OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (2)

Siedzieliśmy na ławce i chodziliśmy alejkami aż do zmierzchu, gdy wszystko zaczęło się zmieniać, a w dali ukazała się wielka, pomarańczowa tarcza słońca. W pewnym momencie Janis przystanęła, szarpnęła mnie mocno za koszulę i pocałowała w usta, z taką żarliwością, że moja męskość dosłownie eksplodowała, napierając na jej udo. Przyciągnąłem ją do siebie i otoczyłem ramieniem, a ona nie przestawała wyczyniać dziwactw swoim językiem. To było cudowne, a zarazem straszne, w obliczu tego, co dzisiaj się dokonało – chciałem całować ją i zarazem czułem się zdruzgotany, obezwładniony przez czarne myśli i rozpacz. Znowu usiedliśmy na jakieś ławce, ukrytej pośród krzaków i całowaliśmy się bardzo długo, nie odważając się na nic innego. Jakiś spłoszony kos zerwał się z gałęzi i z głośnym trzepotem skrzydeł poleciał w ciemność, a nocne owady zaczęły się odzywać z prawa i lewa, przekrzykując żaby i małe ptaki. W pewnym momencie Janis odsunęła się ode mnie i zaczęła z powagą patrzeć mi w oczy, jakby chciała w nich zobaczyć coś szczególnego. Potem odwróciła się ode mnie i zapatrzyła się w gęstniejący mrok, aż znowu skierowała się ku mnie i powiedziała: Boję się… bardzo się boję… Pomyślałem, że lęka się nocy po pogrzebie i pokiwałem znacząco głową, ponownie przyciągając ją ku sobie i całując leciutko w warkoczyki i w ucho. Odprowadzisz mnie…? – spytała, a ja natychmiast przestraszyłem się, że na osiedlu zobaczą nas jacyś ludzie, nasi koledzy i koleżanki, a może nawet ktoś z rodziny Morrisona. Zauważyła przestrach w moich oczach i szepnęła: Opiekuję się mieszkaniem mojej siostry, to niedaleko stąd, przy śluzie kanału… W jednej chwili zrozumiałem, że miejsce, w którym się znaleźliśmy nie było przypadkowe, a azymut naszej wędrówki ustaliła właśnie ona. Kiwnąłem głową i odrzuciłem zawadiacko grzywkę z czoła, a potem wstaliśmy, Janis ujęła mnie pod bok, ja położyłem rękę na jej ramionach i ruszyliśmy przed siebie. Długa alejka, biegnąca przy kanale, doprowadziła nas do starego domku, tuż przy asfaltowej drodze, prowadzącej na północ miasta. Wprowadziła mnie po drewnianych, skrzypiących schodach na pierwsze piętro, otworzyła kluczami drzwi, zapaliła światło i ku mojemu zdumieniu, zobaczyłem schludną mansardę, z rozstawionymi dwiema sztalugami, na których były nieoprawione obrazy, przedstawiające nagie kobiety. Wszędzie pełno też było pędzli w słoikach i w zagranicznych puszkach po kawie, na stołach i na parapetach okien walały się różnokolorowe tubki z farbami, na oknach wisiały amarantowe jedwabne zasłony, sporo zaplecionych sznurków, buddyjskich dzwonków i amuletów. Na ścianach wisiały wielkie i mniejsze obrazy przedstawiające bardzo odważne akty, namalowane w manierze impresjonistycznej, z silnie akcentowanymi elementami realistycznymi.

Janis weszła do niewielkiego aneksu kuchennego, otworzyła szafkę i wyjęła z niej butelkę czerwonego wina, które zaczęła zaraz otwierać korkociągiem. Sięgnęła też po dwa ogromne kieliszki i nalała do nich czerwonego płynu, a potem postawiła je przede mną, na stole. Nachyliła się, musnęła moje usta i poszła do łazienki, z której dochodzić do mnie zaczęły odgłosy kąpieli. Rozglądałem się dalej po pracowni i zobaczyłem, że zza załomu wystaje część łóżka. Wstałem i podszedłem do niego, widząc, że jest to sporej wielkości materac, obciągnięty czarnym, satynowym prześcieradłem i okryty wielką płachtą białego, baraniego kożucha. Serce podeszło mi do gardła i wyobraziłem sobie, że na tym łóżku mógł kiedyś leżeć jej niechciany chłopak. Pomożesz mi…? Usłyszałem wołanie z łazienki i podszedłem do przymkniętych drzwi, nie wiedząc czy mogę wejść, czy nie. W końcu nacisnąłem klamkę, wsunąłem się powoli do środka i zobaczyłem coś, co prawdziwie mną zachwiało. W wannie stała, odwrócona do mnie tyłem, naga Janis i spłukiwała prysznicem mydło z ud i pośladków, unosiła nogi, opierała je na brzegu wanny, a potem spryskiwała je wodą. Spłucz mydło z moich pleców… powiedziała, a ja nie wiedziałem co mam zrobić. Chciałem uciekać, zerwać się nagle i zbiec po schodach, a potem popędzić przy kanale na osiedle. Moje serce biło jak oszalałe, w myślach pojawiały się obrazy przyjaciela w otwartej trumnie, bujającego się bezwładnie pośród nocy na gałęzi cmentarnego drzewa. Nie wiem czy to spowodowało wypite wino, czy chęć dopomożenia Janis, ale zbliżyłem się do niej, przejąłem prysznic i zacząłem spłukiwać resztki mydlanej piany. Odwróciła się i przeżyłem kolejny szok, gdy zobaczyłem jej kształtne, niewielkie piersi i to miejsce, o którym tyle rozmyślałem i rozmawiałem z kolegami. Było bardzo owłosione, jakby okryte kępką wilgotnej, czarne trawy i kończyło się na podbrzuszu. Ty się nie umyjesz…? Zapytała i nie czekając na moją odpowiedź, zaczęła mi zdejmować koszulkę z wizerunkiem Lennona i dżinsowe spodnie, w których bezczelnie prężyła się moja męskość. Wyszła z wanny i cały czas naga, okryta tylko na brzuchu ręcznikiem, zaczęła namydlać moje ciało, obiegać rękoma barki i piersi, pośladki i uda, a najwięcej piany nałożyła tam, gdzie bałem się spojrzeć. Czułem tylko, że tam jej ruchy spowolniały i zatrzymywała się raz po raz, znowu wędrowała ku piersiom, aż w końcu pokryła szamponem moje włosy i dała mi do ręki końcówkę prysznica. Zacząłem spłukiwać mydło, a gdy wreszcie spojrzałem, przez spływającą wodę, do przodu, jej już nie było łazience. Wstałem szybko w wannie, sięgnąłem po wielki biały ręcznik i wytarłem się do sucha. Rozrzuciłem palcami, nad czołem, wilgotne kosmyki włosów, jeszcze raz obiegłem całe ciało miękką materią i wyszedłem do mansardy

Kieliszki z winem i butelka stały teraz na małym stoliczku, przy łóżku, światło elektryczne zostało zgaszone, a w różnych miejscach pomieszczenia paliły się świece. Znowu mignęły mi w świadomości sztywne zwłoki Morrisona i zimny dreszcz przebiegł mi od stóp po głowę. Ale nie mogłem się powstrzymać i nagi stale zbliżałem się do niej, drżąc jakbym był w gorączce, przymykając oczy, jakbym przygotowywał się do skoku w głębiny. Ona leżała naga na białym kożuchu, włosy miała rozrzucone, jej piersi falowały lekko, a uda były nieznacznie rozchylone. Z magnetofonu dobiegała piosenka Beatlesów Girl i usiadłem na brzegu łóżka, gdy czterej chłopcy z Liverpoolu śpiewali właśnie: She’s the kind of girl you want so much/ It makes you sorry/ Still you don’t regret a single day./ Ah girl/ Girl… Uniosła się na łokciu, uśmiechnęła słodko i szepnęła: Is there anybody going to listen to my story…? Drżałem jak w febrze, ale nie mogłem oderwać oczu od jej unoszących się i opadających piersi. Janis, boję się… bo ja… – zacząłem mówić, ale nie skończyłem, gdyż położyła mi palce na ustach. Nic nie mów… ja wiem o tym… Zaczerwieniłem się, bo zrozumiałem, że ona wie o mnie wszystko, tym bardziej, że Morrison mógł jej zdradzić nasze tajemnice. Tyle razy przysiadaliśmy na ławce przed blokiem, popijaliśmy piwo albo coca-colę i zastanawialiśmy się jak to jest, gdy się kocha z kobietą. Obaj całowaliśmy się z wieloma dziewczynami, podglądaliśmy je rozebrane w szkolnych szatniach, udawało się nam nawet „pomacać” to i owo w basenach, ale prawdziwa miłość z kobietą była dla nas wielką niewiadomą. Wiesz, bo ja nie wiem jak to się robi… skarżył się kumpel i dodawał: nie wiem czy mój jest dosyć duży… Ja też często oglądałem swoje narzędzie miłości, podczas kąpieli lub wypraw na odludzie i zastanawiałem się czy z nim jest wszystko w porządku. Teraz chciałem powiedzieć Janis, że byłem prawiczkiem, ale jej dotknięcie palcami moich ust załatwiło wszystko. Przyciągnęła mnie do siebie, zaczęła gorąco całować w usta i gładzić mnie po plecach, leciutko muskać skórę wargami. Beatlesi śpiewali: She’s the kind of girl who puts you down/ When friends are there, you feel a fool. Wtuliłem się w nią, jakby była moim ostatnim ratunkiem… bo rzeczywiście było mi głupio. Chciałem jej i bałem się, że spotka mnie za to kara… Długo pieściliśmy się delikatnie, czule dotykaliśmy ustami wszystkich części naszych ciał, obiegaliśmy wilgotnym językiem uda i łydki, piersi i plecy, wciąż zmieniając pozycje, ciągle ściskając się i szepcząc czułe słowa. W końcu znalazłem się na plecach, a ona wykorzystała to i usiadła na mnie, a potem błyskawicznie nauczyła mnie, na czym polega taka miłość.

Kochaliśmy się całą noc, bo byłem pojętnym uczniem i szybko odkryłem jak należy poruszać się i w jaki sposób sprawiać sobie i jej przyjemność. Ciemność nie miała końca, a my zachowywaliśmy się jakby też czas nie istniał, raz przyspieszając szaleńczo, innym razem głaszcząc się opiekuńczo, albo leżąc obok siebie i leciutko muskając się ustami. Głupio mi z powodu Morrisona… powiedziałem w pewnym momencie, a ona znowu przyłożyła mi palce do ust i szepnęła: Zachowałeś się jak prawdziwy przyjaciel, nie zostawiłeś mnie w trudnej chwili… i bardzo, bardzo mi pomogłeś… Zamknąłem oczy i znowu pojawił się obraz martwego kolegi, zamykanej trumny i dudnienia piasku o wieko. Łzy zaczęły mi same płynąć z oczu, a ona, zauważywszy to, zaczęła je chwytać delikatnie ustami. Słone… powiedziała i znowu przyciągnęła mnie do siebie. Nie wiem kiedy zasnęliśmy, ale kiedy się obudziłem ona była wtulona we mnie, włosy miała rozsypane na poduszce, jak kobieta z obrazu Toluouse-Lautreca, Renoira albo Muncha, oddychała miarowo, a jej usta wydęte były lubieżnie i zachęcająco. Było już jasno i w świetle dziennym zobaczyłem, że wszystkie obrazy na ścianach, wszystkie rozpoczęte i ukończone akty ją właśnie przedstawiały. Wcześniej tego nie widziałem, ale teraz rzucił mi się oczy ten sam układ ust, odcień włosów i kształt piersi. Na stoliku, obok łóżka leżała kartka papieru, a na niej ktoś napisał: Śniło mi się, że chciałam namalować obraz ukochanej, ale nic mi z tego nie wychodziło. Albo nie znajdywałam farb, albo nie wiedziałam, jak postawić kreskę, chociaż w umyśle ona była… Świece dopalały się wszędzie, na kieliszkach widać było ślady po ostatnich kroplach wina, które przelały się przez brzegi, a szpula magnetofonu, kręciła się, uderzając końcówką taśmy o jego brzegi. Znowu jej zapragnąłem, więc przesunąłem się tak, by podstępnie znaleźć się w niej, a kiedy to uczyniłem i zacząłem ją kochać, przebudziła się z przestrachem, ale zaraz dotarło do niej co się dzieje i z radością poddała się rytmowi. Nasze usta były spierzchłe od pocałunków, ale nie przestawaliśmy się nimi pieścić, a potem raz jeszcze i jeszcze raz, jakby nigdy nie miało to się skończyć. W pewnym momencie dotarła do mnie myśl, że Janis nie skarżyła się, że jej pierwsza miłość była bolesna. Nie zauważyłem też żadnych śladów utraty dziewictwa na prześcieradle, ale pomyślałem, że to dlatego, że było czarne. Kochałem się z nią i czułem jak była nienasycona, jak nie pozwalała bym przestał, bym się od niej odsunął. Myśl o jej czystości nie dawała mi jednak spokoju i w końcu powiedziałem: Dzięki tobie jestem prawdziwym mężczyzną… Uśmiechnęła się i odwróciła się ode mnie, jakby chciała coś ukryć. A ty dzięki komu stałaś się kobietą? – nieoczekiwanie zapytałem ją wprost. Usiadła gwałtownie na łóżku i zaczęła rękoma rozczesywać włosy, wyrywać z nich resztki konwalii i bławatków, aż w końcu powiedziała: Za dużo mówisz… i za dużo chcesz wiedzieć… Przeraziłem się, bo jej słowa były dla mnie jak uderzenie w twarz, jak odepchnięcie dłoni albo podstawienie nogi. Spojrzała na mnie figlarnie, pokręciła głową, spuściła włosy i pozostawała w takiej pozycji bez ruchu. Nie drgnęła nawet wtedy, gdy wstałem z łóżka, ubrałem się, otworzyłem drzwi od studia, zbiegłem szybko po schodach i skierowałem się ku osiedlu.

1 komentarz

  1. zet-ka said,

    2011/02/01 @ 14:11

    o,ciekawe…Czy będzie ciąg dalszy?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: