ALEJA KLONÓW (7)

Paul Desire Trouillebert (ok. 1882)

Często wtedy śniła mi się piękna Żydówka Pola Rozenfeld, która mieszkała w sąsiedniej oficynie z Jakubem, jej zgarbionym, zarośniętym mężem, zajmującym się wyrobem srebrnej i złotej biżuterii. Nosiła wielkie kolczyki i była tak nieziemsko piękna, że jak na nią patrzyłem, czułem niewyobrażalną rozkosz i łzy same zaczynały mi płynąć z oczu. Czarne, gęste włosy upinała zwykle w kok, ale też czasem rozpuszczała je, gdy  wychodziła na podwórko zdjąć pranie, ubrana tylko w białą, kretonową koszulę nocną. Gdy unosiła stopy i sięgała wysoko po klamerki, odsłaniała posągowe łydki, piękne kolana i część szczupłych ud, a z obszernego dekoltu wysuwały się duże, kształtne piersi. Raz nawet ukazała się ciemna brodawka, otoczona brązowym kołem i serce na chwile mi stanęło. Zauważyłem też, że przy drugim oknie stoi mój ojciec i badawczo przygląda się Poli, a ona, jakby go zauważając, szczególnie szeroko rozstawia uda, nachyla się, opinając koszulę na pośladkach i niby niedbałym ruchem, przesuwa piersi z prawej strony do lewej. W moich oczach był ogień, ale miedzy źrenicami mojego taty pulsowała rozżarzona lawa. Jakub widocznie zauważył przez okno niedbały strój żony, bo ze złością zawołał:

– Pola, wracaj szybko do domu…

Kobieta zdjęła ostatnią koszulę z linki, nachyliła się do przodu i obie piersi raz jeszcze wylały się jej przez wycięcie w okryciu. Uniosła wiklinowy kosz, na którym składała wysuszone rzeczy, odwróciła się, jakby czegoś szukała za sobą, ukazując raz jeszcze opięte płótnem pośladki i wreszcie wyprostowała się, spojrzała w okno, za którym stał mój ojciec i uśmiechając się promiennie do niego, ruszyła do domu. W nocy, we śnie byłem w jej ramionach, rozsuwałem delikatnie piersi, gładziłem malutkimi rękoma uda, wczepiałem się we włosy. Pociłem się przy tym strasznie i krzyczałem przez sen, przerzucałem ciało z boku w bok, wierciłem się w miejscu. Byłem dzieckiem, a moje sny były lubieżne, jakbym już miał wielkie doświadczenie w miłości i kochał się z wieloma kobietami.

Rano mama wysłała mnie z pustą szklanką do mieszkania Jakuba i Poli, bym pożyczył od nich trochę mąki, bo zabrakło jej w naszej kuchni. Otworzył mi ten straszny brodacz i patrząc badawczo czarnymi oczyma, poprowadził mnie do kuchni. Usiadłem na krześle przy stole i patrzyłem na sprzęty oraz na pojemniki z niemieckimi określeniami tego, co się w nich znajduje. Moja uwagę przyciągały też białe, płócienne makatki, z hebrajskimi napisami, porozwieszane w kilku punktach tego pomieszczenia. Po chwili weszła Pola, z rozpuszczonymi włosami i w różowej, kaszmirowej, przejrzystej bluzce, na którą narzuciła czarną atłasową podomkę. Jej zapach, wzmocniony różanymi perfumami, momentalnie rozszedł się po całej kuchni. Stanęła przy mnie, wsunęła rękę w moje włosy i zaczęła je przeczesywać palcami raz za razem, a ja dosłownie straciłem oddech i poczułem, że serce wali mi w piersiach jak młotem. Zacząłem bezwiednie łkać, a ona myśląc, że się jej boję, przyciągnęła moją głowę do siebie i natychmiast poczułem subtelną miękkość jej biustu. Żar rozlał mi się w całym ciele i oddałem mu się, jakbym zasypiał, zapadał się w przepaść i ginął w niej bezpowrotnie. Pola puściła mnie po chwili, podeszła do kamionkowego naczynia z napisem Mehl, podstawiła szklankę i wsypała do niej sporo mąki. Uklepała delikatnie dłonią wystający poza krawędź stożek i podeszła do mnie, stawiając szklankę na stole. Sięgnęła też do metalowego, pięknie ozdobionego pudełka, wyciągnęła z niego czekoladową pralinę i wsunęła mi ją do ust. Stanęła teraz za mną, przycisnęła się do mnie brzuchem i znowu zaczęła rozczesywać palcami moje włosy. Choć miała trzydzieści lat, nie urodziła jeszcze żadnego dziecka i ludzie mieszkający przy Alei Klonów szeptali, że jej mąż jest bezpłodny, albo, że na ich małżeństwie ciąży straszliwa klątwa.

– Twój tata potrafi robić piękne dzieci… – nieoczekiwanie powiedziała i z przerażeniem zobaczyłem łzy w jej oczach.

Nie wiedziałem co powiedzieć, więc spojrzałem na makatkę z dziwnymi napisami i zapytałem, co one znaczą. Przez chwilę nie odpowiadała, jakbym wyrywał ją z jakichś pięknych, gdzieś daleko biegających myśli, aż wreszcie szepnęła, najpierw po hebrajsku, a potem po polsku:

– אשת חיל מי ימצא … kobietę dzielną któż znajdzie?

Wystraszyłem się jej łez i tego co powiedziała, bo przypomniałem sobie, że mój dziadek powiedział mi kiedyś, że na żydowskich grobach są różne napisy. Właśnie to zdanie zapamiętałem w jakiś szczególny sposób i nie rozumiałem, dlaczego było ono też na makatce w kuchni Poli. Moja mama czekała na mąkę i gdy ją wreszcie przyniosłem, popatrzyła na mnie badawczo i zapytała:

– Coś tam tak długo robił u tej latawicy…?

Nie odpowiedziałem i szybko pobiegłem do pokoju bawić się klockami, ustawiać plastykowe żołnierzyki w pozycji bojowej i przemieszczać drewniany samochód w tę i z powrotem po parapecie okna. Mama przygotowywała obiad na dwa dni, bo wieczorem musiała iść na nockę, do fabryki puszek, w której pracowała. Ojca nie było w domu, bo pojechał autobusem po ludzi kończących pracę w zakładach rowerowych i po ich dostarczeniu do centrum miasta, miał wrócić dopiero za jakiś czas. Zobaczyłem przez okno, że Jakub Rozenfeld wychodzi z domu z niewielką walizeczką, a Pola daje mu w drzwiach jakieś zawiniątko i ściska jego ręce na pożegnanie. Ucałował ją w czoło, coś powiedział i nagle pogroził jej palcem, wskazał na nasz dom, a ona spuściła wzrok, odwróciła się na pięcie i weszła z gracją z powrotem do domu.

Mama, szybciej niż zwykle,  położyła mnie do łóżka, ugrzała pierzynę przy kaflowym piecu i kończyła pracę w kuchni. Potem usiadła przy stole i zaczęła czesać swoje włosy, nakładała cienie na oczy i pomadkę na usta. Martwiło mnie to, że ojca jeszcze nie ma w domu, ale tyle było wrażeń tego dnia, że przycisnąłem tylko porcelankę do podbrzusza i szybko zasnąłem. Nie wiem ile czasu to trwało, ale nagle znalazłem się pośród jakichś spalonych ziem, gdzie w wielu miejscach połyskiwała rozżarzona lawa i sączył się dym. W powietrzu szybowały rozpalone kamienie, a ja chodziłem na boso po popiołach i łkałem, czułem się strasznie, jakby rozgrywała się właśnie wielka dziejowa tragedia. Nagle przeniosło mnie do naszego domu, gdzie stale śpiąc, stanąłem obok szafy i patrzyłem na wielkie łóżko mamy i taty. Obraz zaczął się klarować i spostrzegłem ojca w objęciach Poli, całującego ją i gładzącego obnażone piersi. Przerażenie ścisnęło mi gardło, poczułem nienawiść do ojca, ale nie mogłem nic zrobić i tylko patrzyłem jak zaczęli się wzajemnie rozbierać, cały czas się całując i lgnąc do siebie. Czarna, gęsta kępa włosów, u końca ud Poli, raz po raz pojawiała się i znikała, a w pewnym momencie ojciec przylgnął do niej i zaczął rytmicznie poruszać się i podskakiwać. Ona obejmowała go rękoma na plecach i przesuwała je ku szyi, raz po raz wciskając paznokcie w skórę. Tak kotłowali się, szepcząc coś i sapiąc, aż przewinęli się w jednej chwili dookoła osi i ona znalazła się na nim, przez cały czas rytmicznie podskakując, uderzając rozpuszczonymi włosami w powietrze. Nie rozumiałem o co chodzi i bałem się, że Żydówka zrobi krzywdę mojemu ojcu, ale nie mogłem się ruszyć, byłem jak zamurowany, jakby stale zatrzymywany przez niewidzialną taflę snu. W pewnym momencie Pola i mój ojciec zaczęli głośno krzyczeć, jakby ktoś ich ranił, albo jakby wsadzili dłonie do rozgrzanej magmy, aż równie nagle się rozłączyli, legli obok siebie bez ruchu, a jej dłoń natychmiast powędrowała ku zwieńczeniu ud taty. On znowu przysunął się do niej i zaczęli się całować, wciskając się w siebie, jakby chcieli być jednym ciałem. Usłyszałem jakby syk węża i znowu przeniosło mnie ku popieliskom, głębokim jarom i zobaczyłem, że wisi nade mną jakiś czarny twór, z wielkimi pazurami i z wielkimi skrzydłami, wyrastającymi z tułowia. Wyglądał jak wielki jaszczur z żółtymi ślepiami węża, ale miał dziób drapieżnego ptaka i ział z niego ogniem. Spostrzegł ruch w dole i rzucił się na mnie z wielkim pędem i potwornych rykiem. Zacząłem uciekać i krzyczeć wniebogłosy, a na plecach stale czułem żar podążającego za mną ognia. W tym momencie zacząłem się budzić, przecierać oczy i jak przez mgłę zobaczyłem nagiego ojca, podchodzącego do mojego łóżka. Nie wiem czy mi się zdawało, czy może był to jeszcze sen, ale jakiś przypominający Polę cień, przemknął za nim i po chwili drzwi naszego domu wydały dźwięk, tak jakby ktoś delikatnie je domknął. Ojciec był spocony i miał rozwichrzone włosy, ale czułem też w powietrzu obezwładniający zapach róż. Zauważył, że przyglądam się strużkom potu, spływających po jego owłosionych piersiach i powiedział:

– Ciężka ta noc synku… Mnie też śniły się jakieś koszmary… Połóż się wygodnie i śpij dalej…

Przytuliłem się do poduszki, zacisnąłem prawą dłoń na porcelance i ponownie zasnąłem, niczego nie czując i nie widząc w nowym śnie. Tylko nad ranem zdawało mi się znowu, że Pola jest w łóżku z ojcem, ale było to tak daleko i za tyloma obłokami mgły, że nie mogłem niczego uchwycić, na niczym się skupić. Rano otworzyłem oczy i zobaczyłem ojca śpiącego w objęciach mamy, która nie wiadomo kiedy wróciła z fabryki. Jego plecy były odsłonięte i widać na nich było wyraźnie długie, czerwone rysy, jakby potwór z mojego snu zranił go swoimi pazurami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: