ŚWIAT STAROŻYTNY (XVI)

Starożytne ruiny są świadectwem potęgi władców, świetności ich imperiów i cierpienia budujących je ludzi, ale są też znakiem rozpadu. Odsłaniane z warstw piachu, oczyszczane z rzecznego mułu, albo pojawiające się w świetle słonecznym, po cofnięciu się morza, mówią wiele o przeszłości i zarazem stale nas upominają. Często już przed tysiącami lat zostały splądrowane, zniszczone i opuszczone, a potem powoli zapominane, okrywające się pyłem i prochem. Teraz mają przede wszystkim znaczenie symboliczne i pojawiają się w naszej rzeczywistości jako przypomnienie i przestroga. Nic nie zachowa swojego blasku w konfrontacji z tysiącleciami, nikt nie zdoła zabrać ze sobą na drugą stronę, splendoru ziemskiego. Wiatry i deszcze, śniegi i mróz, uderzające w kamienie z wielką siłą miliardy ziarenek piasku, a nade wszystko chemiczne metamorfozy, spowodują, że to co zostało niegdyś wygładzone, skruszeje i zmatowieje, zacznie pękać i niszczeć. Gdyby ludzkość przywiązywała większą wagę do pomników przyszłości, gdyby stale nie prowadziła wojen i nie zabijała, by gromadzić bogactwa, może skupiłaby się na odbudowie i rekonstrukcji tego, co kiedyś było tak piękne i niezwykłe. Wykonywane prace są niewystarczające, a destrukcyjne działanie czasu ma znacznie większą moc w naszej rzeczywistości, pełnej zanieczyszczeń i nowych trucizn. Jest jednak jeszcze jeden problem i pojawia się jeszcze jedno pytanie – czy odbudowywać, czy zostawić ruiny w takiej, formie, w jakiej odkryliśmy je stosunkowo niedawno? Jeśli chcemy przywrócić im świetność, warto inwestować w to ogromne sumy, ale jeśli chcemy zachować wagę symboliczną, ingerencje powinny być minimalne i ograniczać się do zachowania tego, co zostało. Wtedy szczątki budowli, fragmenty murów i samotne kolumny, świadczyć będą o entropii i dokumentować będą triumf śmierci, nieodwołalnego kruszenia się marmuru, korozji metalu, utleniania się wapieni i piaskowców. Ich uroda, w obliczu wschodzącego lub gasnącego słońca, nie da się z niczym porównać, a kontrastowe wyłączenie z otaczających je nowych budowli, wzmacniać będą ich wyjątkowość i oryginalność.

Ruiny od dawien dawna pobudzały wyobraźnię poetów i malarzy, muzyków i twórców rzeźb, ale bywały też inspiracją dla ludzi mniej uzdolnionych. Waga zadumy pasterza, który wypasał swoje stada na obrzeżu dawnych budowli i systemów, w cieniu akweduktów i rozpadających się świątyń, wcale nie była mniejsza od konstrukcji myślowych takich pisarzy jak Sienkiewicz, Prus czy Waltari. To też był ruch umysłu w kierunku przeszłości, ku magii czasu odeszłego i na zawsze utraconego przez ludzi. Ale też nagle odzyskanego w innym świecie, w którym starożytna ruina zajaśniała nowym blaskiem, stała się emblematem zamierzchłych dziejów, istnienia i śmierci, miłości i nienawiści, nadziei i przegrania. Przecież pośród tych budowli toczyło się życie, we wszystkich jego przejawach – ludzie rodzili się i umierali, zawiązywali związki i wychowywali dzieci, gdzieś podążali i skądś wracali, uśmiechając się na widok dobrze znanych kształtów architektonicznych. One były ich rzeczywistością, tak jak dla nas są nią współczesne domy, budynki, ulice i całe miasta i szczególnie cenione konstrukcyjne wytwory myśli i wyobraźni. Przeżywszy swe życia, odchodzili i robili miejsce następnym pokoleniom, które też wzrastały i żyły w cieniu tych samych budowli i milcząco towarzyszących chorobom i uniesieniom, zbiorom płodów rolnych i przelewowi krwi, wielkim świętom i gigantycznym pożarom. Tak krople wody, wina i krwi padały na kamienie, tak zostawały na nich pieczęcie wydarzeń pierwiastkowych i ostatecznych, nadejścia tyranów i ucieczki zhańbionych władców, a nade wszystko cierpienia prostego ludu. Zawsze milczące, trwające w swej kamienności i w kształcie, w określonym stylu i manierze, bezduszne wobec ludzkich radości i dramatów. Tylko w chwili grabieży i gwałtu, trzęsienia ziemi i wybuchu wulkanu, traciły swoją niezależność, obracane w perzynę, nie mogące oprzeć się przewracaniu kolumn, burzeniu łuków i mostów, rozpadowi misternych mozaik i kopuł, degradacji term i ołtarzy. Ale nawet w takiej formie, nawet po przejściu kolejnego dziejowego kataklizmu, nie traciły swojej monumentalnej urody, nie przestawały być znakiem czasu, nie przestawały szeptać: Niczego nie ocalisz…

Przyglądam się starożytnym ruinom, ukazanym udanie na banknotach libańskich i przenoszę się myślą do czasów najodleglejszych, a także do wiosny 1837 roku, gdy pomiędzy nimi podróżował Juliusz Słowacki, wielki polski poeta romantyczny i zarazem pielgrzym nieskończoności. Był wysłannikiem innej cywilizacji, ale pośród mroków klasztoru Betcheszban, gdzie pisał poemat o Anhellim, myślał też o przemijalności czasu i o uświęceniu bytów, przemierzających przestrzenie Ducha. Właśnie w obliczu pradawnej statyki ruin dostrzegamy intensywność ludzkich migracji, wyobraźniowego podążania ku Bogu i uskrzydlonym duchom, a nade wszystko tęsknoty za idealnością i pełnią, czystością uczuć i przekonaniem, że za zasłoną świata widzialnego jest pojemniejsza głębia ontologiczna. To był szlak Lamartine’a i misjonarzy takich jak Maksymilian Stanisław Ryłło, próbujących w świecie muzułmańskim zaszczepić wiarę w Boga-człowieka, umierającego na krzyżu dla zbawienia ludzi i świata. Tym ruinom, będącym znakiem czasów fenickich, rzymskich i arabskich, było wszakże wszystko jedno, pod sztandarami jakiego Boga, pojawiali się w nich ludzie. Materia marmuru i bazaltu jest tak samo niewzruszona jak wodna głębina i przepaście powietrzne, jest kamienną ilustracją ludzkich dążeń i istotą samą w sobie. Trwa tak samo jak planeta, ulega przemianom i metamorfozom jak wszystko w kosmosie, ale też strzeże swojej integralności w każdej formie – w pięknie dopiero co ukończonej konstrukcji i w amorficznej ruinie. Stojąc, kilka razy w moim życiu, pośród takich pozostałości po wielkich cywilizacjach, przyglądałem się jak przesuwają się po nich ludzkie cienie, stające się punktem odniesienia i bolesnym zwieńczeniem jakiegoś okresu, skończonej całości chronologicznej i kosmicznej. Dla wielu spotkanych osób była to wyprawa życia, ekscytująca chwila w ciągu turystycznych eskapad, egzotycznych ekskursji, pozostawiających niezatarte wrażenia. Teraz też przechadzam się w wyobraźni pośród takich ruin, patrzę na ich przedstawienia na libańskich banknotach, ale jednocześnie biegnę myślami w przeszłość, staram się ogarnąć ogromny przestwór czasu i przestrzeni, cierpienia i krystalicznie czystej radości. Wszystko przemija, a tylko szczątki i fragmenty pozostają, czas zamazuje obrazy i przekazuje następnym generacjom znaki swojej potęgi. Tak znika świadomość, by odrodzić się w innych umysłach i w innych bytach, pośród tych samych, coraz bardziej niszczejących ruin.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: