CZARNA GRAFIKA DRZEW

Miesiące wiosenne i letnie, a także początek jesieni przyoblekają naturę w liczne nowe barwy i kojarzą mi się z żywym malarstwem impresjonistycznym. Natomiast późne dni listopada i zima, odsłaniając gołe konary i gałęzie drzew, jawią się w moich myślach jako wystudiowana grafika. Na początku lat osiemdziesiątych poprzedniej centurii, chodziłem wiele razy po cmentarzach, leżących na skraju mojego osiedla. Uczyłem się tam alfabetu życia i śmierci i widziałem to, czego zwykle się nie dostrzega, co umyka powierzchownej percepcji świata. Oto idzie kondukt pogrzebowy, złożony z wielu ludzi, którzy przyszli pożegnać jakiegoś zmarłego lub jakąś na zawsze straconą kobietę. Stoję za drzewem i patrzę na zbliżającą się grupę, zauważam trumnę, która – jak to wtedy bywało – kołysała się na ramionach najbliższych krewnych, słyszę pogrzebowe śpiewy i modlitwy. Ale nagle moją świadomość przeszywa bolesny skurcz, bo oto zauważam, że na czele tej procesji podąża dobrze mi znany osiedlowy głupek. Któryś z grabarzy dał mu drewniany krzyż z niklowanym Chrystusem i kazał go nieść ceremonialnie na przedzie pochodu. Wtedy zbulwersowało mnie to bardzo i miałem łzy w oczach, ale dzisiaj widzę w tym jakąś tragiczną prawidłowość. Kimkolwiek człowiek by nie był i cokolwiek by nie osiągnął, to ceremoniały zejścia ze sceny życia zawsze będą błazeńskie. Może sytuacja trochę się zmienia, gdy wielu ludzi, jeszcze za życia, decyduje się na kremację i pochówek w urnie, choć i tutaj możliwe są różne dziwactwa. Brałem udział w pogrzebie pisarza, którego prochy złożono w ziemi w drewnianej książce, a innym razem pojemnik miał kształt płonącej świecy, a jeszcze kiedy indziej rodzina umieściła prochy w skrzynce, przypominającej stare radio… Romantyzm jest okresem, w którym mamy do czynienia z rozbudowaną mitologią śmierci, grobów, trupów, murszejących trumien i rozpadających się grobowców i niejako w naturalny sposób, na moich zajęciach w uniwersytecie, pojawiają się dyskusje o końcu ludzkiej egzystencji. Studenci często mówią o tym, że żądać będą, by po śmierci skremowano ich ciała i nie wyobrażają sobie leżenia w trumnie, w grobie, w zimnym memoriale. Oczywiście popełniają pewien błąd, bo przecież ciało człowieka poi śmierci niczym nie różni się od ściętych włosów, szczątków spiłowanych paznokci, fragmentów skóry, która schodzi z pleców po opalaniu. Oni wszakże przenoszą na martwe tkanki rodzaj żywej świadomości, jakby myślenia po śmierci. Mówią: dałbym się skremować, ale boję się ognia… Albo podążają w drugą stronę i wyrokują: najlepszy jest tradycyjny pogrzeb, w poświęconej ziemi… tylko nie chciałbym by zjadały mnie robaki… Rzeczywiście obraz ciała, po którym łażą różnorakie ohydne bezkręgowce, ciała które tyle lat służyło człowiekowi, jest trudny do zaakceptowania. Jakaś studentka powiedziała jednak: to też jest forma ognia… i spodobało mi się takie określenie. Myślę, że gorsza od rozkładu, wpisanego w naturalny schemat kosmicznej entropii, jest owa ceremonialność pogrzebowa i cmentarna. Te wszystkie wypucowane trumny, te pojazdy z firankami, służące do ich przewożenia, wszystkie sztandary religijne i cechowe, niesione na poduszkach blaszki, nazywane w świecie żywych orderami… Wieńce byle jak poskręcane drutem i sznurkiem, komiczne szarfy z grafomańskimi wierszykami i fałszywymi zapewnieniami… I na koniec ludzie, którzy przychodzą na pogrzeb dla sensacji lub dla zarobku, z ciekawości lub z poczucia dumy, że przeżyli tę czy tego… I ten osiedlowy głupek, niosący krzyż na czele pochodu, jako ostateczne memento, jako przypomnienie, że w świecie błazeństw ludzkich nie ma ucieczki od śmieszności. Po zakopaniu ciała w ziemi żałobnicy idą do jakiejś taniej restauracji, by zjeść schabowego, bigos lub golonkę, wypić kilka pięćdziesiątek wódki lub parę piw, no i powspominać dobrze lub źle kogoś, kogo już nie ma wśród żywych… I już jest po wszystkim… A tymczasem majestat śmierci i jej wielka prostota domagają się ciszy i skromności, rozsypania prochów na brzegu morza lub na szczycie góry, godnego złożenia ciała w ziemi, modlitwy w obliczu przedwiecznych żywiołów i niewyobrażalnie wielkiego wszechświata. W czarnej grafice drzew jest coś z tej powagi, coś z ostateczności, która nie potrzebuje ceremoniału, sama w sobie jest smutkiem i ciszą, zamilknięciem i spokojnym zamknięciem powiek. Patrząc na nagie, sztywne drzewa słyszę Pavanę na śmierć infantki Ravela i dostrzegam ruch chmur za nimi, roztapiam się w chwili pierwszej i ostatniej…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: