AMERYKAŃSKIE CHWILE (2)

Lotnisko w Newark jest pięknie usytuowane, a zza ogromnych okien widać rozległą panoramę Manhattanu, z Empire State Building w dalekim planie. Widziałem już to w jakichś fabularnych filmach, ale teraz nie potrafię skojarzyć w jakich. Gdzieś tam w dali, po lewej od budynku imperialnego powinny majaczyć dwie wieże World Trade Centre, ale ich już nie ma. W jednej chwili wracają do mnie wspomnienia tego czarnego dnia, kiedy to jechałem pociągiem do Łodzi, do przyjaciela, który teraz oczekuje mnie na lotnisku. Gdy znalazłem się wtedy u niego w domu, dowiedziałem się co się stało. Siedzieliśmy przed telewizorem i patrzyliśmy w osłupieniu jak kolejne samoloty uderzają w drapacze chmur. Ile nienawiści i fałszu musiało być w człowieku o nazwisku Ata, który udawał normalne życie w Niemczech i w Ameryce, a potem zorganizował i przeprowadził coś takiego. Ile perfidii musiało być w jego mocodawcach, którzy nie zawahali się uderzyć w samo serce Ameryki. Zło tkwi głęboko w naturze człowieka, stale potencjalne, stale gotowe do skoku, wciąż czekające na przyzwolenie. Do tej pory Arabowie byli dla mnie takimi samymi ludźmi, jak przedstawiciele innych grup etnicznych. Teraz wszakże coraz częściej łapie się na czymś w rodzaju niechęci do nich. Przypomina mi się mój kolega, pochodzący z jednego z krajów arabskich, który pojawił się kiedyś w Polsce, jako przystojny chłopiec. Wszyscy go głaskali po głowie, bo był taki słodki, sympatyczny, ale w miarę jak obrastał w polskie piórka, stawał się chimeryczny, coraz mniej było tematów, o których można z nim było porozmawiać. Z jednej strony krytykował Saddama Hussajna, a ze strony drugiej udzielał wywiadów jednej z gazet („Gazecie Wyborczej”), w których ni mniej, ni więcej, stawał po stronie tych, którzy dokonali tego strasznego czynu. Oczywiście ubrane to było w szaty retoryki, specjalnie zawoalowane i zamglone, ale przecież wyraźnie deklaratywne. Czytając wywiad z nim, zrozumiałem jak Arabowie są zmieni, jak nieprzewidywalni, jak trudno przeniknąć do ich hermetycznego świata. Kiedyś ów kolega odwiedził mnie w domu, gdzie przyjęliśmy go jak brata, dostał najlepsze jedzenie, wspaniały pobyt w moim mieście, słodycze, frykasy, cały pokój do dyspozycji i kupę grosza za spotkania autorskie. Gdy poszedłem do niego rano i spytałem jak się spało, powiedział ze skwaszoną miną, ze ten zegar na ścianie tak głośno tykał, że nie mógł spać. Dostrzegłem też wtedy w jego oczach jakieś figlarne błyski, jakby bawił się mną i tą sytuacją, jakby chciał ze mną trochę poigrać. Myślę, że takie postępowanie, wielu Arabów oddala od naszego świata – zdaje się im, że są kimś lepszym, że inne narody powinny ich pieścić, schodzić im z drogi, bo oni są kimś ważniejszym, klasą inteligentniejszą, a ich kultura jest tak głęboka, że wprost nie do przeniknięcia przez obcych. Teraz, po ataku z 11 września, nazwę to  po prostu zarozumialstwem i nie liczącą się z niczym bezczelnością. Taki stosunek, jaki mają oni do kobiet, taki mają też do świata, wydaje im się, że im wszystko wolno, że wszystko leży u ich stóp. No, ale wracam myślą do Aty i do jego paranoicznych załóg, do tych przerażających chwil, które wstrząsnęły światem we wrześniu 2001 roku. Widzę ich jak czekają w sali odlotów na swoje samoloty. Niczym zimni oprawcy, przyglądają się ludziom, których niebawem poprowadzą na śmierć. Widzą małe dzieci, które mają wraz z nimi znaleźć się w tej samej, przeklętej maszynie. Zapewne, przed odlotem, rozmawiają o swojej „świętej” akcji, może modlą się po swojemu i zagrzewają się do boju. Rezolutna, czarnoskóra dziewczynka biega po hallu, pyta mamę kiedy wreszcie polecą. Chłopczyk na ręku innej kobiety uśmiecha się i pokazuje coś paluszkiem, śmieje się serdecznie i głośno. Ata patrzy na salę i ludzi, widzi tylko jakieś ruchome obrazy, jakieś nic nie znaczące gesty, jakieś rozmyte kształty. Nienawiść wypełnia całą jego świadomość, a usta bezustannie zginają się w szyderczym grymasie. Przeczytał uważnie instrukcję, jak należy zabijać niewiernych, jak prawdziwy muzułmanin odchodzi z tego świata. Wie, że jego bóg mu to wynagrodzi w raju, pełnym dziewic, niekończących się uczt i zjawiskowych krajobrazów. Towarzyszę mu w moich myślach, gdy dobiega do niego informacja, że załoga gotowa jest przyjąć na pokład pasażerów. Zaraz staje na równe nogi, widzi, że czynią to też koledzy, więc ze straceńczą odwagą wydaje ostatnie dyspozycje. Idzie w tłumie pasażerów do drzwi samolotu, szuka swojego fotela, a potem wymienia porozumiewawcze spojrzenia z mijającymi go Arabami. To jest ich trumna, ale przecież też i trumna znienawidzonych Jankesów i Żydów, którzy z nimi polecą. Tuż przy nim siada kobieta z niebieskooką dziewczynką, która wyciąga rączkę do tego czarnookiego pana. Ata uśmiecha się do niej i do matki ze słodyczą i głaszcze dziecko po główce, niczego nie czuje, nad niczym się nie zastanawia, podąża pradawnym, świętym szlakiem wyznawców swojej wiary.

Na lotnisku w Newark formalności przebiegają bez problemów i już widzę za szybą, czekającego na mnie Adama. Krótkie powitanie, obejmujemy się za ramiona i wsiadamy do taksówki Jedziemy do owianego złą sławą Elizabeth, gdzie Adam mieszka razem z żoną Mirą i wcale nie narzeka na wielką przestępczość. W różnych wykazach i rankingach, to niewielkie miasto, leżące niedaleko Nowego Jorku, wskazywane jest jako najbardziej niebezpieczne w Ameryce. To zaprzyjaźnione ze mną małżeństwo, ma bardzo skomplikowane życiorysy, na których cieniem położył się okres okupacji w Polsce. On, wraz z matką, trafił do łódzkiego getta, a potem do Oświęcimia – ona, urodzona w Rownie na Ukrainie, przeszła szlak upodlenia i biedy, uciekała i kryła się, była wiele razy poniżana i zastraszana, by w końcu wylądować w Izraelu i poznać tam swojego przyszłego męża. Patrzę na nią, jak uwija się w kuchni i przypominają mi się moje dwa przejazdy przez Rovno, gdy podążałem pociągami do Kijowa, na promocje moich książek. Z wielką ciekawością otwierałem okno przedziału na tej i na innych stacjach. Zaraz zbiegały się starowinki w wypłowiałych chustkach, z lichymi smażonymi rybkami na talerzach, kobiety w średnim wieku oferujące kartoszki, jacyś brudni starcy, z patriarchalnymi brodami, wyciągający ręce i proszący o wspomożenie. Gromadki dzieci cygańskich i ukraińskich, grupki starszych chłopców, oferujących Wodiczkę w plastikowych butelkach. Na peronach stały tłumy ludzi, czekających na pociągi, a wokół nich leżało wiele wypchanych toreb, koszów z jajami i wystawiającymi ciekawie łby, żywymi kaczkami. Gdyby Mira tu została, może teraz stałaby na peronie, biedna, szukająca wspomożenia u podróżnych z Polski. Dobrze, że w jednym kibuców, spotkała kiedyś Adama i ich życie, po podjęciu decyzji o przeprowadzce,  potoczyło się dalej w Ameryce. Dobrze, że byli na tyle silni, by się w niej utrzymać, dorobić domu i wygodnego mieszkania, z półkami pełnymi książek, samochodu i sporych oszczędności. Adam wydaje książki i bierze często udział w wielu imprezach literackich w Polsce. Jest wspaniałym poetą i jego zbiór wierszy zdobył w Poznaniu, podczas Międzynarodowego Listopada Poetyckiego, miano książki roku. Dużym powodzeniem cieszyły się też jego przekłady poetów amerykańskich – Kunitza, Sterna, Taylora, Levina i Barkana oraz perskiego poety Rumiego. Rozmawiamy z Adamem o wielu sprawach, często też podejmujemy dyskusję o polskim katolicyzmie i o papiestwie. Dla Adama religia chrześcijańska jest zbiorem mitów, legend i podań, a tak samo jest w judaizmie, w islamie, w buddyzmie i praktycznie w każdym wyznaniu. Nie wierzy w żadnego Boga osobowego, choć nie neguje tego, że jakaś potężna siła musiała stworzyć tak niewyobrażalnie wielki wszechświat. Zaraz przypominają mi się moje myśli, z samolotu, lecącego do Amsterdamu i to zapatrzenie w błękit planety, szczelnie opatulonej chmurami. Żywo reaguję na argumenty przyjaciela i wdaję się z nim w wielowątkową dyskusję. Pretekstem jest artykuł Billa Kellera pt. Is the Pope Catholic?, który Adam przeczytał rano w „New York Timesie”. Autor, wychodząc od skandalu w kościele katolickim, w związku z przypadkami homoseksualizmu i pedofilii księży, szczególnie w Kościele amerykańskim, zastanawia się czy możliwe jest jeszcze bycie chrześcijaninem? Przypadki seksualnej napastliwości księży są dla autora równie powszechne, jak u nauczycieli, lekarzy czy dziennikarzy, ale prawdziwym skandalem są próby ich tuszowania i zakłamywania przez hierarchów. Według Kellera, polski papież tylko lamentuje, że takie przypadki powodują rozłam w Kościele katolickim i w gruncie rzeczy nie sięga do źródeł przesłania ewangelicznego o dobru. Katolicy amerykańscy wielokrotnie zgłaszali tego rodzaju przypadki dostojnikom kościelnym, ale przez lata nie było odzewu. Keller widzi niebezpieczeństwo dla Kościoła w czym innym – a mianowicie w spadku jaki Jan Paweł II po sobie pozostawi.  Paradoksem tego papieża jest, według autora to, że walcząc z komunizmem skopiował w Kościele prawa, jakie obowiązywały zawsze w  partii marksistowskiej. (One paradox of the Polish pope is that while he is rightly revered for helping bring down the godless Communists, he has replicated something very like the old Communist Party in his church.) To bardzo kontrowersyjna teza, a zarazem taka… amerykańska, nie dostrzegająca szerokiego kontekstu kulturowego i wszystko sprowadzająca do jednej transformy, do symboliki, do uproszczonych reguł. Adam akceptuje ten punkt widzenia, a ja namawiam go, by pozbył się uprzedzeń i spojrzał na problem oczyma tego, który zawsze musi szukać złotego środka i nie może zawieść nikogo. Po latach okazało się, że Adam i dziennikarz „New York Times’a” mieli sporo racji, a zaniechania zemściły się, nakładając na Kościół ogromne kary i powodując odejście szerokich rzesz wiernych.

Następnego dnia jedziemy z przyjacielem do mall’a, nowego amerykańskiego szaleństwa. Jest to rodzaj supermarketu, ale znacznie większego od tych jakie dotąd widziałem w Polsce (malle pojawią się w naszym kraju za kilka lat). To wielki kompleks sklepów i restauracji, punktów sprzedaży biżuterii, książek, drobnych pamiątek, oczywiście z całą amerykańska infrastrukturą fast food’ów. Wszystko zbudowane w kształcie koła, najczęściej dwupoziomowe, z licznymi tarasami. Chodzimy w różnych kierunkach, oglądamy towary w sklepach, ale na dłużej zatrzymujemy się dopiero w księgarni. Przyjaciel rusza do półki z poezją amerykańską i przekładami Rumiego, a ja staję przy rozbudowanym dziale Nature. Podziwiam atlasy ptaków, leksykony i encyklopedie i inne książki o nich. Biorę do koszyka kilka egzemplarzy przecenionych albumów, prac, które bardzo mi się przydadzą, przy pisaniu książki o twórczości Miłosza, w której jest wiele amerykańskich motywów ornitologicznych. Ten kontynent jest prawdziwym rajem dla ornitologa, bo wszędzie widzi się całe roje ptaków – w powietrzu i na trawnikach, w ogrodach i na łąkach – wszedzie zobaczyć można jakiegoś urodziwego, skrzydlatego mieszkańca przestworzy. W mallu, było też kino i poszliśmy na film sensacyjny, oczywiście w wersji angielskiej, bo Adam twierdzi, że w taki sposób doszlifuję mój angielski. Z kolei stamtąd pojechaliśmy autobusem do Central Parku, który jest wielką enklawą zieleni i wiosną przyciąga wiele ptaków. Już w 2000 roku, spacerując tam z moją dawną bydgoską przyjaciółką – Basią, zauważyłem wiele barwnych gatunków. Ciekaw jestem jak będzie tym razem i zaraz po zejściu nad staw, widzę na gałęzi wierzby bujającego się na niej i głośno śpiewającego kardynała. Nigdy do tej pory nie widziałem tego ptaka na żywo i robi on na mnie kolosalne wrażenie. Cały czerwony, z elementami czerni na piórach, z wyrazistym czubkiem na głowie. Samce, jak u wielu ptaków są piękniejsze od mniej ubarwionych samiczek. Na środku zbiornika widzę też nurkującego, a potem wzbijającego się w powietrze, dużego kormorana. Już te dwa ptaki, w perspektywie kamiennych wież Dakota House i innych tego typu budynków, po drugiej stronie parku, powodują, że czuję się jakbym wylądował na innej planecie. Tuż przy brzegu, pływają kaczki krzyżówki, nieco tylko inne niż w Polsce, większe, z solidniej zarysowanym dziobem. Zbliżają się do mnie i czekają bym im rzucił coś do zjedzenia. Niestety nie mam nic pod ręką, wiec idziemy dalej, widząc na trawnikach pełno amerykańskich drozdów, z pięknie ubarwionym, rudym podbrzuszem. Robią sporo hałasu, podfruwają na gałęzie, znowu zlatują na trawniki, a potem nagle zrywają się do lotu i gdzieś, nie wiadomo gdzie, pędzą miedzy konarami. Nieco wyżej, na wzgórzu, widzę parę samców tego gatunku, skaczącą na kilkanaście centymetrów w górę i uderzającą się piersiami, niczym mali zawodnicy sumo. Wchodzimy w gęstwinę drzew i słyszę rytmiczną kanonadę amerykańskiego dzięcioła. Przyglądam się uważnie pobliskim drzewom i wreszcie znajduję na jednym z pni woodpeckera, dziwnie ubarwionego, całego w plamki i ciapki. Uderza seriami w próchniejące drzewo i co jakiś czas przestaje, uważnie przygląda się okolicy, przekrzywiając głowę w lewo i w prawo. Nad niego wzlatują co jakiś czas, połyskujące w słońcu, epoletniki i jaskółki, szpaki i kosy. Wracamy nad staw i siadamy na ławce, rozmawiamy po polsku o tym i o owym i widzimy, że przygląda się nam z uśmiechem jakiś młodzieniec, targający za sobą średnich rozmiarów walizkę na kolkach. Podchodzi do nas i z emfatycznym niedowierzaniem pyta: Polacy? Tutaj, w Central Parku? Mówi, że przyjechał tu prosto z lotniska JFK, zobaczyć miejsce, które od dawna było obiektem jego marzeń. Wymieniamy jeszcze kilka zdań, dowiadujemy się że jest z Gdyni, a potem robimy mu na życzenie kilka zdjęć i siadamy z powrotem na ławce. Adam opowiada o tym jak pracował w hotelu Waldorf Astoria, a ja przypatruje się epoletnikom, z czerwono-żółtymi paskami na skrzydłach (Red Winged Blacbird). Należą do rodziny Icterids, razem ze szpakami, kosami i jest ich w Ameryce prawdziwe mrowie. Mniejsze i większe, samce, samiczki i młode osobniki, przylatują na ścieżki i przeskakują ławki, by znaleźć się na trawnikach. Jeden z ptaków usiadł na gałęzi, może o dwa metry od nas i przypatrując się nam, wydaje przeciągłe gwizdy. Po jakimś czasie wstajemy, wychodzimy z zadrzewionego terenu i idąc najpierw ulicą Central Park West, przez Columbus Circle, a potem Ósmą Aleją, podążamy w kierunku kilkukondygnacyjnego dworca autobusowego Port Authority. Adam Kupuje bilety, a ja przyglądam się jakiejś chorej dziewczynce, stojącej obok ojca. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem – dziewczyna jest z pochodzenia Portorykanką albo Kubanką (nazywa się ich w Ameryce spaniszami) i życie bardzo ją doświadczyło. Ma dziwnie powykręcane ciało i twarz jakby wyciągniętą do przodu, przez nieistniejącą klamrę. Wygląda jak istota z innej planety i widzę, że właśnie przekazuje ojcu pieniądze. Zapewne siada gdzieś na ulicy i żebrze, wyciąga ręce do ludzi, jak te starowinki, które widziałem na ukraińskich stacjach, a jej wygląd może poruszyć nawet najtwardsze serce. Mężczyzna bierze od niej dolary i natychmiast odchodzi, nie oglądając się za siebie. Biedaczka przez chwilę stoi w miejscu, a potem powłócząc prawą nogą odchodzi w kierunku dworcowego wyjścia. Jakie smutne musi być jej bytowanie. Momentalnie stają mi przed oczyma podobni do niej ludzie, jakich w swoim życiu spotkałem. Kobieta i mężczyzna z Wilna, cali obsypani, bąbel na bąblu, jakimiś gruczolakami, Ukrainka z nosem o potrójnej wielkości, studentka na moich wykładach, wychudzona jak kościotrup. Wszyscy oni pojawili się na naszej planecie na straconej pozycji i od razu otrzymali potężnego kopniaka od losu. Ale żyją i coś na tym świecie robią, istnieją tak samo, jak piękna kobieta, przystojny mężczyzna, jak kwiat i ptak. Czym jest ich brzydota w kontekście spraw ostatecznych, czy modelka z wybiegu, albo adonis z okładki kolorowego pisma, mogą po śmierci kogoś zachwycić, czy aktor filmowy, bożyszcze kobiet całego świata, jest równie pociągający w trumnie? Dzielę się tymi uwagami z Adamem i rozmawiamy o względności piękna, o karlicach i garbusach, o kalekach i o ludziach ze zdeformowanymi nosami, przedstawianymi na płótnach przez malarzy niderlandzkich, włoskich i hiszpańskich, które są wytworem kultury wysokiej. Jedziemy już autobusem z Port Authority do Elizabeth. Adam siada przy oknie i nieomal natychmiast zasypia. Ja patrzę jak autobus zjeżdża ze stromej pochylni, a potem szybko podąża w kierunku tunelu Lincolna. To jeden z cudów Nowego Jorku, długi na 2440 metrów, przebiegający pod rzeką Hudson. Przyglądam się Ameryce zza okien tego pojazdu i z wysokości wyniosłej estakady, widzę w dali, pośród mgieł i oparów, niewielki kształt Statuy Wolności. Po godzinie szybkiej jazdy, wysiadamy w Elizabeth, tuż przy dużym budynku, gdzie mieszka Adam z Mirą. Tutaj też lata w powietrzu wiele epoletników i amerykańskich drozdów, a na trawnikach przechadza się sporo kosów różnej wielkości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: