DRAPERIE PRZESTRZENI (XI)

 

Lodowy księżyc Jowisza - Europa

Lód jest formą wody, powszechnie występującą na naszej planecie, a także w wielu innych miejscach Układu Słonecznego. Ta szybka zamiana wodnistości i miękkości w twardość jest jednym z cudów naszej egzystencji i szczególnie w dzieciństwie nas zachwyca. Przypomina mi się doroczne zalewanie lodowiska na boisku szkolnym, a potem liczne mecze hokejowe, zabawy i ślizganie się na wyznaczonych odcinkach. Nie zapomnę też tych chwil spędzonych na lodowisku miejskim, gdy brałem udział w kilku treningach Polonii Bydgoszcz i dotykałem palcami perfekcyjnie przygotowanej, gładkiej tafli. Było też w moim życiu trochę nieroztropnego chodzenia po zamarzniętych jeziorach, stawach i rzekach, były chwile nad zamarzającym morzem i zabawy z wielkimi kawałkami lodu. Podnosiło się je do góry i patrzyło się przez nie na słońce, albo rzucało się je daleko na gładzie, tak by sunęły do przodu jak pociski. Trochę było też gwałtownych kontaktów z kamiennością tej struktury, szczególnie podczas meczów hokeja. Upadki pozostawiały krwawe i sine ślady, otarcia naskórka i czasem większe rany, a chyba najgorszym doświadczeniem było uderzanie głową o zamarzniętą powierzchnię, które zawsze miało moc bokserskiego nokautu. Ale to wszystko warte było doznań, jakie się miało, gdy śmigało się w hokejówkach, czuło się wyzwolonym i walczyło się z przeciwnikami o krążek. Urządzaliśmy też często wyścigi łyżwiarskie i znakomicie opanowałem jazdę tzw. „przekładanką” na zakrętach, a na prostych rozwijałem ogromne szybkości. Trudne do opanowania było hamowanie, ale w końcu nauczyłem się to robić i podczas takiego gwałtownego zwalniania ścinałem gładź lodową i tworzyłem prawdziwe fontanny śniegu i twardych kryształków. Lodowisko przyciągało wiele dzieci z bloków i po południu, po zapadnięciu zmroku, przy świetle elektrycznym, gwar był wielki w takim miejscu, sporo śmiechu i nawoływania. Zawiązywały się przyjaźnie i kwitły miłości (ach to jeżdżenie w parze z dziewczynami i trzymanie je za ręce lub pod boki…), ale też wybuchało sporo konfliktów, gwałtownych bójek, niczym w kanadyjskiej zawodowej lidze hokejowej NHL. Ale chyba najpiękniejszym momentem było samo wylewanie wody i kształtowanie się tafli, a potem cudowne twardnienie, będące obietnicą szaleństw zimowych.

Lód to dla mnie także ślizgawki w dzielnicy Jary, sąsiadującej z moim osiedlem albo na skarpach wiaduktu, prowadzącego za miasto. Chodziło się tam i dokonywało się cudów, mknąc na butach lub jakichś kawałkach plastiku, blachy lub płyt pilśniowych. Przygotowywaliśmy też tzw. „kańki”, czyli przybijaliśmy stare łyżwy do kawałków desek i zjeżdżaliśmy na nich z ogromną szybkością, jak na bobslejach. Najodważniejsi kładli się na nich na brzuchu i z głową nieomal przy lodzie, mknęli w dół jak straceńcy. Przy tych zabawach kontuzje były znacznie poważniejsze i zdarzało się, że ktoś łamał nogę lub rękę, wybijał stawy, albo doznawał urazów głowy, nie wyłączając wstrząśnień mózgu. Ale co tam, brawurowe zjazdy warte były tego poświęcenia, a mnie jakoś ominęły poważniejsze zranienia. Nie oszczędzałem się na tych zboczach, a jak przychodziły jakieś osiedlowe piękności, popisywałem się przed nimi sprawnością i wykonywałem ewolucje na granicy ryzyka. To pewnie tak zaprawiło mnie i dało dobre przygotowanie do jazdy na nartach. W tym względzie w mojej pamięci pozostał szczególnie wyjazd z drużyną lekkoatletyczna mojej uczelni na obóz sportowy w Pieniny, do Sromowców Niżnych. Tam wiele było lodu na drogach, po których biegaliśmy, sporo przejrzystych skamielin pomiędzy skałami i nad Dunajcem, ale najpiękniejsze były wodospady strumieni, które częściowo zamarzały i tworzyły fantastyczne kształty. Wspomnieć jeszcze wypada młodzieńcze zabawy ze strącaniem sopli, zwisających z rynien dachów i gałęzi drzew, które także było dość niebezpieczne, ale jakże nas cieszyło. Rzucaliśmy w nie kamieniami lub bryłami lodu, a czasem sięgaliśmy po nie jakimś kijem, drągiem podpierającym pranie lub znalezionym prętem. Spadały na ziemię i rozpadały się natychmiast, a tylko największe z nich pozostawały w dużym kawałku, który też bywał wykorzystywany do jakiejś zabawy. Niektórzy koledzy ssali mniejsze sople i mnie to się też kilka razy zdarzyło, ale kto wtedy myślał o konsekwencjach i o potencjalnych chorobach…

Gdy snuję te refleksje o lodzie i lodowatości, słuchając kojarzącej się jakoś z nimi VIII Symfonii „Niedokończonej” Franciszka Schuberta, widzę opisane wyżej zdarzenia, różne miłe i groźne sytuacje, ale moja myśl natychmiast biegnie też ku wieloletniej fascynacji, jaką jest dla mnie czwarty co do wielkości księżyc Jowisza – Europa. Planeta ta, cała pokryta jest lodem i uczeni podejrzewają, że pod twardą skorupą może znajdować się wielki ocean, w którym mogłoby rozwinąć się życie (potwierdziły to dane uzyskane z sondy Galileo). Odkrycie Europy przypisuje się Galileuszowi, a dzisiaj obserwacje są już możliwe przy wykorzystaniu silnych lornetek i nieprofesjonalnych teleskopów. Nazwa pochodzi od Simona Mariusa, a odnosi się do mitologii greckiej, a nie jak powszechnie się sądzi, do chłodów pojawiających się na naszym kontynencie. Charakterystyczna dla tego satelity jest dość gładka powierzchnia i liczne spękania, które przypominają przeogromną sieć, a powstają w wyniku uwalniania się soli i kwasu siarkowego. Gdy to piszę, przypominają mi się natychmiast sceny z filmu Imperium kontratakuje, gdy Luke Skywalker trafia na planetę Hoth, pokrytą lodem i śniegiem. Ale na powierzchni Europy trudno byłoby przetrwać, bo występują tam ekstremalne temperatury, a magnetyczne oddziaływanie Jowisza jest wręcz miażdżące. Nie można wszakże wykluczyć, że pod ochronną warstwą lodu, w kwasowym i zasadowym środowisku wodnym, rozwinęła się jakaś ewoluująca egzystencja, tym bardziej, że w planetę wielokrotnie uderzały komety, które uważa się za rozsadniki życia w kosmosie. Planowano wysłanie sond, które przebiłyby się przez dziewiętnastokilometrową, zmrożoną skorupę i przesłałyby na ziemię obrazy tego, co pod nią się znajduje, ale finalnie zabrakło ogromnych funduszy. Z powodu tych hipotez ten tajemniczy satelita Jowisza jest obiektem licznych obserwacji i domysłów, staje się też wyzwaniem dla następnych pokoleń astronomów, astrofizyków i kosmonautów. My mamy co roku przedsmak tego, co charakteryzuje krajobraz Europy, a szczególnie doświadczają tego uczestnicy wypraw ku kołom podbiegunowym. Z powodu ocieplenia klimatu, także w Polsce zimy stają się bardzo mroźne i dzieci mają frajdę, choć nie widać przy blokach tylu lodowisk, co niegdyś.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: