ADRIANA SZYMAŃSKA

Starożytne Ur

Historia jest areną krwawych wojen i nieustannych konfliktów, batalii prowadzonych w imię bogów i dla zaspokojenia ludzkich żądz. Ale nie byłoby ich, gdyby matki stale nie rodziły dzieci a wiecznie żywotna płodność nie dostarczała tych, którzy staną się cesarzami i królami, generałami, adiutantami i zwykłymi żołnierzami. To kobiety rodzą tych, którzy odegrają znaczącą rolę w jakimś czasie i w każdym stuleciu, w jakichś ciałach, dojrzewają ci, którzy zapiszą się w annałach, staną się znakiem dobra lub zła, odwagi lub tchórzostwa, chwalebnego czynu albo mordu. Patrząc na to z perspektywy millenium, gdzie lata i dziesięciolecia są małymi cząstkami chronologicznymi, możemy powiedzieć za Adrianą Szymańską, że Miliardy noworodków wybiegają wprost w pole bitwy/ w ogień i kurz. Ta okrutna wizja sprawdza się nieustannie i wciąż rodzą się dzieci, które zginą w tragicznych okolicznościach, padną na polu bitwy, staną się „mięsem armatnim” – wszak człowiek doprowadził do perfekcji techniki masowego zabijania. Poetkę fascynuje święty moment brzemienności, czasu potencjalnego, gdy wszystko jest jeszcze możliwe, a narodziny należą do przyszłości oczekiwanej i ledwie przeczuwanej. Brzuch jest tak życiodajny jak dzban, dźwigający wodę lub wino, który pozwala przeżyć na pustyni i jest tak samo szczelny, najpełniej dookreślony. To przestrzeń zamknięta, z której jest tylko jedna droga wyjścia, bo nie można cofnąć prokreacji – to zarazem nabrzmiewające otwarcie, które będzie zwieńczeniem miłosnego aktu. Poród porównywany jest tutaj do bicia dzwonu, obwieszczającego wielką radość i wielką trwogę, bo wraz z przyjściem na świat nowego dziecka, rodzi się też niewiadoma. Ale poetka projektuje własną brzemienność ku stuleciom i powtarzalności tego cyklu, trwającego dziewięć miesięcy – ona pragnie połączyć się w myślach z wszystkimi kobietami, które tego doświadczyły. One też czuły, że są głodne, głodem płodu i wiedziały, że zbliżają się do chwili ostatecznej, gdy zegar świata ludzkiego zacznie odmierzać w szaleńczym pędzie kolejne okresy i nie zatrzyma się aż do momentu eschatologicznego. Wpatrując się w przepaść wieków, autorka zatrzymuje wzrok w miejscu, gdzie zaczęły się rozwijać wielkie cywilizacje i wyodrębnia figurę bogini płodności, nieodmiennie wskazującą kierunek i czuwającą nad tymi, które będą rodziły. Pod warstwą gliny, pod pyłem tysiącleci bije wszakże zawsze żywe serce, pulsuje krew i ogień żądzy odciska się w trzewiach. Ona jest wieczną matką, wysyłającą do boju tych, których alabastrowe pięty odcisną ślady w historii, ona widzi ich życia od poczęcia do śmierci i może roni nad nimi kamienną łzę. Tak jak złocista bryłka, wyjęta z morza, zachowuje dla przyszłych pokoleń kształt delikatnej ważki, tak ona jest wtulona w bursztyn wieków. Jej oddech wyczuwają jednak kobiety oczekujące potomków i chwytają się go jak sznura, dającego ratunek z kipieli. Ona trwa niezmienna od pokoleń i wciąż gotowa do zwieńczenia, stale oczekująca rozwiązania, staje się ich pradawną matką i opiekunką. Jej starożytność ma magiczne właściwości ocalające, jej modelowe trwanie przydaje mocy, ustawia biologię w ciągu kosmogonicznym, w pędzie nieustannych zmian pierwotnych elementów: wody, ognia, ziemi i powietrza. Tak poetka wplata żywioły materialne w ciąg odmian losów i zdarzeń, miłości i śmierci, poczynania z nicości i oddawania jej zimnych prochów. Każda inicjacja ma też miejsce się w punkcie przecięcia wielkości (tysiąclecia, miliardy noworodków, pradawne cząstki) i małości (czarna grudka ziemi, kropla wody, gram powietrza, iskra domowego ognia). Tak rodzi się transcendentne pojmowania świata, zdarzeń i ludzi, tak ludzkość pojawia się w dziejowym przeciągu, w którym jednostki ledwie mogą zaznaczyć swoją obecność, a cierpienie znaczy niemal tyle samo co rozkosz. Końcowa prośba kobiety naszego czasu jest wyrazista i odnosi się do dziecka, które ma się niebawem narodzić, a następnie znaleźć swoje miejsce w nowym świecie. Z każdymi narodzinami powołane zostaje do istnienia nowe spektrum historyczne i osobowe, a potencjalność nadaje im mocy magicznej. To dziecko może być kimś wielkim i może też zaprzepaścić szansę, jaką mu dała matka, może przydać jej i innym ludziom cierpienia. Na razie wszakże jest cząstką matki i czuwa nad nim bogini płodności z miasta Ur, pochylają się nad jego cyklem rozwojowym wieki i tysiąclecia, a starożytna kamienność opiekunki przenosi to dojrzewanie ku przestrzeniom kosmicznym – tam, gdzie wszystko się zaczęło i gdzie wszystko będzie się kończyło. Żywa pętla krwi wiąże go z oczekującą, a oddech bogini nadaje już kierunek jego rozwoju, od chwili poczęcia do finalnego zejścia. Nikt nie jest w stanie odwrócić tego procesu i nikt nie oprze się destrukcyjnej sile czasu, nawet kamienna bogini rozsypie się kiedyś w pył, nawet najżarliwsze uczucie zgaśnie jak zadławiony płomień. Gliniana skóra okryje wszystko, żar stanie się wspomnieniem, odpłyną w dal narodziny i jasne chwile, echo pierwszego krzyku przestanie wibrować w powietrzu. Ale na razie wszystko jest jeszcze możliwe, wszystko ma wymiar symboliczny i poetka prosi pradawną boginię, by była opiekunką stanu, w jakim się znalazła i  nadchodzących niebawem zdarzeń, by te narodziny rozświetliły wszechświat i były echem pierwszego poczęcia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: