OSTATNI DZIEŃ LATA

Ostatni dzień lata uczciłem przebywając wiele godzin na powietrzu. Poranek był krystalicznie czysty i zapowiadał, że będzie bardzo ciepło, nieomal upalnie. Jednak już po godzinie od mojego wyjścia z domu na niebie zaczęły pojawiać się chmury, które momentami zasłaniały słońce. Wtedy czuć było chłód i zaczynał wiać chłodny wiatr, ale w południe znowu się wypogodziło i wróciła aura czystości, dobrze natlenionego powietrza, a w górze zajaśniał wyrazisty błękit. Sporo fotografowałem, robiąc chyba z trzydzieści kilometrów i przystając na dłuższe sesje przy płocie porośniętym czerwonym winem, przy jakichś ciekawych drzewach lub w starych, opuszczonych ogrodach. Liście już pożółkły i zbrązowiały, a niektóre przybrały barwę czerwoną, co w połączeniu z tymi, które są jeszcze zielone, daje wspaniały efekt kolorystyczny. Dojrzewają owoce, lśnią jesienne kwiaty, lata jeszcze trochę owadów, szpaki gromadzą się w stada przed odlotem na południe – natura ukazuje pierwotne piękno w nowej odsłonie. A ja w swoich myślach, trochę smutny, nastawiony lirycznie, ale też konkretnie rozważający, co mam w najbliższych dniach do zrobienia i w jakich kierunkach podążę. Słońce zaczynało pomarańczowieć i wolno obniżać się nad horyzont, gdy wracałem do domu.

Szpaki gromadzące się w stada przed odlotem

DRAPERIE PRZESTRZENI (VIII)

Obejrzałem wspaniały film pt. Deserts z serii Planeth Earth, do którego scenariusz napisał znany przyrodnik David Attenborough, reżyserował Alastair Fothergill, a autorem zdjęć był Andrew Shillabeer. Natychmiast też skojarzyłem go, z pisanym przeze mnie ciągiem tekstów o draperiach przestrzeni. Piaszczystość odgrywa wszakże w naszym życiu ważną rolę i bywa doznaniem cudownym (na plaży, w tropikach), dramatycznym (podczas burz piaskowych) albo pierwotnym i materialnym (w dzieciństwie). Tutaj twórcy przemieszczali się od pustyni do pustyni i ukazywali fenomeny naszej planety, których nie zobaczymy nigdzie indziej. Oto na Pustyni Nubijskiej walczą ze sobą zażarcie potężne kozły górskie i kruszą porowate skały, przemieszczają się z góry na dół, a potem z wielką siłą uderzają w siebie rogami. Na Atacamie, w Chile, najgorętszym miejscu na ziemi, wchodzimy z kolei w dziwną przestrzeń, gdzie rosną wielkie kaktusy. Pomiędzy nimi przechadzają się dzikie guanako, zjadając kaktusowe kwiaty, zlizując krople rosy. Skąd bierze się wilgoć w takim miejscu, w którym przy pełnej operacji słońca temperatury sięgają siedemdziesięciu stopni Celsjusza? Odpowiedź jest prosta – to skutek działania wielkiego oceanicznego dryfu Humboldta, zwanego też Prądem Peruwiańskim. Przynosi on wczesnym rankiem mgły znad oceanu, które osiadają na gruncie i roślinach i zmieniają się w smakowitą rosę. Dzięki temu, w tym pasie Atacamy, bujnie rozwija się życie, jest sporo owadów, ptaków, mniejszych i większych ssaków. W sumie prąd ten jest powodem pustynnienia lądu, ale na chwilę obdarza go zbawienną wilgocią, która wyparowuje po dwóch, trzech godzinach, Pozostaje jednak wystarczająco długo na kaktusach i porostach, by pustynne zwierzęta mogły się napoić. Zasadą tego filmu, w którym narratorem jest Attenborough, są nagłe przeskoki z miejsca na miejsce, z kontynentu na kontynent. Twórcy przenoszą nas zatem do Australii, która jest najsuchszym lądem na naszej planecie. Obserwujemy tam kangury, które szukają miejsc ocienionych, a także liżą swoje odnóża, by w ten sposób je ochłodzić. Bardzo się przy tym odwadniają i muszą uzupełniać braki płynów, szukając jakichkolwiek zbiorników. I tutaj piach jest tak gorący, że nie udaje się ustać długo w jednym miejscu, zwierzęta wykształciły jednak różne sposoby przetrwania. Kolejny przeskok akcji ukazuje owe techniki na Saharze, gdzie prawdziwe życie zaczyna się o zmroku. To wtedy wychodzą ze swych nor fenki i lisy, pojawiają się owady, gryzonie i nocne ptasie drapieżniki – to co jest martwe w pełnym słońcu, ożywa w nocy. Ale działanie erozyjne piasku chyba najlepiej odzwierciedlono na przykładzie Pustyni Białej, w Egipcie, gdzie pojawiło się sporo ostańców skalnych, od tysięcy lat uderzanych niewielkimi drobinkami. Przybierają one formę fantastycznych „grzybów”, a w końcu podcięte od dołu, z hukiem zapadają się w piach. Podobne formy znajdziemy w amerykańskiej Dolinie Śmierci, gdzie aż roi się od grzechotników, a piach wciska się do oczu, ust, pozostaje we wszelkich zagłębieniach skóry. Lubię ten serial, bo wiąże się on bezpośrednio z moim zamysłem opisania przestrzeni życiowych i faktur, które są częścią naszej zdumiewającej egzystencji.

Sięgając pamięcią w przeszłość, widzę siebie pośród rówieśniczego grona, bawiącego się na powstającym osiedlu Błonie. Jakiż to był raj dla dzieciaków – wszędzie wielkie kopce ziemi, ogromne wykopy i rowy, a nade wszystko miejsca na długo porzucone przez robotników, gdzie można było zawiązać jakąś nową „cywilizację”. Zdarzało się, że w wielkiej grupie, zaczynaliśmy kopać jakiś dół, tworzyć w ziemi „schron”, zawzięcie wgłębiać się w kolejne warstwy. Najpierw przebijaliśmy się przez struktury czarnoziemu, a po jakimś czasie, z okrzykami radości, docieraliśmy do „żółtego piasku” Jakże on nas wtedy fascynował, chłodny, czysty, mający świeży zapach, skrajnie różny od czarnej ziemi, w której pełno było larw, pędraków, butwiejących i gnijących cząstek roślin i wszelakiego śmiecia. Kopaliśmy czym się dało, a najwyżej w hierarchii takich kopaczy byli ci, którzy mieli „saperki”, niżej lokowali się odkrywcy z plastikowymi łopatkami, a najniżej byli ci, którzy posługiwali się łyżkami lub kawałkami deseczek lub szkła. Czasem powstawała kilkumetrowa wyrwa w ziemi, na dnie której zaczynała pojawiać się woda gruntowa, a innym razem był to długi rów, w którym można było wspaniale bawić się w wojnę. Równie ekscytującym przeżyciem było zasypywanie wykopanych dołów, szybkie zsuwanie ziemi rękoma lub zgarnianie jej wskazanymi wyżej narzędziami. Zdarzało się wtedy, że do dziur wpychani byli słabsi chłopcy, jakieś dziwaczne dziewczęta, straszone całkowitym zakopaniem w ziemi. Z takich „nieludzkich” zabaw zapamiętałem smak żółtego piasku, który wpadał do ust, chrzęścił między zębami i w takiej formie budził odrazę. Ale najlepsze było dotykanie odsłoniętych, chłodnych miejsc i przyglądanie się poszczególnym warstwom ziemi – czarnej smudze, potem przejściowej, pomiędzy czernią a ciemnożółtym piaskiem i wreszcie tej najpiękniejszej, złożonej z kwarcowego i bielutkiego piaseczku, w najniższych miejscach. To na osiedlu poznawaliśmy też strukturę żwiru rzecznego, który przywożono w ogromnych ilościach i składowano na hałdach, wykorzystując go potem przy produkcji betonu. Zdarzało się, że siadaliśmy na skraju takiej sztucznej góry, wydobywaliśmy z niej muszelki, gładkie kamyki i kawałki dziwnych, skalistych tworów. Gdy robotnicy szli do domów, wykorzystywaliśmy ich sita i przesypywaliśmy przez nie sporo żwiru, wyszukując najpiękniejsze okazy mineralogiczne. To był czas rajskiego dzieciństwa, pod błękitnym niebem, w promieniach słońca i w obliczu pierwotności kosmicznej, zamkniętej w drobinach piasku.

Ale do tego raju wkradała się też wiele razy śmierć, kojarząca się z wykopanymi dołami, na pobliskich cmentarzach, i z różnymi bolesnymi przeżyciami. W czasach przejścia od dzieciństwa do młodzieńczości, dawni koledzy i koleżanki, z którymi bawiłem się w piasku, odbierali sobie życie. Czasem im się to udawało, innym razem wracali do żywych, mieli jakieś swoje dalsze życiorysy, często jednak nie potrafili znaleźć swojego miejsca na ziemi. Jeśli samobójstwo się udawało, szliśmy na pogrzeby i stawaliśmy oko w oko z wykopanym dołem, gdzie składano trumnę, a potem z przerażającym dudnieniem, zrzucano na nią żółty i czarny piasek. Do dzisiaj pamiętam odgłos uderzania grud o wieko i noszę w sobie wiele takich zdarzeń, pamiętam też, że zawsze ściskało mnie wtedy w gardle, a zrzucany piach stawał się elementem jakiejś tragicznej nieuchronności, jakiegoś ostatecznego zaprzepaszczenia wszelkich szans. A wcześniej różnie bywało i ci, którzy na zawsze połączyli się z ziemią cmentarzy podmiejskich, miewali swoje wzniosłe i „nikczemne” chwile w tamtych przestrzeniach. Bandy dzieciaków, dla których te cmentarze, częściowo tylko wypełnione grobami, bywały pierwszym placem zabaw, miewały dziwne pomysły. Jednym z nich było zakopywanie w przygotowanym do pochówku grobie jakiejś „tajemnicy”. Wskakiwało się do takiego dołu i na jego dnie zakopywało się zdechłego psa, przejechanego przez samochód kota, czasem martwego ptaka lub jeszcze „coś” innego. Jeden z kolegów zabawiał się w taki sposób z upodobaniem, póki nie został przyłapany przez grabarzy i zamknięty za karę w kostnicy, z kilkoma trumnami i leżącymi w nich nieboszczykami. Gdy go wreszcie wypuścili, rwał przez cmentarz, na osiedle, z ogromną szybkością i zdaję się, że więcej nie robił takich pochówkowych happeningów. Jeden wszakże stał się sławny, gdy ów kolega zakopał na dnie grobu, w niewielkim kartonie, stary budzik, nastawiony dokładnie na godzinę ósmą rano. Następnego dnia zaprowadził nas na cmentarz i usłyszeliśmy ciche dzwonienie, dobiegające ze świeżej mogiły. Łatwo można się domyślić, jakie wrażenie taki dźwięk zrobiłby na kimś z rodziny zmarłego, nie mówiąc o nim samym… To doświadczenie cmentarnego żółtego piachu, wydobytego z wnętrza ziemi, a potem spychanego łopatami na trumny, było dla mnie bardzo ważne i w jakiś sposób ukształtowało moją wrażliwość poetycką. Nie zapomnę też głupiego dowcipu jednego z kolegów, który wepchnął mnie do jednego z takich wykopanych dołów i uciekł. Miałem sporo problemów z wydostaniem się na zewnątrz, ale w końcu jakoś sobie poradziłem, a potem dałem kolesiowi niezły wycisk na podwórku i kilka kropel krwi wpadło w piach.

Inne „piaszczyste” doświadczenia wiążą się z moimi podróżami i pobytami nad jeziorami, rzekami, nad morzem i nad oceanami. To były przede wszystkim „zwykłe” nadmorskie zabawy, kopanie w mokrym piachu w Chmielnikach, budowanie zamków na brzegu Brdy, ale też niezwykłe chwile nad Morzem Śródziemnym, na brzegu Jeziora Qinghai w Chinach, na plażach Wschodniego Wybrzeża USA i na Florydzie. Pamiętam, jak brodziłem długo w oceanie, na brzegach w Atlantic City, a potem wygrzewałem się na piachu, wydobywałem z niego czarne kamienie i muszle, patrzyłem na daleki horyzont. Ten piach atlantycki nie był zbyt urodziwy, pełen ciemnych drobinek, szary i zbity. O wiele ciekawszy i bielszy był piasek z Zatoki Meksykańskiej, po którym chodziłem godzinami i przyglądałem się rzeczywistości wokół mnie. Morze wyrzucało tam sporo muszli i wodorostów, czasem jakieś martwe ryby i skorupiaki. W niektórych miejscach piasek mieszał się ze szczątkami muszli i kamykami i bardzo trudno było po nim chodzić. Zbierałem muszle, które potem zabrałem do Polski, ale też czasami siadałem na jakiejś górce, nabierałem piach w dłonie i powoli rozsypywałem. Myślałem wtedy o tym, że nasze życie składa się tylko z ulotnych chwil, które przesypują się jak te ziarenka, ledwie przez moment są żywe (w ruchu), a po chwili już stają się wspomnieniem. Choć to był luty, piasek był gorący, rozgrzany przez silnie operujące słońce, wspaniale zatem nadawał się do tego, by na nim odpoczywać. Wolałem jednak codzienne marsze, szczególnie w kierunku Calanesi Island, a potem powroty brzegiem, tuż przy wlewających się falach. Szło się i szło i nie czuło się zmęczenia, stale do przodu, aż do cypla, który był na końcu tej części amerykańskiego wybrzeża. Dalej musiałbym czymś popłynąć lub przelecieć, w jakiś sposób, nad tymi turkusowymi toniami oceanu. Dopiero po powrocie do Polski zobaczyłem na zdjęciach satelitarnych jak daleko chodziłem i jaką przestrzeń przemierzałem. Nie czułem tego, a zapewne każdego dnia robiłem, w tę i z powrotem, ze dwadzieścia kilometrów – może tylko zmieniająca się pora dnia i wysokość słońca wskazywały na to, że mijało sporo czasu. Przywiozłem z tych moich wypraw trochę piachu, który leży teraz w szklanych wazach, razem z kamieniami i muszlami i stale pachnie tak, jak wtedy, gdy zabierałem go na pamiątkę. Piach i piaszczystość i nasze dreptanie po nim, chwile, gdy uświadamiamy sobie jego wyjątkowość i wieloletnie zapominanie o tym, że jest pod naszymi nogami.

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (V)

Malarstwo erotyczne ma długą tradycję, ale prawdziwie wyzwolone stało się dopiero za sprawą Gustava Courbeta (1819–1877), francuskiego realisty, który odważył się namalować to, co było przez lata skrywane. Wcześniej odważne akty tworzyli Goya, Ingres i Manet, ale nikt nie  zaprezentował tak dokładnego przybliżenia kobiecego ciała i zwykle skrywanych, okolic waginalnych. Obraz pt. Pochodzenie świata (1866) powstał na zamówienie tureckiego kolekcjonera Chalila Beja, a po jego bankructwie, trafiał w różne ręce prywatne, by w końcu znaleźć się w Musée d’Orsay. W zakłamanym świecie dziewiętnastego stulecia i na początku wieku dwudziestego był wyzwaniem i obelgą, do tego stopnia budzącym kontrowersje, że kolejni właściciele uciekali się do sztuczek, zasłaniali go ruchomymi planszami, by tylko w wąskim gronie rozkoszować się jego niezwykłym realizmem. W czasie, gdy dzieło powstało, ulubioną modelką Courbeta była Joanna Hiffernan i to ją wskazuje się jako kobietę przedstawioną na płótnie. Za takim wskazaniem przemawia to, że po namalowaniu obrazu modelka zerwała gwałtownie swoje związki z Jamesem Whistlerem, amerykańskim malarzem i uczniem Courbeta. Wszystko w tym przedstawieniu było prowokacją, a więc przede wszystkim owo zmysłowe rozchylenie ud, nieomal pornograficzna ekspozycja zaczerwienionych warg sromowych, gęste owłosienie łona i brodawka prawej piersi, wyraźnie będąca w stanie erekcji. Ta kobieta jest podniecona erotycznie i gotowa do zbliżenia, nie wykluczone też, że malarz namalował ją po, odbytym z nią, akcie seksualnym. Autor obrazu był człowiekiem zbuntowanym, co w końcu zaprowadziło go na barykady Komuny Paryskiej, a potem było powodem uwięzienia. Ostatnie lata życia spędził w Szwajcarii, w miejscowości La Tour-de-Peilz, nad zjawiskowym Jeziorem Genewskim (Lemanem). Wcześniej sporo podróżował po Europie i studiował malarstwo francuskie, niemieckie i holenderskie, a szczególnie przyglądał się pracom Halsa. Przyjaźnił się z Manetem i Corotem, fascynował się ich dziełami, a jednocześnie wypracowywał swój oryginalny styl malarski, w którym ważną rolę odgrywało dokumentowanie zwykłych i symbolicznych zdarzeń życia. Oprócz scen rodzajowych, tworzył portrety, pejzaże oraz martwe natury, stale podkreślając swoją niezależność twórczą. Gdy odmówiono mu wystawienia dzieł podczas międzynarodowej wystawy w Paryżu, sam zorganizował indywidualną ekspozycję pt. Le Réalisme i zaprezentował na niej trzydzieści cztery płótna. Wykazywał też daleko idące upodobanie do malowania nagich kobiet, często prezentowanych w odważnych pozach lub wręcz szokujących swoim zachowaniem. Warto wskazać tutaj trzy obrazy tego typu: Kąpiące się z 1853 roku, który był skandalem na Salonie i szybko zakazano jego ekspozycji; dalej Kobieta z papugą (1866), którego to dzieła nie chciano wystawiać oraz najodważniejsza scena: Śpiące (1866), olej prezentujący dwie nagie kobiety, zmorzone snem i połączone w miłosnym uścisku. Publiczność reagowała niezwykle żywiołowo na te prace, krzycząc, próbując je niszczyć, a nade wszystko formułując o nich bardzo niepochlebne sądy. Dzisiaj, gdy nagość nikogo już nie szokuje, a wręcz jest ważnym elementem nowoczesnej kultury i sztuki, nie rozumiemy kłopotów artysty, który musiał w końcu umykać do tolerancyjnej Szwajcarii. Jego wyzwolone prace były ogromnymi skandalami artystycznymi i środowiskowymi, ale przyczyniły się do postępu w zakresie odwzorowywania piękna nagiego ciała. Teraz odbieramy obraz pt. Pochodzenie świata w kontekście wyzwolenia seksualnego wieku dwudziestego, nauki Freuda i Malinowskiego, esejów Bettelheima, Bachelarda i Kaufmanna, a nade wszystko – eksplozji zmysłowości w mediach i w telewizji, w kinie i w galeriach sztuki, podczas prowokacji ulicznych i na plażach nudystów. Ale nawet dzisiaj trochę szokuje owa zmysłowa poza modelki Courbeta i jakby wpisana w obraz zapowiedź lubieżnej, miłosnej gry. Zwróćmy wszakże uwagę, iż tytuł sugeruje perspektywę szerszą i domaga się pogłębionej refleksji nad człowieczeństwem, które zarówno w przypadku wielkiego geniusza, jak i ulicznego włóczęgi, zawsze zaczyna się w tym samym miejscu, pomiędzy nogami rodzącej kobiety. Nowoczesność przejęła i udoskonaliła dawne techniki cesarskiego cięcia, przyniosła też nowe metody porodu, np. w wodzie i przy wykorzystaniu środków przyspieszających, w towarzystwie ojca dziecka lub innych osób. Ogromna większość kobiet świata rodzi jednak dzieci starym sposobem, korzystając z praw natury i technik stosowanych od tysiącleci. Akt seksualny, niezwykłe podniecenie kobiety, jej gotowość do odbycia stosunku, stają się początkiem fascynacji, zauroczenia, miłości, a w konsekwencji – narodzin nowego życia. Malarzowi udało się ukazać gładkość i delikatność kobiecego ciała, a zarazem ułożenie rozluźnionych mięśni i swobodnie przesuwających się na boki, dość obfitych piersi. Już w sztuce pierwotnej (figurki Wenus z epoki lodowej) pojawiała się nagość i zmysłowość, która znajdowała swoje rozwinięcie w kulturze egipskiej (nagie ciała robotników i tancerek), greckiej (zawody sportowe obnażonych zawodników), indyjskiej (boginie z odsłoniętymi piersiami). Wraz z ekspansją islamu i chrześcijaństwa pojawia się awersja do nagości, która swój szczyt znajdzie w bigoterii wiktoriańskiej Anglii i w radykalizmie religijnym, niemal na wszystkich kontynentach. Skrajną formą jest tutaj muzułmańska burka i prawo szariatu, każące ukamienowaniem swobodę erotyczną i odsłanianie ciała. W takim kontekście dzieło Courbeta jest manifestem odwagi i ludzkiej zmysłowości, która może w wieku dwudziestym była jeszcze manifestem awangardowym, ale w czasach Internetu stała się elementem składowym kultury światowej. Czy to Courbet przedstawił na płótnie Joannę Hiffernan, czy jakąkolwiek inną kobietę, nie przestaje ona wysyłać subtelnego komunikatu, jakby nieustającej prośby o bliskość i miłość, o zbliżenie ciał, które bywa jak dotyk nieskończoności.

AMERYKAŃSKIE PTAKI

Podczas moich trzech pobytów w Stanach Zjednoczonych udało mi się sfotografować trochę ptaków. Coraz bardziej przyzwyczajam się do tego, że moje zapiski internetowe ukazują się w sieci jako Dziennik Ornitologa. Na pewno taki też tytuł będzie nosiła książka, która na tej bazie powstanie, a która stale się rozrasta. Dla podkreślenia charakteru wpisów, zamieszczam nieco fotografii ptaków, które zrobiłem w latach 2000 – 2008.

Brown Pelican - Pelikan Brązowy (Pelecanus occidentalis)

Great Egret - Czapla biała (Ardea Alba)

Red Bellied Woodpecker - Dzięciur czerwonobrzuchy (Melanerpes carolinus)

Common Snipe - Kszyk zwyczajny (Gallinago gallinago)

Loggerhead Shrike - Dzierzba siwa (Lanius ludovicianus)

Red Winged Blackbird - Epoletnik krasnoskrzydły (Agelaius phoeniceus)

Monk Parakeet - Mnicha długo-ogoniasta (Myiopsitta monachus)

Green Heron - Czapla zielona (Butorides virescens)

 

American Robin - Drozd wędrowny (Turdus migratorius)

Czaple i ibisy na Florydzie

Common Moorhen - Kokoszka zwyczajna (Gallinula chloropus)

American Oystercatcher - Ostrygojad amerykański ( Haematopus palliatus)

Little Blue Heron - Mała czapla szara (Egretta careulea)

Red-Tailed Hawk - Jastrząb czerwono-ogoniasty (Buteo jamaicensis)

Laughing Gull - Mewa śmieszka (Larus atricilla)

Snowy Egret - Czapla śnieżna (Egretta Thula)

White Ibis - Ibis biały (Eudocimus albus)

Brown-Headed Cowbird - Starzyk brunatnogłowy (Molothrus ater)

Belted Kingfisher - Rybaczek popielaty (Ceryle alcyon)

A to symbol amerykańskiej potęgi z dolnego Manhattanu

* * *

Po paru godzinach zostawiłem poranne pisanie i wyszedłem na chwilę za miasto, odetchnąć świeżym powietrzem i trochę pofotografować naturę. Trafiłem na szczególny moment, gdy wyczuwało się już w powietrzu deszcz, ale krople jeszcze nie spadały z nieba. Chmury były szare i niebieskawe, rozmyte, gdzieniegdzie tylko wyraźniejsze, zapowiadające nawałnicę. Chodziłem pośród pól i ugorów i patrzyłem na zamieranie roślin, na ostatnie owady, znajdujące jeszcze jakieś kwiaty, na liście zeschłe na niewielkich dębinach i brzozach. Przy gruncie zauważyłem trzy pliszki siwe, to wzlatujące w górę, to przysiadające na głazach i górkach piasku, spostrzegłem też kilka kopciuszków, poruszających charakterystycznymi, czerwonymi ogonkami. To, że się grupują i nerwowo polatują, wskazuje, że na to, iż niebawem odlecą od nas i powrócą dopiero na wiosnę. Przy zagajnikach utuczone pięknie, grube sroki, ze śnieżnobiałymi, lśniącymi brzuchami, wskazującymi na to, że rok obfitował w różnorodne pożywienie. Pojawiają się też dwie sójki, przelatujące z lasku do lasku, a na trawnikach widać sporo szpaków, gawronów i kawek. Przez dłuższy moment zatrzymuję się w miejscu, którym rośnie sporo żółtych kwiatów, przypominających trochę astry – muszę ich poszukać w moich książkach, bo po raz pierwszy natknąłem się na nie. Interesuje mnie cała natura, od roślin,  poprzez najmniejsze owady, a dalej ptaki i większe zwierzęta, moje zainteresowanie budzą też wielkie ekosystemy i mniejsze, wydzielone przestrzenie, gdzie tyle się dzieje. Ludzie często narzekają na pogodę, a ja cieszę się każdą jej formą, od upału poprzez wiatr, do deszczu i mrozu. Teraz też, czując na twarzy pierwsze krople deszczu, uśmiecham się, wdycham ożywczą wilgoć z powietrza i powoli wracam do domu.

STO WIERSZY POLSKICH (VII)

Nimen w okolicach Grodna

Adam Mickiewicz, Do Niemna. Rzeką młodości Mickiewicza był Niemen. Poeta dał wyraz swojemu zachwytowi dla tej rzeki w dwu zatytułowanych tak samo wierszach: Do Niemna. Właściwie – drugi z nich jest nową redakcją młodzieńczego sonetu. Utwór zaczyna się apostrofą: Niemnie, domowo rzeko moja! gdzie są  wody,/ Które niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie,/ Na których potem w dzikie pływałem ustronie,/ Sercu niespokojnemu szukając ochłody? Ileż w tych czterech wersach prawdy o chłopięcych czy młodzieńczych zabawach, jak wiele możemy się domyślać, ile obrazów odtworzyć. Oto chłopiec i chłopcy (traktujemy tutaj oba sonety globalnie) skaczą do wody, cieszą się nią – zawierają z nią święte przymierze albo odnawiają pogańską znajomość. Tak niepostrzeżenie zostają wciągnięci w orbitę jej tajemniczego czaru, powabu, grozy. Woda ma „studzić niespokojne serce”, a także dać ochłodę ciału. Wypada w tym miejscu przypomnieć, iż we wszystkich znaczących tekstach kulturowych wejście do rzeki wiązało się zawsze z wyższym wtajemniczeniem albo ze zmyciem win, staniem się „kimś”. Tak było w mitologiach prymitywnych ludów, tak było u Indian północno-amerykańskich, u plemion afrykańskich i w mitologiach ludów Indii, gdzie święte rzeki spełniały bardzo ważną rolę w życiu każdego człowieka. Tak było też i w Nowym Testamencie, gdy Jezus pogrążył się w toniach świętej rzeki Jordan, a św. Jan Chrzciciel wypowiedział formułę chrztu. U Mickiewicza jest podobnie – Niemen to rzeka tajemnicy, radości i poznania praw natury. Tutaj poeta czerpie radość z bezpośredniego obcowania z matką przyrodą, ale tutaj też po raz pierwszy, albo po raz któryś z rzędu, smakuje tajemnicy śmierci, czyhającej na nieostrożnego pływaka pośrodku wiru, w szuwarach albo przy brzegu. Wodę z Niemna się piło i obmywało się „spocone jagody”, tutaj też miały miejsce pierwsze erotyczne wtajemniczenia. Wszak rzeka była miejscem, gdzie często można było spotkać zażywające ochłody dziewczęta, kobiety, albo syreny. Taka właśnie sytuacja – może przypadkowo podpatrzona – podsunęła Mickiewiczowi skojarzenia  z czystą poezją Petrarki i nawiązaniami do Laury. Tutaj zatem, u srebrnej toni (srebro jest jednym z najczęściej pojawiających się metali w rytuałach religijnych) także miały miejsce pierwsze miłosne porażki, pierwsze niepowodzenia, pierwsze miłosne zawody. Rzeka w takiej sytuacji stawała się powierniczką łez najczystszych i najszlachetniejszych, łez najprawdziwszych i najszczerszych. A przyjmując łzy młodego poety, stawała się jakby nośnikiem jego bólu i żalu, stawała się świętością. Obecność uświęconej wody w porównaniach i opisach lirycznych Mickiewicza ma też charakter uniwersalny – wiąże się z tęsknotą za czasem, który przepadł na zawsze, z tęsknotą za czasem tamtej rzeki (wody) i tamtych uczuć, za czasem Niemna, który nigdy już nie będzie tym, czym był i nigdy już nie da poecie tego, co dawał wtedy, jakby wstydliwie się przed nim odsłaniając, jakby dając mu – pospiesznie – ledwie namiastkę wiedzy; ukazując ledwie malutki rąbek tajemnicy. Ów żal i owa tęsknota dyktują Mickiewiczowi gorzkie słowa. Wszystko odeszło. Niemen już nie ten sam, nie te same barwy i nie te same odczucia, święty czas dzieciństwa – cudowny i feeryjnie radosny – z perspektywy przeżytych już lat kusi, przyzywa, ale poecie nigdy nie będzie już dane się w nim znaleźć. Nie ma już tamtego Niemna, nie ma Laury, nie ma przyjaciół, a pytania, które zadaje autor, mają już tylko walor pytań retorycznych i potęgują ból. Święty Niemen przepływa przez uświęcone krwią i łzami krainy. Wymywa z piasku kości i niesie je daleko, w stronę morza.

PRZEZ LAS

Po kilkudniowych deszczach i nisko biegnących chmurach, niebo wypogodziło się, pojawił się klarowny błękit i promienie słońca rozświetliły świat. Wiele godzin pisałem i siedziałem przed komputerem, zapragnąłem więc pomaszerować na długą wyprawę. Ruszyłem żwawo z Fordonu, przez dość wysokie wzgórza morenowe, ku Myślęcinkowi. Chciałem dojść do Osielska i dalej podążać, przy drodze asfaltowej, w kierunku miasta. Gdy jednak znalazłem się na wielkim płaskowyżu, w okolicach Doliny Śmierci, zmieniłem zamiar i skierowałem się oznakowanym szlakiem, boczną, leśna drogą w kierunku torów linii kolejowej do Torunia i Warszawy. Po jakimś czasie zorientowałem się, że jest to mój młodzieńczy trakt, którym jakieś trzydzieści pięć lat temu (jak w to uwierzyć i jak to pojąć?) wędrowałem w różnych porach roku. Mijałem las mieszany i fragmenty zadrzewień iglastych, przystawałem w uroczyskach i przy wielkich olchach, czasem już rozpadających się. W pamięci majaczyły mi te dawne wędrówki, jakieś zamarznięte koleiny, puszyste śniegi, sarny i lis na drodze, a nade wszystko sporo ptaków, które obserwowałem już wtedy z wielkim zainteresowaniem. Teraz zauważam, że niewiele pozostało już ptactwa, sporo odleciało do ciepłych krain, a inne przemieściły się bardziej na południe Europy. Widzę tylko kilka sójek, sporo sikorek, a przez dłuższą chwilę obserwuję średniego dzięcioła, stukającego dziobem w pień spróchniałego drzewa. Zauważam też sporo grzybów, ale ich nie zbieram, bo nie za bardzo lubię takie ciężkostrawne dania, a poza tym trochę boję się, że mógłbym pomylić borowika z szatanem lub muchomora sromotnikowego z kanią. Rozkoszuję się jednak widokiem czarnych łebków i kurek, koźlaków i wielu kapeluszników trujących. W jednym miejscu wchodzę do mrocznego, wysokopiennego lasu sosnowego, z licznymi bluszczami na pniach. Staję tam i stoję dla samego stania, może nawet piętnaście minut, a może trochę więcej. Rozkoszuje się niczym nie zmąconą ciszą, patrzę na tę rzeczywistość tajemną i magiczną, mającą jakby w sobie głębszą, naturalną treść. Czasem tylko odzywają się sikorki, kowaliki i świergotki, gdzieś daleko zakracze sójka, a niewielki powiew wiatru odsłoni, w gęstwinie liści, dojrzałe żołędzie. Schodzę długim parowem i wkraczam na szeroką przestrzeń pomiędzy Fordonem a Myślęcinkiem, porosłą zeschłymi już teraz wrotyczami, stale żółtą nawłocią, dziewannami, szeleszczącymi trawami i ostami. Wielka tafla nieba jakby wylewa się za wzgórza i lasy, a pomarańczowe słońce powoli obniża się nad horyzontem. Wchodzę do następnego lasu i wędruję nim kilka kilometrów, nasłuchuję głosów ptaków, odprowadzam wzrokiem stado saren, chowających się w zagajniku. Pomiędzy dwiema przycinkami, już blisko Bydgoszczy, zauważam niezwykły teatr barw na niebie i stoję jak oszołomiony, sycę oczy tym pięknem, które takie samo było dla ludzi przed pięcioma tysiącami lat, przed tysiącem lat, kilkaset lat temu i będzie takie samo wiele lat po moim odejściu z tego świata. W życiu są tylko chwile i cieszę się, że uchwyciłem taki niezwykły moment. Fotografuję nadpalone i tragiczne w swoim wyrazie niebo i zmierzam ku wygodnemu, podmiejskiemu chodnikowi, który doprowadzi mnie aż do centrum miasta.

BRZMIENIE CISZY

 

Zniszczona Warszawa w 1939 roku

Słucham pieśni Simona i Garfunkela The Sound of Silence i powoli, łagodnie, ogarnia mnie szlachetny smutek. Najwięcej wierszy napisałem jesienią, ale zauważałem też, w tej porze roku, przypływ prozatorskiej energii twórczej. Zaczęły się dziwne anomalie pogodowe, w ciągu jednego dnia pojawiają się momenty gorąca, za chwilę wieje porywisty zimny wiatr, chmury przybierają fantastyczne kształty i kolory, ni stąd ni zowąd spada rzęsisty deszcz. Wracając wczoraj z córką do domu ujrzeliśmy ogromną, wspaniała tęczę, która opasała niemal całe osiedle. Niektórzy moi znajomi mówią mi, że są w depresji i nie potrafią sobie poradzić z napływającymi stale i dręczącymi ich myślami destrukcyjnymi. Do tego dokładają się trudności życia w Polsce, uwikłanie w kredyty, pożyczki, wysokie opłaty i nieumiejętność zdobycia dodatkowych pieniędzy. Komunizm dawał jako taką stabilizację i był rodzajem przechowalni straceńców, outsiderów, o których śpiewają Simon i Garfunkel.  Te słowa, te smutne frazy mają w sobie coś magicznego: And in the naked light I saw/ Ten thousand people maybe more/ People talking without speaking/ People hearing without listening/ People writing songs that voices never shared/ No one dared/ Disturb the sound of silence – te słowa są jak ukojenie i potwierdzenie, że jednak jesteśmy kimś wyjątkowym. Musimy tylko wsłuchać się w siebie, uwierzyć we własne posłannictwo, musimy sprawiedliwie oceniać to, co zrobiliśmy. Czasem żałuję, że dostałem od losu wrażliwość poetycką, bo wiąże się z nią nieustanny pęd do przodu, parcie ku jakimś wzniosłym celom. A równie piękne może być życie proste, budowa domu, radość z rodzących się dzieci, uprawianie warzywnego ogródka i pielęgnowanie róż, zbiór owoców jesienią i spokojna kontemplacja fenomenów natury. Lubię takich „prostych” ludzi i z nich się wywodzę, z jakąż wielką radością wracam do wspomnień z pobytów u dziadka w Starym Zawidowie, leżącym prawie przy czeskiej granicy, lubię też te chwile, które spędzałem w zadymionej kuchni mojej babci, na ulicy Szubińskiej, w Bydgoszczy. Babcia całe życie „kopciła’ dwie paczki najtańszych papierosów, piła po kilka kaw dziennie i dożyła niemal osiemdziesięciu pięciu lat. Ludzie dzisiejszego czasu nie są przygotowani na zmiany i owe nagłe zawirowania kapitalizmu, nie potrafią też zobaczyć siebie w dłuższym ciągu lat, skupiają się na kłopotach codzienności.

Chłopiec na gruzach - Foto Julien Bryan 1939

A co mieli powiedzieć ludzie czasu wojny, co mieli zrobić Ci, których domy nagle zbombardowano w 1939 roku, najbliższych zabito, przewrócono świat do góry nogami w jednej chwili. Obejrzałem wczoraj w telewizji film pt. Korespondent Bryan, opowiadający o misji Juliena Bryana, amerykańskiego reportera, który pozostawił na kliszach filmowych zapis ataku Hitlera na Warszawę. To prawie nieznane materiały archiwalne, dokumentujące ogrom zbrodni nazistowskich, oglądanych oczyma wrażliwego dokumentalisty. To on zrobił i zachował dla świata pierwsze kolorowe zdjęcia broniącej się stolicy, a także wykonał wiele filmów ukazujących śmierć na ulicach i w domach, ostrzał artyleryjski wielkich haubic i wściekłe ataki Luftwaffe. Głupocie powojennych komunistów i temu, że Polska znalazła się w obozie sowieckim, zawdzięczamy to, że Niemcy nigdy nie zapłaciły za te zniszczenia i za miliony niewinnych istnień. Film pokazuje niemieckie samoloty, ładujące bomby i lecące całymi eskadrami na Warszawę. Słychać dźwięki melodyjnej, niemieckiej piosenki o towarzyszach (camerade), o odważnych pilotach, lecących zabijać Polaków. A potem widzimy to, co zarejestrował Bryan, a więc zmasakrowane trupy na ulicach, zburzone wielkie kamienice, palące się kościoły i Zamek Królewski, tłumy uciekające drabiniastymi wozami, z pośpiesznie załadowanym dobytkiem, pojedynczych ludzi idących pieszo z tobołkami i walizkami. Ten odważny człowiek opowiedział o przerażających zbrodniach i zaapelował przez radio do prezydenta Franklina Delano Roosvelta o włączenie się Ameryki do wojny i powstrzymanie szaleńczego kaprala. Niestety Ameryka żyła swoim życiem, w Nowym Jorku – ukazanym też w filmie w tym czasie – statki przybijały do wybrzeży Manhattanu, ludzie biegali wokół swoich spraw, lśniły niklem coraz bardziej luksusowe auta i odbywały się patriotyczne parady. Roosvelt nie reagował na doniesienia z Europy i postanowił nie angażować się w tę wojnę. Ale czego można się było spodziewać po człowieku, który wyraźnie fascynował się Stalinem, a potem w haniebny sposób pieczętował powojenny podział Europy. Jego izolacjonizm doprowadził do opłakanych efektów, których symbolem stał się bezczelny, japoński atak na Pearl Harbor. Często uważa się tego sparaliżowanego człowieka za najgorszego prezydenta w historii USA, przez wiele lat prowadzącego politykę ustępstw i markowanych działań.

 

12 letnia Kazimiera Mika, z domu Kostewicz, pochyla się nad swoją starszą siostrą zabitą przez Luftwaffe. Warszawa, 14 września 1939 - Foto Julien Bryan

Korespondent Bryan jest dokumentem przerażającym, ukazującym jak wielki naród, żyjący w samym środku Europy, został bestialsko zaatakowany i rzucony na kolana. Przykra jest też świadomość, że Polacy tak szybko zapomnieli o doświadczeniach września 1939 roku i pięciu lat następnych i dali się omamić powojennym zarządcom. Pozwolili też wyeliminować ze świadomości społecznej datę siedemnastego września i ciąg zbrodni innego psychopaty – Stalina. Patrząc na awantury obecnych elit (cóż to za nieadekwatne słowo), zauważam, iż coraz mniej jest w ludziach nadziei, że nasz naród dźwignie się z klęczek i przestanie być zakładnikiem położenia geograficznego. Ten film, zszokowanego Amerykanina i bezstronnego świadka, zachowuje dla przyszłych pokoleń wiele scen, które mogą stać się symboliczne dla zbrodni Hitlera. Oto Messerschmitty lecą w równym szyku bojowym, zrzucają bomby, a piloci strzelają z broni pokładowej do uciekających tłumów. Kilkunastoletnia dziewczyna załamuje ręce nad martwą siostrą i nie rozumiejąc tego, co się stało, pyta: dlaczego nie jesteś już taka piękna, jak byłaś…? Do tego płonące domy, dopiero co zbombardowane lub trafione pociskami artyleryjskimi, zabite konie na ulicach i w parkach, zdemolowane mosty i drogi, a w dalekim planie duch zła i potępienia – Adolf Hitler, grający uważnego stratega i dumnie delektujący się owocami swoich zbrodni. Czy Polacy są w stanie kiedykolwiek się pojednać? Czy kiedykolwiek zwrócą się do siebie z uśmiechniętymi twarzami, czy poczują dumę z tego, co osiągnęli. Czy raczej stale będą się kłócić, intrygować, prowadzić utajnione krucjaty, czy przestaną niszczyć się potajemnie? Takie filmy, jak ów o początku września 1939 roku w Warszawie, powinny szokować i przypominać, że sprawą najważniejszą jest Polska i ludzie w niej żyjący.  Ballada pieśniarzy mojego pokolenia dawno sie skończyła, więc włączam ją jeszcze raz i ze szczególną mocą brzmią mi teraz w uszach słowa: „Fools,” said I, „you do not know/ Silence like a cancer grows/ Hear my words that I might teach you/ Take my arms that I might reach you”/ But my words like silent raindrops fell/ And echoed in the wells of silence. Może rzeczywiście warto wsłuchać się w brzmienie ciszy i zastanowić się nad sobą w historii i nad rocznicowym czasem.

DRAPERIE PRZESTRZENI (VII)

Kamień z Góry Bony w Krzemieńcu

Kamienistość i kamienność wkracza do naszego świata bardzo wcześnie i bywa najpierw bolesnym doświadczeniem. Otarcia naskórka na kolanach i łokciach są zwykle śladem takich nagłych, nieprzewidzianych zetknięć z nią, choć ciało dziecka jest na tyle sprężyste, iż z wielu podobnych sytuacji wychodzi bez szwanku. Jedynym znakiem są wtedy sińce na skórze, czyli podskórne wylewy, z którymi organizm szybko sobie poradzi. Potem przychodzi czas zaprzyjaźnienia się z kamieniem, kiedy to obraca się go w dłoniach, gładzi zaokrąglone krawędzie, przygląda się ubarwieniu i rysunkowi plam, linii, wgłębień i kropek. Jeśli jest on owalny, przypomina spłaszczone jajo, albo kiedy ma kształt włoskiego orzecha, wspaniale nadaje się do rzucania. W miarę rośnięcia organizmu, z biegiem lat i dni, te rzutu są coraz dalsze i coraz dłużej trwa powietrzny lot. Jeśli dziecko stoi nad zbiornikiem wodnym, tak rzuca płaskim kamieniem, by odbijał się on od powierzchni i podskakiwał na niej. To tak zwane puszczanie „kaczek”, które często staje się konkursem, w którym wygrywają najlepsi i najsilniejsi chłopcy, choć zdarza się, że i dziewczęta biorą w nich udział i potrafią elegancko rzucać kamykami o taflę. Widzę siebie, jak dziesiątki, setki, a może tysiące razy rzucam okruchami skał, obtoczonymi przez czas, wodę i wiatr, wydobytymi na powierzchnię planety przez ruchy tektoniczne lub działanie człowieka. Przyglądam się ich lotom i lekko pochylam głowę, jakbym chciał dopomóc im w powietrzu i w trakcie gwałtownego lądowania. W zależności od pory roku, brałem w dłonie gorące, rozpalone słońcem, albo lodowate, smagane mrozem i wiatrem kamyki – jedne chłodziłem w kieszeni, inne ogrzewałem w palcach, przykładałem do policzków lub piersi. Innym razem zmagałem się z wielkimi głazami, a szczególnie w czasach, gdy trenowałem kulturystykę lub, gdy nakładałem sobie młodzieńcze zadania „ponad siły”. To było pchanie, jak kulą, kilkukilowych otoczaków i dźwiganie wielokilowych „kamlotów”, spuszczanie ich z góry lub rzucanie w jakąś przepaść. Nie zapomnę też tych chwil, gdy stawałem przy wielkich głazach narzutowych, wspinałem się na nie lub gładziłem je dłonią, zapoznawałem się z ciekawą fakturą, z ich chropowatą draperią. W przestrzeniach Bretanii takie wielkie głazy nazywa się kromlech i podkreśla się ich znaczenie w celtyckich ceremoniach religijnych, szczególnie w obrzędowości druidów. W innych częściach Europy kromlechy to ustawione pionowo kamienie, najczęściej wokół jakiegoś grobowca lub miejsca kultu (np. Stonhenge). W takim rozumieniu stają się one pierwowzorem kolumnad, w późniejszych pałacach, zamkach i w różnorakich budowlach sakralnych.

Plaża Kleopatry - Turcja

Moje najboleśniejsze zetknięcie z kamieniem miało miejsce, gdy wybuchła wojna blokowa z inną ulicą. W pewnym momencie, na moim osiedlu wykopano ogromną nieckę, w której z czasem wylano fundamenty dużego centrum handlowego. Przez rok, a może nawet i dłużej, świeciła jednak tylko wielka wyrwa w ziemi, która stała się miejscem zabaw dla okolicznej młodzieży. W zimie jej krawędzie i boki wspaniale nadawały się do zjeżdżania po lodzie i śniegu, a latem można było tam kopać w piasku, budować „bunkry” z pustaków, palić niewielkie ogniska. Ta dziura stała się też przestrzenią graniczną, gdzie ścierały się wpływy chłopaków z dwóch zgrupowań blokowych – z jednej strony byli przeciwnicy z ulicy Korczaka i Morcinka, a ze strony drugiej my, to znaczy bandy z żółtych bloków, stojących przy Gałczyńskiego. Naszych wrogów wspierały czasami hordy ze Szwederowa, a nam dopomagali rzutcy wojownicy z Jarów. Miałem może z dziesięć, a może dwanaście lat, kiedy wybuchła największa wojna na kije i kamienie, która dla wielu skończyła się bardzo krwawo. Dzieci często nie zdają sobie sprawy z konsekwencji takich „zabaw”, szybko rzucają czymś w kierunku przeciwnika, a skutki mogą okazać się opłakane. Tak też było i w tym przypadku, gdy wiele kamieni trafiło w głowy, otarło się o ramiona lub uderzyło w piersi, lała się wtedy młoda krew, pojawiały się nowe sińce, słychać było przekleństwa, okrzyki bólu i płacze. Bo przecież ci bojownicy często tylko udawali mężnych i dorosłych, a w głębi duszy byli dziećmi, które reagowały gwałtownie na pojawienie się bólu. Wtedy właśnie, gdy wziąłem udział w tej wojnie i odniosłem wiele sukcesów, trafiając kamieniami w przeciwników, też zostałem namierzony i „poczęstowany” okruchem „planetarnej twardości”. Tego dnia od samego rana rozgorzała zażarta walka, więc w niewielkiej torbie płóciennej zgromadziłem „amunicję” i pobiegłem z kilkoma kolegami na linię frontu. Tam, rzuciłem wiele kamieni w stronę przeciwników i zająłem miejsce w ziemnym zagłębieniu. Było ono dość płytkie i tylko częściowo mnie chroniło. Zauważył to jakiś chłopak po drugiej stronie wojennej niecki i rzucił we mnie dużym „okazem”, który lecąc lobem, uderzył mnie prosto w lewy bok pleców, tuż nad nerką. Skoczyłem natychmiast z miejsca, bo ból był straszliwy, odbierający oddech i natychmiast wyciskający łzy z oczu. Po drugiej stronie rozległy się okrzyki zachwytu, a ja odprowadzany przez kolegów i koleżanki, dotarłem do domu, gdzie jeszcze dostałem burę za to, że brałem udział w takim zdarzeniu. Podczas następnych dni pokazywałem wszystkim na podwórku moje szczególne odznaczenie wojenne – wylew był wielkości dłoni i zniknął dopiero po miesiącu, pozostawiając wszakże uczucie bólu na znacznie dłużej.

Kamienie z Lemanu - Szwajcaria

Nie wiem kiedy pojawiła się u mnie szczególna wrażliwość na kształt, barwę i urodę kamieni, ale chyba było to w dzieciństwie, podczas różnych błahych i dziwnych sytuacji. Może w osiedlowych wykopach lub na podwórku, a może nad brzegiem jeziora lub rzek, nie wykluczone też, że mogło to być podczas pierwszych wyjazdów nad Bałtyk. Wiem na pewno, że gdy pojawiły się ekskursje zagraniczne, naturalną rzeczą stało się dla mnie zbieranie najpiękniejszych kamyków i przywożenie ich do domu, a potem ustawianie ich w szklanych wazach, kulach i cylindrach na szafach i pośród książek. Chyba pierwsze takie okruchy skalne przywiozłem ze Szwajcarii, wyjmując je z wody osławionego jeziora Leman. Zaskoczyła mnie ich marmurowa biel i niezwykłe rysunki żył, linii i cieni na nich, zacząłem zatem chować je do kieszeni płaszcza i wróciłem do hotelu we Fryburgu ze sporym obciążeniem. Zajmując się wiele lat romantyzmem, prowadząc wykłady w uniwersytecie i interesując się w sposób szczególny tą epoką, zawsze fascynowałem się tym miejscem. Stając zatem w Lozannie na brzegu tej wielkiej wodnej przestrzeni, miałem przed oczyma Słowackiego i Krasińskiego, pływających łódkami przy księżycu, ale też wędrujących po winnicach nadbrzeżnych: Byrona, Goethego, Dickensa, Hugo, Tołstoja, Hemingwaya i Miłosza, nie wspominając o wielu gwiazdach kina i estrady, o naukowcach i zatopionych w swoich myślach, pielgrzymach nieskończoności. Potem przywoziłem kamienie z wielu miejsc na świecie i mam teraz w domu spory zbiór mineralogiczny, który jedna osoba skwitowała takim powiedzeniem: kamienie w domu, to życie jak z kamienia. Nie za bardzo się tym przejąłem, choć pojawiły się jakieś trudności w mojej egzystencji, a ludzka głupota i zawiść zrobiła swoje, to nie wiążę tego z moim kamiennym zbiorem. W myślach pojawiają mi się za to czasem święte chwile, gdy chodziłem pierwszy raz w nowojorskim Central Parku i pochylałem się by sięgnąć z ziemi co piękniejsze kamyki. Napisałem potem o nich wiersz, który zrobił dość dużą karierę, był wielokrotnie publikowany i tłumaczony na języki obce, między innymi przez moich żydowskich przyjaciół z Nowego Jorku. Teraz marzy mi się napisanie obszernego szkicu o mineralogii Mickiewicza, która jest bardzo rozbudowana w poszczególnych dziełach, momentami wręcz fascynująca. Mam zatem nadzieję, że uda mi się kiedyś zrealizować ten zamysł, choć polskie życie naukowe odstręcza obecnie od ambitnych przedsięwzięć. Brakuje w nim czystych reguł, za wiele jest koteryjności, nienawiści i feudalnych układów, które burzą spokój i nie pozwalają długoplanowo działać. Lepszy w tym względzie jest system amerykański, gdzie konkursy na stanowiska profesorskie w uniwersytetach i sprawiedliwa ocena dorobku, eliminuje „układowość”, „uznaniowość”  i jednostronność ocen. Biorę zatem do reki kamienie znad Lemanu i te przywiezione z innych miejsc świata, wierzę, że przetrwam wszystko. Czuję, że została w nich zapisana historia świata i mojego życia.

Wyżyna Tybetańska - Chiny

Wielkim doświadczeniem było dla mnie obcowanie z kamiennością w Chinach, podczas moich dwóch wyjazdów w zeszłym roku. Przede wszystkim wizyta nad malowniczym jeziorem Qinghai dostarczyła wielu obserwacji i powiększyła moje zbiory minerałów. Jadąc do dwóch szmaragdowych zbiorników wodnych w Leśnym Parku Narodowym Kanbula, zatrzymaliśmy się przy wielkiej hydroelektrowni, gdzie leżało sporo rumowisk skalnych. W jednym miejscu były też sterty kamieni i chodząc po nich, wybrałem najciekawsze „okazy”, które potem poleciały ze mną do Polski. Dzięki temu mam u siebie malutki kawałek Chin – kraju, którego kultura w szczególny sposób ostatnio mnie interesuje i generuje nowe pomysły pisarskie oraz artystyczne. Kimkolwiek bym nie był i cokolwiek by się nie stało, Chiny na zawsze już pozostaną głęboko w mojej świadomości, pośród marzeń najczystszych i najpiękniejszych, w linii rozwojowej różnorakich działań i przedsięwzięć. Chodziłem zatem po tym zwałowisku i podnosiłem czasem większe kamienie, żałując, że nie mogę ich zabrać do domu. Były tak naturalnie piękne i kształtne, czasem jak wielkie jaja strusie, innym razem jak kule do kręgli, ale ważyły po kilka kilogramów i znacznie przeważyłyby mój bagaż, z konieczności niewielki  z powodu przelotów samolotowych. Te kamyki, które jednak wziąłem też mają swój urok i szczególnie podoba mi się niebieskawy otoczak, z wyraźnymi sinymi liniami żył przerostowych. Dotykam go czasami i wspominam wszystko, co zdarzyło się w zeszłym roku, podczas wypraw do Kraju Środka. Kamienność ukazała mi tam też swój majestat, gdy patrzyłem na ośnieżone szczyty potężnych gór, na wielkie bloki skalne, wiszące nad autostradami, na drobne kamienie, zabezpieczone siatkami, by nie spadały na drogi. Wystarczyło wyjść w hotelu w mieście Xining, leżącym na Wyżynie Tybetańskiej, by zetknąć się z kamienną pierwotnością w pobliskim parku, a także na okolicznych wzgórzach i widzieć ją w odległych planach, ograniczonych kształtem łańcuchów górskich. Wspomnieć jeszcze muszę o innej kamienności, z którą zetknąłem się podczas wyprawy na Chiński Mur. Pogoda była wtedy niezwykle wietrzna, temperatura bliska zera, więc zarówno pradziejowa budowla, jak i okoliczne góry, zionęły chłodem, porażały mroźnym dotykiem. Stanąłem jednak na jednej z wież i delikatnie gładziłem dłonią fragment muru, radując się, że życie doprowadziło mnie do tego miejsca i do tej chwili, jakże naznaczonej tellurycznością i pierwotnością.

Costa Brava - Hiszpania

Zawsze fascynowała mnie też wpisana w kamienie kosmiczność, jakby zakodowane przesłanie z początków istnienia wszechświata. Wszak twarda materia składa się tych samych cząstek, co elementy organiczne, znajdziemy w niej te same pierwiastki budulcowe, podobne połączenia atomów, tylko układ jest inny, tylko kombinacje bywają bardziej złożone. Żelazo i krzem, cynk i miedź, kobalt i sód, a do tego tlen i wodór, czasem gazy szlachetne, tworzą to, co w naszej dłoni jawi się jako twardy kawałek świata. To jest też wielka tajemnica, zaklęta w skale i w okruchu asteroidy, w ogromnej planecie i w niewielkim satelicie – to tajemnica siły spajającej wszystko. Nie wiemy co powoduje, że atomy się nie rozbiegają i przez jakiś czas trwają w określonych uniach, a dopiero po wielu milionach lat poddają się równie powszechnej entropii. To jest ta sama siła, która powoduje, że wszechświat jest stabilny, i mimo swojego niewyobrażalnego ogromu i nieustannego rozszerzania się, nie rozpada się na mniejsze cząstki. Czasami, za sprawą meteorytów i komet, docierają do ziemi fragmenty skał spoza świata ziemskiego i uczeni poddają je różnorakim badaniom. Okazuje się wtedy, że wiele takich okruchów ma jednorodną strukturę, z przewagą żelaza i niklu (syderyty) lub krzemianów oraz kobaltu (aerolity). Nie możemy wszakże wykluczyć, że gdzieś w kosmosie są ciała niebieskie, gdzie w nadmiarze występuje złoto, srebro lub platyna, tak cenione przez ludzi – nie możemy mieć pewności, że gdzieś w przestworze kosmicznym nie krążą planetoidy, na których walają się ogromne rubiny, szmaragdy lub diamenty. Skały przywiezione z księżyca są bardzo stare, bo ich wiek szacuje się od 3, 16 miliarda lat (bazalty tworzące księżycowe morza) do nawet 4,5 mld lat (skały budulcowe wyżyn), ale brakuje w nich licznych pierwiastków, występujących na ziemi. Ciekawostką jest to, że nasz satelita jest bardzo zasobny w żelazo (w anortytach) i w tytan (w ilmenitach). Przed miliardami lat, kiedy kształtowała się ostateczna struktura naszej planety, gdy powoli gasła jej ogromna aktywność wulkaniczna, stygły też skały, z których potem, w określonych środowiskach geologicznych, powstawały kamienie, które bierzemy do rąk. Najczęściej fascynuje nas ich kształt, gładkość lub porowatość, a czasem nawet magiczne działanie. Szczególnie w przypadku kamieni szlachetnych mówi się o ich ukrytej energii i oddziaływaniu na ludzki organizm. Istnieje nawet pogląd, że obcowanie z wielkimi kamieniami ma zbawczy wpływ na zdrowie i przekazuje nam energię z dawnych wieków. Biorąc do ręki kamień, czuje pokorę wobec jego pierwotności i sił go współtworzących, obcuję z tajemnicą istnienia. Pośród ziemskich draperii przestrzeni, kamienność jest bardzo rozpowszechniona, nie w tak wielkim stopniu jak wodnistość, ale w równie zjawiskowy sposób. Podoba mi się bardzo żydowski zwyczaj kładzenia małych kamieni na nagrobkach i manifestowania w ten sposób obecności ludzi żywych przy nich. Kamienność i twardość, kosmos i energia, chwile pierwsze i chwile ostatnie… a to wszystko w niewielkim i w ogromnym kamieniu.

KAMIENIE Z CENTRAL PARKU

przywiozłem z central parku garść kamieni
leżały w ameryce miliony lat czekając na
moją rękę

podniosłem je z ziemi i wsadziłem do
kieszeni

przeleciały ze mną przez
atlantyk

teraz leżą na półce
i na niej zostaną

dotykam ich
i myślę –

ile zdarzyło się w moim życiu ile razy
mogłem ich nie tknąć bity pałką
opluwany i oszukiwany
drżący i wychodzący
naprzeciw szaleństwu

myślę o swoim dzieciństwie o przyjaciołach
i wrogach z tej samej ulicy myślę o moich
miłościach narodzinach dzieci
o chwilach głodu
i zaspokojenia

kamienie z central parku
takie ciepłe i takie
zimne

niczym ludzie – tacy żywi
a później tacy martwi

2000


STONES FROM CENTRAL PARK

i brought a handful of stones from central park
they lay in america for millions of years
waiting for my hand

i picked them up from the ground and put them
into my pocket

they flew with me over
the atlantic

now they are lying on a shelf
and will stay there

i touch them
and think–

how much had happened in my life
how many times beaten by a club

spat on and cheated
trembling and going insane
i could not touch them

i think about my childhood friends
and enemies on the same street
about my passions and the birth of children
moments of hunger
and appeasement

stones from central park
so warm and
so cold

like people–so alive
and later so dead

2000

Translated into English by Stanley H. Barkan & Adam Szyper

Newer entries »

%d blogerów lubi to: