DRAPERIE PRZESTRZENI (X)

Owoce dzikiej róży

Krzewy i krzewiastość towarzyszą nam od dzieciństwa i stają się elementem świata, który najwcześniej poznajemy. Dorośli omijają je, przyglądają się im z daleka, umieszczają je w określonej przestrzeni jako jeden z wielu elementów składowych. Inaczej zachowują się dzieci, które wchodzą w krzaki, zapoznają się z miejscami, które odsłaniają się dopiero przy bliższym kontakcie. Często jest to zapoznawanie się bolesne, związane z kolczastością dzikiej róży lub agrestu, nakazujące daleko idącą ostrożność. Ale dzieciństwo ma to do siebie, że szuka zadań trudnych, prawie niewykonalnych lub mających w sobie element profanacji. Wejście w plątaninę kolczastych krzewów staje się aktem odwagi i wtajemniczenia w sprawy wyższe, niedosiężne dla ogółu. Zdarza się też, że takie przedzieranie się jest koniecznością, gdy w krzaki wpada piłka lub latawiec, albo gdy znajdzie się tam nieostrożny piesek lub kot. Wtedy wejście w obręb tej rzeczywistości zyskuje walor wyprawy ratunkowej, a rany szarpane i krwawe rysy na skórze stają się rodzajem specjalnych odznaczeń. Wiele zdarzeń i miejsc przypomina mi się, gdy myślę o tym piętrze roślinności, a szczególnie zarośla wokół pewnego niszczejącego domu, w dzielnicy Jary, przy zejściu z Błonia na ulicę Nakielską. Chodziliśmy tam całą bandą, bo w ruinach posiadłości znaleźć można było niezwykłe „skarby”, a w pobliskim parku sporo było ciekawych miejsc do zabawy i penetracji. Zimą parowy zmieniały się w lodowe rynny i można w nich było puszczać się w dół na nogach lub na łyżwach, choć zjazdy często kończyły się w krzakach. Służyły one też jako schron, gdy nagle pojawiali się chłopacy z sąsiedniej dzielnicy, albo gdy skrajem parku przemykali milicjanci lub ormowcy. Może wtedy po raz pierwszy przyglądaliśmy się dziwnym, barwnym owocom i liściom, zrywaliśmy czerwone, pomarańczowe lub białe kuleczki i rozduszaliśmy je, by sprawdzić co jest w środku. Z niektórych wypływał sok, a z innych wylatywały jakieś twarde nasiona lub wyłaniał się włosowaty miąższ. Ważny też był ich zapach, nieznany dotąd i budzący zdziwienie, a także – gdy najodważniejsi decydowali się na spróbowanie – ich smak.

Śnieguliczka biała

Ulubioną zabawą było zrywanie kulek śnieguliczki białej  (Symphoricarpos albus Duhamel), której nazwy nie znaliśmy, ale którą znakomicie wyodrębnialiśmy z innych krzewów. Pakowało się wtedy do kieszeni mnóstwo białych jagód i rzucało się nimi we wrogów, podczas improwizowanych konfliktów. Owoce pękały przy uderzeniu w głowę przeciwnika, lub przelatywały nad nią i spadały na ziemię. Dobrą zabawą było też rozduszanie białych kulek na krzakach lub zrzucanie ich na grunt i rozgniatanie podeszwami butów. Dzisiaj wiem już, że roślina ta pochodzi z Ameryki Północnej, gdzie występuje powszechnie od Kalifornii po Alaskę. Sklepy i plantacje ogrodnicze oferują ją jako znakomicie nadającą się na żywopłoty, ale w Polsce i w całej Europie Środkowej łatwo natkniemy się na zdziczałe gęstwiny. Wiele ptaków żywi się w zimie gąbczastymi jagodami śnieguliczki, szczególnie gdy nieco skruszeją na mrozie i łatwiej dają się trawić. Zawierają sporo cukru, który skrzydlaci mieszkańcy krzewów natychmiast zamieniają w energię, niezbędną do aktywnego życia pośród roślinności. W mojej pamięci jest wiele bitew w zaroślach, gdy jedyną bronią były kuleczki śnieguliczki a czasem też boje te przenosiły się do szkoły. Tam nie pozwalano nam na to i traktowano przynoszenie białej „amunicji” do klas i na boisko jako zaśmiecanie, wpisywano uwagi do dzienniczków – czasem bardzo zabawne, bo nauczyciele nie wiedzieli jak ta roślina się nazywa. Anonsowali, na przykład tak: syn rzuca czymś białym w kolegów…, albo: syn zaśmieca szkołę białymi kawałkami krzaków… Kiedyś powitaliśmy śnieguliczką młodą nauczycielkę, która pełna zapału i wiedzy pedagogicznej, trafiła do naszej szkoły. Ale najczęściej używaliśmy tej „broni” podczas wypraw do, wspomnianego wyżej, opuszczonego parku, gdzie rosły prawdziwe chaszcze śnieguliczki, nigdy nie przycinanej i sięgającej wysokości trzech metrów. Zdarzało się, że po przybyciu na miejsce, płoszyliśmy z zarośli kosy i drozdy, choć pośród gałązek i kulek widywaliśmy też sikorki i zięby, mazurki i gile. Krzew ten należy do najbardziej charakterystycznych w Polsce i prawdę powiedziawszy trochę za bardzo się rozprzestrzenił, wypierając szlachetniejsze rośliny tego typu. Dzieje się tak dlatego, że ma bardzo małe wymagania, daje się łatwo przycinać, nie potrzebuje zbyt wiele wody i jest niezwykle wręcz odporny na mrozy.

Rokitnik pospolity

Ostatnio, za sprawą moich wypraw z aparatem w ręku, odkrywam krzewy, które wielokrotnie wcześniej widywałem, ale nie zajmowałem się nimi bliżej. Był taki czas, że na morenach czołowych wokół mojej dzielnicy zbierałem sporo owoców dzikiej róży, a potem przygotowywałem z nich rodzaj gęstego musu, bogatego w naturalna witaminę C. Musiałem zrywać czerwone owoce w starych, skórzanych rękawiczkach, bo kolce tej rośliny są bardzo ostre i często haczykowato zakrzywione. Po negatywnych doświadczeniach i wielu trudno gojących się ranach, założyłem rękawice i zrywałem wiele owoców. Teraz już wyodrębniam z zarośli berberysy, głogi, irgi, cisy, derenie, trzmieliny, a na płotach zauważam niezwykłe kompozycje dzikiego wina. To są bardzo ważne elementy postrzeganej przez nas faktury przestrzeni, tym bardziej, że zmieniają się podczas każdej pory roku. Najbardziej widowiskowe są, gdy kwitną i potem, gdy pojawiają się na nich różnobarwne i wielorako ukształtowane owoce. To one przyciągają owady i ptaki, dla których plątaniny gałązek, kolców i łodyg są tak naturalne jak dla ludzi drogi, ścieżki i chodniki. Pośród nich bytują i przemykają, znają dobrze ich „topografię” i „morfologię”, a czasem – jak dzierzba gąsiorek – wykorzystują je do celów użytkowych. Ptak ten nabija swoje ofiary na ciernie, a potem – gdy skruszeją na mrozie – żywi się nimi po kawałku. Takich spiżarni rozwiesza wiele i choć inne skrzydlate istoty kradną mu cząstki pożywienia, udaje mu się dzięki temu przeżyć najtrudniejsze okresy w roku. W zaroślach krzewów, wyodrębnić możemy kilka poziomów egzystencji, najpierw w ziemi, przy korzeniach, potem na powierzchni gruntu, dalej na łodygach i gałęziach, na liściach, a nawet w owocach. W mojej pamięci jest sporo chaszczy na dwóch dużych cmentarzach, utworzonych z dawnego Pola Ułańskiego, na których pozostawiono sporo pierwotnej roślinności. To były liczne kępy bzu i głogu, dzikich róż i cisu pospolitego. Goniliśmy się pomiędzy nimi, czasami napotykając poniemiecki, niszczejący nagrobek, innym razem ukrywaliśmy się pomiędzy nimi lub przygotowaliśmy w nich jakąś akcję. O ile uboższy byłby nasz świat, gdyby nie było na nim krzewów i jakże by się spłaszczył, utracił głębię i swoją urodę. Patrząc na kolorowe owoce i plątaniny gałązek, zauważając kolce i długie ciernie, wnikam w te światy tak, jak i w inne draperie danego nam w darze świata.

Kruszejące owoce berberysu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: