STO WIERSZY POLSKICH (XX)

Wisława Szymborska, Rozmowa z kamieniem. Świadomość jest dla Szymborskiej paradoksalna, nieustannie otwierająca się na świat, a zarazem stale odbierająca impulsy wskazujące na to, że rzeczywistość składa się z hermetycznie zamkniętych przestrzeni. Każda próba wejścia do takiej matni skazana jest na śmieszność, kpinę, a ostatecznie na niepowodzenie. Świadomość próbuje przeniknąć hermetyczność, próbuje przedostać się do wnętrza substancji, ale nie może pokonać elementów składowych świata, ustalonych w pierwotnym akcie kosmogonicznym. Kamień jest kamieniem i kamienna jest jego wewnętrzność, a przy tym nigdy nie przestaje kusić tajemnicą swojego wnętrza. Nigdy nie odsłania przed wzrokiem i przed świadomością tego, co jest w nim, w środku, w jego jestestwie materialnym. Podmiot wiersza tworzy z kamienia rodzaj owianego tajemnicą domu, do którego nie można się dostać. Choć są drzwi, do których można zapukać, choć jest jakieś wnętrze i zewnętrze, to jednak kamień stawia opór i generuje skargę tego, który pragnie do niego wniknąć i rozejrzeć się w nim dookoła, nabrać go jak tchu. Coś co jest szczelne, co ma określoną twardość i gęstość cząsteczkową staje się dla Szymborskiej paradoksalnie czymś tak lekkim i rozszerzalnym, tak rzadkim i poddającym się kondensacji jak powietrze. Ta świadomość igra z ziemskimi wymiarami i proporcjami, odwraca znaczenia i uruchamia cykle nakładających się na siebie metamorfoz semantycznych. Wejście jest rodzajem inicjacji lirycznej, podczas której paradoksalność świata i drążącej go świadomości urasta do rangi absurdu istnienia.

Kamień personifikowany i oprawiony w kształt symboliczny podejmuje dialog i zarazem uświadamia podmiotowi, że wymiana myśli i zamiana predykatów znaczeniowych nie ma sensu, nie może mieć miejsca z powodu szczelności substancji wypełniającej jego wnętrze. To jest hermetyczność nie do sforsowania i żadne przyłożenie siły nie rozwiąże tego problemu. Bryła skruszona albo rozerwana natychmiast rozpada się na wiele mniejszych, jednorodnych substancjalnie i doskonale zamkniętych przestrzeni. Podziały mogą tutaj iść w nieskończoność i nawet ziarna piasku nie przestaną być kamienne i nie przestaną chronić tajemnicy ich wnętrza. Pukanie do drzwi kamienia ma cel poznawczy zostało zainicjowane przez ciekawość, ową cechę, która leży u podłoża wszelkich odkryć, wszelkich modyfikacji, wszelkich skoków świadomości w dal, do przodu. Ale żeby do tego doszło musza spotkać się życie, odkrywczy intelekt i martwota skały, niewzruszona twardość substancji szczelnie wypełniającej jego wnętrze. Poprzez tajemnicę zamknięcia staje on magiczną przestrzenią, w której może się zmieścić pałac z wieloma salami, a zarazem coś tak skończonego jak atom krzemu, żelaza czy tlenu. To jest jedna z tych przestrzeni zamkniętych dla świadomości i nieskończenie otwartych dla wyobraźni – podobne światy dostrzega podmiot w liściu i w kropli wody, a szerzej w całej widzialnej rzeczywistości. To jest zarazem spotkanie tego co ulotne i śmiertelne, z tym co trwa przez wieki, tysiące i miliardy lat. Spotkanie chwili i wieczności, które – jak sugeruje podmiot – powinno wzruszyć nawet coś tak twardego jak kamień, co powinno ożywić coś tak martwego jak jego materię. On jednak nie podlega takim prawom jak ludzka myśl, on istnieje w innych rewirach i znakomicie obchodzi się bez tego, co ludzkość określa intelektem. Nawet jeśliby coś w nim myślało albo coś poprzez niego chciało coś wyrazić, to zawsze byłby to świat poza światem ludzkim. Chcąc to wyrazić musi w imaginowanym dialogu z podmiotem używać niedoskonałych określeń anatomicznych, mówi więc, że musi z konieczności zachować powagę, a także, że nie ma mięśni śmiechu. Raz jeszcze paradoks wkracza do tej interakcji i raz jeszcze ukazuje obcość świata ożywionego i materii kosmicznej. Dla człowieka przemiany o charakterze teratomorficznym są taką samą abstrakcją jak dla kamienia ruch płynów fizjologicznych w żyłach i szaleńczy pęd impulsów elektrycznych w gmatwaninie neurytów i dendrytów.

Podmiot wiersza stara się podtrzymać tę nierealną rozmowę i przenosi dociekania w przestrzenie nadrealne. Mówi o tym, że w kamieniu są wielkie puste sale,/ nie oglądane, piękne nadaremnie,/ głuche, bez echa czyichkolwiek kroków. To jest metafora, ale też i niezwykła hiperbola – rzeczywiście w każdej przestrzeni wskazać można głębie niewyobrażalne, podążające w głąb cząsteczki, atomu, kwarka, dające się wyodrębnić pośród struktury. Wpisane w model wszechświata są zarazem modelem dla tej konkretności, dla tej hermetyki i otwierają się paradoksalnie dla „pukającej” do nich świadomości tylko w chwili spotkania myśli i martwoty. Szymborska pokazuje w jak różnych światach rozgrywa się rytuał istnienia, z jakimi hermetycznościami graniczy jednocześnie zamykając się w obrębie przeznaczonemu dla jakiegoś bytu czasowi i przestrzeni, poza którą nie ma praktycznie wyjścia. No chyba, że poprzez szczeliny paradoksu. Kamień, tak jak człowiek, niewiele wie o swoim wnętrzu i niewiele z niego rozumie – owszem zdaje sobie jakby sprawę z każdej drobiny, z każdego „mechanizmu” ale całościowo wchodzi przecież w obręb jakiejś ogromnej, niewyobrażalnej w swym ogromie struktury. Owe wielkie puste sale we wnętrzu kamienia są zarazem wielkimi pustymi przestrzeniami w świadomości ludzkiej, tak samo niedoskonałej jak kamień w każdej próbie samoświadomości.

Dialog trwa jednak dalej – kamień uświadamia poprzez swe wypełnienie i swoją skończoność, że choć są w nim wielkie puste sale, to jednak nie ma w nich miejsca – to co dalekie jest zarazem ściśnięte do wymiarów atomu, to co rozległe jest zarazem ledwie najmniejszym z punktów.  Tutaj widać, że zmysły są niedoskonałe, że gubią to, co lokuje się poza nimi i w konfrontacji z tajemnicą materii stają się prawie bezużyteczne. To, co dla nich jest gustem, wyborem, formą, dla kamienności i gęstości nie ma znaczenia, staje się tak samo ulotne jak to, co dzieje się poza wnętrzem kamienia. Paradoks kamienia istniejącego w świecie jest zarazem paradoksem bytu, który nigdy nie uświadomi sobie własnego szyfru, nie pozna modelu, nie wydostanie się poza hermetyczność ziemską planetarną, gwiezdną czy nawet galaktyczną. Każda z tych przestrzeni pozostanie wnętrzem nie dającym się porównać z tajemniczą i jakże różną od wnętrza zewnętrznością, ową przestrzenią niezbadaną i nie poddającą się jakiejkolwiek eksploracji. Ta sentencja – Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy./ Całą powierzchnią zwracam się ku tobie,/ a całym wnętrzem leżę odwrócony. – brzmi jak ostateczna formuła, a zarazem natychmiast traci swą wartość onomastyczną i ontologiczną. Dlatego podmiot raz jeszcze podejmuje próbę sforsowanie zapór. Pragnie oddalić perspektywę czasową i przestrzenną, chce jedynie spenetrować to, co pozostaje wyzwaniem dla percepcji, co istnieje – jak powiedziałby Kant – samo w sobie i nigdy nie traci raz  przyciągniętych desygnatów znaczeniowych. Dla kamienia – mówi Szymborska – nie ma większego znaczenia czas i przestrzeń, dla niego liczy się tylko kosmos wewnętrzny tak znakomicie strzeżony przez powierzchnię, tak głęboko przypisany tajemnicy materii. Dlatego podmiot nie może wniknąć do jego wnętrza, bo nie potrafi egzystować poza czasem i poza przestrzenią – szuka wymiarów i pragnie pokonywać przestrzeń tylko w określonych rewirach czasowych. Jednakże to, co dla niego jest całym życiem dla kamienia nawet nie jest nanosekundą, to co dla niego ma wymiar uczuciowy, zmysłowy, egzystencjalny, dla niego jest tym samych co bezruch, jest bytem samym w sobie i tylko bytem samym w sobie.

Kamień w tym imaginowanym dialogu raz jeszcze wskazuje, że takie kategorie jak czas i przestrzeń nie mają dla niego znaczenia. W jego sytuacji zmysły są niepotrzebne – stanowią coś co jedynie może „zaciekawić”, coś, co może dopełnić obraz ludzkiej świadomości, tak dramatycznie zatopionej w czasie i przestrzeni. Sytuacja człowieka to, to sytuacja pozostawania poza przestrzenią kamienną i poza jego hermetycznym wnętrzem – to już nie jest sprawa zmysłów, to raczej kwestia udziału w takiej a nie innej głębi, w tej konkretnej, obwarowanej powierzchnią materii. Ponawiane próby dotarcia do wnętrza, kolejne pukania do „drzwi” nic nie dadzą, bo rozmija się tutaj to co absolutne z tym co chwilowe. Perspektywa ludzka będzie zawsze powiązana z próbą sforsowania twardości i kształtu, będzie domagać się eksplozji i poddania kamienia próbie coraz to doskonalszych narzędzi burzących jego strukturę. Niestety za każdym razem będzie to jedynie – wskazane już wyżej – przeniesienie rozważań w obręb innego kamienia, innego okruchu, innej głębi ontycznej. Podobnie będzie przy podejmowanych przez świadomość próbach wniknięcia do wnętrza kropli wody i liścia, do wnętrza ludzkiego włosa. Jakkolwiek poważne by to nie były próby, za każdym razem spełzną one na niczym i zrodzą śmieszność, a im częściej będą podejmowane tym ów śmiech będzie większy, głośniejszy, aż przerodzi się w rechot. Każde pukanie do drzwi kamienia, będzie pukaniem do drzwi nicości, pukaniem pośród próżni.  Ta przypowieść Szymborskiej jest przypowieścią o sytuacji naszej świadomości w danym jej do penetracji świecie. To wskazanie, że czas i przestrzeń są tyleż elementem jej wyzwolenia, co uwięzienia w hermetyczności, w obrębie bez wyjścia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: