STO WIERSZY POLSKICH (VIII)

William Blake - Bóg stwarzający świat

Juliusz Słowacki. Monolog na szczycie Mont Blanc. Perspektywa kosmogoniczna jest rodzajem spojrzenia panoramicznego, z góry – z wysokości z jakiej – w rozumieniu romantyków i wielu religii, wielu mitów – patrzy Bóg, patrzą atmosferyczni bogowie. Przy takiej perspektywie, przy oglądzie z wysokości, pojawia się teratomorficzny porządek rzeczy i kształtów, niewidzialny z ziemi – pojawia się ów – wskazany wyżej – szyfr istnienia, który widywali ludzie wspinający się na szczyty, albo wzlatujący balonem w chmury. Im bardziej rozwijała się nauka, tym szersza stawała się perspektywa ludzkości w tym względzie, ale dopiero w dwudziestym wieku pierwszy człowiek mógł spojrzeć z kosmosu na całą planetę, zawieszoną pośród innych ciał astronomicznych. Zanim do tego doszło znano tylko obraz świata widziany ze szczytów gór i ze wskazanego wyżej, prymitywnego statku powietrznego. Dlatego tak wielką rolę odgrywała wyobraźnia w wiekach przed wybuchem rewolucji przemysłowej. Poeci romantyczni korzystali z niej w stopniu najszerszym i nie bali się tworzyć panoram najrozleglejszych z możliwych. Ustawiali wtedy swojego bohatera w sytuacji kosmogonicznej wędrówki albo twórczego odkrywania tajemnic z wysokości natchnienia, ze szczytu niedostępnej góry. Tak się dzieje w przypadku Kordiana, którego umiejscowienie na szczycie Mont Blanc jest spełnieniem odwiecznych marzeń ludzkości by znaleźć się na dachu świata, a zarazem – w materii kontekstowej – nawiązuje do głośnej wspinaczki na ten szczyt Antoniego Malczewskiego z 1818 roku. Kordian staje na iglicy (właściwie jest to dość obszerny i płaski szczyt) najwyższej góry w Europie i wygłasza na niej swój kosmogoniczny monolog, który jest też sumą wiedzy o świecie, a także poszerzeniem horyzontów o to rozświetlające wszystko spojrzenie, o panoramę, która rozciąga się od krańców horyzontu, po kresy jego krajobrazów wewnętrznych. Patrzy na dale i komentuje to, co widzi.

To wydźwignięcie ducha na lodową iglicę ma utwierdzać jego  byt   i istnienie całego świata, ale – za sprawą romantycznej wrażliwości i wyobraźni – odsłania również głębie boskiego stworzenia. Świat jest ciemną przepaścią, która ma swoje miejsce w systemie rzeczywistości pulsującej, podlegającej nieustannym procesom deformacji i kształtowania na nowo. Twardość szczytu górskiego przestaje być w takiej sytuacji gwarancją zaczepienia, tym bardziej, że rozpościerające się poniżej wierzchołka obłoki, powodują wrażenie zawieszenia pod niebem górnym i nad niebem dolnym, pod warstwami chmur wyższych i tych nisko płynących nad ziemią. To wystarcza by byt poczuł się wytrącony z romantycznego jestestwa, a poeta odczuł z wielką mocą swoje kosmiczne zawieszenie. Jest to zarazem rodzaj lirycznego szamanizmu, odbicie procesów imaginacyjnych, jakie obserwujemy w ekstatycznym przeżyciu światłości, w transie narkotycznym, uwalniającym ducha szamana i inicjującego wędrówkę w poszukiwaniu duchów stworzenia. Wszakże – jak pisze Mircea Eliade – Szaman jest uzdrowicielem i przewodnikiem dusz dlatego, że zna techniki ekstazy, to znaczy dlatego, że jego dusza może bezpiecznie opuszczać swoje ciało i wędrować na bardzo duże odległości, docierać do Piekieł i wchodzić do Nieba. Z własnego doświadczenia zna intineraria regionów pozaziemskich. […] Ryzyko zabłąkania się w tych zakazanych regionach zawsze pozostaje duże, lecz uświęcony przez inicjację i zaopatrzony w duchy–strażników szaman jest jedyną istotą ludzką, która może stawić czoła temu ryzyku, zapuszczając się w mistyczną geografię. (Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy, Warszawa 1994, s. 188) Ale też sytuacja zawieszenia Kordiana między światami, między piekłem ziemskim a wymarzonym niebem, tworzy w jego świadomości wrażenie zamknięcia, wyodrębnia dla niego niszę, kulę kryształową w której mógłby się unieść w przestworza, porywając przy tym ze sobą wierzchołek Mont Blanc. To byłby lot nie dający wrażeń z nim związanych, bo byłoby to też szybowanie w głąb siebie, głęboko w świadomość i w imaginację. A jednak owo uniesienie byłoby namiastką tego co odczuwa ptak bujający ponad górami – byłoby czymś na kształt re–ornitologii, powrotu myśli do kształtu i ciała ptaka, zniżenia się w łańcuchu bytów do poziomu ożywionych tworów z czarnymi skrzydłami. Nie powinno to dziwić – bo w wyrazistej kosmogonicznej kreacji szamanistycznej ptak odgrywa znaczącą rolę.

Pojawienie się bohatera na szczycie, a potem inicjacja w nim i na zewnątrz niego procesu kosmogonicznego, rodzą zgiełk w obrębie stwórczej wyobraźni, dlatego Kordian na chwilę jeszcze uspokaja żywioły, niczym kapłan wielkiego obrzędu istnienia, przygotowując się do niego, wsłuchuje się w siebie i świat i odnajduje frazy wszech–modlitwy, jaką ludzkość kieruje od zarania dziejów do, różnie wyobrażanego, Boga. Szczyty wielkich gór często w historii wierzeń miały charakter sakralny, stawały się cząstką obowiązującej na danym terenie kosmogonii. Słowacki wypowiada ustami, prawie zabija sam siebie transcendentnym tchnieniem, ale spojrzenie ku dołowi, ku przepaści świata przywraca go życiu, daje też rodzaj wiedzy eschatologicznej. Spojrzenie na Europę odsłania ów porządek, w którym śmierć i grób mają swoje naczelne miejsce, swoją dziwną logikę… bez logiki. Całe narody umierają i zapadają się w monstrualny grób świata, w przepaść świata ciemną, w głębię bez dna. Chmury stojące poniżej szczytu zdają się oddalać ten obraz, a zarazem pobudzać wyobraźnię. Starczy jednak, żeby odsłoniły na chwilę widok pod nimi, a już pojawi się złowieszcza panorama, obraz świata zminimalizowany, zmniejszony przez „szczytową perspektywę”. Ogromny las przypomina wtedy ledwie kępkę mchu, a morze jest białą, bladą plamką. Kim jest z tego miejsca widziany pojedynczy człowiek? W ogóle nie można go zobaczyć, nie istnieje. Poeta musi silniej napiąć wzrok, ale wtedy odsłoni się przed nim inna rzeczywistość, nie ta ziemska, gdzie nieustannie krążą, biegają, wirują żywe ciała, odsłoni się przed nim perspektywa ogólnoludzka. Z jednej strony będą, jakby dostrzegane mimochodem, wywołujące smutek, rodzące żal widoki alpejskich szczytów i krążących wokół nich orłów, a ze strony drugiej ujawni się perspektywa kosmogoniczna nowego stwórcy stającego u początku stworzenia. Poeta widzi górskie szczeliny, które ciągną się od szczytu i znikają w przepaściach, a jednocześnie – opisując je – tworzy wspaniałą metaforę własnej boskości, własnego aktu kosmogonicznego, który zaczyna się głęboko w nim, a potem przeniesiony na świat realny, staje się obrazem bolesnego istnienia. Poeta ukazuje w ten sposób jak działa mechanizm odwiecznego powstawania i ginięcia bytów, a jednocześnie wpisuje swoje istnienie w model rzeczywistości mitycznej, gdzie rządzi człowiek kosmiczny, makroanthropos, który swoim bytem oplata cały przestwór ziemski, a wykraczając poza atmosferę przebiega cały wszechświat. Kordian czuje w tej chwili swoją wielkość, posągowość, czuje, że na szczycie Mont Blanc dokonała się w nim jakaś korpuskularna przemiana, rodzaj przebóstwienia. Ma wiele podziwu dla siebie i swojej wyjątkowości gdy mówi: Jam jest posąg człowieka na posągu świata. Niby przeddziejowy snycerz tworzy w tym momencie posąg człowiek idealnego, figurę samego siebie, rozpiętego pośród całego świata. Nie bez znaczenia są tutaj kropki w tekście monologu, to cisza stworzenia i po stworzeniu, to zaznaczenie, że upływa jakiś czas, a dzieło rozgrywa się tyleż w realnym świecie przyrody alpejskiej, co w czasoprzestrzennej świadomości poetyckiej Słowackiego i w jego psycho–plastycznej wyobraźni generującej –  stwarzającej  stale, na wszystkich poziomach swojej działalności. Tak właśnie Słowacki kreuje własny mit kosmogoniczny, najpełniejsze autostworzenie, a poprzez nie, wydźwignięcie świata z otchłani. Tutaj poeta tworzy siebie w kształcie posągowym, a potem wciela weń cały świat – dalej cały wszechświat. Takie uniwersalistyczne podejście do kreacji rodzi pragnienie by zdobywać jeszcze wyższe szczyty, by wcielać jeszcze rozleglejsze przestrzenie: Kordian chciałby osiągnąć stan wiedzy absolutnej, chciałby wejść na Mons Philosophorum, by stamtąd spojrzeć na świat i podjąć walkę z ciemnotą, z przesądami. Perspektywa krajobrazu alpejskiego i szczytu Mont Blanc zmienia się tutaj w przestrzenie dokonań intelektualnych ludzkości i ich szczyt, owa umysłów góra, symbolizuje wiedzę pokoleń i wiedzę na temat wszechrzeczy. To jest najwyższy wyraz marzenia kosmogonicznego u Słowackiego, który w kreacji Kordiana wypowiada pragnienie by być najwyższą myślą wcieloną. W jego herosie rodzi się jednak frustracja, bo choć jego umysł sięga wyżyn, choć bytuje w idealnej krainie wiedzy ostatecznej, to jednak nie wkracza do niej realnie, jedynie antycypuje tę rzeczywistość siłą wyobraźni. Jest tam i tam go nie ma, nieomal dotyka wierzchołka Mons Philosophorum, a jednocześnie czuje, że jest jedynie na szczycie Mont Blanc. Ta jakże ludzka sytuacja, pozostawanie w konkretnym ciele, nie pozwala mu uruchomić łańcucha potencjalnych wcieleń, których końca upatrywać należy w doskonałości boskiej. Jakież to dla niego wstydliwe, jakież haniebne, że widzi przyszłość człowieka–posągu wykraczającego poza ludzki wymiar, a jednocześnie zdaje sobie sprawę z jego odwiecznego pozostawania w tym samym miejscu, w tej samej przestrzeni. Ta niemoc jest najrealniejszym doświadczeniem piekła, jakby odwiecznym znamieniem, jakie ludzkość ma na czole. Nie może zatem, przebić nim zasłony ciemności, nie może wkroczyć do przestrzeni idealnej, gdzie obok malowniczych krajobrazów zewnętrznych są obszary jakby błyskawicznie przetransponowane z wnętrza, z kreacji wyobraźniowych. Kordian – niczym Mickiewiczowski Konrad stający do konfrontacji z Bogiem – miotany jest sprzecznymi uczuciami – z jednej strony widzi swoją marność na tle wielkości boskiej kreacji, a ze strony drugiej chce podjąć wyzwanie, chce być Stwórcą. Jego moc, to siła uczucia płynącego z głębi serca, a zarazem pragnienie by to uczucie rozlało się po całym świecie i sercach wszystkich ludzi. To jest droga do samorozwoju, do wzrostu samoświadomości ludzi i droga do obalenia tyranów świata. Jeśli człowiek tylko chce, jeśli czuje w sobie moc boskiej kosmogonii, może wpływać na bieg dziejów, może podjąć dzieło nowej kreacji. Będzie wtedy w stanie poruszać lawiny, osuwać śniegi, będzie mógł tak jak Bóg w dzień stworzenia rzucać gwiazdy w przepaście i tak kierować ich ruchem by nie uderzyły w ziemię i nie strzaskały jej.

Delikatność niewyobrażalnie wielkiego procesu kreacji jest jak zwykle u Słowackiego zdumiewająca – uruchamia on ogromy kosmiczne, a nie narusza świata gliny, pobudza tłumy do działania, a nie krzywdzi najmniejszego bytu. Jego Kordian czuje w sobie przez chwilę moc przedwieczną, chce tworzyć i jest przekonany, że poruszy wszystkich i wszystko. Chce iść, wołać, budzić… ale… wystarczy tylko jedna chwila wahania by misterny, budowany w wyobraźni, gmach stworzenia legł w gruzach. Jako byt nadwrażliwy, podlega Kordian nieustannie działaniu swojej rozhukanej, romantycznej natury. Czuje potrzebę budowania czegoś wielkiego, czuje chęć tworzenia nowych światów, podejmowania wyzwań boskich, a jednocześnie odczuwa z natężoną mocą swoją śmiertelność i zakorzenienie w niedoskonałym bycie ludzkim. Chce, ale nie może, pragnie, ale waha się, miota z siebie energie, ale one nikną pośród ogromów, w końcu, zdruzgotany i zniechęcony pyta sam siebie: Może lepiej się rzucić w lodowe szczeliny?… Tak nad ideą stworzenia zawisa na chwilę widmo destrukcji, tak nad żywiołowością pojawia się cień śmierci – samobójstwa, mającego jednak w romantyzmie także określoną wartość „pozytywną”. Może dlatego, po jakimś czasie bohater podejmuje dalej monolog, po tej erupcji lirycznej i wyobraźniowej zaczyna sumować, patrzeć z perspektywy Mont Blanc na swoje dzieje. Jego spojrzenie trafnie syntetyzuje i umieszcza zdarzenia w odpowiednim porządku kosmogonicznym. Najpierw zatem są przeżycia ludzkie, elementy biografii człowieka dochodzącego do romantycznej wrażliwości. Mowa tu o gubieniu uczuć, rozczarowaniach miłosnych, porażce poniesionej na dworze papieskim i utracie dziecinnej wiary. Potem jest pustka, Nic – nic – nic i dopiero przeżycie bliskości przyrody. Dopiero wejście na szczyt góry i spojrzenie na błękity w dali obudziło Kordiana i zainicjowało w nim chęć tworzenia podwalin rzeczywistości od nowa,wniknięcia raz jeszcze w życie. Dopiero wtedy zaczęła się kosmogonia wewnętrzna, tak rozlegle promieniująca na świat widzialny. Musiała ona zacząć się od refleksji o posągowości bohatera, ale też i od poczucia jego małości we wszechświecie, przebywania w ciemności, braku lampy i światła przewodniego – owa kosmogonia musiała zacząć się od zburzenia ciała, od powrotu do retorty alchemicznej, do początkowej fazy materii, bliskiej żarowi słońca i pierwotnego błysku. Taka kreacja stworzy człowieka mitycznego, herosa, który będzie miał profil poety, postać Kordiana, cechy tego, który pojawi się w wyobraźni i w świecie realnym po akcie kosmogonicznym – Winkielrieda narodów. Tego, ku któremu podążał Kordian, najpierw widząc go w sobie, potem w postaci posągowej siebie i świata, dalej w kreacji makroanthroposa, a na końcu – w rozświetlającej jego imaginację postaci rycerza wyzwoliciela. Wtedy też nagle rzeczywistość alpejska zmienia się w świat podań, baśni i mitów, gdzie obowiązują inne prawa, gdzie chmura przemówi do Kordiana i zabierze go do ojczyzny. Bohater wygłaszający monolog stanie się uosobieniem samego wszechświata, jakby jego wysłannikiem, który ma na czole tysiąc gwiazd i w oczach tysiąc, a przy tym jest nieustającym kosmogonicznym snycerzem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: