych i słabszych, maltretują rodziny i najbliższe otoczenie. Zwykle tak się zapętlą, tak zaplączą we własne sieci, że kończą jak zaszczute zwierzątka, jak nieludzkie kształty, jak ostatni z ostatnich. Niektórzy z nich próbują wtedy odebrać sobie życie, ale niewielu starcza odwagi, by wykonać ostatni ruch. Najczęściej są wielkimi tchórzami i boją się kopnąć krzesło, na które wleźli, nie potrafią wykonać ostatniego skoku, trzęsą się jak galareta i lamentują jak dzieci. Wtedy wracają szybko ku kondycji ludzkiej, ale przecież nie ma już dla nich ratunku, są wokół nich tylko zgliszcza, popioły i wiele grobów. Odebrali radość życia wielu ludziom, swoimi kłamstwami i oszustwami zdegradowali humanizm i piękno egzystencji, a w końcu sami się pogrążyli w nicości i odejdą w wielkiej niesławie. Życie to wyjątkowy dar, to chwila, która powinna nas rozpłomieniać i przybliżać ku wielkim kosmicznym rozstrzygnięciom. Nasze życia warte są tego, by uświęcać je każdym dniem i każdym działaniem, każdym gestem i każdym słowem, delikatnym dotykiem ciepłej dłoni i głębokim, czystym oddechem. Czy kiedyś doczekamy się tego, że zło zniknie z naszego otoczenia, a każdy nowy dzień będzie przygodą dla twórczych i walczących o siebie bytów? Czasem wystarczy zadać to pytanie – czasem jeden odważny krok może zapoczątkować wielki marsz, wyprawę w nieznane, podróż ku wytęsknionym dalom…

Newer entries »

%d blogerów lubi to: