PAŹDZIERNIK



ZAPNIJ KŁÓDKĘ…

Ten zwyczaj przywędrował do nas z Zachodu i ze Wschodu. Kłódki zapięte na mostach widziałem w kilku miastach Europy Zachodniej, w Wilnie i w Chinach przy Wielkim Murze. Teraz zawisły w Bydgoszczy, na moście prowadzącym z placu przed operą na Wyspę Młyńską. Jestem pewien, że będzie się ich pojawiać bardzo dużo, bo ludzi „zaświergolonych” moc na świecie… Kluczyki, po zamknięciu zamka na amen, wyrzuca się do wody, tylko kto potem zdejmie kłódki par, które się rozstały…

LEONARD COHEN

Do Polski zawitał ponownie Leonard Cohen i dał dwa koncerty, w Katowicach i Warszawie. Prawie otarłem się o niego w stolicy, ale obowiązki nie pozwoliły mi wysłuchać pieśniarza. Bardzo tego żałowałem, bo odegrał on wielką rolę w moim życiu, towarzysząc mi od czasów studiów, uwrażliwiając na dziedzictwo Żydów i na różnorakie interakcje kulturowe. Słuchałem jego ballad i coś z ich ducha, ciepła, nastroju przedostało się do mojej poezji. Przypominam mój artykuł o poecie z Kanady, który swego czasu ukazał się w miesięczniku „Radar” i miał kilka przedruków. Choć widzę dzisiaj potrzebę napisania nowego tekstu, to na razie przedkładam czytelnikom poprawioną wersję tego, co mam.

Leonard Cohen urodził się w 1934 roku w Montrealu. Pochodził z bogatej, kupieckiej rodziny żydowskiej, sięgającej swymi korzeniami wschodnich regionów Polski. W młodości długo szukał swego miejsca w świecie i pośród ludzi. Przez jakiś czas sprzedawał ubrania, ale to zajęcie nie dawało mu zadowolenia, a handel po prostu mu nie wychodził. Tak więc, targany sprzecznościami, uwikłany w konflikty z moralnością, Cohen od osiemnastego roku życia wiąże się z artystycznym undergroundem. Trudno jednak powiedzieć w jakim ruchu poeta konkretnie wziął udział, bo sam mówi o tym mgliście, twierdząc, że miał coś wspólnego z beatnikami, a jeszcze później z hippisami. Następny etap jego życia, to studia na Uniwersytecie Mc Gill, gdzie rozpoczyna się jego poetycka kariera. W 1956 roku, a więc mając dwadzieścia dwa lata – wydaje swój pierwszy tomik poetycki – Let Us Compare Mythologies (Porównajmy mitologie). Była to próba spojrzenia na historię ludzkości poprzez jej przedstawicieli, utrwalonych w micie, zyskujących walor ponadczasowości i niesionych przez czas na skrzydłach legendy. Temu nurtowi swej poezji, Cohen pozostał wierny aż do dzisiaj – w jego utworach pojawiają się postaci biblijne – jak Jezus, jego Matka, jak Izaak, postacie z mitologii greckiej, rzymskiej, a także bohaterowie podań kulturowych Dalekiego i Bliskiego Wschodu. Szczególne miejsce w jego twórczości zajmują próby określenia się wobec tradycji żydowskiej. Oto jak widzi on Żyda dwudziestego wieku: Nowy Żyd w uroczy sposób traci rozum, przykłada finanse do abstrakcji, dochodząc do pomyślnej polityki mesjanistycznej, kolorowych lawin meteorytów i innych symbolicznych znaków historii – utracił ją pieszcząc faktami, faktami akceptowanymi z widocznym entuzjazmem. Nowy Żyd zmieniający na tysiąc lat wartość piętna, jakby najwyższego talizmanu seksu, jest twórcą magicznej Kanady, magicznego Francuskiego Quebecku i magicznej Ameryki. (…) Utwierdzając tradycję poprzez amnezję, kusi cały świat nadzieją na odrodzenie, unieważnia historię i rytuał, bezkrytycznie akceptując całe dotychczasowe dziedzictwo. Podróżuje bez paszportu, ponieważ władza sądzi, iż jest nieszkodliwy. Lata pięćdziesiąte przynoszą dalsze książki kanadyjskiego poety – w 1961 roku Cohen wydaje tom Spice-box of Earth (Urna z ziemią), w 1964 Flowers for Hitler (Kwiaty dla Hitlera), a w 1966 roku tomik Parasities of Heaven (Pasożyty nieba). W tym samym roku wychodzi także druga, skandalizująca, powieść Cohena – Beatiful Losers (Piękni przegrani). Jest to rok niezwykle ważny, wręcz przełomowy dla dalszej kariery artysty. Właśnie wtedy zainteresował się on także śpiewaniem swoich wierszy. Stało się to za sprawą Judy Collins, która wykonała jedną z jego najpiękniejszych ballad – Susan. Od tego momentu zaczyna się nowy etap w karierze poety. Piękni przegrani stają się Biblią straconego pokolenia połowy i końca lat sześćdziesiątych, a poszczególne ballady, wydawane na płytach przez amerykańską wytwórnię płytową „Columbia”, zyskują coraz większą popularność. Trudno się temu dziwić, gdyż wiersze autora The Partizan zajmują się wszystkimi tymi aspektami ludzkiego losu, z którymi musi zetknąć się jednostka wrażliwa, a lepiej powiedzieć nadwrażliwa. Poezja Cohena magnesuje ku sobie ludzi nieszczęśliwych, którzy starają się znaleźć (i znajdują) w niej swoje odbicie.

Dusze bohaterów poezji tego współczesnego barda znajdują się w stanie nieustannego rozedrgania, napięcia i żaru. Przypominając struny elektrycznej gitary, czułe są na każdy, nawet najmniejszy wstrząs, na każde szarpnięcie, wydobywające dźwięk. Tego rodzaju czułość jest zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Nancy, Jezus, Susan, obcy ludziom i sobie stranger, próbujący z przygodnego telefonu zadzwonić do nieznanego przyjaciela; wszyscy oni niosą na swoich barkach cień, piętno jakiejś wielkiej tęsknoty za czystością i zbawieniem. Ich wrażliwość, wystawiana na każdym kroku na ciosy świata i na arogancję ludzi, ulega ciągłemu procesowi dojrzewania, udoskonalania się. Najlepsze dusze naszego wieku skręcają się z bólu – mówi poeta i konkluduje – znaczy to, że wkrótce nastąpić musi jakaś zmiana. Nie chodzi tutaj autorowi Story of Izaak o rewolucję, a właściwie nie chodzi mu o takie rewolucje, jakie znamy z historii, bo Cohen nie wierzy tym, którzy je przeprowadzają. Boi się szczególnie ich przywódców, którym nie można się oprzeć. Doświadczenie, jakie zdobył udając się, w czasie inwazji najemników w Zatoce Świń, na Kubę oraz przyglądając się z bliska rewolucji greckiej, a także znajomość historii mówią mu, że: rewolucjoniści w głębi serc podniecają się tyranią; zwykle ją wprowadzają. Zaraz potem zarysowują się granice, a ludzie po obu stronach zaczynają się nawzajem terroryzować. Droga do wolności, do wyzwolenia duszy, według Cohena, wiedzie przez stopniowanie wrażliwości, poprzez zdobywanie bolesnych doświadczeń, natomiast wyzwolenie ciała uzyskać można tylko przez sex. I tutaj pojawiają się kolejne wielkie wyznaczniki poezji autora Nancy: bliskość, ciepło drugiego człowieka i miłość. Cohen zdaje się nie wierzyć w miłość absolutną, ale bohaterowie jego erotyków, to właśnie ludzie, którzy o nią walczyli, bądź walczą. Przekonanie o niemożności osiągnięcia jakiegoś celu nie wyklucza walki o niego. Taka wydaje się być filozofia miłości tego kanadyjskiego poety. I chociaż najczęściej, w jego wierszach, walka pomiędzy kobietą i mężczyzną kończy się porażką jednego z nich, zdarza się czasem, że wrogowie padają sobie w ramiona – zdając sobie sprawę, iż jest to ich jedyny ratunek i jedyna szansa na zwycięstwo. Taki właśnie jest bohater ballady Famous Blue Raincoat (Słynny niebieski płaszcz przeciwdeszczowy), którą właściwie nazwać by należało pięknym traktatem filozoficznym o sile ludzkiego uczucia. Niespotykany sukces tego utworu zasadza się w tym, iż udało się Cohenowi odtworzyć tragedię człowieka, kochanka, który potrafi swoją nienawiść do rywala i do niewiernej żony zwyciężyć w sobie litością dla tego pierwszego i miłością do swej kobiety, jakby wzmocnioną przez to doświadczenie: I guess that I miss you,/ I guess I forgive you/ I’m. Glad you stood in my way – mówi zdradzony poeta i odnajdujemy znowu w tych słowach ślad, iż wypowiadający je zdaje sobie sprawę, że cierpienie udoskonala, pozwala nam wznieść się na wyższy stopień w wrażliwości i spojrzeć na przeszłość „z góry”.

Podobną, gorzką mądrość doświadczonego przez los człowieka, znaleźć można w prawie każdym utworze Cohena. Jednak na szczególne uwzględnienie, oprócz cytowanej już ballady, zasługują takie pieśni, jak otwierająca pierwszą płytę poety – Susan, ballada z jego trzeciego albumu – Songs of Love and Hate (Pieśni miłości i nienawiści) – Avelanche (Lawina), a także pieśń z piątej płyty – New Skin for the Old Ceremony (Nowa oprawa dla starej ceremonii) – Take This Longing (Zabierz tę tęsknotę). Właśnie ostatnia z wymienionych pieśni zasługuje na wyjątkową uwagę. Poeta mówi, że trudził się nad nią siedem lat i nie wydaje się to dziwne, zważywszy na efekt – utwór ten jest pełen prawdy o człowieku, skomponowany misternie z dostojnych słów i tkliwej, ciepłej melodii. Ten, kto „mówi” w tym songu, jest – podobnie jak zdradzony mężczyzna ze Słynnego niebieskiego płaszcza przeciwdeszczowego, człowiekiem czującym i rozumiejącym o wiele więcej niż inni, nawet więcej niż kobieta, o której miłość prosi, której nagości pragnie. Tylko wtedy czuć się będzie zwycięzcą i wie, że wtedy szczęśliwą poczuje się także jego kochanka. Zaklina ją więc słowami: Let me see your beauty broken down/ Like you would do for one you love. I choć pozornie pragnie jej przegranej, wie że utrata tragizmu, będzie dla jego życia, dla jego wrażliwości, porażką –łaknie jej jak powietrza. To jest miłość, i nie znam utworu, który w pełniejszy, bardziej dramatyczny sposób, przeciwstawiałby tę sprzeczność. Twórczość Leonarda Cohena – poety, buddysty, miłośnika kobiet i pieśniarza – jawi się jako jedno z najwyższych osiągnięć ballady poetyckiej, wywodzącej się od celtyckich bardów, a kontynuowanej przez trubadurów z Prowansji i później przez włóczęgów i Cyganów. Trudno porównywać ballady autora The Guests z innymi pieśniarzami tego rodzaju, jednak nieodparcie, a powodują to zarówno podobne walory artystyczne, jak i intelektualne, nasuwa się porównanie z songami (zwłaszcza tymi z pierwszych płyt) Boba Dylana i Joan Baez. Twórcy ci, dający koncerty w kameralnych salach i na wielkich stadionach, najlepiej czują się akompaniując sobie na gitarze akustycznej i zachwycają pięknem prostoty.

CZYTAJĄC SINGERA (2)

 

Portret Singera w nowojorskiej księgarni Barnes & Noble

Kiedy w 1978 roku Issac Bashevis Singer otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, był prawie nieznany szerokiemu ogółowi czytelników. Jednak bardzo szybko, nieomal błyskawicznie, zdobył popularność i sławę, jakie są udziałem niewielkiego tylko grona pisarzy, a jego nowelistykę zaczęto uznawać za jedno z największych osiągnięć literatury obecnej doby. Magiczna moc (1983), to wybór opowiadań dość przypadkowy i nie reprezentatywny dla tego pisarza, i faktu tego nie zmienia obecność w zbiorze kilku najlepszych opowiadań Singera, takich jak: Korona z piór, Przyjaciel Kafki czy Gołębie. Ale nie jest to wina autora przekładu i wstępu – Pawła Śpiewaka. Po prostu wydawnictwo „Czytelnik” uzyskało wtedy prawo do tłumaczenia opowiadań tylko z dwóch zbiorów: The Crown of Feathers i The Friend of Kafka. Dlatego nie powinna czytelnika dziwić swoista niespójność książki, odległość tematyczna i nieprzystawalność poszczególnych opowiadań arcymistrza małej formy z Nowego Jorku. Zdziwienie wywołuje natomiast tytuł całego zbioru, który to wziął się od tak samo zatytułowanego opowiadania. Jego angielski oryginał brzmi wszakże: Powers, co należy przetłumaczyć: „Siły” albo „Moce”. Zdumiewa to tym bardziej, że wszystkie tytuły pozostałych opowiadań Śpiewak przetłumaczył w sposób dosłowny, zgodny z pierwowzorem. Zakwestionowany wyżej zabieg zdaje się być niepotrzebny i powoduje zbytnie „umagicznienie” prozy Singera, w której i tak dość jest magii, czego dowodem chociażby same tytuły powieści i opowiadań: Szatan w Goraju, Sztukmistrz z Lublina, Kabalista z East Broadway, Moce itp. Magia u Singera nie potrzebuje dodatkowego wsparcia. Jest subtelna, otoczona mgiełką zdziwienia i właściwie nie dopowiedziana do końca. W nowelistyce tego autora, jak w kalejdoskopie dawno minionej rzeczywistości, układają się wciąż w nowe konfiguracje barw, te same zdarzenia, problemy, spory, podobne obrazy malutkich polskich miasteczek i dzielnic żydowskich, kierujących się w swym rozwoju nienaruszalnymi od wieków zasadami. W prozie tej każda znacząca postać ma cechy wspólne z bohaterami pozostałych opowiadań. Z reguły przeciwstawia się ortodoksji żydowskiej, nie chce czytać Tory, Komentarzy i innych świętych ksiąg. Rezygnuje z brody, przestaje głowę nakrywać jarmułką, wkracza w „świat nowoczesny”, a właściwie wyrywa się siłą – zrywając więzy z rodziną, religią i spuścizną dziadów. Zdarza się, że przyjmuje chrześcijaństwo, czyta Nowy Testament, Listy Apostolskie oraz Apokalipsę. Ale też – jak to łatwo można przewidzieć – nie zawsze potrafi znaleźć się w nowym świecie i sposobie życia. Blichtr okazuje się tylko blichtrem i bohater ów z poczuciem życiowej porażki wraca na łono żydowskich wierzeń, tradycji, sporów z sumieniem, rabinem i własnym indywidualizmem. Bohater tych opowiadań bywa komunistą, anarchistą, wolnomyślicielem i jeszcze nie wiadomo kim… Bywa też alter ego samego Singera, gdzie nuta autobiograficzna splata się z życiorysami bohaterów fikcyjnych. Nie jest to przypadkowe. Singer, poprzez swoje powieści, opowiadania i eseistykę na łamach Jewish Daily Forward, tworząc ogromną sagę losów Żydów, stara się wykreować uniwersalnego przedstawiciela tego narodu, człowieka, który wyszedłszy z zacofania i przesądów XIX wieku, powitał następne stulecie jako filozofujący, bądź snobujący się na filozofa, przemysłowiec, redaktor pisma, kupiec, rzemieślnik (Syn z Ameryki) itp. Bohater ten doskonale poznał życie podczas tułaczki po świecie (Nauczyciel). Wiele razy starał się zapomnieć o Bogu i nawet przeklinał go, ale też tyle samo razy do niego wracał. I kiedy zdawało mu się, że osiągnął wreszcie stan wymarzonego szczęścia, że znalazł klucz do zagadki bytu, wszechświata, miłości – nieoczekiwanie stawała mu na drodze śmierć. Można w tym miejscu powiedzieć, że spełnia ona w nowelistyce Singera zawsze tę samą rolę. Jest jakby kurtyną, która spadając nagle, przykrywa aktorów życia i miejsce ich walki lub gry. Autor, rozbudziwszy wyobraźnię czytelnika żywą narracją, atrakcyjnością opowieści, polotem i fantazją, prawie zawsze „korzysta z usług” tej wszechpotężnej i nieomylnej pani. Wydaje się nawet czasem, że znajduje on dziwne upodobanie w uśmiercaniu swych bohaterów, ale jest to tylko wrażenie przelotne. Wszakże Singer już dawno pojął, że śmierć, w swoisty sposób rządzi literaturą, a wkradając się w życie pisarza, wynosi go na parnas lub strąca w mroki zapomnienia. Postanowił zatem nie czekać, aż zapuka ona do jego drzwi i… „zaprzągł ją do pracy” – ujarzmił. Inna refleksja każe widzieć fascynację śmiercią jako jeszcze jedno odbicie sytuacji Żyda XX-ego wieku i jego narkotycznego uzależnienia od niej. W świetle śmierci – ukrywa Singer między linijkami swych opowiadań pierwiastkową mądrość – widać jaśniej i pełniej kim jest człowiek, skąd przychodzi i dokąd powiedzie go przyszłość. Czwarta na naszym rynku wydawniczym książka żydowskiego noblisty skłaniała do refleksji i zachwycała szerokością perspektywy. Jakże szybko, ten literacki rabin i heretyk polskiego pochodzenia, urósł do miana klasyka literatury współczesnej. Podobno siadał w jednej restauracji przy ulicy Amsterdam w Nowym Jorku i czekał przy stoliku na ludzi, którzy przychodzili i opowiadali mu różne historie. Wiele spośród nich stało się kanwą najlepszych opowiadań i powieści, wiele wpisało się na zawsze w dziedzictwo kulturowe dziewiętnastego i dwudziestego stulecia.

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (VI)

Obraz Rogera van der Weydena – Portret damy – powstał ok. 1460 roku w Brukseli, gdzie artysta sprawował przez wiele lat funkcję malarza miejskiego. Urodził się prawdopodobnie w 1400 roku, a zmarł sześćdziesiąt cztery lata później, pozostawiwszy wielkie dzieła, które dzisiaj stanowią kanon sztuki niderlandzkiej. Podczas pobytu w Brugii zetknął się z malarstwem Jana van Eycka, którego wpływ wyraźnie dostrzegalny jest w jego obrazach. Od 1435 roku zaczyna się czas stabilizacji życiowej tego rzutkiego i utalentowanego człowieka, do czego przyczyniła się wskazana wyżej posada, a także wcześniejszy ślub z córką szewca – Elisabeth Goffaert – a potem narodziny córki i trzech synów, spośród których dwóch zostało artystami. Jak wielu znaczących malarzy niderlandzkich i niemieckich, w roku 1450 twórca udał się na pielgrzymkę do Włoch, gdzie zebrał sporo zamówień od wielkich rodów z Ferrary i Florencji, a także odwiedził Bolonię i Mediolan. Mógł wtedy poznać osobiście Fra Angelico, ale przede wszystkim podziwiał obrazy największych twórców epoki i uczył się od nich różnych technik malarskich. Jego pracownia stała się niebawem jedną z największych instytucji artystycznych w Niderlandach, a pośród jego uczniów był między innymi Hans Memling. Roger van der Weyden malował przede wszystkim obrazy o tematyce religijnej, ale zasłynął też jako subtelny portrecista, łączący w swoich dziełach cechy gotyckie i renesansowe. Wielu malarzy fascynowało się tryptykami, inscenizacjami scen biblijnych, a także portretami tego twórcy. Wskazany wyżej obraz znajduje się obecnie w Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie i nieodmiennie przyciąga rzesze zwiedzających oraz miłośników dawnego malarstwa. Powodem jest niezwykła elegancja nieznanej kobiety, utrwalona z wielka maestrią farbami olejnymi na desce. Zapewne należała ona do elity społeczności burgundzkiej, na co wskazuje bogaty strój ze złotymi zapinkami, a także misterne uczesanie i niezwykle wręcz wypielęgnowane palce. Całą uwagę przyciąga przede wszystkim jasno oświetlona twarz kobiety, z wyraziście zaznaczonymi, zmysłowymi ustami i głębokimi oczyma. Jej powieki są lekko opuszczone, co znamionuje godność, ale też może być znakiem jakiejś skrywanej tajemnicy. Malarzowi udało się zaznaczyć charakter prezentowanej osoby, która jest dość pewna siebie, świadoma swojej urody, a przy tym nie pozbawiona głębszej refleksji. Jakby patrzyła w głębie przeszłości i przyszłości, jakby rozważała jakąś niezwykle ważną kwestię, jakby rozkoszowała się milczeniem. Zarówno udrapowanie czepca, wyrazistość aksamitnej opaski we włosach, jak i koronkowa bluzka, wskazują, że była to istota przywiązująca wielką wagę w zakresie doboru elementów stroju, czystości i wyraźnego uzewnętrznienia cech szczególnych. Na obu palcach ma subtelne złote obrączki lub pierścionki w formie kręgów, z wyraźnie zaznaczonym krzyżykiem na jednej z nich. Jej palce są tak delikatne, że aż zdają się nieco za małe, pamiętajmy wszakże, że powiewny strój powiększał postać i nieco ją monumentalizował. Jej głowa, silnie oświetlona, osadzona na mocnej szyi, jest niezwykle proporcjonalna i znamionuje ówczesny typ urody niderlandzkiej. Poszczególne jej elementy – nos, uszy, oczy, policzki, broda, a nade wszystko usta, są mocne, ale też i subtelne. Prawie niewidoczne są rzęsy i brwi, co podkreśla naturalność i rześkość urody, nie wymagającej specjalnego retuszu i wsparcia kolorystycznego. W taki sposób malarz wydobył też piwną barwę oczu i namiętne pulsowanie nabrzmiałych ust, lekko tylko zaznaczających uśmiech i rzucających nikły cień na podbródek. Malarz prawie całkowicie zredukował – to cecha jego sztuki – przestrzeń, ciągnącą się poza postacią. Wyłania się ona z mroku, który wszakże, po współczesnym oczyszczeniu warstw werniksu, okazał się ciemnym granatem. Wszystko tutaj jest wystudiowane, począwszy od charakterystycznej pozy, poprzez linie rysunku na czepcu, aż do ułożenia sukni, finezji zapinki i splecenia dłoni. Jeszcze chwila i modelka wielkiego malarza wstanie, uśmiechnie się czarująco, a potem podejdzie do obrazu i zobaczywszy siebie, jak żywą, zbliży malutką dłoń do ust. Od pięciuset pięćdziesięciu lat, niewidzącym wzrokiem, wpatruje się w prawy kąt wieczności, zastyga i żyje zarazem istnieniem najprawdziwszym. Maestria Weydena i fotograficzna dokładność pozwalają nam wierzyć, że tak wyglądająca istota, istniała w połowie piętnastego wieku w Niderlandach. Ale kim była? Nie wiadomo… Zresztą, nie musimy tego wiedzieć, bo ta anonimowość, wspaniale kontrastuje z wyrazistością i pięknem jej przedstawienia, mówi o niej tyle, ile potrzeba by spojrzeć w duszę dobrej części ludzkości.

OSTY

W moim archiwum fotograficznym znalazło się w tym roku wiele zdjęć ostów (Carduus L.) i przysiadających na nich owadów. Odkąd pamiętam, często zatrzymywałem się w różnych przestrzeniach i przyglądałem się tym roślinom. Zawsze unosiły się wokół nich pszczoły, bąki, szerszenie i osy, a w amarantowych kwiatach sporo też było małych, czarnych bezkręgowców. W 1984 roku, gdy byłem ratownikiem nad jeziorem w Gródku, koło Dźwierszna, narwałem cały bukiet tych dziwnych tworów natury i wstawiłem do słoja z wodą. Po jakimś czasie zauważyłem coś dziwnego, niezwykle wyraziste kwiaty zacząły tracić swój kolor, a po kilku dniach stały się wręcz przeźroczyste. Jest wiele rodzajów ostów i roślin ostowatych, ale najbardziej typowym gatunkiem jest Carduus nutans L., występujący licznie na polach i przy drogach, na brzegach rowów i na skrajach nieużytków. Jakże zafascynowały mnie osty nad brzegiem jeziora Qinghai w Chinach, gdzie byłem z ogromna grupą poetów z całego świata. Chodziliśmy pomiędzy pojedynczymi okazami i omijaliśmy ogromne, kłujące kępy, schodząc do tafli wodnej, a potem wracając z powrotem ku drodze. W sztuce okresu Młodej Polski, a przede wszystkim w ornamentyce Stanisława Wyspiańskiego, oset odgrywał ważną rolę. Szczególnie udanie artysta odwzorowywał jego haczykowate lub zakończone cierniami łodygi i liście. Spośród licznych odmian wyróżniamy oset kędzierzawy, klapowany, łopianowaty, nastroszony, pagórkowy, siny i zwisły. W medycynie ludowej używa się oleju z jednej z mutacji, która ma właściwości zmniejszające ilość cholesterolu we krwi. Order Ostu (The Most Ancient and Most Noble Order of the Thistle) jest najwyższym szkockim odznaczeniem państwowym, mającym też duże znaczenie w hierarchii wyróżnień Imperium Brytyjskiego. Jego owiane tajemnicą początki, sięgają aż ósmego wieku, kiedy to król Piktów, Oengus Mac Fergus, ustanowił go w roku 787, dla upamiętnienia zwycięstwa nad Sasami. Miało to też być wyrazem wdzięczności dla św. Andrzeja, za wspomożenie zwycięzców. Badania historyczne dowodzą wszakże, że order powstał znacznie później, bo dopiero w XVI wieku. Oset powszechnie uważany jest za symbol Szkocji, chociaż w kraju tym duże znaczenie ma raczej popłoch pospolity (Onopordum acanthium). Z kolei dzieciom, osty kojarzą się przede wszystkim z bolesnymi doświadczeniami, gdy nieopatrznie wpadają w nie lub zwabione pięknem kwiatów, pragną ją zerwać. Wtedy w skórę natychmiast wbijają się niewielkie igiełki lub ranią ją równie niepozorne haczyki, a pamięć tych zdarzeń długo pozostaje w świadomości jako archetyp bólu i nagle pojawiającej się rany.

Osty nad jeziorem Qinghai w Chinach

Chińskie osty z Wyżyny Tybetańskiej

Okolice jeziora Qinghai

STO WIERSZY POLSKICH (X)

Zygmunt Krasiński - mal. Ary Scheffer, ok. poł. XIX wieku

Zygmunt Krasiński, Fryburg. Był koniec sierpnia 1839 roku. Upalne lato zbliżało się powoli do końca. W bryzgowijskim Fryburgu, u zachodnich podnóży Schwarzwaldu, bawił od kilkunastu dni hrabia Zygmunt Krasiński, tajemniczy przybysz z Polski, romantyczny poeta i kochanek. Dwa pragnienia kierowały nim, gdy zawitał do tego niewielkiego miasta – po pierwsze, chęć zobaczenia jednej z trzech najpiękniejszych katedr gotyckich w Europie, a po drugie – pragnienie ukrycia się wraz z ukochaną w miejscu, które w czwartym dziesięcioleciu dziewiętnastego wieku było niczym samotnia, wymarzona na tego rodzaju randez–vous. Zarówno pierwsza, jak i druga motywacja była dla niego znacząca. Sztuka gotycka i gotycyzm znalazły już swoje miejsce w jego twórczości, A Delfina była jego nową miłością – zapewne, czuł to już wtedy, istotą najlepiej go rozumiejącą. Nie po raz pierwszy katedra kojarzyła się w jego życiu z miłością. Wcześniej, w sierpniu 1834 roku bawił z Joanną Bobrową w Kolonii. Tamta majestatyczna budowla na zawsze pozostała w jego myślach blisko miłości zmysłowej i młodzieńczego upojenia „bujnymi kobiecymi kształtami”. Zbigniew Sudolski wskazuje wręcz, że sceneria gotyckich katedr była jednym z romantycznych elementów tego romansu. W roku następnym, kolejne sceny tego dramatu rozgrywały się także w perspektywie katedry – tym razem we Wiedniu. Można zrozumieć tę chęć poety zastąpienia jednej fascynacji – inną i owo pragnienie zatarcia obrazów z przeszłości nowymi, równie ekscytującymi obrazami. Taka perspektywa, w cieniu ogromnej, odwiecznej budowli, jest zrozumiała u twórcy, który monumentalizacje uczynił jedną z najistotniejszych zasad i treści swojej sztuki. Tego rodzaju pobudki pojawiać będą się często w literaturze i sztuce epok późniejszych, a fascynacja katedrą i przeżywanie w jej wnętrzu, w jej cieniu chwil wyjątkowych, staną się ważnym doświadczeniem poetyckim i egzystencjalnym. Dzisiaj Fryburg zachwyca tak samo jak wtedy – niewiele zmieniła się katedra z wyniosłą wieżą, pozostały te same zabytki, te same ulice i te same granatowiejące w dali majestatyczne góry Schwarzwaldu. Pozostała aura jakiegoś nieziemskiego zakątka, zagubionego gdzieś hen, na skraju czasu. Zygmunt chodził po mieście i okolicznych wzgórzach, ale lubił też siadać na ławce w środku katedry i kontemplować tam swoją samotność  Pisał o tym do Tadeusza Sołtana: Nie wyobrazisz sobie, jaka tu pyszna jest katedra, chodzę do niej co dzień po kilka razy i za jej progiem zapadam w przeszłość średnich wieków. Zdaje mi się nieraz w tym pustym kościele, żem otoczony duchami tych, którzy za  w i a r ę  polegli. Farby mistyczne tych szyb przecudownych leją się w duszę moją jak tęczy jakiejś smętnej, świecącej nad grobem męczenników promienie. Katedra we Fryburgu zdumiewa swoim ogromem i niezwykłością konstrukcji. Nad rozległą nawą główną góruje majestatyczna wieża, której ażurowe zwieńczenie dowodzi, że budowniczowie średniowieczni potrafili wznosić budowle będące prawdziwymi hymnami z kamienia na cześć Boga. Z drugiej strony znajdują się dwie wieże mniejsze, a uroku kościołowi dodają liczne witraże, ornamenty, rozety, kolumny, no i jakże charakterystyczny dla średniowiecznych katedr, kamień jako budulec. To tutaj przybył też w lecie 1839 roku Konstanty Danielewicz, pamiętny – obok Konstantego Gaszyńskiego – obrońca Zygmunta w auli uniwersyteckiej z 14 marca 1829 roku, a potem jego wieloletni, dozgonny przyjaciel, nieomal opiekun.

Domniemany portret Delfiny Potockiej jako Madonny - mal. Paul Delaroche, 1844

Wiersz pt. Fryburg powstał w czerwcu 1842 roku, a jego adresatką była Delfina Potocka, którą Krasiński poznał w wigilię 1838 roku w salonie jej matki, Honoraty Komarowej. Dopisek informuje czytelnika, że utwór napisany został po śmierci Konstantego Danielewicza, a więc jest jakby próbą retrospekcji, próbą utrwalenia w wierszu wspólnych chwil i wspólnego przeżywania romantycznej przyjaźni. Pierwsze sześć wersów tego obszernego, bo liczącego aż 153 linii utworu określa nastrój i charakter przeżycia trójki bohaterów. Krasiński wyraźnie pragnie manifestować jedność i wyjątkowość tego doświadczenia. Pojawiają się też już na wstępie, tak charakterystyczne dla epoki wyznaczniki romantycznej egzystencji: los i śmierć, oraz ich personifikacje, a także oddzielenie świata żywych od świata zmarłych, poczucie wyobcowania, romantycznego sieroctwa pośród obcej rzeczywistości. Poeta przenosi czytelnika do chwil wspólnego przeżywania wyjątkowości i piękna gotyckiej katedry we Fryburgu. Trójka przyjaciół nie znalazła się w niej bez powodu, były to zapewne poszukiwania poetycznej atmosfery i chęć znalezienia się w miejscu mającym w sobie element wieczności, sakralnej nieskończoności; wszak – jak trafnie zauważa Marian Śliwiński – domeną architektury chrześcijańskiej jest nieskończoność, duch, poezja. Gotyk pozwala oderwać się od fizycznego, czasoprzestrzennego świata, od ziemskiego istnienia, tak iż człowiek czuje się „synem nieba”. Symetria, jedność, regularność to cechy zasadniczo obce architekturze gotyckiej, właściwa jest jej raczej komplikacja i zawiłość formy, „pstrocizna””, jak mówi pisarz. Wynika ona z napięcia między sferą ziemskiej rzeczywistości i sferą transcendentną. Podobnie sprzeczność między duszą i ciałem powoduje, że człowieka epoki chrześcijańskiej znamionuje niepokój i ból istnienia. Tutaj owo istnienie splecione zostało z nieistnieniem, a byt stał się ledwie pretekstem dla ukazania grozy i tragizmu niebytu. Stał się też pretekstem do utwierdzenia ukochanej, że oto on i ona pozostali sami na świecie i są na siebie skazani. Z wyroków losu i śmierci, zostali na świecie niczym sieroty, niczym dwie ostatnie istoty ludzkie sobie tylko przeznaczone. Kolejna część wiersza  (w. 7-18) przynosi nowe elementy z zakresu symboliki tanatycznej, a dodatkowo – niczym dźwiękowy ornament – przywołanie utworu Wolfganga Amadeusza Mozarta. Tak bohaterowie stają u wrót katedry i wchodzą do jej wnętrza, a tam, w świetle rozszczepianym przez wspaniałe fryburskie witraże, tam z przepysznym tiulem barw na twarzach, nie zdają sobie sprawy z przemijalności i ostateczności owej chwili. Tutaj widać wyraźny podział na „wtedy” i „teraz”, widać podział na „tam” i „tutaj”, na „ten” i „tamten” świat. Rację zatem ma Marek Bieńczyk, gdy zauważa, że Krasiński dostrzega całą czasową rzeczywistość, rozpościerającą się przed nim i za nim. Jego spojrzenie jest rozległe, panujące nad całością; odbiera ono odrębność małej cząstce, jaką jest chwila teraźniejsza. Chwila zostaje wyrwana z aktywnego uczestnictwa w czasie i pojawia się jako znacząca wielkość jedynie tam, gdzie przepływ czasu jest najbardziej wyczuwalny: w miejscach spojeń, w których przeszłość dotyka teraźniejszości, a w teraźniejszość wlewa się przyszłość. Brak własnej, intymnej treści, czyni z chwili tej puste pole, które zajmuje jakby centralne miejsce w czasie, dzieląc go na dwie równe części. Opróżniona chwila jest jak oś symetrii, wokół której wirują dwie tarcze: przyszłości i przeszłości. Takim miejscem „spojenia” jest w wierszu Krasińskiego katedra. W jej półmroku przyjacielska trójka przeżywa coś na kształt uświęcenia – cofnięcia w czasy średniowiecza, a zarazem gwałtownego odbicia, wyrzucenia w przyszłość, ku nowym wyzwaniom. To jest formuła religijna i owo przeżycie ma charakter sakralny. Nie wszystkim podobało się tego rodzaju podejście do Boga i religii, tego rodzaju monumentalizujące i zarazem oswajające podejście do sacrum. Mamy tego świadectwo w listach do Krasińskiego i w tych do innych adresatów, w których on się pojawia, dysponujemy też wypowiedzią Mickiewicza z trzeciego kursu literatur słowiańskich, gdzie mówił twórca Dziadów: Autor nasz pojmuje katolicyzm podług Chateaubrianda, który, jak wiadomo, sławił tylko poetyczną stronę chrześcijaństwa, łyse głowy pustelników, światła i mroki katedr, zbroje rycerskie; pragnął on pociągnąć publiczność, kreśląc jej poetyczne obrazy religii. Ta fałszywa maniera wyradza się obecnie w dziecinną pustotę i doszło do tego, że tej świętej sprawy broni się w felietonach i wierszykach. Nie będziemy się tutaj spierać z Mickiewiczem czy rzeczywiście tak jednoznaczne było traktowanie religii przez Krasińskiego, nie będziemy polemizować z jego określeniami – nie możemy jednak zgodzić się z uproszczeniami typu „maniera”, „wierszyki” itp. Nawet jeśli w zachowaniu Krasińskiego i jego fascynacji gotyckimi katedrami było coś z dziecinnego zauroczenia ogromem, nie umniejsza to faktu, że powstające dzięki temu zauroczeniu utwory stawiać trzeba w pierwszej linii dokonań polskiego romantyzmu. Mickiewicz i jego widzenie katolicyzmu, to odrębna sprawa i trudno poświęcać jej tutaj więcej miejsca, natomiast warto wskazać, iż jego sądy były w pewien sposób stronnicze i spaczone z powodu powszechnie znanych młodzieńczych ciągot wolnomularskich. Bohaterowie wiersza spotykają się w katedrze we Fryburgu i wychodzą z niej jakby szli ku innym przestrzeniom. Danielewicz ku śmierci i zaświatom, Zygmunt z Delfiną ku miłości i burzom życia ziemskiego. Nie bez powodu poeta wyodrębnił właśnie tamte chwile i nie bez powodu uczynił katedrę odskocznią dla swojej wyobraźni. Od katedry zaczyna i ku katedrze podąży na końcu utworu. Gdybyśmy szukali głęboko pod powierzchnią tych iluzorycznych przedstawień może doszukalibyśmy się odniesień do symboliki ostatniej wieczerzy, ostatniej mszy, pożegnania w świętym miejscu. Wszystko wszak ma tutaj charakter monumentalnej świętości – ogromne mury, wielkie witraże, majestatyczne wieże, a do tego śmierć, grób, trumna i muzyka Mozarta. W takiej chwili i w takim miejscu czas przestaje płynąć, a poeta – niczym mityczny Demiurg – odtwarza w wierszu świat już nie istniejący. To jakby zatrzymane na chwile umieranie, a zarazem natychmiastowe wydźwignięcie z niebytu. Jak słusznie zauważa Bieńczyk: W przeciąganym umieraniu, w którym dojrzeć można obsesję cielesnego bólu, Krasiński konstruuje swą podstawową sytuację egzystencjalną. Jest to sytuacja patowa: czas tu już nie biegnie, życie utrzymuje się w zawieszeniu, a wszechobecna śmierć jeszcze czeka na obiecaną ofiarę. To stan bezruchu, do którego doprowadził ruch szalony; stan pustego, zwolnionego do granic możliwości trwania, do którego doprowadziło pragnienie trwania zbyt intensywnego. Człowiek, nie mogąc istnieć w swoim czasie i znaleźć swojego miejsca, istnieje tu jak gdyby nigdy i nigdzie. Ustawia siebie poza światem, poza jego przestrzenią i poza czasem życia. Oto groza istnienia w nieistnieniu, oto groza świadomości w nieświadomości. Dla Danielewicza są to ostatnie takie chwile wspólnego przeżywania piękna, dla Zygmunta i Delfiny są to ostatnie chwile wspólnego z nim  b y t u – owej romantycznej i jakże ulotnej  j e d n o ś c i. Powrót do tamtych chwil jest powrotem bolesnym, bo jest powrotem do kolebki śmierci – jest też przeniesieniem do katedry obrazów i chwil, które wydarzyły się później. W wyobraźni Krasińskiego stoi w tej katedrze teraz trumna i leżą w niej zwłoki przyjaciela. Wiersz Fryburg jest modlitwą w katedrze, ale też modlitwą przy otwartej trumnie, w obliczu realnych i jakże nierealnych zwłok przyjaciela.

Otoczony górami Fryburg Bryzgowijski - zdjęcie współczesne

Trudno się dziwić, że poeta pyta swoją ukochaną czy pamięta jeszcze ich przyjaciela żywego. Wszak w obliczu śmierci wszystko ginie i wszystko zanika, wszystko ulega deformacji, szybko i bezpowrotnie rozmywa się w pamięci. Pytania zatem, które się pojawiają są po to, by zachować go takim, jakim był w chwili sakralnego bycia razem w katedrze fryburskiej. Zygmunt pyta Delfinę. Poeta idealizuje postać przyjaciela – widzi oczyma wyobraźni tylko wspaniałości, tylko piękne elementy – jest to idealizacja w stylu romantycznym, gdzie to, co zwykle uznaje się za niepoetyckie znajduje swoje miejsce w doznaniu i nie kłóci się z aurą wiersza. Ów „wzrok bolesny”, owe mądre słowa, zapadające aż w duszę, przepiękne, blade lica i chłód – Danielewicz w pośmiertnej kreacji Krasińskiego zdaje się być wychylony ku śmierci. jeszcze żyjący i czujący, ale już jakby powoli zastygający w kształt posągowy, powoli – niczym Mickiewiczowski Rycerz z Twardowa – zastygający w kształt bez ducha. To jeszcze jeden moment – tak częstej u Krasińskiego – rejestracji znikającego śladu, nagłej utraty, nagłego zapadnięcia się w niebyt. Bieńczyk analizując spuściznę Krasińskiego, mówi w takich momentach, iż Wyobrażenie ginącego śladu przynosi w swym podstawowym wymiarze przeżycie zmiany ruchu istnienia w bezruch śmierci. (…) są to poagonalne pejzaże lub też rejestrowane w krótkich błyskach akty zgonu. Przynoszą one doświadczenie utraty bytu, zniszczenia, rozproszenia, które pozostawiają po sobie próżnię i śmiertelny sen. Krasiński stale odtwarza w swoich utworach drogę od ruchu do bezruchu i – wracając po niknących już śladach – od martwoty do ożywienia. Stale zdaje się rozgrywać w jego utworach cykl misterium wielkanocnego i cykl celebry bożonarodzeniowej. Bolesne zniknięcie jest sygnałem dla żywych, którzy muszą iść dalej z jątrzącą się raną – muszą żyć i muszą istnieć w jego tragicznym nieistnieniu. Muszą pozostać z tej strony grobu, z tej strony granicy ostatecznej, muszą – niczym stale drące się żagle przeciwstawiać się wiatrom, niczym targane przez burzę łodzie muszą gnać bez końca przed siebie (w. 29- 34). Ale po nawałnicy, po gwałtownych tonach muzycznych, w zbudowanym jak romantyczna symfonia utworze Krasińskiego, pojawiają się momenty uspokojenia, chwilowego zamilknięcia, a obrazy mortualne zastępują wizje szczęśliwości w Boskich winnicach. Nową kadencję zaczyna poeta raz jeszcze od przywołania katedry i jej majestatycznego spokoju, a zaraz potem pojawiają się elementy sielskiego krajobrazu niczym z obrazów prerafaelickich – przedstawienia trójki przyjaciół przemierzających ogromne przestrzenie Schwarzwaldu, a potem nagle boleśnie rozdzielonych. Krasiński przenosi tutaj cechy górskiej przyrody na ów braterski związek – tak jak i ona harmonijny, tak jak i ona czysty. Zdawało się przyjaciołom, że tak już będzie zawsze, ale – niestety – tak jak w naturze uderza grom, tak choroba uderzyła w Konstantego; tak jak w naturze żmija podstępnie kąsa, tak choroba powoli z organizmu przyjaciela wyssała życie. Tutaj widać, że rzeczywiście Krasiński stoi ciągle w obliczu czegoś, co ma wkrótce, i to w sposób najczęściej gwałtowny, nadejść. Jest to, aż do momentu przesilenia, stan permanentnej przejściowości, niewygasłego oczekiwania. To jest stan w jakim znajduje się romantyczna dusza, stan  drżenia i pulsowania – stan nieustającego czuwania. Tutaj owo czuwanie nakłada się na czuwanie przy łożu umierającego przyjaciela, a nowa idealizacja wynosi owo umieranie ku sacrum. Niczym w życiorysach chrześcijańskich świętych Konstanty Danielewicz umiera bez jęku, do końca wpatrzony w światło Boga, jakby w zgodzie ze średniowiecznym Ars moriendi. Nie ma już sił uścisnąć ręki przyjaciela, ale wzrokiem wyraża wszystko. Raz jeszcze pojawia się tutaj formuła istnienia w nieistnieniu – przyjaciel umierał przytomnie, choć zarazem nieprzytomnie, obezwładniony przez słabość. Jego los jest jakby metaforą istnienia w umieraniu, istnienia w nieustającym rozpadzie, w orbicie stale towarzyszącej człowiekowi śmierci. I w tym przypadku rację ma Bieńczyk, gdy mówi, iż  w pisarstwie Krasińskiego istnieje ciągłość wyobraźniowego doświadczenia śmierci. (…). Ciągłość jej doświadczania, ciągłość nieustannego jej obnażania i nieustająca jej groza. Ta swoistą apoteozę śmierci przenosi poeta  aż w rewiry duchowe. Poeta jest pewny tego, że po śmierci ciała, duch jego przyjaciela znalazł się blisko Boga. W przestworach, których nie można zmierzyć i które nie mają ani początku, ani końca, w przestrzeniach przypominających swoim ogromem wszechświat. W tym miejscu jest wyraźna granica dla wyobraźni, w chwili oderwania się ducha od ziemi jest ów moment rozdzielenia, zero statyczne i zero dynamiczne zarazem – przejście od dokonującej się i dokonanej statyki do dynamiki. Krasiński opowiada dalej Delfinie, jak to po zgonie przyjaciela pozostawał przez długi czas przy zwłokach i sam jakby popadł w stan chwilowej śmierci. Owo umartwienie było niczym tęsknota za nieśmiertelnością, niczym wpatrywanie się w wieczność. W takiej chwili poeta romantyczny zdaje się łączyć z duszą zmarłego i podążać w nieznane szlaki. Zdaje się istnieć pośród rzeczywistości mistycznej – jakby przez uchylone na chwilę drzwi śmierci wniknął ku przestrzeniom, gdzie żywi nie mają wstępu. To jest właśnie owo – jak pisał na początku wieku Gabriel Sarrazin – połączenie pierwiastka dramatycznego i mistycznego, zlanie się tam kompletne z rzeczami nadprzyrodzonymi rzeczy ziemskich, myśli i czyny ludzi tak silnie związane ze światem wieczności są rzeczą bodaj jedyną w wielkiej sztuce w XIX wieku (…).Pomińmy ów charakterystyczny dla autora tej wypowiedzi patos, wszakże warta jest podkreślenia owa myśl o połączeniu w twórczości Krasińskiego rzeczy ziemskich i nadprzyrodzonych i orbitujących ku wieczności. Taki stan – według relacji poety – trwa  dość długo, a po „powrocie” do świata żywych poeta dostrzega w rysach twarzy przyjaciela coś ekstatycznego – tutaj apoteoza sięga zenitu i twarz Danielewicza zostaje porównana do twarzy Chrystusa. Jest to zarazem moment przywołania grozy ukrzyżowania i samego krzyża, moment święty i groźny, ale też jest to jakby dostrzeżenie świętości w jej pierwotnym rozumieniu. Wszakże W krzyżu Chrystusa, który splata owe racjonalne elementy z elementami irracjonalnymi, miesza to, co objawialne, z tym, co nieobjawialne i pełne mściwości, największą miłość z najstraszniejszym gniewem (orge) bóstwa (numen), zawarte zostało najżywotniejsze chrześcijańskie poczucie „kategorii świętości”(…). Krasiński idealizuje przyjaciela i pragnie by Delfina widziała w nim świętego, człowieka podobnego do ukrzyżowanego i zdjętego z krzyża Chrystusa. Powody tak daleko idącej idealizacji staną się jasne, gdy sięgniemy do dalszego fragmentu utworu. Poeta nie idealizuje przyjaciela tak żarliwie bez powodu – pragnie przy okazji opisu jego śmierci rozbudzić w Delfinie płomień uczuć elementarnych. Pragnie pokazać jak jest samotny i jak wielką poniósł stratę. Wiążąc też tę śmierć ze śmiercią ojczyzny, chce by jego ukochana widziała w nim człowieka niosącego w sercu dwa dramaty – osobisty i narodowy; człowieka targanego stale uczuciami najwyższymi i najpiękniejszymi, a nade wszystko kogoś, kto potrzebuje pomocy, kogoś kto oczekuje wsparcia. I tak jak odradzał się kiedyś w przyjaźni do Danielewicza, tak chce teraz odrodzić się w miłości do niej; tak jak widział cele w życiu obcując z nim, tak chce je widzieć obcując z nią.  Ona ma być antidotum na truciznę śmierci i ona ma dźwignąć go z rozpaczy, która nieomal go zabiła. Płacz nad przyjacielem jest zatem płaczem nad sobą – lament nad jego śmiercią jest lamentem nad własnym przemijaniem. Tylko anielska istota, tylko ukochana kobieta może go ocalić, tylko ona może go swoją miłością odgrodzić od śmierci i odsłonić nowe horyzonty. To jest zarazem odwieczna ludzka tęsknota – odwieczna chęć znalezienia kogoś, kto myśli i czuje jak my, kogoś, kto jest przyjacielem, na którym można polegać bez reszty, kogoś kto łagodzi ból przemijania i świadomość nieistnienia. Tego rodzaju idealizacje czy rafaelizacje częste są w poezji romantycznej i tutaj – podobnie jak u Poetów Jezior, Byrona, Puszkina, Mickiewicza, Słowackiego – pełnią  funkcję tyleż ozdobną, co funkcjonalną. Bo któż, jeśli nie anioł ma się zająć poetą, który po stracie przyjaciela zdaje się żyć w letargu, zdaje się nie dostrzegać własnego ciała i nie mieć w nim czucia, któż – jeśli nie anioł? Wysłannik sfer duchowych i duch sam w sobie – anioł piękna i anioł życia, anioł miłości – znaleziona po latach poszukiwań bratnia dusza (istota bliźnia). Od porównań angelologicznych już tylko krok do przybliżeń chrystologicznych i wspomnienia matki. Poeta porównuje swoją sytuację do sytuacji ojczyzny pozostającej w grobie i Chrystusa z grobu wstającego – chce by Delfina była dla niego aniołem zmartwychwstania, który niczym ten sprzed grobu Chrystusowego, powie przychodzącym Nie ma go tu! Ona ma go przenieść w inne sfery, ma oddalić cmentarze, groby, dręczące wspomnienie przyjaciela w trumnie, ma stać się serdecznym emblematem życia i życiem samym. Ma być ratunkiem pośród morza zagubienia i ma stać się zaprzeczeniem śmierci naszego życia, wraz ze śmiercią innych ludzi, wraz ze zgaśnięciem ich świadomości. Po tym tanatycznym przygotowaniu, po długiej melorecytacji wstępnej, zaczyna poeta idealizować swoją ukochaną. Jest zatem Delfina dla Krasińskiego aniołem, serafinem pokoju, a do tego istotą łagodzącą rozpacz, kojącą ból. Poeta wprowadza tu element tyrtejski, ale przecież jest on ledwie pretekstem dla ukazania kruchości jego wybranki. Ona jest słaba i delikatna, a jednak potrafi wspomóc tego, który wypowiada wojnę śmierci. Jest jakimś przedziwnym bytem, który stale podąża ku niemu i stale go wzbogaca – tego rodzaju szczęście kłóci się  z romantycznym mitem nieszczęśliwego kochanka. Poeta zatem sięga do tanatycznej rekwizytorni i przywołuje elementy, figury, jakby rodem z powieści Waltera Scotta – uderzenia gromu skojarzone ze śmiercią, przywołania walki, stos trupów, miecz. Jego szczęście jest jednak faktem i nie zostaje mu nic więcej, jak wyznać miłość wprost, wszak w takiej chwili liczy się tylko jedność doznań.Tutaj poeta przywołuje raz jeszcze metaforykę zimnego, kamiennego grobu, przy którym z łez jego i kochanki wzrosną – niczym krew spiekła ze smutku – czarne róże. Symbol śmierci i przemijania wszystkich i wszystkiego – symbol krwi zakrzepłej na ranie, a zarazem coś nieziemskiego, coś przeczącego swoim istnieniem logice pięknej i zjawiskowej górskiej przyrody. A gdy pojawia się symbolika róży, gdy odzywają się tony mistyczne, musi pojawić się też w wierszu ojczyzna, która uwięziona i upokorzona – niczym Chrystus w grobie – pozostaje w uśpieniu, ale za sprawą Miłosierdzia Bożego, zmartwychwstanie i zrzuci swoje kajdany. Śmierć była rzeczywistością i obsesją romantyków. Bali się jej, ale też stale do niej wracali w swoich dziełach i opisywali ją na różne sposoby. Była przerażającą siłą niszczącą, a porównywana do gromu, do ciosu sztyletem, do zaciśnięcia pętli, nieomal odbierała im oddech. Ale też to ona, paradoksalnie, najpełniej  o ż y w i a ł a  ich utwory. Sama będąc bezruchem i martwotą, dodawała życia, rodziła bunt, który z natury swej zawsze jest  ż y w i o ł o w y. Była przeżyciem równie elementarnym jak sen, narodziny, rozstanie z ukochaną, odejście wiernego druha – była jednym z elementów i obsesyjnym  t e m a t e m. Ale też stawała się pretekstem, opisywana i antropomorfizowana, zmieniała nagle swój charakter i stawała się elementem w grze z ukochaną. Tak się stało w wierszu Fryburg Zygmunta Krasińskiego – tutaj owe żałosne strofy opisujące śmierć, konanie przyjaciela, stały się kontrapunktem dla żywych, afirmujących trwanie wyznań miłosnych. Tutaj kochanka i życie u jej boku stali się jedyną alternatywą dla powolnego umierania. I tak jak życie u boku przyjaciela było niczym nieustanne zdzieranie się żagli, tak bycie z nią jest zaprzeczeniem istnienia sił niszczących i oszustwem w obliczu entropii. I choć jedna i druga formuła istnienia jest zarazem formułą nieistnienia – bycie z kochanka jest przynajmniej nieistnieniem przyjemnym, jakby wkalkulowanym w tę eschatologię. Zygmunt Krasiński zrozumiał tworząc ten wiersz, że jego pobyt we Fryburgu miał w sobie coś z wykładni umierania i istnienia w nieistnieniu. Błąkając się po uliczkach tego niemieckiego miasta, stając na szczytach Schwarzwaldu i wchodząc do wnętrza średniowiecznej katedry, najpełniej tworzył, kreował swoje życie. Nie wiedział że wyzywa jednocześnie los – wsparty na ramieniu przyjaciela młodości, wpatrzony w oczy Delfiny, nie zdawał sobie sprawy z tego, że każda z tych chwil ma wymiar eternalny, że jest przedsionkiem wieczności. Pisząc Fryburg jakby raz jeszcze zrozumiał i dookreślił filozofię śmierci i filozofię nieuchronnego przemijania. Spojrzał w gasnące oczy przyjaciela i zobaczył samego siebie we wnętrzu katedry, wsłuchanego w swój głos wewnętrzny i wsłuchanego w bicie serca Delfiny. I w jednym i w drugim usłyszał kroki zbliżającej się śmierci. Dlatego z taką żarliwością i z takim uświęceniem wypowiedział słowa miłości ostatecznej, miłości rozciągającej się od śmierci przyjaciela, do jego własnej śmierci.

Katedra we Fryburgu

IWASZKIEWICZ I STAWISKO

Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie - mal. Witkacy (1922)

Podczas tegorocznej Warszawskiej Jesieni Poezji, wraz z jej uczestnikami, udałem się na wycieczkę do domu Jarosława Iwaszkiewicza w Stawisku, w którym teraz mieści się muzeum jego życia i twórczości. Pisarz i wieloletni Prezes Związku Literatów Polskich osiadł w 1928 roku w domu, wybudowanym przez Stanisława Wilhelma Lilpopa, w zachodniej części dawnego folwarku Wilhelmów. Początkowo posiadłość ta stała w szczerym polu z kilkoma samotnymi sosnami, ale z biegiem lat, otuliły ją rosnące coraz wyżej drzewa liściaste i iglaste. O historii tego miejsca pisze w informatorze muzeum Alicja Matracka-Kościelny: Dzieje domu na Stawisku to niewątpliwie świadectwo przenikania się niekiedy odmiennych polskich tradycji kulturowych i obyczajowych. Związane są bowiem z historią rodziny Iwaszkiewiczów (zubożała szlachta kresowa, ojciec Jarosława – powstaniec 1863 roku) z jednej strony oraz z historią rodziny Lilpopów (przybyłej do polski z Grazu w drugiej Polowie XVIII w.; dziadek Anny – Stanisław Lilpop, współwłaściciel zakładów metalowych „Lilpop, Rau i Loewenstein”, ojciec – Stanisław Wilhelm Lilpop – ziemianin, współwłaściciel gruntów dzisiejszej Podkowy Leśnej i Brwinowa) – z drugiej strony. Stawisko to przede wszystkim ośrodek życia kulturalnego, zwłaszcza literackiego w okresie pięćdziesięciu lat. Zarówno Jarosław, jak i Anna, z racji swoich przekonań o szczególnym posłannictwie sztuki, a także z racji literacko-muzycznych zainteresowań i talentów, byli tego życia aktywnymi uczestnikami. Czas przedwojenny był niezwykle szczęśliwy dla Stawiska, bo toczyło się w nim ożywione życie artystyczne i literackie. Bywali wtedy w nim J. Lechoń, A. Słonimski, S. Baliński, J. M. Rytard, K. Szymanowski i wiele innych znaczących postaci ówczesnego świata artystycznego. To był też płodny okres dla Iwaszkiewicza, który w Stawisku napisał wiele swoich znanych utworów. Szczególne znaczenie dla kultury polskiej miało Stawisko w czasach wojny i okupacji, gdy stawało się przytuliskiem dla uciekinierów z Warszawy, szczególnie po powstaniu warszawskim. Organizowano wieczory literacko-muzyczne, dyskutowano i analizowano sytuację, a w dużym domu i w parku spotkać można było Cz. Miłosza, J. Andrzejewskiego, S. Dygata, K. K. Baczyńskiego, S. Piętaka, L. Schillera, W. Lutosławskiego i A. Panufnika. Po powstaniu schronili się u gościnnego gospodarza: P. Gojawiczyńska, J. Andrzejewski, W. Tatarkiewicz, W. Horzyca, A. Grzymała-Siedlecki, F. Goetel, T. Breza, J. Zawieyski, byli też przedstawiciele świata muzycznego (J. Waldorff) oraz dwie dziewczynki wywiezione z Zamojszczyzny. Właściciele posiadłości umierają w odstępie trzymiesięcznym – Anna 23 grudnia 1979 roku, a Jarosław – 2 marca 1980 roku, nakazując by pochowano go w Brwinowie, w paradnym stroju górnika. Chodziłem po tym domostwie i czułem wyraźnie promieniowanie wielu zdarzeń, rozmów, sporów, sytuacji, gdzieś tam, między gustownymi sprzętami i obrazami snuła się muzyka i tętniło echo śpiewów. Szkoda, że skradziono z tego muzeum piękny, olejny portret podwójny gospodarzy, ale są jeszcze na ścianach dzieła Kramsztyka, Suchodolskiego, Raynfelda, a także głowa A. Mickiewicza, wykonana przez X. Dunikowskiego. W bibliotece i w innych pomieszczeniach jest sporo cennych książek, są trofea myśliwskie, intarsjowane meble i ozdoby. Pisywałem niegdyś trochę o poezji i prozie Iwaszkiewicza i przedkładam czytelnikom tutaj trzy teksty – dwa o znaczących tomach poetyckich i jeden o książce wspomnieniowej.

 

Dom Iwaszkiewicza - Stawisko

Poezja Jarosława Iwaszkiewicza zawsze miała wielu wiernych czytelników i wielu wielbicieli. Pozostawał przecież autor Oktostychów niedościgłym mistrzem nastroju, potrafiącym sprawić, że wiersze emanowały ciepłem i mądrością. Tak odnajdywał Iwaszkiewicz wielką humanistyczną głębię każdego utworu, dodającą otuchy i każącą wierzyć w człowieka, a zarazem głębię ciągnącą się gdzieś z samego środka natury, z gwiezdnych przepaści wszechświata i z pokornego, modlitewnego szumu drzew. Był też autor Ogrodów mistrzem wiersza muzycznego, w którym smutna, nostalgiczna nuta miesza się z rytmem wstawania i wzrastania przygiętych wiatrem drzew, z melodią pachnących ziół i kwitnących krzewów. Ta nuta wyczuwalna jest także w zbiorze wierszy zatytułowanym Muzyka wieczorem (1986). Jest to jakby przemyślnie zbudowany poetycki koncert, składający się ze swoich tradycyjnych części, ale zarazem zachwycający niewyszukanym pięknem i niespotykaną czystością, przejrzystością wyrazu. Tom ów ma budowę dwudzielną – pierwsza jego część,  Muzyka na kwartet skrzypcowy, składa się z wyciszonych, kameralnych wierszy, gdzie dominuje mądra refleksja nad światem i jego naturą. Iwaszkiewicz, pomiędzy wersami kolejnych utworów, przemyca wykład na temat tego, jak naprawdę powinno się żyć, jak należy istnieć – mimo wszystko – w harmonii ze światem. Jest to zarazem, składający się z wielu części, jakby poszczególnych akordów, większy utwór poetycki, w którym czytelnik szukający wsparcia i otuchy znajdzie wszystko to, co jest potrzebne do przezwyciężenia nostalgii, smutku, przygnębienia czy załamania. Wszędzie tu wyczuwalna jest harmonia i wiara w naturalny bieg rzeczy, wiara w nieustający ruch ku przemijaniu, jako logiczny kierunek biegu wszechświata. Dla autora wszystko stanowi jedność; gwiazdy i drzewa, bociany i stary poeta, „Poldziu” Staff, którego stulecie urodzin czci Iwaszkiewicz tak, jak przystało na poetę – wierszem. Jest też w tych lirykach niezwykła mądrość, wiedza człowieka, który zbliża się do ostatecznego brzegu. To jest mądrość człowieka, któremu życie dało szeroką wiedzę o świecie, o jego ułomnościach człowieka, wiedzę o ptakach, które wiją gniazda na słupach i o żabach, śniących spokojnie zimą pod lodem, na dnie jeziora. Iwaszkiewicz szuka w swoich wierszach słów najprostszych i nimi stara się wyrazić swoje najistotniejsze doświadczenia. Wiek, przebyte drogi, doznane wzruszenia i zawody, każą mu mówić językiem prostym, bo w rachunku ostatecznym tylko takie narzędzie komunikacji ma choćby minimalne szanse na przetrwanie, na poniesienie w czasie przesłania człowieka, przesłania poety, który doszedł do kresu i pokornie schylił głowę przed nadchodzącą śmiercią. Autor Mapy pogody potrafi oddać w  wierszach niesamowity koloryt świata, a zarazem jakiś tragiczny jego odcień – odcień ludzkiego bytowania i heroicznego pozostawania pośród przestrzeni. Jego słowa, gdy pochyla się nad źdźbłem trawy, gdy wybiega myślą do wierzchołków drzew, nabierają głębi nieomal fizycznej. Poetycka kontemplacja Iwaszkiewicza przypomina spokojną, pełną wdzięku, a zarazem absolutnej pokory, modlitwę lub smutną pieśń. Jej słowa zdają się wirować w powietrzu i otaczać wszystko dookoła, stawać się samą naturą, a więc najczystszą, najbardziej realną prawdą. Druga część ostatniego tomu Iwaszkiewicza składa się z siedmiu dłuższych utworów, mających charakter małych poematów. Stanowią one jakby ostatni duchowy testament poety, a pojawiają się w nich postaci, które zawsze bliskie były autorowi Matki Joanny od Aniołów: Hölderlin, Beethoven, Mickiewicz, przedstawiciele świata antycznego: Dariusz, Kleopatra, Aleksander Wielki i Arystoteles. Aura tych wierszy przypomina nieodmiennie smutną pieśń żałobną, snującą się nad pagórkowatym cmentarzem, oplatającą pola i znikającą nad błękitniejącymi w dali lasami. Poeta, w przeczuciu bliskiej już śmierci, stara się spokojnie „spojrzeć jej w oczy”, wyczytać z zapisu swojego życia i ze znaków czasu, jakie będzie jej oblicze. Zdaje się już być pewnym, że wiedza, cmentarna siostra, oczy mu zawiąże /i opuści powoli w dróg bezdomne chłody,/ I w nieskończoność wtedy ślepo się pogrążę/ Jak w paszczę wody. Poeta czuje swoją małość i kruchość, czuje się bezsilny w obliczu ostatecznych żywiołów, które powoli zaczynają panować nad jego ciałem. W takiej sytuacji człowiekowi, który zawsze służył pięknu, pozostaje tylko pożegnać się ze światem, pożegnać się z najbliższymi osobami, z ulubionymi psami i przedmiotami, które dobrze mu służyły i nigdy się nie zbuntowały. Pozostaje tylko uśmiechnąć się smutno,  pomachać ręką wszystkim dookoła i powoli, powoli odejść w nieistnienie. Tak oto stary poeta zasłuchał się w swoje życie, przypomniał sobie przeszłe krajobrazy, przeszłe zdarzenia. Zaczęły mu migać przed oczyma twarze bliskich mu ludzi i twarze tych, których nie zdążył pokochać. Stary poeta zadumał się też nad poezją i uśmiechnął się, bo cóż jest wiersz jeśli nie ozdobą/ Będącą znakiem śmiertelnych zapasów/ Tego co jest odwieczne z tym co jest chwilowe/ Znikomej perły z odwiecznym atłasem. W obliczu tak realnej i bliskiej śmierci nawet poezja wydaje się być błahostką, niosącą w sobie tylko nikły poblask kosmicznych sił. Stary poeta zadumał się, przymknął oczy, a spod powiek popłynęły mu dwie łzy. I już tylko liście wiatr cmentarny po polu przegania/ I słychać tylko wycie. I nie słychać grania

W żadnej chyba twórczości, tak jak w liryce Jarosława Iwaszkiewicza nie uwidoczniło się z taką mocą i wyrazistością przejście od klasycznego ładu sztuki starożytnej do chaosu i piekła współczesności. W obszernym tomie Poezje (1989) widać, że twórca ten, duszą i sercem zatopiony w czasach antycznych, nieustannie słyszący puls rzeki Styks, tumult kwadryg i śpiewy syren, stale też określał i tworzył etos dwudziestowiecznego humanisty. Czytając jego poszczególne wiersze – począwszy od Oktostychów, a skończywszy na Muzyce wieczorem – dostrzegamy jakby liryczną syntezę doświadczeń człowieka sztuki i pisarza, który poprzez uprawianie literatury i nieustanne dyskusje ze sztuką i artystami, przy końcu życia, osiągnął stan równowagi wewnętrznej, połączenia i akceptacji natury – łącznie ze śmiercią, pojmowaną jako ostatnie połączenie się z różą, drzewem, ziemią i Plejadami. Już w pierwszym tomie wierszy manifestował Iwaszkiewicz metodę twórczą, polegającą na dociekliwym i wiernym odzwierciedlaniu złożonej struktury rzeczywistości. Owa wierność możliwa była tylko w obrębie – ukazywanego zawsze w przybliżeniu – szczegółu, detalu, jakby komórki współtworzącej, wraz z innymi drobinkami, zawsze niezwykłą realność. Szczegół uczynił też Iwaszkiewicz ornamentem swojej liryki, wskazując na jego kruchość i delikatność, prawie nierzeczywistość i jakby barokowo-rokokową zwiewność: O zmierzchu wszystkie farby stają się liliowe,/ Kremowe róże w urnach pochylają głowę./ Na nieskończonych drogach wielkich topól rzędy/ Szeptem liści wieczorną sprawują obrzędy./ Wejdziesz w nie przez schyloną lipową arkadę,/ By czekać, mówiąc szeptem północną balladę,/ Aż cieniem czarnej łąki jasność pełzająca/ Da znać, że wstaje z lasu blada tarcz miesiąca.” Nieodzownym atrybutem poezji Iwaszkiewicza jest też muzyczność – poeta pragnie naśladować w strofach naturalny rytm fraz muzycznych. Dlatego często jego wiersz imituje, w swojej warstwie dźwiękowej, rytm szaleńczego tańca; często też muzyka podkreśla wymowę utworu, która zwraca uwagę na polski los, los narodu i ludzi: Nie dla nas winnic modry stok,/ I winnic wdzięk, i winnic sok,/ A dla nas pylny owsa łan/ I karczmarz Żyd, i wódki dzban./ (…) Nie dla nas mądrych rozmów gwar./ I słowa cios i dysput żar,/ A dla nas zawiść, kłótnie, srom,/  Rozgrzany szynk i zimny dom./ Nie dla nas błękit, fiolet wzgórz,/ Cyprysów lęk i kopuł róż,/ A dla nas puszcze, dal i step,/ I czarny rok, i czarny chleb. Iwaszkiewicz potrafi w obrębie wiersza łączyć i kosmizować żywioły – umie przechodzić od zachwytu dla drobnego kwiatka czy niewielkiej wstążki, do niewyobrażalnych perspektyw, do życia pod gwiazdami i wiecznego zagubienia ludzkości w perspektywie galaktyk. Wszystko zdaje się tutaj krążyć wokół niewidzialnego centrum, wszystko zdaje się wirować, dlatego też w wierszach autora „Lata 1932” obserwujemy nieustanne  zmiany pór roku, cykli gwiezdnych i miesięcznych, odwieczne orbitowanie pośród czarnego chaosu i nieustanne poddawanie sprawdzianom realności, własnego istnienia. I tak obserwujemy poetę i jego świat wiosną, latem, jesienią, towarzyszymy mu podczas spacerów zimą. A zawsze wyczuwamy w jego pobliżu ową szlachetną nutkę smutku, tęsknoty i melancholii – zawsze zdaje się nam, że poeta patrzy w dal, próbuje dostrzec w odległej i bliskiej przyszłości tajemne znaki swojego losu, życiorysów najbliższych mu osób i losów świata. Ta zaduma może być także interpretowana jako wykładnia i imperatyw polskości, jako symbol istnienia i szukania prawd najistotniejszych. Iwaszkiewicz stale szuka swojej ścieżki pośród ścieżek milionów, przegląda się w twarzach mijanych ludzi, w oknach domów, w mokrych granitowych płytach placów Europy – nieustannie też odbywa peregrynacje w poszukiwaniu głębszych pokładów świadomości. Ale też – pragnie uczyć ludzi wiary i zachwytu, pragnie uczyć kształtowania psychiki poprzez kontakt z pięknem, poprzez stałe uwrażliwienie na deszcz i słońce, poprzez spojrzenie na błękit, zieleń i czerwień. Nie jest przy tym nachalny – raczej szepcze delikatnie, mówi językiem prostym, a zarazem głębokim – udaje mu się za każdym razem znaleźć odpowiednie ekwiwalenty słowne. Tak tkane wiersze stają się żywe i konkretne, naśladują naturę, a zarazem są jej filozoficzną i egzystencjalną glosą. Zanim pojawił się Iwaszkiewicz, nie było w polskiej poezji twórcy, który by tyle pietyzmu wkładał w konstruowanie poetyckiego ładu i w słowne odwzorowywanie prostoty. Nie było poety, który by tak żarliwie wypowiadał swoje przymierze z każdą cząstką świata i  do końca identyfikował się z ową wyższą logiką, nieustannie przebiegającej metamorfozy: Gdy nagle zimno przez powietrze/ Przejdzie, jak oddech wiecznej nocy,/ Zapach kwitnących wiśni zetrze/ Wszystko, co źródłem jest niemocy./ Zimowa słabość tak ogrzana/ Pierwszym powiewem ciepłej wiosny/ Opada niby pusta piana,/ Przechodząc w słodki chłód miłosny./ (…) Wszystko jędrnieje i tak ostro/ Olbrzymie liście w chłodzie wiszą,/ Że wiosna zda się chłodu siostrą,/ Razem z mądrością, linią, ciszą. Przed wybuchem drugiej wojny światowej, był już Iwaszkiewicz autorem sześciu zbiorów liryków oraz wierszy wybranych. Zaznaczył zatem wyraźnie swoją obecność w pejzażu poetyckim międzywojnia, którą jeszcze podkreślały publikacje na łamach „Skamandra” oraz udział w licznych spotkaniach, imprezach, wydarzeniach artystycznych. W powojennych tomach wierszy Iwaszkiewicza odnajdziemy ten sam smutek egzystencji i radość życia, to samo szlachetne zapatrzenie w studnię ludzkiego bytu, podobne rozważania estetyczne i muzykologiczne, te same zauroczenia – ale jest też jakby nowy ton; mądrość rodząca się z przezwyciężenia bólu, zła i nicości, mądrość dojrzałego i starego poety, który wiele widział i wielu ludziom patrzył w oczy, a nade wszystko wiele zrozumiał, uporządkował w wierszach rozległe przestrzenie chaosu. W Odach olimpijskich – obok łagodności i mądrości – odnajdziemy także jakby elementy rozliczeń, podsumowań, a zarazem jakby wołanie o sprawiedliwość wobec tych, którzy odeszli. Na pytanie Adorna, czy możliwa jest sztuka i twórczość artystyczna po Oświęcimiu – pytanie w wielu aspektach symboliczne – Iwaszkiewicz odpowiadał, w naturalny sposób łącząc przeszłość z teraźniejszością: Ale kiedy widzę tak wasze młodzieńcze oblicza wynurzające się w przyszłości,/ Widzę także i tych, którzy do mety nie dobiegli./ Biegli jak na skrzydłach,/ ale na spotkanie śmierci./ Śmierć ich była okrutna i żałosna, i samotna, hańbiąca i beznadziejna,/ padali na wznak i na twarz i nie zamkniętym okiem patrzyli w niebo,/ i zwartymi garściami ściskali ten sam żółty piasek,/ jakim wysypane są wasze bieżnie…. Poeta porównywał, zwracał uwagę na kontekst, przypominał, ale jednocześnie namawiał do rozpoczęcia nowego biegu maratońskiego. W tematach powojennych – począwszy już od cyklu Plejady, poprzez Krągły rok i Xenie i elegie, a skończywszy na Mapie pogody, zaczyna się fascynacja śmiercią – podglądaną i ośmieszaną, przerażającą i smutną, obcą i bliską. Poeta podchodził ku niej z różnych kierunków – jakby już za życia pragnął możliwie najlepiej poznać jej „fenomen”. To zauroczenie i to oszołomienie śmiercią znalazło swój najpełniejszy wyraz w tomach Mapa pogody i w wydanym pośmiertnie zbiorze pt. Muzyka wieczorem. Były to już wiersze o samym umieraniu – jakby ostatnie spowiedzi i ostatnie wyznania starego, zmęczonego nieustanna czujnością poety, ostatnie próby ocalenia świata i utrwalonych wartości, a jednocześnie – pokorne schylenie głowy i oddanie się ostatecznemu rytuałowi: Powoli bardzo powoli/ bez strachu/ staję się nieważki/ To nawet nie boli/ ten świat bez motyli/ bez zmierzchnicy bez ważki/ bez chrabąszczy/ bez gąszczy bez gąsienic/ same błyszczące guziki/ w mundurze rzeczywistości/ skrojonym z białej blachy/ (…)/ Nie trzeba nic zrywać wyłączać/ samo się wszystko skończy. Właśnie w ostatnich tomach, Iwaszkiewicz był najbliższy tajemnicy istnienia, najbliższy pojęciom najważniejszym, a zarazem najprostszym. Stąd tyle w tych wierszach zwrotów deminutywnych, obok patosu i głębi filozofii, stąd uśmiech dziecka obok zapatrzenia w gwiazdy, stąd wreszcie pokora nabyta podczas podpatrywania i odwzorowywania nieustannie zmieniających się cykli nieba, ziemi, wody i powietrza. Stąd ostatnia prośba zapisana w ostatnim dramatycznym i jak samo życie tragicznym wierszu: Uranio, sosno, siostro – tak ciebie nazywam,/ Bo palcem pnia swojego ukazujesz niebo./ Wiatr, co się w twojej czarnej grzywie zrywa,/ Zacicha dołem. Siostro, wzywam ciebie/ (…) Weźmij mnie w swoje grzywy, ty szalona,/ Wyszarp mi ręce, co już nie wyrosną,/ Pogrzeb mnie, ratuj, daj swoje korony,/ Bym także był Uranią, nicością i sosną.

Wydawać by się mogło, że skarbiec utworów literackich Jarosława Iwaszkiewicza, zamknął się na zawsze w chwili śmierci wielkiego pisarza. I tak zapewne myślał wydawca, gdy w 1981 roku opublikował Utwory ostatnie. Ukazały się one w takiej samej szacie graficznej, jak ukazujące się przez kilka lat Dzieła zebrane tego twórcy. W tym to właśnie tomie, po raz pierwszy, zamieścił także szkic pt. Aleja przyjaciół, który okazał się potem wstępem do większej całości i której dał tytuł (1984). Z pewnością na tym tomie nie zamknie się ta spuścizna pisarska, bo szczęśliwiec, który będzie porządkować papiery pośmiertne autora Ciemnych ścieżek, na pewno obdarzy nas jeszcze niejednym zapomnianym lub zagubionym utworem. Będą wśród nich dzienniki, zapiski, studia i szkice, a nade wszystko liczne listy, które wielu znanych twórców słało na Stawisko. Aleja przyjaciół to książka czarująca i onieśmielająca, bo autor przedstawił w niej w ciepły, delikatny i pełen mądrości sposób, literackie portrety ludzi, których cenił. To siedem konterfektów, z których wyczytać możemy jacy byli: Antoni Sobański, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Wilam Horzyca, August Zamoyski, Antoni Słonimski, Arnold Szyfman i Juliusz Krzyżewski. A oprócz wymienionych, na kartach tego dzieła, pojawia się jeszcze wiele innych osób, lepiej lub mniej znanych, znaczących lub zapomnianych. Pierwszy konspekt książki – w formie krótkich życiorysów i notatek – powstał prawdopodobnie jeszcze pod koniec drugiej wojny światowej, ale była to inna aleja przyjaciół. Miała traktować przede wszystkim o tragicznych poetach i prozaikach, którzy w większości zginęli w czasie okupacji. Chciał więc Iwaszkiewicz napisać szkice o Karoli Lipińskim, Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, Juliuszu Krzyżewskim, Stanisławie Kowalczyku, Włodzimierzu Pietrzaku i Franciszku Piętaku (stryjecznym bracie Stanisława). Niestety powstał wtedy tylko jeden szkic. Jak podaje wydawca, w należącej do Iwaszkiewicza agendzie z kalendarzem z 1974 roku, znajduje się plan odmiennej Alei przyjaciół, obejmujący piętnaście osób i kilka dalszych, wchodzących w skład rodzin, znanych pisarzowi. Ale w ostatnich tygodniach życia i ta wersja uległa znacznemu przeobrażeniu. W agendzie z 1980 roku znalazł się plan dzieła, obejmującego już tylko dziesięć osób, ale autor Xenii i elegii zdążył jednak napisać siedem szkiców. Tylko one weszły do opublikowanej książki – wydawca dopełnił ją jeszcze, napisanym do pierwszej, wojennej wersji, studium o Krzyżewskim oraz notatkami na temat wymienionych wyżej pisarzy, którzy zginęli w czasie hitlerowskiej okupacji. Mądrym zabiegiem było też dopełnienie całości poprzez dodanie przepięknego eseju pt. Twarze, napisanego przez autora do albumu reprodukcji i obrazów malarki Leonor Fini. Iwaszkiewicz miał świadomość, że wiele fascynujących postaci i związanych z nimi zdarzeń, przepada na zawsze w mrokach zapomnienia. Dlatego, krótko przed śmiercią, zabrał się pospiesznie do pracy, by ocalić to, co zachowany być powinno. Tak napisał jedną ze swoich najciekawszych książek, która może być pomocą przy badaniach naukowych, biograficznym i może pomóc zrozumieć fenomen wielu twórców i osób z jego kręgu towarzyskiego. Jest ona tym cenniejsza, że autor nie zamyka swoich wspomnień w ramach terytorialnych Polski, lecz porusza się po obszarze całej Europy – podąża też za bohaterami swoich opowieści w głąb przeszłości, odbywa w pamięci powtórnie wyprawy do Francji, Włoch i do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jedne postaci fascynują go ze względu na wpisane w ich życia niedopowiedzenia, a inne – jak choćby Lechoń – dlatego, że do końca nie potrafi ich zrozumieć. Jego samobójcza śmierć w Nowym Jorku jątrzy się jak niezabliźniona rana w pamięci i wyobraźni Iwaszkiewicza i każe inaczej patrzeć na osoby z naszego otoczenia. Odnajdziemy w Alei przyjaciół delikatną nutkę zadumy nad ludzkim losem – zadymy nad tymi, którzy – i porównanie dendrologiczne jest tutaj jak najbardziej na miejscu – wzrastają wśród nas, ogromnieją jak drzewa i nagle umierają, złamani przez jakiś gwałtowny wiatr czasu.

 

Miejsce pracy pisarza

ŻELAZOWA WOLA – 2010

Fryderyk Chopin - dagerotyp z epoki

Muzyka Fryderyka Chopina towarzyszy mi od czasów licealnych, kiedy to kupowałem wiele płyt winylowych i odtwarzałem je z zapałem w swoim pokoju, ze starego gramofonu „Bambino”. Szczególnie przypadły mi do gustu ballady, a spośród nich – czwarta, której subtelność porównuje się do uśmiechu Mony Lizy. Lubię też sonaty i etiudy, ale z całego dorobku kompozytora najbardziej cenię koncerty fortepianowe. Niedawno odwiedziłem Żelazową Wolę, leżącą nad rzeką Utratą, gdzie w roku 1810 urodził się wielki polski romantyk, a potem wraz z rodziną przeniósł się do Warszawy. Pamiętając z Austrii, jak bardzo rozwinięty jest przemysł związany z Mozartem, ile tam produkuje się gadżetów, ile pojawia się wizerunków tego kompozytora, spodziewałem się – szczególnie w roku chopinowskim – że i w tak znaczącym dla polskiego wirtuoza miejscu, natknę się na podobną obfitość. Niestety, jak często w Polsce, nikt nie zainwestował właściwych sum i nie stworzył wspaniałego, wykraczającego poza nasze czasy, sanktuarium muzyki i życia Chopina. Co prawda powstały wreszcie duże budynki, nie wiadomo dlaczego zbudowane z brzydkich, prostych kamieni, ale nie ma w nich ducha wielkiej muzyki i dzieła, bedącego własnością całej ludzkości. Jakieś dziwaczne bufety, pokój z dużymi ekranami, na których stale wyświetla się ten sam filmik, księgarenka średnio zaopatrzona i brak profesjonalnej obsługi. Przyjeżdżający do Żelazowej Woli turyści mogą czuć się zawiedzeni, tym bardziej, że także dworek pozostawia wiele do życzenia. Wisi w nim tylko kilka obrazów, stoi jakiś stary fortepian, przygotowano duże tablice z pleksi, słowem – nic ciekawego. A przecież można by tam odtworzyć sprzęty z epoki, można by inscenizować życie Chopina, a nade wszystko nasączyć te puste pokoje żywą muzyką. Iluż jest w Polsce wykonawców, którzy chętnie wystąpiliby w tych salach, iluż chcialoby zasiąśc do instrumentu w miejscu narodzin geniusza. Co prawda muzyka dolatuje tam z nie najlepszej jakości głośników, ale nie ma takiego waloru jak ta wydobywana ze znakomitych fortepianów. Nie ma też w Żelazowej Woli nastroju święta, wielkiej ludzkiej wspólnoty i płynącego przez wieki chopinowskiego przesłania. Ten uświęcony nastrój burzą już tandetne budki z drewnianymi ptaszkami i obrazkami przy parkingu, a potem całkowicie ginie on we wnętrzach kamiennych bunkrów, w których nie zadbano o właściwe ekspozycje i nie przeniesiono niczego z ducha dawnych czasów. Tylko park wokół dworku pozostawia dobre wrażenie, a szczególnie zaciekawiają stare drzewa i dwa pomniki kompozytora. Widać, że osoby zajmujące się tą przestrzenią, właściwie dbają o porządek i ze smakiem urządzają wszystkie partie tego naturalnego muzeum. Ale i tutaj za mało jest elementów znaczących, symbolicznych, a nade wszystko pojawić się powinny romantyczne zakątki z muzyką, tak delikatną jak błękit nieba i gałązki wierzb i tak mocną jak pnie wielkich dębów i ogromne głazy, leżące na polach, okalających Żelazową Wolę. Nie potrafimy właściwie kultywować tradycji i czerpać korzyści z wielkiego daru, dla kultury polskiej, jakim był Fryderyk Chopin.

W tej oficynie urodził się Fryderyk Chopin

Pustki w pomieszczeniach muzeum

Park urządzony według projektu F. Krzywdy-Polkowskiego

Pomnik Chopina w parku wg projektu Józefa Gosławskiego

CZYTAJĄC SINGERA (I)

Zaczynam publikację nowego cyklu, poświęconego jednej z moich wielkich fascynacji literackich, dziełu żydowskiego pisarza Isaaca Bashevisa Singera. Jego książki towarzyszą mi stale od połowy lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku i nie przestają zdumiewać, zaskakiwać i zachwycać. Kolejne części długiego eseju ilustrować będę własnymi zdjęciami cmentarzy żydowskich, charakterystycznych domów i synagog, a także sprzętów, ubiorów i dzieł sztuki.

Isaac Bashevis Singer urodził się w Polsce, w 1904 roku. Jego ojciec i dziadek byli rabinami, a on sam kształcił się w Warszawskim Seminarium Rabinackim. W 1935 roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i od tego czasu rozpoczął pracę w nowojorskim dzienniku Jewish Daily Forward. Poza wczesnymi pracami, opublikowanymi w Warszawie, prawie wszystkie jego utwory zostały napisane w języku jidysz i opublikowane w  jego piśmie. W roku 1978 Isaac Bashevis Singer otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. Ten jakże esencjonalny biogram umieścili wydawcy na odwrocie okładki, wydanej w USA powieści pt.  Rodzina Muszkatów (The Family Moskat). Polski czytelnik, przyzwyczajony do rozwlekłości życiorysów, szkiców, omówień, dołączanych do wydawanych w Polsce książek, może czuć się zdziwiony. Ale w Stanach Zjednoczonych nie trzeba było specjalnie reklamować autora Spuścizny. Przez wiele lat należał on do elity kilkunastu najważniejszych pisarzy amerykańskich dwudziestego wieku, takich jak William Faulkner, Ernest Hemingway, Erskine Caldwell, Francis Scott Fitzgerald, Norman Mailer, Truman Capote, Jerome D. Salinger, Saul Bellow, William Styron, John Barth, Phillip Roth, którzy każdą swą nową książką zawsze wywoływali fale dyskusji i licznych omówień.        W Polsce, aż do początku lat osiemdziesiątych, twórczość Singera była prawie nie znana. Dziwi to tym bardziej, że pochodzi on z naszego kraju- urodził się w Radzyminie, w rodzinie żydowskiej, co znalazło odbicie w całej jego twórczości; między innymi w wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 1983 roku wczesnej powieści Singera pt. Sztukmistrz z Lublina (The Magician of Lublin). Przed 1983 rokiem, rodzimy czytelnik mógł się zapoznać z drobnymi tylko wycinkami dzieła tego autora. Jego krótkie opowiadania i fragmenty powieści ukazywały się od czasu do czasu w „Ameryce”, „Kulturze”, „Literaturze na świecie” i w „Przekroju”. Rzucało to wszakże niewielkie światło na całokształt twórczości Singera, ale też pozwalało dostrzec w nich rękę arcymistrza różnych form pisarskich. Sztukmistrz z Lublina jest był  pierwszą dużą publikacją tego pisarza na polskim rynku książki. Z konfrontacji tej autor wyszedł obronną ręką, bo dzieło to jest jedną z najlepszych jego powieści, pozwalającą głęboko wniknąć w istotę wielkiego artyzmu. Historia Jaszełe Mazura, to przykład heroicznej walki człowieka z wszechobecnymi siłami zła. Jasza, pół-Cygan, pół-Żyd, znajduje się przez cały czas na styku dwóch światów i dwóch tradycji. Z jednej strony świat Żydów, ich synagog, bogato dekorowanych zwojów Tory, cycesów, tałesów, tefilinów i wyszywanych srebrną nicią odświętnych jarmułek, a z drugiej strony chrześcijaństwo i jego powszechna negacja w czynach fałszywych wyznawców Jezusa. Ten wędrowny prestydygitator, mimo swego prostego pochodzenia, obdarzony został przez Singera wielką wrażliwością, a jego myśli to nieustająca dyskusja z samym sobą. Autor, w mistrzowski sposób, przeplata w niej ostatnie nowiny nauki i wulgarny slang złodziejski – transponuje ją w rodzaj dysputy teologicznej, która z czasem, u bohatera powieści, przeistacza się w rodzaj obłędu. Te odchylenia i dziwactwa rodzą w Jaszy ogromny sprzeciw wobec świata. Zwiększając zatem liczbę złych uczynków, wypowiada on totalną wojnę dobru. Jest mężem Estery i zapewnia ją o swym oddaniu, a mimo to romansuje ze swoją asystentką Magdą, z żoną złodzieja przebywającego w więzieniu – Zewtel, a także z kilkoma jeszcze innymi kobietami. Przy tym, Jasza uwikłał się jeszcze w miłość do osoby skrajnie różnej od wymienionych wyżej reprezentantek półświatka. Jest nią wdowa po znanym profesorze – Emilia. Magik wyczuwa podświadomie, że związek z nią nie przyniesie mu nic dobrego, a mimo to rzuca wyzwanie losowi i stara się zaspokoić wygórowane żądania Emilii. Niestety, jego quasi-artystyczna praca nie jest w stanie przynieść mu tak dużej sumy pieniędzy, jakie potrzebne są, by wraz z ukochaną uciec od dawnego życia i zbudować nową przestrzeń interpersonalną. Targany sprzecznościami, „dyskutujący” z Bogiem, Szatanem, przygodnym alfonsem i dziwką, dochodzi Jasza do wniosku, że nie ma innej rady jak wkroczenie na drogę przestępstwa. Odznacza się przecież wielką zręcznością w otwieraniu najprzemyślniejszych nawet zamków. Postanawia więc wykorzystać swe zdolności, ale musi przy tym złamać tradycję, uświęconą przez uczciwość ojca i dziadka. Cóż z tego, kiedy ciało Emilii tak kusi, a zaczyna jeszcze dodatkowo dochodzić do głosu perwersyjna miłość Jaszy do nieletniej córki jego wdowy. Wszystko to, niczym wielka magnetyczna siła, pcha sztukmistrza do domu starego bogacza. Niestety dawna zręczność i szczęście Jaszy bezpowrotnie zanikają i pojawia się niezręczność, tchórzostwo i niezdecydowanie, które to cechy stawiają go przed koniecznością ucieczki. Skok z balkonu okazuje się niefortunny – niepewne postawienie nogi powoduje bolesne zwichnięcie. Magik, zauważony przez nocnego stróża, ucieka przed policją i chroni się w synagodze na Gnojnej. Tam zaczerpnąwszy oddechu, prosi rabina o atrybuty potrzebne do modlitwy, a gdy je otrzymuje, ze wstydem stwierdza, że nie potrafi się już nimi posługiwać. Aż tak daleko odszedł od rodzinnej tradycji, aż tak bardzo zaprzedał się diabłu. Wszystko jakby sprzysięgło się przeciwko niemu, wszystko straciło sens i wagę. Przed oczyma stają mu ojciec i dziadek i przez chwilę, jakby przez mgłę, zaczyna dostrzegać logikę ich życiowej drogi. Jednak po wyjściu z synagogi jest znowu tym samym, tętniącym żądzami, sztukmistrzem, który jakby przed publicznością złożoną z Boga, dziwek, złodziei, Szatana i własnych kochanek, popisuje się pewnością siebie – jakże niebezpieczną ekwilibrystyką na linie życia. Znowu pożąda, łaknie, obraża w myślach Boga i żydowską spuściznę. Jak na ironię, po powrocie do domu, zastaje w nim swoją asystentkę Magdę, zwisającą na sznurze z sufitu. W tym momencie następuje gwałtowne zachwianie i biedny klown spada z cyrkowej liny. Jego świat natychmiast staje do góry nogami i nic nie zostaje z kpin, bluźnierstw i manifestowanej stale pewności siebie. Wybiega z domu i jeszcze raz próbuje tę pewność odbudować w sobie, rzucając się w ramiona Zewtel, ale i tutaj spotyka go bolesny zawód. Siła, w którą Jaszełe tak wierzył, jego wewnętrzna moc została jeszcze raz pokonana przez inną istotę. Tak bardzo mu oddana Zewtel leży z kimś innym w łóżku i patrząc, na tę śpiącą parę, sztukmistrz z Lublina zaczyna się dziwić i jakby myśleć inaczej: Dwukrotnie tego samego dnia odsłonięto mu to, co powinno pozostać w ukryciu. Spojrzał w twarz śmierci i rozpuście i zobaczył, że się od siebie nie różnią. Stojąc tak i patrząc zrozumiał, że przechodzi jakąś zmianę, że nigdy już nie będzie tym samym Jaszą. Ostatnia doba niepodobna była do żadnego poprzedniego dnia. Podsumowała całe jego wcześniejsze życie, a czyniąc to położyła na nim pieczęć. Zobaczył rękę Boga. Dotarł do kresu drogi. Teraz trzeba się zdecydować co z sobą zrobić. Natrętnie brzmi w nim myśl o samobójstwie i tak też postanawia Jasza, kiedy przed epilogiem rozstaje się z nim czytelnik, ale zakończenie przynosi jednak inne rozwiązanie. Dawny rozpustnik, który bez wahania zarzucał Bogu niekonsekwencję, wybiera drogę śmierci za życia. Zamurowany w małym pomieszczeniu, spędza czas na rozmyślaniu, analizie swojego dotychczasowego życia i studiowaniu religijnych ksiąg żydowskich. Dopiero tutaj odnalazł swoje miejsce. Pogodzony z Bogiem, zaczyna dostrzegać kosmiczną strukturę rzeczy świata, bo zarówno płatek śniegu, jak i szum liści jabłoni, równo archipelagi gwiazd, jak i niosący zapachy lata powiew wiatru, świadczą o tym, że ktoś jest sprawcą tego wszystkiego. Dobro i zło, ekstaza i cierpienie mają swoje prawidła. Jasza zaczyna rozumieć, że: tylko ciało umiera. Dusza żyje nadal. Ciało jest jak upiór. Kiedy się zbrudzi czy wytrze, wyrzuca się je. Z tej perspektywy utwór Isaaca Bashevisa Singera jawi się nam jako traktat filozoficzny o istocie bytu, ukryty w warstwie fabularnej traktat o człowieku i tkwiących w nim, pozostających w stanie permanentnej walki, pierwiastków dobra i zła. Dopiero wyrządzone przez nas zło, dopiero zło w ogóle, pozwala nam dostrzec ogrom cierpienia, jakie przysparzamy innym, nie zauważając tego. Ma też utwór Singera inny wymiar, odsłaniając przed czytelnikiem dawno już miniony świat polskiego Żydostwa. Warszawa z kart tej powieści może śmiało konkurować z najlepszymi jej opisami w polskiej beletrystyce, ze szczególnym uwzględnieniem Lalki Bolesława Prusa, a realizm z jakim Singer oddaje aurę dziewiętnastowiecznej stolicy, śmiało porównać można z fotograficzną dokładnością Bernarda Belotta.

Cmentarz żydowski w Warszawie

Dwór był drugą książką Singera, która ukazała się w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia w Polsce. Prawdopodobnie nie tłumaczono Singera tak długo w komunistycznej Polsce z powodu jego odważnych ujęć i krytycznych ocen. Autor Szatana z Goraju oświetla wszakże w swych utworach obszary wstydliwe dla Polaków, a jego bohaterowie bywają jakby odbiciem w krzywym zwierciadle głównych postaci z powieści Kraszewskiego, Sienkiewicza, Prusa, czy Orzeszkowej. Z całą bezwzględnością ukazuje Singer polskiego szlachcica – hrabiego Jampolskiego – który w sposób zakrawający na aberrację umysłową, w imię bliżej nie sprecyzowanych ideałów postępu, rujnuje swój majątek, zgadza się na mieszkanie kątem u Żyda, doprowadza do następujących po sobie tragedii wewnątrz rodziny. Nie on jednak jest główną postacią w Dworze, jest nią Kalman Jakobi, bogaty Żyd, który stopniowo, dzięki tak charakterystycznej dla tego narodu umiejętności robienia interesów, zawłaszcza mienie hrabiego. Główny problem powieści scharakteryzował najlepiej wydawca amerykański, umieszczając w każdej książce Singera, wydawanej w popularnej kieszonkowej serii „Penguin” taką oto notę: W „Dworze” Isaac Bashevis Singer ukazuje trudności, na jakie napotyka ortodoksyjny Żyd, wchodzący w okres konwulsyjnych zmian społecznych, które wstrząsnęły Polską pod koniec dziewiętnastego wieku. Centralną postacią powieści jest Kalman Jakobi, który stoi pomiędzy starym i nowym, nie mogąc stać się niekłamanym zwolennikiem, ani jednego, ani drugiego. Pobożny i konserwatywny Żyd jest zatrwożony, kiedy dowiaduje się, że jego córka poślubiła sceptyka, czuje się wyprowadzony z równowagi, kiedy dowiaduje się, że jego metody handlowe są najnowocześniejsze w Polsce. „Dwór” jest portretem epoki, w której, jak sam autor mówi: „Miały swoje korzenie wszystkie duchowe i intelektualne idee, które zatriumfowały w erze nowoczesnej.” Fabuła tej powieści rozgrywa się w systemie opozycji charakterologicznych, a prawowiernemu Żydowi, jakim jest Kalman, przeciwstawiona zostaje cała gama postaci. Główna jednak linia opozycji przebiega pomiędzy nim, a jego zięciem Azrielem. Kalmana nachodzą czasem wątpliwości, dotyczące istoty bytu, ale zadaje on raczej pytania natury teologicznej – Azriel natomiast wątpi w sposób naukowy. Jego zastanawianie się nad każdą niemal cząstką materii, utwierdza jednak w nim nikłe przekonanie, że ma ona w swej najgłębszej strukturze miejsce na coś w rodzaju duszy: kropelka nasienia, ledwie widzialna pod mikroskopem, przeniosła tysiące fizycznych i duchowych cech z jednego pokolenia na drugie. Jakim sposobem szczególne cechy pradziada Cyny, rabina z Turbina, przetrwały w chromosomach? Czy sprawiło to parę molekuł? Czy też coś w rodzaju drobniutkiej duszyczki znalazło schronienie w nasieniu? Wszystko możliwe. Czy sama materia nie stanowi tajemnicy? Nikt nie widział atomu ani molekuły. Nie wyjaśniono też, jak dotąd, istoty ciążenia, magnetyzmu, elektryczności, czy światła słonecznego. Kalman, począwszy od wyglądu zewnętrznego, a skończywszy na rytualnych kąpielach w mykwie i na przestrzeganiu zasad koszeru, jest Żydem w każdym calu i wszystkie te zakazy i nakazy, których się trzyma, mają utwierdzić w nim przekonanie, że idzie drogą prowadzącą do raju. Azriel – przeciwnie – zdejmuje tradycyjny strój żydowski, przestaje odmawiać codzienne modlitwy i zaczyna podchodzić do Tory z lekceważeniem. Jedynym jego ustępstwem, wywalczonym przez Kalmana dzięki, niezbędnym do kontynuowania nauki pieniądzom, jest w dalszym ciągu noszona broda i długie pejsy. Te dwie, tak różne drogi, nakazują obojgu tę samą konsekwencję i żelazną dyscyplinę. Kalman nie zje kolacji przyrządzonej przez kucharkę nie obeznaną z zasadami koszeru – Azriel odłoży na bok święte księgi i uczyć się będzie więcej niż nakazuje program studiów medycznych. Jego ambicja zmusi go, aby wybrał jedną z najtrudniejszych dziedzin medycyny i w jego czasach jeszcze najmniej chyba wiedzącą o tym czym się zajmuje – psychiatrię. Dla niego medycyna – rozumował – nie była tematem do żartów. Widział w niej przede wszystkim naukę i sztukę. Ponadto graniczyła z tajemną dziedziną wiedzy. Jak niewiele wiedziano o działaniu mózgu! nikt, jak dotąd, nie wykrył prawa dziedziczności. Gdzie spojrzeć same zagadki. Studia medyczne to wielka odpowiedzialność. Ale zarówno konsekwencja jednego, jak i drugiego wystawione zostają na wielką próbę. W przypadku pierwszego Bóg i duch, a w przypadku drugiego nauka i tajemnica materii, zderzone zostają z miłością. Kalman, po śmierci swej pierwszej żony – Zełdy, poślubia młodą córkę bogatego Litwaka – Klarę i jest to związek zrodzony z ogromnego pożądania. Azriel napotyka na swej drodze wdowę po wojskowym lekarzu i odnajduje w jej naturze coś z dawna w sobie oczekiwanego, coś na co czekał, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Dla Kalmana, odstępstwo od zasad swego dotychczasowego trybu życia, kończy się pechowo. Nie jest już młody i Klara, znudzona biadoleniem męża o Bogu, bardzo szybko znajduje sobie młodego kochanka – studenta Cypkina. Powoli wypala się w starym Żydzie pożądanie, jakby ostatkiem sił zdobywa się na bunt, wyrzuca Cypkina ze dworu, a sam wyrusza odbyć pokutę w Marszynowie, gdzie rezygnuje rabin. Jednak ucieczka okazuje się przedwczesna, pożądanie stale wzbiera w nim i w końcu każe mu pędzić co koń wyskoczy z powrotem w ramiona Klary. Ale ten powrót okazuje się kolejną klęską, a zazdrość i nienawiść, za skalanie dobrego imienia i zakłócenie harmonii, dokonują w nim reszty spustoszenia. Załamany odszczepieniec, biedny bankrut duchowy, posłusznie wraca przed oblicze Jahwe. Azriel, jakby nasycony zgłębianiem naukowych aspektów realnego świata, zwraca się ku miłości, szuka w nich ducha i duszy. Przychodzi mu to bez trudu i sam jest zdziwiony, że tak łatwo mu się kłamie, patrząc w oczy spodziewającej się dziecka żony – Szajnd. Myśli tak: Jeśli świat jest rzeczywiście tylko zbiorem atomów i ich kombinacją, jak może istnieć coś takiego jak grzech? Te same molekuły wody, w których ongiś zatonął okręt, mogą dzisiaj uratować dziecko umierające z pragnienia. Jak można śledzić nieskończone przemiany materii, skoro nie istnieje wszechświatowy rejestr sprawozdawczy… Powieść nie daje odpowiedzi czytelnikowi, czy także i jego miłość rzuci na kolana i czy będzie miał gdzie wrócić. Jedno jest jednak pewne, złamana zostaje jego wewnętrzna konsekwencja. Tak wątpliwości, które się w nim przez cały czas rodziły, zaczynają dawać owoce. W momencie rozstania z czytelnikiem są nimi: kłamstwo i gwałtowna namiętność. Także logika postępowania innych postaci tej powieści jest pełna sprzeczności, które układają się w ciągi opozycyjne. I tak żona Azriela – Szajndł, przeciwstawiona została jego siostrze – Mirełe. Pierwsza, początkowo delikatna i czuła, staje się z każdym dniem coraz bardziej oziębła i w miarę jak on coraz dalej odchodzi od tradycji, ona jakby zacieśnia swoje związki z nią. Druga, kobieta o dużej sile ducha, wyzwala się z jarzma w jakim pragnęłaby ją umieścić tradycja i zaczyna walczyć o samą siebie. Rozumie przy tym, że będzie tylko wtedy wolną Żydówką, gdy nie pozwoli uzależnić się od jakiegokolwiek mężczyzny. Z kolei „romantyczni” magnaci, hrabia Jampolski i jego syn Lucjan, przeciwstawieni zostali pozytywiście doktorowi Zawadzkiemu, mężowi Felicji – siostry Lucjana. Kiedy ci pierwsi „starają” się w jak najbardziej efektywny sposób zniszczyć swoje życie, roztrwonić je, rozdać przygodnym prostytutkom – Zawadzki, znowu musi paść to słowo, konsekwentnie dąży do ustabilizowania swojej pozycji. Z persony podobnej do Lucjana, pijaka i hulaki, szermującego hasłami demokratycznymi, przypominającego na każdym kroku o swym udziale w „którymś tam powstaniu”, staje się człowiekiem nauki. Służy drugiemu człowiekowi, urasta do miana tego, który daje szczęście, w najpełniejszym tego słowa znaczeniu,. Podobnie, ale w innej płaszczyźnie, ma się sprawa z Cysełe i Klarą, a także z Cysełe i Miriam-Libą. Pierwsza z nich, to kobieta, która wybrała drogę podobną do swego ojca – Kalmana. Jest żoną młodego następcy rabiego z Marszynowa, Jocheweda. Trzyma się ściśle litery Talmudu, ma świadomość tego kim jest, w jakim miejscu wszechświata i nazywa to szczęściem. Druga, chciwa i lubieżna nie potrafi iść prostą drogą. Co chwilę wraca, miota się, nie wie, które z odgałęzień wybrać. Swoje życie powoli zmienia w piekło. Jest fałszywa w stosunku do Boga- kiedy rodzi i jest bliska śmierci, modli się do niego o ratunek, a potem – kiedy rany już się goją – bezczelnie kpi sobie z Niego. Tak samo postępuje w stosunku do Kalmana. Takiej samej broni użyje w stosunku do kochanka, kiedy ten zacznie odczuwać znudzenie i monotonię ich romansu. Trzecia z kobiet – Miriam-Liba jest trochę podobna do Klary i nie waha się postawić „wszystkiego” na jednej szali. Zrywa z rodziną i tradycją, ucieka z Lucjanem Jampolskim do Paryża, a gdy ten okazuje się łotrem, nie potrafi mu się przeciwstawić i pokornie, coraz bardziej, tonie w brudzie i biedzie. Niszczy swoje życie, wlewając w siebie alkohol, bo stało się ono dla niej nie do wytrzymania. Jakże daleko, na przeciwległym brzegu człowieczeństwa znajduje się jej siostra – prawie święta, bogobojna i dobra – Cysełe.

Kirkut warszawski

Kolejna książka Singera – Spuścizna – jest  kontynuacją wątków z powieści pt. Dwór. Jej głównymi bohaterami są postacie, z którymi czytelnik zapoznał się już przy okazji lektury pierwszej części sagi: bogaty Żyd Kalman Jakobi, jego była żona Klara, jej kochanek Cypkin, zięć Kalmana Azriel i zdegradowany hrabia – Lucjan Jampolski. Życia bohaterów tej sagi rodzinnej przypominają toczącą się lawinę. Czytelnik, wciągnięty w nią, z narastającym zdziwieniem obserwuje jak śmierć, strach i upływ czasu dokonują spustoszenia w ludzkiej psychice, jak wypaczają charaktery i dezintegrują ogromne rodziny. Tragizm i dramat objawiają się tu na każdym kroku, bo walkę przegrywają zarówno ci, którzy wybrali drogę cnoty, religijnego samoumartwienia, dialogu z nieznanym i głuchym Bogiem, jak i ci którzy oderwali się od tradycji, opowiedzieli się po stronie nauki, ulegli procesowi asymilacji z Polską i Polakami. Kalman Jakobi, wzbudzający niegdyś szacunek i zazdrość reszty społeczności żydowskiej Jampola oraz okolic, coraz bardziej zacieśnia swe związki z religią i tradycją. Tak życie staje się dla niego dopełnieniem odwiecznego rytuału trwania i przemijania, w zgodzie z prawami objawionymi na górze Synaj. A im ta więź jest bliższa, im bardziej Klaman staje się świątobliwy, tym jest mu trudniej walczyć z sobą i Szatanem. Jego sny wypełniają niezwykle wyraziste obrazy przeszłości, tak intensywnie przesycone erotyzmem, iż Klaman budzi się każdego dnia strudzony, jakby przez całą noc toczył wyczerpującą bitwę z diabłami. Mimo podeszłego wieku, nie opuszcza go szaleńcze pożądanie ciała Klary. W końcu umiera w szpitalu, zgnębiony i niezaspokojony, do ostatnich chwil cierpiąc nieopisane męki. Podobnie kaleki los jest udziałem obiektu jego żądz, bo Klara, porzucona i oszukana przez mężczyzn, w tym przez starego perwersyjnego kupca rosyjskiego Mirkina, podejmuje szaleńczą podróż przez ocean, do Nowego Jorku, gdzie przebywa jej były kochanek Cypkin. Podróż ta, ma być w jej zamyśle jak Odyseja, w poszukiwaniu własnego ja, ma być poszukiwaniem Itaki własnego losu i szczęścia. Niestety okazuje się jednak, że samo wspomnienie miłości i rozgwar Ameryki nie są w stanie uzdrowić życia Klary. Cypkin nie jest już tym samym Aleksandrem sprzed lat, a dodatkowo pomiędzy dwojgiem kochanków stoją wyolbrzymione i groteskowe widma przeszłości. Dawny student zaczyna zaniedbywać Klarę i ta, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, wraca do Europy. Jak się wkrótce okaże – po to, by umrzeć na zawał serca. Tymczasem Azriel, coraz bardziej zakochany w byłej towarzyszce życia rosyjskiego oficera – Oldze, nieświadomie doprowadza do tego, że jego żona Szajndł staje się ofiarą choroby umysłowej. Przeznaczenie mści się na nim za jego życie, jakże niekonsekwentne i przyczyniające bólu innym. Sam zawodowo zajmujący się chorobami umysłowymi i starający się nieść pomoc swym pacjentom, z narastającą nadzieją w sercu obserwuje stan patologiczny Szajndł, gdyż pragnie wreszcie złączyć swój los z Olgą. W końcu dopina swego – umieszcza żonę w zakładzie dla psychicznie chorych i od nowa, jak mu się zdaje, zaczyna budować życie z kochanką u boku. Bardzo szybko okazuje się jednak, iż Olga to jeszcze jedna jego pomyłka. Jako pani domu pragnie ona teraz prezentować się jak przystało na żonę bogatego i wziętego lekarza. Kupuje dwór w Topólce i urządza w nim bal dla bogatego ziemiaństwa, czym doprowadza męża na skraj bankructwa. Niebawem też opuści go, odchodząc z innym rosyjskim oficerem. Dopiero wtedy, dla Azriela, stanie się oczywista prawda, do której dochodzi także syn Klary i Kalmana – Sasza: Wszystkie kobiety są fałszywe i chciwe. Dopełnieniem kielicha goryczy jest jeszcze wyjazd syna Azriela do Palestyny, a także aresztowanie jego córki podczas przemytu broni i osadzenie jej w więzieniu. Także hrabia Jampolski nie potrafił tak pokierować swoimi losami, żeby otrząsnąć się z klęsk, a jego życie, najbardziej chyba fatalistyczne, przybrało kształt taniej farsy. Skazany za zamordowany stróża, ojca dziesięciorga dzieci, wychodząc z więzienia, nie potrafi wykorzystać szans jakie daje mu wolność, raczej świadomie i planowo zaczyna niszczyć samego siebie. Uwodzi – adoptowaną przez siostrę – córkę zabitego stróża i wkrótce zachodzi ona w ciążę. Dawny bogacz i król życia, teraz, z pistoletem w kieszeni przychodzi do siostry i są takie chwile, kiedy ma ochotę strzelić jej między oczy. Dobro i oddanie siostry zdają mu się największym złem, jakie jest tylko na tym świńskim świecie możliwe. Wiara w Boga nie może być tutaj alternatywą, bo Jampolski wie, iż Boga nie ma. „Gnijąc” w więzieniu, wtulając się w ciała prostytutek, kradnąc i mordując, zrozumiał – sięgając do najmroczniejszych tajni ludzkiej egzystencji – że życie nie ma sensu, że jest tylko szamotaniną i parodią rzeczywistości, skrywanej za bramą śmierci. Przykłada lufę pistoletu do skroni i przez chwilę przebiega mu przed oczyma ogrom zła, jakie „ujrzało światło dzienne” dzięki niemu. Przez chwilę stają mu przed oczyma kobiety, które zniszczył: Miriam-Liba, Kasia, Janina. Uśmiecha się, tak jak Judasz uśmiechał się przed narzuceniem sobie pętli na szyję i pociąga za cyngiel. Odchodzi w śmierć, ucieka – tak jak Azriel, w końcu podejmuje wyprawę do dalekiej ojczyzny Żydów. Palestyną Jampolskiego staje się przeszywający ból mózgowia, rozrywanego przez kulę i mrok rozlewający się w jego gasnącej szybko świadomości. Koniec wspaniałego, krwawego, dziewiętnastego wieku dla niego, dla Azriela i dla wielu innych bohaterów Spuścizny, okazał się nieoczekiwanym końcem tragedii, choć ten ostatni nie stracił jeszcze w pełni wiary w to, że uda mu się choćby jakoś przemycić siebie ku nowym dniom i znaleźć się w nowej roli, już na scenie wyczekiwanego z nadzieją nowego stulecia. Spuścizna jest powieścią o umieraniu kultury, i to umieraniu różnorakim, przejawiającym się w zasymilowaniu, odejściu od ortodoksji, roztrwonieniu dóbr duchowych i materialnych. Poprzez jednostkowe dramaty Singer rysuje obraz tragedii narodu bez ziemi i tragedii szeroko pojętego człowieczeństwa. Los jednostkowy, wyniesiony do rangi symbolu staje się w prozie Singera katalizatorem dziejów. Pomiędzy śmiercią ojca Klary – Daniela Kaminera – a zięcia Kalmana, cadyka z Marszynowa – Jochanana jest jakby sama istota przeniknięcia narodu żydowskiego z jednej cywilizacji do drugiej, istota przejścia od wieku dziewiętnastego do wieku dwudziestego, przedostania się z licznymi ranami, odniesionymi w potyczkach jednostek z samym sobą, religią, Bogiem i miłością. Ci, którzy przetrwali będą silniejsi, gdyż wspomagać ich będzie spuścizna klęsk i pogromów, zwycięstw triumfów ich ojców i dziadów – spuścizna, którą trzeba będzie odtąd w sobie nosić, jak niezmazalne znamię.

Cmentarz żydowski - Warszawa

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: