DRAPERIE PRZESTRZENI (IX)

Widok naszej planety ze statku kosmicznego Apollo 17

Ziemię nazywa się niebieską planetą, bo z kosmosu widać przede wszystkim oceany, oblewające wszystkie kontynenty i stanowiące podstawę życia. Ocean Spokojny, Atlantyk i Ocean Indyjski, a także Ocean Lodowaty są ogromnymi przestrzeniami, pośród których wykluło się pierwsze istnienie, a potem rozwinęło się w miliny różnorakich odmian, wybuchło niczym samo Słońce. Nie ma na świecie takiego organizmu, który by nie potrzebował wody, a ludzie wręcz są zbudowani z niej i niedostatek płynów szybko kończy każdą egzystencję. Połączenie dwóch cząsteczek wodoru i jednej tlenu jest rodzajem kosmicznego cudu, którego konsekwencje stale widzimy w otaczającym nas świecie. Inne planety skaliste, takie jak Merkury, Wenus czy Mars pozbawione są wody lub znajduje się ona na nich w innej formie (pary, lodu). Tylko Ziemia ma tak złożony ekosystem, w którym podstawowa, przejrzysta i ożywcza ciecz jest najważniejsza, wytycza miejsca powstawania osad, wsi, miast i całych cywilizacji. Jej brak może docenić tylko ktoś, kto podróżował lub błąkał się po pustyni, albo odwodnił w jakikolwiek inny sposób swój organizm. Historia ludzkości, to też zapis tego, w jaki sposób zapewniano sobie dostatek tej substancji, jak budowano kanały, wielkie cysterny, jak wznoszono akwedukty i ukrywano w ziemi rurociągi. Ileż wojen wybuchło, bo jakiś władca zapragnął szerszego dostępu do morza, ile bitew stoczono o zdobycie brodów rzecznych, ile plemion najeżdżało pustynne oazy i zabijało obrońców, by cieszyć się rześkością i ożywczym chłodem, dobywanego ze studni płynu. Choć podstawową formą materii ziemskiej są skały, to tlenek wodoru, występujący głownie we wskazanych wyżej oceanach, stanowi 70,8% powierzchni globu. Znajdziemy go także w rzekach i jeziorach, w postaci stałej w lodowcach, a w lotnej – w chmurach. Większość wody, występującej w naturze, jest słona (około 97,38%), a choć najwięcej jest w niej chlorku sodu (soli), to oczywiście ten znakomity rozpuszczalnik zawiera też tysiące innych substancji. Czy woda powstała – zgodnie z hipotezą solarną – w wyniku działania wiatru słonecznego i skomplikowanej reakcji wodoru i tlenu, czy też zawlokły ją na naszą planetę komety lub asteroidy, nie jest czymś wyjątkowym w kosmosie, starczy przywołać ogromne połacie lodu na księżycu Jowisza – Europie – lub ostatnie potwierdzenia jej istnienia na Marsie (2008) i Księżycu (2009). Ludzie reagują na brak wody w prosty sposób – gdy mają do niej codzienny dostęp – po prostu sięgają po plastikową lub szklaną butelkę lub nabierają ją jakimś naczyniem ze zbiornika, a przecież jest to symptom czegoś o wiele bardziej złożonego. Wszak to woda jest transporterem wewnątrzustrojowym produktów przemiany materii, substancji odżywczych, hormonów i enzymów, a także reguluje temperaturę ciał i uczestniczy w pozbywaniu się resztek zużytych cząstek. W wielu kulturach pojawia się jako podstawowy żywioł, przeciwstawiany niszczącej sile ognia, brudowi i rozkładowi, ale też bywa nośnikiem śmierci ukrytej, drzemiącej w głębinach, odbierającej oddech nieostrożnemu pływakowi.

Nasze doświadczenia, związane z wodą, zaczynają się w czasach dzieciństwa, gdy najpierw kąpani w niewielkich wanienkach przez rodziców, stopniowo sami wchodzimy w szersze i głębsze przestrzenie wodniste. To są zabawy w jakichś oczkach, kałużach, rozlewiskach, a potem kąpiele w stawach, jeziorach, rzekach i w morzu. Moje wodne inicjacje były doprawdy euforyczne, bo szybko nauczyłem się pływać i skakać w głębinę. Teraz nawet myślę o tym z pewnym niepokojem, bo wyprawiałem czasem niebezpieczne harce. A to, gdy rzucałem się z pomostów na główkę w nieznane ciemności podwodne, gdy toczyłem z kolegami wojny na kajakach, rowerach wodnych i łodziach, a chyba szczytem wszystkiego było wspinanie się na wysokie drzewa i skakanie z nich do Brdy. To były duże wysokości, a głębie krystalicznie czystej rzeki wcale nie były takie duże i często zwodziły śmiałków. Raz solidnie trzepnąłem głową o dno, ale na szczęście mój pęd został już wyhamowany i skończyło się tylko na wielkim strachu. Jeśli już jestem przy tej rzece, to pamiętam liczne wyprawy z Błonia do dzielnicy Jachcice, gdzie Brda była czyściutka i zachwycała chłodem, rześkością, a nade wszystko odsłaniała przed nami świat podwodny. Była tam bujna roślinność, stale ruchliwa w ogromnym nurcie, a pośród niej pływały wielkie klenie, pstrągi, okonie i wiele drobiazgu rybiego. Do drzew były tam przymocowane długie liny, z kołkiem na dole, na których można było się huśtać nad tonią i w pewnym momencie, puszczając się, wpadać do niej z impetem. Było też nurkowanie i przyglądanie się temu zjawiskowemu światu pod powierzchnią, próby łapania ryb, wydobywania pięknych kamieni, ale najbardziej ekscytujące było skakanie w lodowate nurty. Najtrudniejsze było to opisane wyżej, z platform, przymocowanych bardzo wysoko do gałęzi, ale także skoki z brzegu, z tzw. skoblem w powietrzu, też były w cenie. Wracaliśmy często z takich wypraw pokiereszowani, z jakimiś stłuczeniami, ranami kończyn, otarciami naskórków, ale też z poczuciem uczestnictwa w wielkim bohaterskim boju młodości. To były eskapady na cudze terytorium plemienne, gdzie spotkać można było Cyganów i chuliganów z innych dzielnic, stąd też zdarzały się walki, bójki a nawet wielkie bitwy i sromotne ucieczki. Często jednak dochodziło do rozejmów nad rzeką, wspólnych skoków i zawodów, jakichś meczów w piłkę na brzegu i opowieści snutych przy ogniskach. Pisząc o tym, widzę tego drobnego chłopaka, jakim byłem, jak sunie dwa, trzy metry pod wodą, tuż przy dnie, pomiędzy ruchliwą roślinnością i przygląda się innemu, jakże cudownemu, krystalicznie czystemu światu.

Moje czasy młodzieńcze także związane były z wodą i wodnistością, a najważniejsze było doświadczenie jeziora w Chmielnikach. Pisałem już o tym w moim dzienniku, gdy wybrałem się z córką do miejsc tamtych inicjacji i przemierzałem raz jeszcze łodzią dobrze mi znane przestrzenie. Tam też, jako mały chłopiec, skakałem z pomostów do wody, a potem, po zdobyciu karty pływackiej, przemieszczałem się po toni na różnych jednostkach – od tratw z sitowia i trzciny, poprzez kajaki, trzeszczące rowery wodne, aż do wielkich łodzi, zdolnych pomieścić kilka osób. Wypływało się na środek jeziora, rozglądało się dokładnie, czy nie widać motorówki milicyjnej i z wielkim rozmachem „waliło” się głową w zupełnie nieznane głębie. Oczywiście wiedzieliśmy, że akwen jest dość głęboki, ale przecież zdarzały się na nim pagórki, jakieś ukryte wybrzuszenia dna, czasem zatopione rybackie krypy, no ale przecież nikt się tym nie przejmował i jakoś naszą wspólnotę chłopacko-dziewczyńską ominęły większe tragedie. Nie znaczy to, że namawiam młodzież do takich zachowań, tym bardziej, że żniwo śmierci i kalectwa co roku bywa wielkie w tym względzie. Wtedy nie myśleliśmy o tym, a radość z obcowania z wodą podczas upału, była wielka i stawała się jakby samą esencją życia. Dopływaliśmy do wybranych miejsc, rozbijaliśmy obozy, pływaliśmy do drugiego brzegu i na jakiś wysunięty znacząco cypel, stale wprawiając się w sztuce pokonywania wodnych dali. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że będę kiedyś ratownikiem nad tym jeziorem i będę je patrolował z motorówki i łodzi, strofując takich samych jak ja zapaleńców i nieostrożnych pływaków. To tam miał miejsce kurs na stopień ratownika i tam wziąłem udział w egzaminie na żółty czepek, który dawał możliwość pływania w miejscach niebezpiecznych i oddalonych od kąpielisk. Dobrze pamiętam to doświadczenie, gdy skoczyłem z białej barierki do wody i przepłynąłem pod wodą wiele metrów, a potem zacząłem podążać z wieloma innymi pływakami wokół jeziora, by w końcu ostatnie sto metrów „przewalić” delfinem i wyjść na brzeg ze wspaniale wyrzeźbionymi mięśniami klatki piersiowej, brzucha i ramion. Wiele godzin spędziłem w wodach tego jeziora, a po podjęciu pracy nad nim ruszałem wpław wcześnie rano, ku przeciwnemu brzegowi, tak samo kończąc też dzień. Tonie nie były wtedy tak czyste, jak dzisiaj, bo odprowadzano jakieś ścieki do tego akwenu, ale w sumie nie były to wielkie zanieczyszczenia. Zawsze w mojej wyobraźni, w snach i w świadomości zbiornik nazywany Jezuickim, będzie archetypem jeziora, głębin kuszących i przerażających, ożywczego chłodu i przestrzeni licznych sprawdzianów młodzieńczej tężyzny. Obok jeziora Qinghai na Wyżynie Tybetańskiej, jezior mazurskich i litewskich, pozostanie ta woda ważnym doświadczeniem ziemskości i kosmiczności, uczestnictwa w jej wielkim obiegu natury.

Bezkresność wodna Florydy

Dość szybko pojawiło się też w moim życiu morze, nad które jeździłem z dziewczętami i chłopakami, ku któremu pędziłem na motocyklu i podążałem samochodem z przyczepą. Tam pierwsze doświadczenia erotyczne sprzęgły się z cudownością falujących ogromów i z poczuciem łączności z całością planetarną. Najpierw więc był Bałtyk, szaleńcze pływanie na dalekie dystanse, obijanie się o porośnięte glonami słupy i kamienie, a potem dane mi było zobaczyć inne rzeczywistości nadmorskie. Z synem pływaliśmy po Morzu Śródziemnym u brzegów Katalonii, tuż przy wyspach Medas, nad brzegiem Adriatyku zbierałem muszle i kamienie, były też wspaniałe chwile na plaży Kleopatry w Turcji, a potem wędrowanie nad Atlantykiem w Atlantic City i nad Zatoką Meksykańską w Clearwater, na Florydzie. W tym ostatnim miejscu mogłem siadać na brzegu i godzinami wpatrywać się przybliżające się i oddalające się fale, nad którymi unosiły się mewy i rybitwy, przelatywały kormorany, ostrygojady i brązowe pelikany. Z zaciekawieniem patrzyłem też na to, co morze wyrzucało ze swoich głębin, jakieś rośliny i zwierzęta denne, dziwne ryby, muszle i kamienie. Nazbierałem sporo tych ostatnich i przywiozłem do Polski, a w niektórych z nich czuć stale zapach tamtej zatoki i tamtej soli. Wchodząc do wody w tym zjawiskowym świecie i patrząc na zachodzące słońce, czułem się jak przedwieczny Indianin, który po całodziennym polowaniu w lesie namorzynowym, stanął wreszcie na brzegu oceanu, rzucił upolowane ptaki na piasek, a sam zatopił się w toniach, zmył z siebie trudy walki o przetrwanie. To są wody niebezpieczne, gdzie sporo jest żarłocznych rekinów, nie wchodziłem zatem zbyt daleko, a pływałem przede wszystkim w basenie, przy hotelu. Żar lał się z nieba, a ja doświadczałem raz jeszcze wodnistości i jej ożywczego działania w obliczu pierwotnej energii słonecznej. Nie byłoby życia bez niej i czułem to dobrze, gdy piłem też tam wodę Fuji, jedną z najlepszych na świecie, pochodzącą z innej części globu, wspaniale gaszącą pragnienie i rozlewającą się w całym ciele. Na Florydzie jest wiele zatok i rozlewisk, oderwanych od morza jezior i stawów, a nade wszystko wszędzie wdziera się ocean, którego moc wyczuwa się szczególnie w wietrzne dni i podczas sztormów oraz huraganów. Strugi deszczu łączą się wtedy z wodą wyrywaną z oceanicznych toni, powietrze jest przesycone wilgocią i rześkością, ale starczy, że na niebie pojawi się znowu słońce, a wszystko błyskawicznie wysycha i łaknie wody. Zawsze piłem sporo różnych cieczy, począwszy od czasów dziecinnych, poprzez lata następne, aż do dzisiaj i zawsze znajdowałem wielką przyjemność w ich pochłanianiu. Teraz biorę do ręki stojące naczynie z niegazowaną wodą mineralną i piję ze smakiem, łącząc się w myślach z pierwotnością płynu, w którym powstało życie i który jest jego gwarantem. Pyszna, chłodna, krystalicznie czysta woda… Gdy byłem chłopcem, w domu mojej babci wisiały białe makatki z różnymi rysunkami i napisami, a na jednym z nich widniała mądrość: Świeża woda urody ci doda

Fragmenty świata podwodnego - Zatoka Meksykańska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: