SEN XXV

Zamknęli go w wąskiej, czarnej skrzyni, a górną deskę przybili grubymi ćwiekami. Gryzł, drapał i szamotał się, a jak wpychali go do środka, ryczał z przerażenia. W środku jego wrzask przybrał barwę burą i przypominał wycie wilka albo kojota. W końcu zamilkł i oprawcy, ubrani w czarne togi, z czerwonymi stożkami na głowach, spojrzeli na siebie wymownie, przysunęli sporych rozmiarów dzwon i zaczęli nim kołysać. Dźwięk na nowo obudził skazanego i zaczął on krzyczeć jeszcze potworniej, ocierał się o ściany skrzyni i próbował się wyswobodzić. Nie mógł jednak niczego zrobić, bo przywiązano go do bocznych haków i prawie nie dano miejsca na jakikolwiek ruch. Przerażenie rozsadzało mu trzewia, a krzyk był potwierdzeniem, że żyje i jeszcze nie wszystko się skończyło. Wyczuł chybotanie i słyszał skrzypienie kół jakiegoś pojazdu, który czasami podskakiwał na kamieniach i wpadał w koleiny miękkiego piachu. Ustawili się w dwa szeregi i mrucząc pogrzebowe pieśni, podążali dostojnie na miejsce kaźni. Odarta ze skóry hiena ciągnęła wóz, raz to unosząc się nad ziemią, raz ledwie dotykając gruntu i śmiejąc się złowieszczo. W dali widać już było nagrobki w kształcie serc i kul, a tuż przy wielkiej piramidzie wykopano grób. Zdjęli ceremonialnie skrzynię, i kołysząc nią to w przód, to w tył, zanieśli na belki położone w poprzek dołu. On krzyczał i lamentował, a czasem cichł i łkał żałośnie, by znowu rozedrzeć się przeraźliwie. Nad kopce świeżej ziemi wzniósł się świetlisty opar, który mógł być duchem albo zjawą, czystą energią lub złą mocą, objawiającą się widzialnie. Zakapturzeni pochylili głowy i śpiewali starą gregoriańską pieśń o walce dobra ze złem, o wiecznej nocy i o nadchodzącym poranku. Twór  obracał się lekko wokół swojej osi i ostrym kolcem, który miał u dołu, dotykał nieheblowanych desek, kreślił na nich znak pięcioramiennej gwiazdy. Jego obrys stale się zmieniał, a na pulsującej powierzchni pojawiały się czarne i brunatne plamy i wyglądało to tak, jakby przechodził kolejne stadia dżumy, a przy tym, jakby też zdrowiał natychmiast. Gdy z ruchliwego kolca zaczęła kapać krew, zabójcy podłożyli liny pod skrzynię, odepchnęli na bok belki i zaczęli spuszczać ją na dno. Gdy już się tam znalazła, szepcząc słowa: damnatioinferno… objęli się za ramiona i pochylili się nad nim. U ich kapturów przystanął świetlisty kształt i sączył krew na deski, kalał czarnym cieniem niewielkie szczeliny między nimi. Skazany był już tylko bezgłośnym krzykiem, bólem w całym ciele i ledwie wyczuwalnym oddechem. Usłyszał jednak jeszcze bryły gliny uderzające o pokrywę i chciał się zerwać, wydostać, uderzyć nogami w deski, ale unieruchomili go sprawnie i nie dali mu najmniejszej szansy. Teraz zsypywali gołymi rękoma ziemię, popychali kamienie, które staczały się do dołu. W końcu zamknęli go całkowicie pod powierzchnią i zaczęli udeptywać ziemię. Nie miał już czym oddychać i powoli tracił świadomość, a pulsujący kształt zawirował w powietrzu, rozpłomienił się jak gwiazda i natychmiast wniknął do jego grobu. Zakapturzeni uformowali dwa szeregi i kołysząc się na boki, rozsypując ziarna siarki na drodze, zaczęli wracać do swoich jaskiń.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: