GITTA RUTLEDGE

Poezja rymowana ma piękne karty w historii literatury polskiej i dopiero w dwudziestym wieku zaczyna się „panowanie” wiersza białego. Nie znaczy to, że rymotwórcy całkowicie złożyli broń i przestali zaznaczać swoją obecność we współczesnej liryce polskiej. W każdej formacji pokoleniowej, nawet tej najbardziej odchodzącej od reguł wersyfikacyjnych, pojawiali się poeci, którzy na przekór modom i zwyczajom – z głębokim przekonaniem o wartości tego co robią – rymowali i tworzyli klasyczne miary wiersza. Starczy przywołać Wojciecha Łęckiego, Krystynę Konecką czy Karolinę Kusek. Ale przecież nawet najwięksi poeci – tacy jak Miłosz, Bryll czy Szymborska – nie stronili od rymów. Często była to też poezja tworzona jako rodzaj piosenki czy piosnki i szybko pojawiali się wykonawcy, którzy umieszczali ją w swoim repertuarze. Mamy też do dyspozycji ogromną literaturę na temat tego jak należy rymować i jak kształtowała się polska poezja rymowana, od wieków dawnych, poprzez renesansowe realizacje Kochanowskiego, barokowy wykwint Sarbiewskiego, oświeceniowy polot Krasickiego, aż do naszych wyżyn lirycznych: wierszy Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, a potem dalej ku Asnykowi, Konopnickiej, sonetom Kasprowicza i wierszom Tetmajera, Staffa i Tuwima, ku ulotnym lirykom Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Kazimierza Wierzyńskiego. Kimkolwiek by nie był poeta i gdziekolwiek by nie tworzył, ma w swoim życiorysie etap rymotwórczy. To czas poszukiwań własnego rytmu i specjalnego wyrazu artystycznego, ale też próba zmierzenia się z klasyczną regułą, chęć zamknięcia słowa w wyraziście obwiedzione ramy.

Wiersz jest ludzkim mikrokosmosem i makrokosmosem zarazem – cząstką nicości i rozszerzeniem penetracji do ponadnaturalnych wymiarów. Poezja dotyka elementów rzeczywistości, które ekspandują egzystencję w obręb licznych, częstokroć nieuświadamianych, głębi. Tworzy kontekst dla wyborów i ustaleń nadwrażliwej jednostki, staje się integralnym kształtem intelektualnym. W takich realizacjach tytuł jest formą tekstu naddanego, umieszczonego ponad sensem głównym utworu. Pomiędzy nim a treścią wiersza ma się wytworzyć napięcie, rodzaj nieodzownej zależności semantycznej – w taki sposób wspiera on treść, ale też ją wzmacnia. Jest zwieńczeniem konstrukcji utworu, jakby iglicą na wieży kościoła lub flagą powiewającą nad ważnym budynkiem. Te zależności mogą być różnorakie, a obok wsparcia i wzmocnienia może pojawić się rola kontrastowa czy kontrapunktowa. W tym drugim przypadku – tak jak w tym tomie – chodzi o uwyraźnienie opozycji pomiędzy wnętrzem wiersza, a tym czego on dotyczy, pomiędzy treścią a tytułem. Owa opozycja staje się wtedy elementem konstrukcji i integralną częścią całości, to jakby dwa płatki kwiatu, wychylone w inne strony, mające inny obrys, ale ten sam kolor, zapach, będące częścią tego samego kształtu. Bardzo często tytuł wiersza stanowi opozycję symboliczną między kreacją treściową, a tym co w utworze jest ukryte, co ma wymiar liryczny, co – u największych poetów – bywa tajemnicą, istotą, głębią. Szczególną rolę pełni w wierszu brak tytułu, zaznaczany trzema gwiazdkami, czasem jakimś jednym znakiem graficznym, a często wręcz – jak u Słowackiego czy Norwida – pozostawieniem tekstu bez zwieńczenia. Wtedy nowy utwór staje się jakby cząstką jakiegoś metatekstu, pisanego przez autora przez całe życie, jakąś wyrazistą realizacją właściwego mu tematu. Z kolei motto pełni rolę drugiego tytułu lub podtytułu – czasem jest łącznikiem pomiędzy tym co jest wnętrzem wiersza, a co jego zewnętrzem, pomiędzy tytułem a treścią. Często też – tak jak tutaj, w nawiązaniu do Simone Convelle – jest manifestacją korespondencji treściowej, semantycznej, filozoficznej, powoduje, że wiersz staje się synkretyczny, wieloznaczny, pełen ulotnej energii. Czasem, już na początku utworu – jak w Bema pamięci żałobnym rapsodzie, motto jest określeniem stosunku autora do prezentowanej postaci i jej wyborów. Czasem bywa totalnym rozszerzeniem przestrzeni, jak w Romantyczności Mickiewicza (postawy hamletyczne, przestrzeń szekspirowska), a czasem zawężeniem, jak w Po drugiej stronie Miłosza. Przywołanie jakichś treści, najczęściej z innego wiersza lub dzieła, jest próbą wskazania kierunku interpretacyjnego. Autor tak głęboko odczuwa więź z czytelnikiem, że pragnie go poinstruować, chce zainicjować proces odczytywania już w samym wierszu. W taki też sposób powoduje, że motto staje się pierwszą glosą, pierwsza próbą obiektywizacji.

Gitta Rutledge wchodzi w przeznaczony jej czas z przekonaniem, że poezja ma ogromną wartość jako instrument poznania. Ale też próbuje w wierszach sumować doświadczenia i w magiczny sposób przenosić się w przeszłość. To jest rodzaj sondy puszczanej w dawne dni i lata, ale też sondy odkrywającej, dotąd nieuświadamiane, pokłady wyobraźni, obrazy pierwiastkowe, znaki i znaczenia, które gdzieś się zgubiły lub zostały pominięte. Teraz, dzięki poezji i pasji twórczej, autorka wraca do wielu ważkich doświadczeń egzystencjalnych, a spośród nich na plan pierwszy wysuwają się przeżycia związane z emigracją i miłością. Ciekawe jest owo podążanie za autorką, ulicami Manhattanu i poznawanie ważnych dla niej zakątków, placów, miejsc znaczących. Ale równie interesujące jest odkrywanie świata uczuć tej niezwykłej kobiety, która wszystko postawiła na miłość i czasem wygrywała, czasem przegrywała, ale zawsze – żyła i kochała, czuła, że ma coś do ofiarowania kochankowi i oczekiwała, że on obdarzy ją też czymś równie cennym. To jest częstokroć poezja rymowana, ale też widać, że w tych utworach rymy przełamują się i pojawia się zapis, który można określić jako intelektualny komentarz do zdarzeń. Każdy wiersz jest też rodzajem syntezy, podsumowania tego, co się zdarzyło, co było ważne, cenne, wyjątkowe, a nade wszystko, co zapisało się wyraziście w pamięci. W takim ujęciu tom ten jest dziennikiem intymnym i zapisem uczestnictwa w świecie, na przestrzeni lat, w różnych miejscach w Europie i w Ameryce, a nade wszystko tego, co działo się i co zdarza się we wnętrzu, w sercu, w myślach niezwykłej istoty. Człowiek ma bardzo mało czasu, by uzewnętrznić to, co jest jego tajemnicą i co komponuje jego wyjątkowość. Poezja przyspiesza proces poznania wnętrza, a jednocześnie przyobleka byt w mgiełkę wieloznaczności, przydaje barw, dociera do głębi uczuć i uczy pokory wobec słowa i języka. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich prawda i uniesienie, które nie zdarza się często – prawda miłości i natchnienia, uczucia czyste i poparte długim doświadczeniem emigracyjnym. Nade wszystko jednak jest to, zajmująca i pełna nagłych zwrotów, opowieść o pięknym życiu, tętniącym odcieniami i składającym się z chwil, które autorka stara się oprawić w formę wiersza.

Gitta przysyła mi sporo zdjęć z USA, spośród których reprodukuję tutaj kilka, ukazujących piękno jesiennej natury po drugiej stronie Atlantyku choć to bardzo daleko, to przecież są to te same, co u nas, barwy i to samo słońce…


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: