OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (3)

Szedłem miarowym krokiem, a czasami podbiegałem, bo chciałem być jak najszybciej w domu, położyć się do łóżka i zasnąć. Przed oczyma wciąż miałem sceny, który rozegrały się ostatniej nocy – stale czułem zapach włosów i skóry Janis, smak jej ust i miękkość piersi. Nie wiem dlaczego ją tak nazywano, bo przecież była piękna, wręcz zjawiskowa, a amerykańska piosenkarka raczej nie grzeszyła urodą. Może tylko ta burza gęstych włosów, może to zapatrzenie w niebiańskie dale i śmiech ten sam… Prawdziwa Janis urodziła się 19 stycznia 1943 roku w teksańskim miasteczku port Arthur, gdzie początkowo niczym się nie wyróżniała, no chyba, że dość pokaźnym nosem i niezbyt zgrabną sylwetką, z wieloma rozstępami. Szybko trafiła na scenę, gdzie śpiewała rocka, soula i blusa, a popularność zdobyła jako wokalistka zespołu Big Brother & the Holding Company. Zamartwiała się z powodu mankamentów swojej urody i nieudanych związków, najczęściej z muzykami i kolegami z tras koncertowych. Może z tego powodu sięgać zaczęła po mocny alkohol i twarde narkotyki, a może obudziła się w niej trudna do wyrażenia tęsknota, jakieś czułe, niezaspakajane pragnienie? Choć śpiewała zaledwie kilka lat, pozostawiła po sobie sporo przebojów, spośród których najbardziej lubiłem interpretację Summertime George’a Gershwina, improwizację Krisa Kristoffersona Me And Bobby Mc Gee i śpiewaną a capella zabawną balladkę Mercedes Benz. Była amerykańską dziewczyną z prowincji, dla której sen o sławie ziścił się, a potem przemienił się w ciąg narkotycznych wizji. Należała do kultury hipisowskiej, występowała na kultowych zlotach, takich jak Monterey Pop Festival i Woodstock, gdzie wyglądała na scenach jak egzotyczny, kolorowy ptak. Do natapirowanych włosów przyczepiała jaskrawe wstążki i amarantowe puchy, nosiła kolorowe bluzki i dżinsy, a tylko do studia nagraniowego przychodziła skromnie ubrana. Po jej śmierci zaczęła się krzewić legenda dziewczyny niepokornej, wyzwolonej, pyskatej i przeklinającej, idącej zawsze na całość. Tylko nieliczni widzieli w niej małą, zagubioną dziewczynkę, która szukała ciepła i chciała stworzyć sobie jakiś prawdziwy azyl.

Jeszcze w rodzinnym miasteczku zapragnęła być kimś, chciała pokazać wszystkim jaką ma piękną duszę. Gdy rówieśnicy śmiali się z jej ciała i porównywali ją do czarownicy, odpowiadała na to lekturą, malowaniem obrazów i rysowaniem, a potem wyrażała siebie swoim fantastycznym wokalem, dającym się porównać, w najwyższych partiach jej songów, tylko z siłą głosu Roberta Planta. Gdy wszyscy wokół naigrywali się z czarnych mieszkańców Ameryki, ona z grupą wyrzutków jeździła na peryferia miasteczek i słuchała afroamerykańskiego bluesa. To muzyka Bessie Smith i Huddiego Williama Ledbettera (Leadbelly’ego) zainspirowały ją do podjęcia kariery wokalistki. Już po pierwszych występach stała się postacią medialną, udzielała wielu wywiadów, szokowała swoim zachowaniem na scenach, a nade wszystko swobodnymi wypowiedziami, w których słówko fack padało nader często. Zaczęła studia na uniwersytecie stanowym w Austin, ale ich nie ukończyła, wolała śpiewać, tańczyć i prowadzić życie hipisowskie, szaleć na imprezach, jeździć porsche pomalowanym w motywy psychodeliczne, wlewać w siebie whisky i ćpać twardą herę. I to ją w końcu zabiło 4 października 1970 roku, gdy w trakcie nagrywania albumu pt. Pearl, wstrzyknęła do krwi ogromną dawkę prawie czystej heroiny. Kolega z obsługi jej tras koncertowych znalazł ją w pokoju hotelowym, leżącą sztywno pomiędzy łóżkiem a fotelem. Widać było, że był to złoty strzał i serce nie mogło go wytrzymać – tak odeszła wraz z innymi ośmiu narkomanami, którzy tego dnia przekręcili się w Hollywood. To było pożegnanie z życiem i zarazem inicjacja płomiennego mitu, który przybrał z czasem kształt szaleństwa, ślepego uwielbienia i kazał wielu dziewczętom, na całym świecie, naśladować ją w sposobie zachowania i ubiorze. Jej martwe ciało zabrano z hotelu Landmark, zawieziono do krematorium, a po dokonanej kosmizacji, po rozłączeniu cząstek, które ją współtworzyły, prochy wsypano na zawsze do Oceanu Spokojnego.

Janis, którą poznałem i z którą się kochałem ostatniej nocy, dziewczyna mojego przyjaciela i samobójcy Morrisona, czasem ubierała się jak ona i podobnie tapirowała włosy, słuchała pieśni z płyty Pearl z 1971 roku, ale była zupełnie innym typem człowieka, zgrabna i filigranowa, subtelna i zachwycająca jako istota ludzka. Zmarła piosenkarka też potrafiła czarować, ale robiła to w inny sposób, przede wszystkim za sprawą ekspresji i drżącego, może czasem trochę skrzeczącego, ale jakże pięknego głosu. Wracając do domu, myślałem o jednej i drugiej kobiecie, ale też w moich wyobrażeniach pojawiała się Marianne – miłość, którą właśnie zdradziłem i czułem się z tym strasznie źle. Zobaczyłem ją po raz pierwszy na hallu w liceum. Była piękna i delikatna, ciemne włosy nosiła upięte w gęsty kok, z którego zwisały na policzki osobne kosmyki. Miała zielone oczy i szerokie usta, lekko zaokrąglony nos i gęste czarne brwi. Jej buzia kojarzyła się z twarzą Brigitte Bardot, innej mojej wielkiej młodzieńczej fascynacji. Była krucha, a przy tym miała niezwykle kształtne, duże piersi, zgrabne nogi, delikatne pośladki. Patrzyłem na nią z rosnącym zachwytem i każdego dnia dostrzegałem w niej coraz więcej uroku. Dmuchała w grzywkę i odgarniała ją na bok, czerwieniła się przy lada okazji, stawała przy parapecie szkolnym, krzyżując zawadiacko nogi i przechylając się do tyłu. I patrzyła na mnie spod zwieszonych włosów tak samo jak rano zrobiła to Janis… Kiedyś widząc, że podczas przerwy poszła w stronę osiedla, ruszyłem za nią, a gdy wracała, uśmiechnęła się do mnie z taką czułością, że krew jak oszalała zaczęła krążyć mi w żyłach. Ale minęliśmy się bez słowa i trzeba było jeszcze kilku tygodni zanim przemogłem strach i umówiłem się z nią. A teraz byłem zdrajcą… a teraz ją zdradziłem, zdruzgotałem jej i moją niewinność… Moje serce biło tak szybko, że niemal słyszałem jego szept. I znowu myślami byłem przy niej… Siedząc na poręczy ławki patrzyłem z niepokojem na miejsce, gdzie powinna się pojawić już dziesięć minut temu. Wreszcie ją zobaczyłem i skoczyłem na równe nogi. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się od jej siostry, Reny że pragnęła mnie poznać. Mówiła do niej, że mam taką smutną twarz, że lubi moje zamyślenie. Biedna, nie wiedziała, że ten smutek tkwił głęboko w mojej duszy i był zapowiedzią bólu nie do wytrzymania, cierpienia nie do opisania. Lubiłem gdy patrzyła mi w oczy  i uśmiechała się. Była taka niewinna, taka delikatna i piękna i gdy obcowałem z nią, zdawało mi się, że spotkało mnie coś, na co nie zasłużyłem. Zaproponowałem, żebyśmy pojechali tramwajem do wielkiego lasu, za miastem. Zgodziła się i zaczęła coś, dzisiaj już nie pamiętam co, opowiadać. Początkowo nie mogłem zrozumieć co do mnie mówi, bo stremowana tak jak ja, nie przykładała wagi do artykulacji głosek i często spuszczała wzrok. Zaczynała mówić wyraźnie, a potem jakby kończyła zdanie w sobie, bez oddechu. Szybko jednak przyzwyczaiłem się do jej głosu i zaczęliśmy opowiadać sobie swoje dzieje, koleje losów rodzin, najbliższych, historie ważnych dla nas miejsc. Tramwaj przejechał prawie całe miasto, a gdy dotarliśmy na miejsce mówiliśmy już do siebie po imieniu i znaliśmy się na tyle by odważnie złapać się za ręce. Ach ile bym dzisiaj oddał za tamto ciepło, za tamten dotyk i tamte iskry przeskakujące niedostrzegalnie między nami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: