DZIEWANNA

Dziewanny (Verbascum densiflorum) to jedne z najbardziej charakterystycznych ziół naszych pól i łąk, nieużytków, obrzeży rowów  i poboczy dróg. Lubią wszakże miejsca dobrze nasłonecznione, odsłonięte, pozwalające na niczym niezagrożoną wegetację. Roślina ta należy do rodziny trędownikowatych, a jej ponad trzysta sześćdziesiąt gatunków rozprzestrzeniło się szeroko w Eurazji, w północnej Afryce oraz w obu Amerykach. Łatwo ja rozpoznać i wyodrębnić spośród innych ziół i chwastów, bo rośnie nawet do trzech metrów wysokości, obsypana charakterystycznym żółtym kwieciem. W pierwszym roku rozrostu formuje się gęsta, przyziemna rozeta liściowa, a dopiero w następnym sezonie wyrasta wyniosły pęd. Gdy przyjrzymy się roślinie bliżej, zauważymy, że jej liście są gęsto owłosione, a w niewielkich torebkach gromadzą się owoce, które potem, po pęknięciu osłon, wiatr roznosi na wielkie odległości. Od dawien dawna dziewanna wykorzystywana była w medycynie ludowej, gdzie przybierała też inne nazwy: gorzyknot, knotnica leśna lub polna, dziwizna, szabla lub kędzierzawica leśna. Surowcem leczniczym są bardzo nietrwałe kwiaty, które trzeba suszyć w ciemności i przechowywać w szczelnie zamkniętych pojemnikach. Zawierają one saponiny, związki flawonoidowe, śluzowe, żółte barwniki, olejek lotny, węglowodany, związki tłuszczowe i kwas jabłkowy. Podawane z miodem rozpuszczają śluz w oskrzelach i działają wykrztuśnie, przeciwskurczowo i osłaniająco. Stosowane zewnętrznie, ułatwiają gojenie się ran i niwelują skutki stanów ropnych na skórze. Kojarzy się dziewannę z ubogą wsią, ziemią leżącą odłogiem i panną bez posagu, ale przecież bywa ozdobą krajobrazu wielu krajów. Podczas moich wypraw i penetracji natury, często napotykam wielkie skupiska dziewann, szczególnie tych najpospolitszych (Verbascum nigrum L.). Jako rośliny wydzielające przyjemny, słodki zapach, przyciągają one wiele owadów, które czasem udaje mi się ciekawie sfotografować. Ostatnio prawdziwie wzruszyli mnie moi przyjaciele, mieszkający niedaleko wielkich jezior amerykańskich, którzy przysłali mi zdjęcie tamtejszej dziewanny, rosnącej przy drodze, prowadzącej do ich domu. Bliskość trasy przejazdowej spowodowała, że umieścili specjalne światełko odblaskowe, odbijające światło samochodów w nocy i chroniące tę kruchą strukturę przed zniszczeniem. Dobrze, że są gdzieś tacy ludzie, których obchodzi los rosnącej na poboczu dziewanny. Może jeszcze, w naszym zimnym, bezdusznym świecie, nie wszystko zostało zaprzepaszczone…

Dziewanna chroniona przez światełko odblaskowe

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (IV)

Edward Hopper, Autoportret (1925–1930)

Edward Hopper urodził się w 1882 roku w niewielkim miasteczku Nyack, leżącym na prawym brzegu, szeroko w tym miejscu rozlanej, rzeki Hudson. Rodzice przekazali mu purytańskie wychowanie, które wpłynęło na jego późniejszy introwertyzm i znamienny dystans do otoczenia. Przyszły malarz był jedynym synem, ale miał jeszcze siostrę – Marion Louise. Zachowały się relacje z końca dziewiętnastego wieku, kiedy to jego koledzy, z racji niezwykłej szczupłości chłopca, przezywali go grasshopper, czyli pasikonik. Ironia i dokuczliwość otoczenia oraz religijna aura domu, powodowały, że młodzieniec najchętniej przebywał w odosobnieniu, uciekał ku leśnym samotniom, siadał na wzniesieniach terenu i kontemplował leniwie płynącą rzekę. Wcześnie odkryto jego talenty rysownicze i malarskie i rodzice postanowili dopomóc mu w rozwoju niezwykłego talentu. Choć unikał rówieśników, to otwierał się na doznania intelektualne i dosłownie pochłaniał kolejne tomy z biblioteki domowej, w której sporo było klasyki angielskiej i francuskiej, a także wiele przekładów pisarzy rosyjskich. Z tego czasu zachowały się pierwsze rysunki, przedstawiające ptaki, rodzinne miasteczko i uważne studia wyraziście zróżnicowanych postaci. Czytając romantyków i naturalistów, fascynując się Nędznikami i Panią Bovary, Hopper ukończył szkołę średnią w Nyack i ruszył do Nowego Jorku, by brać udział w kursach rysunku prasowego w Correspondence School of Illustrating. Miał na to pełne przyzwolenie ze strony rodziny, która upatrywała w tym możliwości zdobycia pożądanego zawodu i stałych, dobrych dochodów. Następnym etapem dla młodego artysty stały się studia w New York School of Art., gdzie kształcił się do 1906 roku u takich amerykańskich mistrzów pędzla jak William Merit Chase, Kenneth Hayez Miller oraz mający na niego największy wpływ – Robert Henri. To o nim mówił potem Hopper, że jego odwaga i energia odmieniły kształt sztuki tego kraju, nie uwzględniającej dotąd różnorodności etnicznej mieszkańców i starającej się biernie naśladować malarstwo europejskie. Także podziw Henriego dla sztuki starego kontynentu wpłynął, w 1906 roku, na decyzję ucznia, o podjęciu pierwszej wyprawy za ocean. To w Paryżu, gdzie się zatrzymał, zetknął się ze sztuką impresjonistów, a szczególnie długo studiował malarstwo Sisleya, Pissarra i Renoira. Po latach wspominał: To światło było odmienne od wszystkiego, co widziałem kiedykolwiek wcześniej. Cienie jaśniały, odbijając blask, zamiast go pochłaniać. Nawet pod mostami można było dostrzec jasność.[1] Ten wpływ nowoczesnego malarstwa francuskiego zaznaczył się w całym dorobku Hoppera, spowodował, że jego obrazy są jasne, nasycone energią świetlną, pełne pasji artystycznej – szczególnie widać to w odwzorowaniu wyspy Blackwell (1911) oraz mostu Queensborough (1913), który to obraz uznaje się za apoteozę potęgi techniki i możliwości nowego społeczeństwa amerykańskiego.

Most Queensborough (1913)

Artysta dojrzewał w czasach bujnego rozwoju gospodarczego Stanów Zjednoczonych i wielkiej emigracji. Był to też okres budowania wielkich kolekcji malarstwa przez największych magnatów finansowych i dotowania prawdziwie narodowej sztuki amerykańskiej. Twórca stopniowo zyskiwał wielbicieli swojego malarstwa, ale musiał też zająć się zawodowo ilustracją i dzięki nim gromadził środki, niezbędne do utrzymania. Ta dziedzina sztuki użytkowej nie za bardzo go interesowała, więc zwrócił się ku akwaforcie, pozwalającej na większą ekspresję i dowolność w wyborze tematyki. Właśnie wtedy zyskał niezwykłą swobodę rysunku, którą łączył z bystrą obserwacją i poetycką refleksją. Około roku 1923 pojawia się u niego upodobanie do tworzenia akwarel, szczególnie podczas wakacyjnych pobytów w Gloucester. Maluje wtedy spontanicznie krajobrazy, latarnie morskie, domy, łodzie rybackie i zagubione pośród natury zakątki i samotnie. Goście salonów i koneserzy sztuki, przyzwyczajeni do malarstwa „upięknionego”, zarzucają w tym czasie Hopperowi wybór miejsc „brzydkich”, a często wręcz wstydliwych, dla dumnego z siebie społeczeństwa. On wszakże trzyma się swojej zasady wiernego odzwierciedlania rzeczywistości i kształtującego się coraz mocniej poczucia wyobcowania człowieka z natury, sztucznego bytowania pośród przypadkowych dekoracji. Przychodzi czas licznych obrazów olejnych, które prezentują ludzi w miejscach ich pracy, a także charakterystyczne dla rozwijającej się Ameryki scenki rodzajowe. Dodatkowo mamy w nich do czynienia z pogłębioną analizą psychologiczną i próbą wydobycia, z ludzkich losów , z zachowań i gestów, wielkiej metafory chwilowego istnienia na ziemi. Około 1920 roku zaczynają się istotne zmiany w życiu Hoppera, który poślubia malarkę Josephine Verstille Nivison, którą potem będzie portretował. To bezdzietne małżeństwo, żywiące upodobania do spokojnego życia na wsi i zajmowania się malarstwem, w szczególny sposób ukształtowało profil twórczy artysty. Zaczynał się dla niego czas stabilizacji, tworzenia nowych dzieł, budowy domu w South Truro, z widokiem na zatokę i przebywania w Nowym Jorku. Pozwalają na to kolekcjonerzy, którzy z upodobaniem zaczynają zbierać obrazy Hoppera, a ich zainteresowanie nie gaśnie nawet w czasach wielkiego kryzysu. Zachowało się zdjęcie Arnolda Newmana z 1960 roku, prezentujące artystę na tle jego domu, z ledwie zaznaczoną jakąś inną postacią w dali. Widzimy na nim twórcę, siedzącego na niewielkiej, białej ławeczce, skromnie, lekko ubranego i patrzącego wzrokiem, wyrażającym mądrość i głębię myślenia, jakby nieco zażenowanego całą sytuacją. Niezwykle twórcze, pełne wielkich dzieł, a zarazem jakże skromne życie Hoppera zakończyło się 15 maja 1967 roku, w pracowni przy Washington Squere, tuż przed jego osiemdziesiątymi piątymi urodzinami. Żona przekazała informacje o jego ostatnich chwilach – powiedziała, że po prostu siedział w fotelu, zamknął oczy i po minucie był już martwy. Nie wydał przy tym żadnego jęku, westchnienia, odszedł cicho, spokojnie, bez egzaltacji, tak skromnie, jak żył.

Nocni włóczędzy (1942)

Spośród wielu obrazów Edwarda Hoppera szczególną uwagę przyciągają jego przybliżenia ludzi, odwzorowywanych w amerykańskich przestrzeniach otwartych i zamkniętych. Największą sławę zyskał zapewne obraz zatytułowany Nocni włóczędzy (Nighthawks), namalowany w czasie drugiej wojny światowej, w 1942 roku. Przedstawia on charakterystyczną, nocną scenkę z baru przy Greenwich Avenue w Nowym Jorku, w którym są ledwie cztery osoby: sprzedawca w białej czapeczce i takim samym stroju, samotny mężczyzna, ukazany od tyłu i podejrzana para, w której jedni dopatrują się sutenera i prostytutki, a inni widzą przygodnych gości, którzy tylko zatrzymali się, w drodze przez Manhattan, na kubek gorącej kawy i papierosa. Widać, że padły jakieś słowa i za chwilę skomentuje je barman lub człowiek siedzący tyłem i trzymający w prawej ręce szklankę z jakimś napojem. Szczególnie wyrazista jest twarz kobiety, która patrzy na trzymanego w ręku papierosa i zamyśla się, a może tylko na moment spuszcza wzrok, by zaraz unieść powieki i spojrzeć na tego, kto pierwszy się odezwie. Równie dobrze może to być sam artysta i jego przyjaciółka z czasów studiów nowojorskich, a potem żona i towarzyszka życia, wszakże podobieństwo obu postaci jest zdumiewające. Warto skupić uwagę na sprzętach, charakterystycznych dla odwzorowanej chwili, na dwóch wielkich, lśniących niklem ekspresach, zapewne do kawy i herbaty, na cukiernicy i wykałaczkach, na solniczkach i pieprzniczkach stojących na ladzie, wreszcie na pojemniku na papierowe chusteczki i na kubkach, umiejscowionych przy dłoniach gości. Są jeszcze jakieś żółte drzwi, prowadzące na zaplecze, okrągłe stołki do siedzenia, nieodłączny w tym malarstwie mrok za oknami i ledwie mały fragment pustej ulicy. Kobieta ubrana jest w czerwoną sukienkę, a mężczyzna ma na sobie szary garnitur, błękitną koszulę z ciemnym krawatem i na głowie kapelusz z czarną wstęgą nad rondem. Podobne, amerykańskie nakrycie ma odwrócony mężczyzna, który jakby wyłania się z ciemności. Artysta znakomicie ukazał tutaj nocne cienie i rozproszenie światła, a oprócz tego nasączył obraz aurą nostalgii, szlachetnego smutku i monotonii egzystencji. To jakby metafora amerykańskiego wyobcowania i nieustannego oczekiwania na to, co się wydarzy i może odmieni diametralnie losy namalowanych postaci. Choć ludzie ci są w tym samym miejscu i czasie, to wyraziste jest tutaj ich oddzielenie i nawet owa bliska siebie para, manifestuje swoje rozdzielenie. Nic nie wskazuje na to, że mamy do czynienia z żarliwie kochającymi się ludźmi, raczej z osobami, które mają jakieś problemy, we własnym, wąskim świecie, wyraźnie oddzielonym od innych przestrzeni.

Niedziela (1926)

Warto zatrzymać się też przy obrazie pt. Niedziela z 1926 roku, będącym emblematem (modne obecnie słowo: ikoną) ludzkiego zamknięcia w sobie, wyobcowania i beznadziei. Przed jakimś budynkiem, na pustej ulicy siedzi mężczyzna w charakterystycznym dla lat dwudziestych stroju, urzędnika bankowego lub sprzedawcy. Nie możemy zorientować się w jakim miejscu pracuje, bo obraz nie zawiera żadnych informacji na ten temat. Widzimy tylko jakąś brudną, odrapaną witrynę i równie sfatygowany podest przed nią, oddzielający otwarte wejście od piaszczystego podłoża ulicy. Za wielkimi oknami zieje brunatna pustka, a nieco światła wpada do środka tylko przez uchylone drzwi. Łysy, dość korpulentny mężczyzna, siedzi zamyślony na podeście, a jego twarz wyraża smutek i przygnębienie, jakieś głębokie zapatrzenie we własne wnętrze.  Nawet jego cień jest minimalny, a otoczenie wzmaga poczucie zagubienia i zarazem przywiązania do wąskiego wycinka rzeczywistości, nie dającego szansy na oddalenie się i poznanie innego świata. Łatwo wyobrazimy sobie codzienną drogę tego człowieka do pracy, w której niewiele się dzieje, klienci przychodzą rzadko, a większą część czasu spędza on na oczekiwaniu na kogokolwiek. Może myśli o swojej żonie, która czeka na skromną wypłatę, może zastanawia się jak pomóc dzieciom, które potrzebują nowych butów i odzienia, a ich marzeniem jest wyprawa małym stateczkiem do Statuy Wolności albo wjechanie na najwyższe piętra Empire State Building. Skąd wziąć na to dolary, gdy brakuje ich na jedzenie i ubranie, jak zarobić większą sumę, gdy wszyscy dookoła narzekają na brak pracy, na kłopoty ze zdrowiem i na złe warunki bytowania? Może lepiej rzucić to wszystko i pojechać na zachód, może łatwiej żyłoby się w małym domku, zagubionym pośród amerykańskich bezdroży? Człowiek stworzony jest do działania, a tutaj, w tym starym domu nic się nie dzieje, nikt nie jest oczekiwanym gościem, wszystko ma wymiar płaski i skończony, nieustanie powielający to, co już było. Jeszcze chwila i mężczyzna wstanie, obejdzie swoje nędzne królestwo, przestawi szklankę z wodą na inne miejsce, strzepnie paprochy ze spodni i kamizelki, wyjrzy przez okno, a potem znowu wysunie się przed front budynku, z ociąganiem usiądzie na podwyższeniu i czekać będzie na nie wiadomo co.

Letni wieczór (1947)

Inny obraz – Letni wieczór – namalowany w 1947 roku, w czasie powojennej stagnacji, przedstawia scenkę, jakich wiele miało swoje miejsce na tym kontynencie. Jakaś para przysiadła na barierce werandy typowego, obłożonego białymi deskami, amerykańskiego domu. To jest znowu, tak ulubiony przez Hoppera moment, kiedy padły jakieś słowa i ludzie zamyślają się, rozważają co jeszcze powiedzieć. Dookoła panuje nieprzenikniona ciemność, a tylko światło na werandzie wydobywa i wyraziście oświetla postacie, byle jakie drzwi wejściowe, kolumny i fragment okna. Dziewczyna jest dość urodziwa, choć ma może zbyt atletycznie zbudowane uda i dość wydatną kibić. Krótka, wypłowiała spódniczka zdradza, że pragnie ona podobać się mężczyznom, a przy tym nie potrafi właściwie ukryć mankamentów swojej sylwetki. Obcisła bluzka opina jej wydatne piersi i łatwo daje się zsunąć podczas miłosnej przygody. Mężczyzna jest zapewne lokalnym elegantem, na co wskazuje wymuskana fryzura i modne swego czasu, białe buty z krótkimi sztylpami, zachodzącymi za obszar sznurowadeł. Drelichowe spodnie i bawełniana koszulka mogą wskazywać, że jest marynarzem lub wojskowym, albo po prostu pracownikiem jakiejś wielkiej fabryki lub plantacji owoców. Nie wiemy z jakim stanem USA mamy tutaj do czynienia – czy są to okolice Nowego Jorku, czy jakiś obszar nad jednym z oceanów oblewających kontynent, czy to chłodna północ kraju, czy jego ciepłe południe. To jest wszakże scena modelowa, spotkanie jakich miliardy miały miejsce w różnych momentach historii tego wielkiego kraju. Może dziewczyna powiedziała właśnie mężczyźnie, że zaszła w ciążę, albo dowiedziała się od niego, że dłużej nie będą się spotykali? Może skomentowali jakieś wydarzenie lub zastanawiają się skąd zdobyć fundusze na budowę domu i wspólne zamieszkanie w nim? Niewątpliwie jest jakaś więź pomiędzy tymi osobami, jakieś autentyczne, seksualne napięcie, ale też – jak zwykle u Hoppera – pojawia się i chłód, istnienie osobne, jakaś istotna przeszkoda, nie pozwalająca się im zbliżyć bardziej do siebie. Może są tylko znajomymi, a może to brat i siostra? Raczej chyba nie, bo strój dziewczyny wskazuje, iż jest to randka. Zastanawia jednak gorycz na jej twarzy i jego głębokie zamyślenie, jakby mięli podjąć ostateczna decyzję, jakby to była ostatnia ich wspólna chwila.

Automat (1927)

Pod koniec lat dwudziestych, ubiegłego wieku, zaznacza się u artysty tendencja do malowania subtelnych, zamyślonych kobiet, modnie ubranych, w krótkich spódniczkach, gustownych kapeluszach i w jedwabnych pończochach. Warto w tym względzie wskazać dzieło pt. Automat z 1927 roku, przedstawiające taką kobietę, zamyśloną i wpatrzoną w filiżankę kawy. Jest ona ubrana w piękny, ciemnozielony płaszcz z futrzanym kołnierzem i takimi samymi zwieńczeniami rękawów. Jest bardzo zgrabna i ponętna, co podkreśla jeszcze modny kapelusz i dość duży dekolt ciemnej sukienki. Może czeka na ukochanego, może umówiła się z przyjaciółką, a może jest panienką do wynajęcia – wszak to, że wybrała kawę z automatu, wskazuje, że nie należy ona do osób zamożnych. Z kolei jej dość wykwintny ubiór wskazuje, że albo należy do klasy średniej, jest urzędniczką, guwernantką lub sprzedawczynią w wielkim magazynie, albo że jest po prostu prostytutką, czekającą na propozycję. Nowy Jork nie należał w tamtych czasach do miejsc spokojnych i samotna kobieta w nocnej, taniej kafeterii, musiała rodzić tego typu skojarzenia. Przerażająca jest pustka tego miejsca, gdzie są tylko najprostsze sprzęty, jakiś kaloryfer, jakieś drzwi, waza ze sztucznymi, plastykowymi owocami, proste krzesła i wieszaki. Za wielkim oknem, jak często u tego twórcy, panuje nieprzenikniony mrok, nieznacznie tylko rozświetlony, ciągnącymi się w dal lampami. Potęgują one wrażenie nieskończoności i zagubienia kobiety w tym zimnym, bezlitosnym świecie. Jej twarz, przyozdobiona kosmetycznym pudrem, z wyrazistym czerwonym akcentem uszminkowanych ust, wygląda jak maska z japońskiego teatru kabuki i właściwie niczego nie wyraża. Może tylko smutek egzystencji i zapatrzenie w głębie czasu, płynącego powoli, ale nieubłaganie. Charakterystyczne jest to, że zdjęła ona tylko jedną, prawą rękawiczkę, a lewa ręka pozostaje stale w skórzanym okryciu. Wskazuje to, że wpadła tu ledwie na chwilę, że wypije kawę, założy z powrotem drugą rękawiczkę i wyjdzie na zewnątrz. A może to rodzaj kobiecego roztargnienia i intensywnego bytowania w jakichś dręczących myślach lub rozpaczliwego szukania wyjścia z trudnej sytuacji? Mamy tutaj wyraźne wskazanie – o czym świadczy ubiór kobiety – że jest to chłodna pora roku, a i czas dobowy daje się ściśle określić – po zachodzie słońca, w nocy. Raczej są to późne godziny, lub czas po północy, bo pomieszczenie jest puste, wypełnione tylko aromatem kupionej kawy. Nie wiemy czy kobieta czuje się samotna, czy jest w depresji, czy może ledwie zatrzymała się w biegu, wszakże ułożenie nóg, delikatne ujęcie filiżanki i spuszczone oczy, utkwione w niej, wskazują, że mamy do czynienia z osobą głęboko coś odczuwającą, może kontemplującą swoją samotność, a może podejmującą jakąś ważką decyzję życiową. Kompletna pustka ulicy, mrok rozprzestrzeniający się w dal, w szczególny sposób skupiają uwagę na kobiecie i pomieszczeniu, w którym się znalazła. Samotna i zagubiona, myśląca i zamknięta w sobie, jak ludzie, którzy zgubili cel w życiu, jak osoby, które zatrzymały się ledwie na chwilę, w nieustannym biegu, odbierającym podmiotowość i odciskającym swoje niezatarte piętno na jaźni, zranionej przez wielkie miasto, nie dające szansy istotom słabym.


[1] Por. S. Borghesi, Hopper, tł. D. Łąkowska, 2006, s. 16. W partiach biograficznych tego wpisu korzystam z tego właśnie opracowania.

* * *

Piszę esej o Edwardzie Hopperze, amerykańskim malarzu smutku, nostalgii i beznadziei, a zarazem kimś bardzo ważnym dla prawdziwego zrozumienia ludzkiej natury. Udziela mi się jego zapatrzenie w głębie i przepaście człowieczej psychiki i patrzę na swoje życie z tej perspektywy. To nieuniknione, że popełniamy błędy i spotykamy na swojej drodze błaznów, klownów i dewiantów, którzy utrudniają nam rozwój, stają na szlaku, niszczą czyste, dziecinne pragnienia prawdy i piękna, ciepła i miłości. Nikt nie rodzi się z obietnicą, że będzie mu łatwo i nawet ci, którzy osiągnęli wielki sukces, zapisali się złotymi zgłoskami w historii ludzkości, często cierpieli ponad miarę i zyskiwali sławę dopiero po śmierci. Może lepsza jest postawa Hoppera, który pędził spokojne, skromne życie w pracowniach nad oceanem i w Nowym Jorku, może lepsze jest wyciszenie i dostrzeżenie ludzkiej wyjątkowości, tego cudownego zawieszenia w czasie i w przestrzeni, w delikatnej łupince Ziemi, pośród kosmicznych ogromów. Moja przyjaciółka, która poleciała właśnie do Ameryki, namawia mnie, by żyć egzystencją dla rozwoju i spieszyć się, bo czas leci tak szybko, że trudno jest go zatrzymać, zdobyć się na refleksję, wyodrębnić z niego jakiś istotny przedział. Może tak, może trzeba zostawić wszystko, zdecydować się na istnienie osobne, ukierunkowane na własny rozwój, a może lepiej – Jak Hopper – pozwolić by czas płynął, robić swoje, malować, czytać, myśleć, a potem spokojnie, bez żalu odejść. Ptaki odlatują jesienią do ciepłych krajów i ludzie też szybko odchodzą, nieubłagalnie znikają, bezpowrotnie gasną, jak cienie w obliczu zachodzącego słońca. Jak gwiazdy na płowiejącym niebie…

STO WIERSZY POLSKICH (V)

Tchórz pospolity Foto MaleneThyssen

W poprzednim wpisie wspomniałem tchórza, niewielkiego drapieżnika żyjącego na skraju lasów, w zagajnikach i zaroślach, a czasami w pobliżu sadyb ludzkich. Nasz największy poeta romantyczny uczynił z tego zwierzęcia bohatera swojej bajki. Jej aktualność w czasach upadku autorytetów, nieustających sporów, kłamstw i oszustw jest doprawdy porażająca.

W dorobku pisarskim Mickiewicza znajdziemy utwór szczególny. Jest to bajka o odcieniu politycznym, zatytułowana Tchórz na wyborach, a powstała najprawdopodobniej w 1832 roku. Nie możemy być pewni czy to datowanie jest właściwe, bo – jak podaje Cz. Zgorzelski – Zachowała się jedynie kopia bajki w zespole odpisów Chodźki (…). Poeta nie ogłosił „Tchórza”, opublikowano go dopiero w wyd. paryskim z 1861 roku. Notatka w kopii pod tekstem „r. 1832” oznacza autentyczną bodaj datę utworu; bajka przynosi satyrę na spory polityczne emigracji, z którymi poeta mógł się zetknąć dopiero po przyjeździe do Paryża (31 VII 1832). Mogła więc powstać dopiero w drugiej połowie tegoż roku. Tekst ustalono na podstawie kopii Chodźki z wprowadzeniem zmian według opracowania w „Dziełach wszystkich”, t. I, cz. 3, s. 258-259. (Cz. Zgorzelski, Objaśnienia [w:] A. Mickiewicz, Wybór poezyj, Wrocław 1986, t. II, s. 272.) Bajka ta została zapewne napisana w nawiązaniu do konkretnej sytuacji i konkretnego zajścia. Nie będziemy tutaj przywoływać faktów z pierwszych miesięcy pobytu Mickiewicza w Paryżu, bo miało wtedy miejsce wiele zdarzeń i wiele spraw trzeba by tutaj szeroko opisać – posłużmy się raczej syntetycznym przybliżeniem Stanisława Pigonia: Po przyjeździe na emigrację Mickiewicz od razu rozwinął intensywną działalność społeczną, publicystyczną i literacką, w przeważnej mierze działalność wprzężoną w zbiorowe zabiegi organizacyjne. Chciał stanąć w szeregu, u boku innych działaczy. Ten typ pracy dla sprawy wspólnej, narodowej, pracy przerwanej wkroczeniem przemocy przed laty ośmiu, stanął znów przed poetą jako powinność, silnie zwłaszcza odczuwana po przeżyciach i konfliktach ostatnich miesięcy. Znowu więc znalazł się między założycielami towarzystw, znowu go widzimy, jak układa dla nich programy działania, jak sam w tej działalności zbiorowej aktywnie uczestniczy. Wszystko podobnie, jak było ongiś wśród filomatów. Z poczynań poety w owych zespołach organizacyjnych niejedno ma głębsze znaczenie w obrazie jego owoczesnej twórczości literackiej. (S. Pigoń, Program polityczny „Pielgrzyma Polskiego” [w:] Zawsze o nim, Warszawa 1998, s. 394.) I to zapewne z tego powodu i pod wpływem impulsu chwili powstał wiersz, który pomimo obciążenia publicystyką, sprawdza się znakomicie w formule bajki na pograniczu facecji łowieckiej i opowiastki moralizatorskiej La Fontaine’a (Łasica, królik i kot.). Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą kunsztownego języka, błyskotliwych skrótów i znakomicie narysowanej sytuacji. Pobudki musiały być szczytne, bo krytyka jest tu  zjadliwa – zapewne sytuacja ukryta pod powierzchnią zdarzenia musiała żywo dotknąć Adama. Także kierunek przesłania dydaktycznego wskazuje na impulsywny charakter reakcji autora. To zachowanie z rzędu tych, o których piszą potem badacze, że miały w sobie żar patriotyczny i dobro obywatelskie na względzie. To jedno z tych działań dla chwały narodu i chwały twórcy, który jawnie opowiada się za stosowaniem właściwych kryteriów oceny. Ludzie tak reagujący – jak pisze Artur Górski – Mają (…) wspólny rytm, coś orlego w sobie. Co czujemy u Mickiewicza, w polonezach Chopina, w prostej tych czasów piosence – wola bohaterska, chwała wielkich czynów i wielkich grobów, ten dźwięk rycerski wypełnia powietrze, w którym oni żyją. To było pokolenie chwały. A chwała to nie jest rzecz marna. (A. Górski, Monsalwat. Rzecz o Adamie Mickiewiczu, Warszawa 1998, s. 204.) Przyznajmy jednak od razu, że obok owej powagi w polemice z polskimi przywarami, znajdziemy też tutaj cały szereg charakterystycznych „chwytów”, elementów, form charakterystycznych dla zabawnej bajki ludowej.

Bohaterem utworu uczynił Mickiewicz zwierzę tyleż znane, co nieznane. Tchórz – to przecież nazwa dwóch gatunków ssaków drapieżnych z rodziny łasicowatych. Tchórz pospolity (Mustela putorius) to drapieżnik o długości ciała 35–45 centymetrów, a ogona 10– 17 centymetrów. Jego samica jest mniejsza. Zwierzę ma sierść ciemnobrązową, z prześwitującymi mlecznożółtymi włosami wełnistymi, brzuch, nogi i ogon są prawie czarne. Prowadzi on nocny tryb życia, poluje głównie na gryzonie, a także na ptaki, ryby, płazy i gady. Gniazdo przygotowuje sobie w dziuplach, rozpadlinach i norach. Zamieszkuje skraje lasów, zagajniki, brzegi zbiorników wodnych, a także zabudowania gospodarcze (głównie zimą). Na Litwie czasem pojawia się też azjatycki tchórz stepowy (Mustela everesmanni). Trudno dzisiaj rozstrzygnąć jakiego tchórza miał na myśli Mickiewicz, bajka nie dostarcza w tym względzie żadnych wartościowych przesłanek. Nie wskażemy też w życiorysie poety tych momentów, kiedy mógł mieć do czynienia z tchórzami. Mogło to być jeszcze w czasach pobytu w Nowogródku, gdzie jak wiadomo Mikołaj Mickiewicz urządził dla dzieci coś w rodzaju małego ogrodu zoologicznego. (Por. wiadomości o „ogrodzie zoologicznym” Mikołaja Mickiewicza [w:] M. Gorecka: Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, Warszawa 1875.) Mógł Adam przyglądać się wypchanym zwierzętom w gabinetach zoologicznych Uniwersytetu Wileńskiego. No i mógł przyjrzeć się bliżej tchórzom w posiadłości Wereszczaków w Tuhanowiczach, gdzie podczas letnich wakacji zabawiał się w wesołej kompanii. Wiemy, że jadł wtedy gruszki i jabłka, pił herbatę, kawę i wino, jadł „przednie obiady”, a nade wszystko oddawał się konnym wycieczkom i polowaniu. Tamta okolica znakomicie odpowiada tej, w jakiej najchętniej bytują tchórze. (Por. A. Piroczkinas, Litewskie lata Adama Mickiewicza, przeł. B. M. Białostocka, Warszawa 1998, s.224-225.) Tego jednak tchórza, który pozostał w świadomości poety, tego konkretnego, nie znajdziemy w zachowanych świadectwach jego życia. Musiał jednak Mickiewicz wiele wiedzieć o tym zwierzęciu, skoro „wykorzystał” go w swojej bajce i wskazał w niej na powierzchowny odbiór cech ludzkich i zwierzęcych, podporządkowywanie własnej oceny ocenie hałastry, ocenie gminu, zmieniającego łatwo punkt widzenia tłumu.

Przyjrzyjmy się teraz pokrótce sytuacji, jaką nakreślił Mickiewicz w utworze. Pierwsze osiem wersów jest opisem zdarzenia, ale też nawiązaniem do wydarzeń, których nie znajdziemy w fabule. Miała miejsce jakaś porażka, jakieś zwierzęta przegrały i w jakiejś zwierzęcej armii zapanował „nierząd”. Zwołano zatem radę, podczas której zarysował się konflikt interesów, zaczęto wzajemnie mnożyć oskarżenia i obarczać się winą za poniesioną klęskę:  Po owej porażce zwierząt/ Wszczął się w ich armiji nierząd./ Zwołana wojenna rada,/ Z rady zwada./ Każdy każdemu się żali,/ Każdy przed każdym się chwali/ I każdy winę na każdego wali,/ Tchórzowi tylko wszyscy pokój dali. ( w. 1-8 ) Tylko tchórza pozostawiono w spokoju, bo przecież – wiadomo – tchórz to tchórz. Nie mógł w niczym uczestniczyć, nie mógł o niczym decydować. W takiej chwili, gdy ścierają się opcje, gdy do głosu dochodzą partykularne interesy, inaczej też zaczyna wyglądać ów tchórz. Zwierzę to zdało sobie zapewne sprawę z tego, że może odegrać jakąś rolę w jego świecie, bo zaczęło głosić perory niczym wytrawny mówca: Obywatel tchórz w rządzie nie zasiadał/ Ani wojskowo nie służył,/ Więc w politycznym życiu się nie zużył./ Ufny w niepokalaną swą przeszłość, tak gadał:/ «Obywatele, czas już przystąpić do kwestii:/ Czemu przypiszem klęski tej kampanii?/ Czy że na wodza brak nam zdolnej bestii?/ Nie! ale my ulegli przesądów tyranii./ Grzesznym przodków obyczajem/ Nie tym buławę oddajem,/ Których zasługa i talent wyniosą,/ Ale tylko mamy w cenie:/ Ci drapieżne urodzenie,/ Tamci rogate znaczenie, A owi socyjalne tłuste położenie. (w. 9-23 ) Zwierzęta zapewne słuchają tchórza z zaciekawieniem i pewnie go chwalą, bo staje się coraz bardziej zarozumiały, coraz odważniejszy. Po owej analizie klęski, kiedy wskazał butnie na przesądy, tyranię, kiedy niedwuznacznie skrytykował pewne grupy zwierząt, przystępuje imć tchórz do frontalnego ataku. Jego bufonadę podkreśla Mickiewicz rozkołysanym zapisem wersów, jak i stylizacją na safandułowate kazanie. Krytyka drapieżnika staje się dosadna, i niebawem, nie zważając na proporcje sił i na grozę wielkich zwierząt, przypisuje im tchórz najgorsze cechy, nie waha się też kpić w żywe oczy: Otóż dowódcy nasi, przypatrzcie się, kto są:/ Lew prezes, istny pańskich ideał nałogów./ Radca zubr, już dziad, ledwie goni resztką rogów./ Niedźwiedź mruk, niech no stanie przed wojskiem, co powie?/ Z lamparta byłoby coś, ale mu pstro w głowie./ Że pułkownik wilk sławny, toć tylko z rabunków/ I z procesu, co zrobił owemu jagniątku./ A o kwatermistrzu lisie/ Lepiej przemilczeć, zda mi się,/ Niźli zazierać do jego rachunków:/ Sam się nie tai, że skory do wziątku./ Pominiemy odyńca: pan ten tylko pragnie/ Skarbić żołędzie i spoczywać w bagnie,/ Przywyklejszy doń niż do marsowego kurzu./ Co się zaś tyczy osła, ten był i jest błaznem.» – (w. 24-38) Według tchórza lew ma „pańskie nałogi”, żubr ledwie zipie, niedźwiedź jest mrukiem, lampart ma pstro w głowie, wilk jest rabusiem i mordercą, lis jest oszustem i złodziejem, odyniec jest żarłokiem i leniem, a osioł – błaznem. Te charakterystyki pozostają w zgodzie z tradycyjnymi klasyfikacjami cech zwierząt w obrębie bajki ludowej (żubr, niedźwiedź, wilk, lis, odyniec, osioł), albo są ich zaprzeczeniem (lew, pantera). I choć klasyfikacje te są przejrzyste, nie posiadamy wystarczającej wiedzy na temat źródeł tego rodzaju wyborów. Stale stosunek Mickiewicza do folkloru  jest tajemnicą dla badaczy. Jak przypomina Julian Krzyżanowski: Twórczość Mickiewicza znamy na wylot, w stworzonym przez wyobraźnię poety świecie orientujemy się bezbłędnie, a jednak napotykamy w jego orbicie raz po raz zagadki, których rozwiązać nie umiemy. Dotyczy to nie tylko tych czy innych szczegółów, spraw podrzędnych i nieistotnych, ale nawet zagadnień niejednokrotnie bardzo ważnych, nawet całych sporych kompleksów treściowych, z których składa się pojęcie oznaczane mianem „Mickiewicz” czy „twórczość Mickiewicza”. Do zagadnień tych należy w pierwszym rzędzie stosunek autora Ballad i romansów do folkloru, do pieśni ludowej i bajki ludowej, do obyczaju wiejskiego i świata wierzeń wiejskich. (J. Krzyżanowski, Z motywów folklorystycznych u Mickiewicza [w:] Paralele. Studia porównawcze z pogranicza literatury i folkloru, Warszawa 1961, s., 310.) Nie wiemy czy motyw zarozumiałego tchórza zaczerpnął Mickiewicz z jakiejś litewskiej powiastki, czy też wzorował się tylko na wielkich twórcach bajek „zwierzęcych”. Nie wiemy też czy interesował się w jakiś szczególny sposób tego rodzaju utworami. Wywodził się przecież z niewielkiego miasteczka, prawie wsi, w którym krzyżowały się drogi wielu mieszkańców nowogródzkiej ziemi. Mógł słyszeć tego rodzaju bajki w domu, na placu, gdzieś pośród wzgórza zamkowego. Chłopcy przekazują sobie różne opowieści, a dorośli  częstokroć, poprzez opowiadane dzieciom bajki, pragną osiągnąć jakiś cel dydaktyczny. Rację jednak ma też Krzyżanowski, gdy mówi, że Wśród tworów bajkowych są pewne kategorie, które dla słuchaczy wiejskich czy dla dzieci wydają się czymś równie fikcyjnym, jak dla czytelnika obeznanego z fikcją literacką. Są to mianowicie bajki o zwierzętach oraz bajki fantastyczne. (J. Krzyżanowski, Bajka ludowa [w:] W świecie bajki ludowej, Warszawa 1980, s. 31-32.) Bo przecież najważniejsza dla tego rodzaju słuchaczy była użyteczność – funkcja moralizatorska szła na plan dalszy. Ów tchórz mógł być dla dzieci pokroju Mickiewicza i dla wielu dorosłych mieszkańców ziemi nowogródzkiej zwierzęciem równie tajemniczym i fantastycznym jak gryf albo smok. Mogli go widywać pośród pól i łąk, mogli natknąć się na martwe zwierzę przy stawie albo na drodze, ale przecież nie posiadali oni o nim dostatecznej wiedzy. Był jakby zaledwie symptomem, który wyobraźnia poety mogła dopiero literacko ożywić, którego fantazja mogła wyposażyć w cechy, o których nic dotąd nie wiedzieli. Mickiewicz piszący tę bajkę jest już twórcą dojrzałym i potrafi znakomicie wykorzystać – zdawać by się mogło – błahy i ograny motyw poetycki. To jest jedna z tajemnic jego sztuki, czegokolwiek bowiem by się nie tknął – zawsze pozostawiał dzieło o formie i treści pełnej, częstokroć ostatecznej. Mickiewicz dojrzały, Mickiewicz po roku 1829 – pisał Julian Przyboś – osiąga  we wszystkim, co pisze, doskonałość poetyckiego wyrazu. Wydobywał w tym celu z języka polskiego maksimum obrazowości, rytmiczności, energii coraz to innej, bo poruszającej coraz to inne przebiegi uczuć, aktów myśli, woli i wyobraźni. Słowa jego poezji przestają być tylko znakami rzeczy. Słowa Mickiewicza chcą stać się rzeczami, a zdania zdarzeniami. Dlatego właśnie toczą się, grają i świecą. (J. Przyboś, Najwyższy z czujących [w:] Czytając Mickiewicza, Warszawa 1998, s. 179.) Tę obrazowość i tę rytmiczność, a nade wszystko energię i ekwiwalenty słowne, zmieniające się w realne kształty, znajdziemy w Tchórzu na wyborach. Widać to szczególnie w finalnej części utworu, kiedy intryga zmierza ku rozwiązaniu: Gdy tchórz tak gadał, rada, wrąc entuzyjazmem,/ Gotowa za krasomowstwo/ Dać mu naczelne wodzostwo,/ Odezwała się nagle w jeden glos: «Żyj, tchórzu!»/ On stropion krzykiem tym wśród perory,/ Zmięszał się, owszem, dał czuć najwyraźniej,/ Że był w gwałtownej bojaźni./ Dopieroż rozruch: «Precz z nim! fe, tchórz, a do nory!»/ Szczęściem tuż była; wskroś sarkań i śmiechu/ Wpadł w nię i rył bez oddechu./ Aż gdy na sążeń czuł się pod podwórzem,/ Rzekł do siebie z ironią czystego sumienia:/ «Ot, proszę, co też to jest przesąd urodzenia,/ Obrano by mnie wodzem, żebym nie był tchórzem.» ( w. 39 – 52 ) Tchórz wynoszony w górę, chwalony, staje się potencjalnym kandydatem na wodza armii, ale przecież dla innych uczestników wiecu jest tchórzem i wystarczy, że komuś się to przypomni, a górę weźmie jego potencjalnie tchórzliwa natura. W takiej właśnie – nieoczekiwanej –  sytuacji rzeczywiście zaczyna się wahać. Widzą to inne zwierzęta i odwracają się od niego. Nagle, z kandydata na wodza, staje się pośmiewiskiem i czym prędzej ucieka do pobliskiej nory. W niej, zaszczuty i zdruzgotany, ryje zapamiętale póki nie poczuje się bezpieczny. Mickiewicz pokazuje na przykładzie tej powiastki jak zmienne są nastroje tłumu i jak silne są w ludzkie uprzedzenia. Tchórz musi pozostać tchórzem i choćby nie wiadomo jak się gimnastykował – jego nazwa i jego obraz w oczach innych zwierząt wycisną piętno na wszelkich jego działaniach. Warto w tym miejscu przypomnieć mądre zdania Gustawa Le Bona, który zebrał w jednym dziele obszerną wiedzę na temat zachowań tłumu: Tłum może być spokojnym władcą, ale pod wpływem groźnej idei może się zamienić w tyrana i zażądać urzeczywistnienia swych szalonych kaprysów. Kiedy okoliczności poruczą losy cywilizacji w ręce tłumu, staje się ona pastwą przypadku i musi chylić się ku upadkowi. Czas zupełnego jej zrujnowania odwlec może tylko nadzwyczajna zmienność opinii tłumu i wzrastająca obojętność na ogólnie obowiązujące poglądy. (G. Le Bon, Zmienne opinie tłumu [w:] Psychologia tłumu, przeł. B. Kaprocki, Warszawa 1986, s. 150.)

Mickiewicz stworzył zatem bajkę o chybotliwości sądów emigracji polskiej i – ogólnie – tłumu, a także bajkę o nietolerancji. Pod jej powierzchnią wyczytamy być może nawiązanie do sporów o jego urodzenie, albo o urodzenie jednego z przywódców emigracji polskiej. Może chodzi o kogoś z rodowodem żydowskim, albo kogoś z niższych sfer społecznych – wiele można by tutaj przywoływać osób, wiele sytuacji nakładać na to zdarzenie. Może też na przykład chodzić autorowi o tzw. „łatki” przypinane różnym pisarzom. W czasach Mickiewicza była to tendencja nader powszechna. Emigracja była rozplotkowana i nie bez powodu wielu twórców ukrywało jakieś przypadłości, choroby, jakieś wstydliwe fakty z życiorysu, wykupywało cały nakład nieudanego dzieła. Jeśli ktoś – jak na przykład Norwid – zyskał w opiniotwórczych kręgach miano poety mrocznego, to już do końca życia z piętnem tym się borykał. Zatem poprzez ową quasi-polityczną bajkę prześwituje subtelna ironia. Była ona zapewne zbyt czytelna w 1832 roku, bo poeta nie zdecydował się wiersza opublikować, a jedynie pozwalał na kopiowanie. Tego rodzaju dosadna krytyka mogła Mickiewiczowi w owych czasach bardzo zaszkodzić, napisał zatem dowcipną i skrzącą się pomysłami powiastkę, ale postanowił pozostawić ją w formie rękopisu. Wrażenie, jakie pozostaje po lekturze tego tekstu, to jakby „namacalność” uśmiechu Mickiewicza. Czytelnik ma wrażenie, że autor opowiada mu historię wiecu w świecie zwierząt i jednocześnie puszcza do niego znaczące oczko. Rację zatem ma Krzysztof Trybuś gdy mówi, że Tajemnica uśmiechu Mickiewicza, który przenika jego twórczość, dotyczy przede wszystkim postawy metafizycznej autora. Sam uśmiech zaś nie mógłby się pojawić, gdyby Mickiewicz nie oddzielił tego, co współcześnie rozumiemy poprzez zjawisko ironii romantycznej, od przeróżnych technik pisarskich, w których ironia jest środkiem wyrazu jedynie. (K. Trybuś, Uśmiech Mickiewicza. O „Balladach i romansach” i nie tylko [w:] Księga Mickiewiczowska, prac. zbior. pod red. Z. Trojanowiczowej.) Tutaj to oddzielenie i owa bliskość metafizyki są wyraziste. Bo przecież narracyjna bajka Mickiewicza – jak tysiące jej podobnych od czasów Ezopa – jest ironiczną przypowieścią o naturze człowieka i o sytuacjach, w jakich niejednokrotnie znalazł się, obcując z innymi ludźmi. Tchórz Mickiewicza ma jakby wyższą ludzką psychikę i swoim zachowaniem odsłania mechanizmy dominacji, pokazuje jak prymitywizm sądów i klasyfikacji prowadzi do zaślepienia. Tchórz, a za nim poeta, stają się zatem wyrazicielami ludowej mądrości, sentencji znanej od tysięcy lat. Bo przecież wszystko jest tutaj konwencją i Mickiewicz wie, że zwierzę o nazwie tchórz wcale nie jest tchórzliwe. Dlatego też oddaje mu na chwilę cząstkę własnej psychiki i własną wiedzę na temat innych ludzi. Pokazuje przy tym jak umiejętności polityczne i tego rodzaju wiedza okazują się niewystarczające w konfrontacji ze zmiennością sądów w tłumie. Tchórz próbuje działać, próbuje wznieść się ponad obiegowe prawdy i ponad przesądy. Cóż, dla tłumów tchórz na zawsze pozostanie tchórzem, Żyd Żydem, a głupiec głupcem.

DRAPERIE PRZESTRZENI (VI)

Ziemską liściastością po raz pierwszy zauroczyłem się, gdy jako dwunastoletni chłopiec siedziałem na drzewie morwowym i zajadałem się czerwonymi, kwaskowatymi owocami. Byłem tak dobrze ukryty w koronie drzewa, że nawet przechodzący dołem milicjanci i ormowcy mnie nie widzieli. Siedziałem tam razem ze srokami i synogarlicami, szpakami, gołębiem grzywaczem i przygodnym drozdem paszkotem. To był rodzaj dziecinnego raju, w którym wszystko było cudowne i tajemnicze, pełne blasku, smaku i nierozpoznanych dźwięków. Wybieraliśmy się z osiedla po kilku na te drzewa morwowe, a czasem szedłem tam sam, po czym szybko wspinałem się na wysokiego morwowca i siedziałem tak długo, póki nie zaspokoiłem apetytu na morwy. Obok owoców purpurowych były też czarne i białe, ale najlepiej smakowały te różowawe, jeszcze niedojrzałe, lekko kwaśne i trochę twardawe. Wokół mnie, jak ręką sięgnąć, wszędzie tysiące liści, ruszających się na wietrze, zmieniających pozycje i lśniących w słońcu. Po korze i po zielonych płatkach przesuwały się lub zastygały na nich barwne owady i czuć było jakąś nieziemską rześkość. Lubiłem wchodzić na te drzewa szczególnie po burzy, gdy w przestrzeni krzewił się ozon i oddychało się pełną piersią. To dziwne, ale ptaki na gałęziach inaczej traktowały takiego intruza, niż na ziemi – stawał się cząstką ich świata i zbliżały się zaciekawione. Może wtedy zaczęły się moje uważne obserwacje ornitologiczne, może w taki sposób zauważyłem świetliste plamki na piórach szpaka, błękitne lusterka sójek i metaliczny odcień ogona sroki. Trzeba się było tylko dobrze ulokować, w rozwidleniu gałęzi, starczyło usiąść na grubszym konarze i już można było jeść morwy, wydobywać je spośród liści i cieszyć się taką chwilą. Cmentarze na Jarach powstały w 1932 roku i wtedy też nasadzono, wokół większego z nich, równe szeregi drzew morwowych, które w czasach mojego dzieciństwa były już na tyle wysokie, że można się było na nie wspinać. Otwarcie obszerniejszej nekropolii miało miejsce w 1933 roku, a dodatkowej, mniejszej części komunalnej, w roku 1945 – trzynaście lat przed moim przyjściem na świat. Drzewa wokół płotów znakomicie się przyjęły, w długo leżącej odłogiem ziemi i przez te dwadzieścia lat, do czasu moich wypraw, wspaniale się rozrosły. Siedziałem wysoko nad ziemią i jadłem owoce, a godziny mijały niepostrzeżenie, a często zdarzało się, że dopiero zachodzące słońce dawało znak, iż pora schodzić z konarów.

Liście drzew są niezwykłą, statyczną draperią naszego rozbieganego życia i pojawiają się wszędzie, gdzie tylko się zwrócimy – w lasach i zaroślach, przy płotach i w ogrodach. To kryjówki dla ptaków i owadów, ale też miejsca zabaw dziecinnych, wspaniałe samotnie, których nikt nie był w stanie odkryć. Wraz z bandą chłopaków chodziliśmy niegdyś do starego opuszczonego sadu, gdzie często ukrywaliśmy się za drzewami i w gęstwinach liści, przemykaliśmy szybko, goniąc się lub ścigając „wroga”, walcząc ze sobą lub już zmierzając do domu. Często stało się pośród tych płatów i skrawków zieleni i spośród nich patrzyło się na świat, uważnie sondowało się przestrzeń, nasłuchiwało odgłosów i szelestów. Liście lekko poruszały się, czasem uderzały w twarz z impetem, kołysały się miarowo i przy bliższym kontakcie odsłaniały swoje arterie wewnętrzne. Było ich tak dużo, że w świadomości pojawiał się obraz wielkiego żywopłotu, ciągnącego się od krańca do krańca widzialnej przestrzeni. Na cmentarzach i w starym sadzie zbieraliśmy pierwsze jesienne liście, które nauczycielki kazały przynieść do szkoły, a potem objaśniały nam z jakich drzew pochodzą. Robiliśmy zatem wielkie bukiety i nieśliśmy je do szkoły z poczuciem spełnionej misji, zdobycia wielkiego skarbu, znalezienia nowego lądu. Wtedy powstawały też pierwsze albumy dendrologiczne, z opisami liści, z obrysami ich konturów, z różnymi informacjami i dopiskami. Czasem udaje mi się znaleźć w starych książkach zasuszone okazy z tamtych lat i nie mogę uwierzyć, że od ich podniesienia z ziemi minęło już czterdzieści lat. Jesień to był czas szurania nogami w „liściastych zaspach”, tworzenia kopców, a potem radości z palenia ich na działkach lub na osiedlowych odłogach. Czasem siedziałem w szkole i nie uważając na lekcjach, patrzyłem jak za oknem buja się na gałązce ostatni liść klonu lub topoli, a potem nagle odrywa i leci gdzieś w dal. Wiatr potrafił unosić takie latawce i wyczyniać z nimi harce w powietrzu, rzucając je naprawdę bardzo wysoko, a potem nagle obniżając lot i z impetem uderzając nimi o ziemię. To były pierwsze chwile myślenia poetyckiego i refleksji o przemijaniu, o nieuchronności zdarzeń, o konieczności oderwania się liścia od gałęzi, a potem – wiosną – nowego wyrastania i przejścia następnego cyklu, od delikatnej, soczystej zieleni do suchego, zesztywniałego pergaminu.

Od dawna przyglądam się świetlistości listowia niektórych gatunków drzew, a szczególnie topól i olch, które błyszczą w górnych partiach tak, jakby były specjalnie wypolerowane. Podczas niewielkiego wiatru mienią się wtedy na tle błękitnego nieba i czasem mi się zdaje, że tworzą jakieś tajemne oratorium, jakąś roślinną symfonię, którą może słyszą tylko ptaki, owady lub kora drzew. Potrafię tak stać bardzo długo i patrzeć jak zmieniają się desenie odblasków, jak lśni światło pośród lekko falujących gładzi i zagłębień. W szczególny sposób widać wtedy gęstość liści, niezwykłą dramaturgię zmian i metamorfoz, pojawiania się i znikania cieni, uwyraźniania się barw, od ciepłej delikatnej zieleni, poprzez tony zgaszone i rozświetlone, aż do mrocznej, prawie czarnej barwy. Malarze wszystkich epok próbowali odwzorować zarośla roślinne i niezwykłą liściastość, ale udawało się to doprawdy niewielu z nich. Wskazać trzeba przede wszystkim twórców renesansowych, na czele z Leonardem da Vinci, ale prawdziwie odwzorowywał zieleń i liście na płótnach także Giorgione, Veronese i Rafael Santi. Malarze następnych epok, a szczególnie topograficzni pejzażyści niderlandzcy (Jan van Goyen, Meindert Hobbema, Jacob van Ruisdael), tworzyli sztywne kompozycje botaniczne i ich drzewa z natury wyglądają jakby opiekowali się nimi specjalni ogrodnicy. To uczesanie i upozowanie widać też w pejzażach komponowanych i heroicznych, powstających we Francji i we Włoszech  (Nicolas Poussin, Claude Lorrain). Z polskich malarzy natury, którym udało się dobrze odtworzyć skomplikowanie i urodę liści, wymienić trzeba przede wszystkim Józefa Chełmońskiego, Władysława Podkowińskiego i Leona Wyczółkowskiego. Gdybym miał jednak wskazać jeden obraz z historii sztuki, na którym roślinność ma fascynujący wymiar, to wybrałbym portret Ginervy de Benci (ok. 1480) Leonarda, na którym malarz umieścił, w tle, wystudiowaną roślinność śródziemnomorską. Ogromne zarośla, miejscami tylko przepuszczające światło, pojawiają się za misternie uczesaną fryzurą damy i stanowią jakby jej zwielokrotnienie i rozszerzenie. Widać, że mistrz z Florencji długo pracował nad zróżnicowaniem kształtów zielonych blaszek, ich oświetlenia, a nade wszystko kunsztownym rysunkiem i geometrią. Potrzebna przy tym była wielka cierpliwość, bo każdy kontur miał dla twórcy znaczenie i chciał on w taki sposób oddać wielość i różnorodność listowia. W inny sposób do podobnych efektów doszli impresjoniści francuscy, an czele z Claude’m Monetem, Augustem Renoirem, Alfredem Sisleyem i Camillem Pissarro. U nich wszakże chodziło o uczucie, jakie rodzi się w człowieku, gdy staje wobec wspaniałej, potężnej świetlistości, drgających i pulsujących lekko w gorącym powietrzu miliardów odrębnych liści.

Zawsze fascynowała mnie mnogość zdarzeń, mających miejsce w tej niezwykłej, autonomicznej draperii przestrzennej. Od narodzin, wykluwania się z kokonów, życia i śmierci owadów, poprzez funkcje maskujące dla ptaków, a wreszcie jako jedno z najważniejszych teł dla ludzkiego bytowania pośród natury. Od początku istnienia świata wyrosło tyle liści i tyle zwiędło, tyle skręcało się i powoli usychało, a potem odrywało się od gałęzi i przez chwilę leciało w powietrzu. Tyle też pośród nich rozegrało się małych i większych dramatów, od błyskawicznego zjadania chrząszczy, mrówek, meszek i larw, poprzez polowania skrzydlatych drapieżników na drobne ptaki, aż do łowów i zwycięstw mniejszych i większych zwierząt, wspinających się na drzewa lub skaczących z gałęzi na gałąź. Czasem nawet tak wielki zwierz jak niedźwiedź wspina się po pniu ku zawieszonemu wysoko gniazdu pszczół, os lub szerszeni. Nie robią na nim wrażenia ukąszenia, a liczy się tylko zdobycie miodu, który wycieka z rozerwanej struktury ochronnej, kapie na liście i na ściółkę leśną. Tam, tymi życiodajnymi, złotymi kroplami – na blaszkach w powietrzu i na ziemi, pośród mchu i traw – natychmiast zajmą żwawe insekty, od mrówek, poprzez owady kózkowate, ale nie pogardza nimi też ptaki, kuny, tchórze, borsuki i lisy. Człowiek, tak jak niedźwiedź czy rosomak, wspina się na drzewa dla jakiegoś celu, pragnie zerwać owoce lub wydobyć leśny miód z dziupli. Mnie zdarzało się wchodzić na drzewa tylko po to, by pobyć pośród liści i poobserwować naturę w jej najbardziej skrytych tajniach. Kiedyś, może w wieku szesnastu, a może siedemnastu lat, wybrałem się do leżącego pod Bydgoszczą Myślęcinka, gdzie długo przemierzałem las mieszany, aż znalazłem się pośród wielkich skupisk drzew liściastych, przede wszystkim buków, cisów i dębów. Znalazłem ogromnego,  wyniosłego buka, a że był to czas licznych prób i nakładania na siebie zadań „ponad siły”, sprawdzania się w trudnych sytuacjach, podjąłem decyzję o wspinaczce. W plecaku miałem ze dwadzieścia metrów porządnej liny taternickiej, więc wyjąłem ją i przerzuciłem przez jeden z wysoko umieszczonych konarów. Dość szybko znalazłem się bardzo wysoko i wykorzystując liczne rozgałęzienia dotarłem do najwyższego punktu. Dalej wspinaczka byłaby bardzo ryzykowna, bo gałęzie były już za cienkie. Stanąłem więc na platformie z kilku konarów, przypiąłem się szerokim, skórzanym pasem do pnia i lustrowałem dookolną przestrzeń. Gdyby coś mi się wtedy stało, ludzie długo nie znaleźliby mnie zawieszonego tak wysoko, ale wystarczająco się zabezpieczyłem i mocno trzymałem się drzewa. Natychmiast rozpostarł się przede mną wspaniały widok wielkiego kompleksu leśnego, samych szczytów drzew, nad które raz po raz wzlatywały sójki i sroki, drozdy i świergotki i nad którymi kołował dumnie jastrząb. Lasy ciągnęły się daleko, aż do wzgórz morenowych, gdzie pojawiały się znacznie niższe młodniaki sosnowe i dębniaki. Panorama była piękna, ale równie ciekawe było moje najbliższe otoczenie, brązowe i zielone liście, jakieś dziwaczne owady, cieszył mnie też ruch wahadłowy szczytu drzewa, na którym stałem. Nie wiadomo kiedy minęła godzina i postanowiłem powoli, bardzo ostrożnie zsunąć się z mojej platformy „widokowej”. Z dołu wypatrzyłem owo moje miejsce i uznałem, że mogłem stać jakieś dwanaście, piętnaście metrów nad ziemią, ukryty pośród liści, myślący o tym, co mnie czeka w przyszłości i jakże harmonijnie złączony z naturą.

SIERPNIOWE CHMURY

FARBOWNIK LEKARSKI

Farbownik lekarski (Anchusa officinalis L.) jest chwastem rosnącym dosłownie wszędzie – na polach i brzegach lasów, na trawnikach i nieużytkach osiedlowych, w zaniedbanych ogrodach i sadach. Jego charakterystyczne chabrowo-amarantowe kwiaty wyrastają z nakrapianych łodyg, eksplodują pomiędzy rzęskowatymi liśćmi. Przyciągają wiele owadów, a przede wszystkim pszczół, os i bąków, które spijają jego nektar i zjadają pyłki. W starożytności wywar z jego korzeni służył do farbowania na czerwono szat, a obecnie podkreśla się lecznicze właściwości tej rośliny, szczególnie jako środek wykrztuśny, uspokajający i usuwający nastawienia hipochondryczne. Pojawiają się też jednak opinie przeciwne, a niektórzy farmakolodzy zalecają wręcz daleko idącą ostrożność przy jego stosowaniu, z racji dużej koncentracji alkaloidów. W literaturze przedmiotu i w tradycji ustnej natkniemy się też na nazwy zwyczajowe: wołowe ziele, wołowy język lub czerwieniec. Występuje w Europie, Azji, ale natkniemy się na niego także i w Stanach Zjednoczonych. Wiele tych roślin rośnie w pobliżu mojego domu, wystarczy wyjść na niewielkie odłogi, by znaleźć się w królestwie farbownika, stale przyciągającego skrzydlate bezkręgowce.


CHINY (XIII)

To już drugi dzień w Chinach i zaczynają się kłopoty związane ze zmianą strefy czasowej – w nocy jestem bardzo aktywny, a nad ranem pojawia się zmęczenie, oczy zaczynają się kleić. Jestem w innym miejscu świata, ale mój organizm przyzwyczajony jest do rytmu życia w Europie. Dopiero pod koniec pobytu zacznie to się zmieniać, ale trzeba będzie z kolei wracać do polskiego czasu . Na razie jakoś sobie radzę, biorę gorący prysznic, ustawiam klimatyzacje hotelową tak, by w pokoju zrobiło się chłodniej i ruszam na śniadanie. Rano główna sala, na parterze budynku, która służy za restaurację, zamienia się w szwedzki stół z ogromem dań i fantazyjnych możliwości. Szczególnie podoba mi się specjalny kucharz, który na życzenie, na niewielkich patelniach, smaży jajka sadzone, przydając do nich najwymyślniejsze ingrediencje. Codziennie będę jadł to danie, a do tego mnóstwo owoców, pieczoną szynkę, sporo różnych papryczek, kiełków nasion, fasolek i egzotycznych przypraw. Wypiję też sporo soków, znakomitej wody mineralnej i oczywiście porannej kawy z mlekiem. W Polsce prawie nie jem śniadań, a tutaj oddaję się prawdziwej smakowej rozpuście – pragnę spróbować wszystkiego, co pozostanie na długo w mojej pamięci jako „chiński smak”. Po sutym posiłku jadę do pokoju, przygotowuję materiały, ubieram garnitur,  a potem z powrotem na dół, do recepcji, przy której czekają już sympatyczne dziewczyny z obsługi kongresu. Jest też Czao Si, z którą uwielbiam rozmawiać i przekomarzać się, a także uczyć ją trudnych polskich wyrazów i zdań. Sprawia to jej wielką radość, a nasz słynny chrząszcz brzmiący w trzcinie rozbawia ją niemal do łez. Okazuje się, że w języku chińskim też jest sporo takich zabawnych zwrotów i znowu bawię Czao moimi nieporadnymi próbami prawidłowego ich wypowiedzenia. Powoli zbierają się wszyscy, jest już Topol, zjechała z Góry żona Laszlo Krasznohorkaja z Wegier, a właściwie z Berlina (on dołączy później), są zaproszeni pisarze chińscy, wiec możemy ruszać.

Przy głównych drzwiach hotelu stoi boy hotelowy, w czerwonym uniformie, wysoki na ponad dwa metry, i kieruje ruchem przyjeżdżających i oddalających się samochodów. Pucułowata Liu mówi coś do niego po chińsku i zaraz podjeżdża wspaniały, obszerny mikrobus, z kierowcą uśmiechniętym od ucha do ucha. Jedziemy do Pamirskiej Akademii Kultur i Sztuk, gdzie będą odbywały się nasze obrady. Przygotowanie imprezy jest niezwykle profesjonalne, wydrukowano okolicznościowy folder z biogramami uczestników i fragmentami ich wykładów, otrzymujemy też identyfikatory, karty magnetyczne oraz liczne książki i wydawnictwa po chińsku i po angielsku. Jedziemy ulicami Pekinu, a ja korzystam z tego, że Czao wdała się w rozmowę z Topolem i obserwuję świat za oknem. Tłumy ludzi przemykają chodnikami, sznury samochodów płyną szerokimi szosami i estakadami, zauważam też wiele niezwykle interesujących budynków. Fantazje architektoniczne idą tutaj bardzo daleko i czasem zdaje mi się, że jestem w Nowym Jorku, w nowoczesnych częściach Londynu lub Paryża. Budynki w kształcie wielkich jaj, odwróconych do góry dnem trapezów, czarnych lub złotych walców, a nawet dziwaczna budowla, w którą wbudowano ogromny ekran, zajmujący kilka pięter. Wszystko tutaj, w połączeniu z tysiącami rowerzystów i motocyklistów, robi oszałamiające wrażenie i powoduje, że rodzi się we mnie pragnienie zatrzymania tego w sobie jak najdłużej. Trudno jest mi fotografować przez szybę samochodu, ale w następnych dniach stworzę ogromną dokumentację cyfrową tej wyprawy. Młode kobiety i starcy, młodzieńcy i mężczyźni w średnim wieku, jadą ku jakimś swoim celom, mają swoje życia i sprawy, kłopoty i radości, chwile jaskrawe i ponure. Na wszystkich twarzach widać skupienie i jakąś dziwną, a może i piękną, azjatycką godność, poczucie misji, pragnienie dokonania czegoś – choćby dojechania na miejsce. Właśnie mija nas niewielki skuter, ze specjalnie dołączoną platformą towarową, wypełnioną na wysokość dwóch metrów wiązkami równo ułożonych porów. Na sunącym nieco dalej, podobnym pojeździe, widzę ogromną klatkę z kurczętami, a po drugiej stronie zauważam kobietę na rowerze, obwieszoną splecionymi misternie warkoczami czosnku. Ruch i różnorodność oszałamiają mnie, ale powoli chłonę specyficzną atmosferę Pekinu i skupiam się na wybranych miejscach, ludziach, pojazdach.

Dojeżdżamy do eleganckiego trzydziestopiętrowego wieżowca, w którym mieści się Akademia i będą miały miejsce nasze wielogodzinne spotkania. Na dole stoi żołnierz w paradnym mundurze i natychmiast salutuje, gdy wchodzimy. Obszerna winda mieści całą naszą grupę i już po chwili jesteśmy na siedemnastym piętrze, gdzie miłe hostessy wprowadzą nas do przygotowanej sali. Witamy się z wszystkimi uczestnikami, a ja przyglądam się temu miejscu, które ma wielki urok i subtelny smak. Jest to prostokątny gabinet, z dwóch stron ograniczony panoramicznymi szybami, a z dwóch pozostałych stron – marmurowymi ścianami. Staje przy oknach, gdzie przygotowano kubeczki z pokrywkami, na zieloną herbatę, biorę jeden z nich, wrzucam saszetkę i zalewam ja wrzątkiem. Do wyboru są jeszcze inne rodzaje tej używki, ale większość uczestników wybiera torebeczki z informacją w języku angielskim: Green Tea. Obserwuję Pekin z tej wysokości i widzę, że niedaleko jest linia metra, wyjeżdżającego w tym miejscu na powierzchnię, pojawiającego się regularnie co jakiś czas. Jak okiem sięgnąć ciągną się wieżowce i niższe budynki, a daleko za nimi pojawia się granatowiejące pasmo górskie. To jest żywy twór, trochę niestosownie w tej porze roku, przyobleczony śnieżnym puchem, ale za to wyglądający zjawiskowo i egzotycznie. Z góry widać znakomicie jadące samochody, autobusy i mikrobusy, sznury motocykli i skuterów, a przede wszystkim rowerzystów, ruchomych niczym mrówki w mrowisku, jadących we wszystkie strony, przemykających na skróty i znikających za domami. Widzę w tym wszystkim niezwykły porządek, jakąś wyższą logikę, zauważam też wielu ludzi pracujących przy odśnieżaniu, zrzucających śnieg z dachów, wpychających go do kanałów. Skupiam wzrok na wielkiej ciężarówce wojskowej, wiozącej żołnierzy, bujającej się lekko na boki, ale jadącej szybko do przodu i już po chwili znikającej za zakrętem. Tyle myśli, tyle życiorysów i tęsknot, tyle planów i potrzeb, tyle pięknych i trudnych momentów w prywatnych dziejach. Z wysoka wszystko ulega unifikacji, przyobleka się w mgiełkę tajemnicy, staje się rodzajem wielkiej metafory człowieczeństwa i wciąż prowadzonej walki o przetrwanie.

STARY CHIŃSKI POETA

w  małym pekińskim teatrze stary chiński
poeta recytuje wiersz

– jego twarz zmienia się przez ciało
przechodzą dreszcze

okrutny jak mandaryn łagodny
jak cesarska żona

unosi ręce do góry  przysiada
i nagle podskakuje

chce wyrazić czym są
elementy świata

in i jang

ludzie słuchają w skupieniu
wybuchają śmiechem

klaszczą w dłonie
i krzyczą

stary chiński poeta wolno
schodzi ze sceny

marszczy  czoło
i łagodnieje

w ruchu  palców
w błysku myśli

łączy cząstki
odwieczne

in i jang

Pekin 2009

DZIĘCIOŁ CZARNY

Foto Alastair Rae

Pierwsze dzięcioły czarne (Dryocopus martius) obserwowałem w dzieciństwie i w czasach młodzieńczych, gdy odbywałem liczne wyprawy do wielkich połaci leśnych, leżących za moim osiedlem. To był rzeczywisty koniec miasta i dalej, aż do Białych Błot, ciągnęły się tylko mniejsze lub większe zbiorowiska sosen, świerków, brzóz, dębów i akacji, żeby wymienić tylko te, najliczniej występujące drzewa. Najczęściej widywałem mniejsze dzięcioły, regularnie uderzające w pnie drzew i szukające pod korą owadów, ale zdarzało się też, że nagle na mojej drodze pojawiał się dziwny ptak, z czerwoną „czapeczką” na głowie. Gdy zamieszkałem na nowym osiedlu, w innej części miasta, także kilka razy widziałem te ptaki, a w prawdziwe zdumienie wprawiła mnie niedawna sytuacja. Szedłem do marketu, na skróty, niewielkim laskiem, blisko hałaśliwych dróg, a tu nagle wprost na mnie wylatują dwa czarne ptaszyska, które w pierwszej chwili wziąłem za gawrony. Przystanąłem, a one usiadły na dwóch małych sosnach i zaczęły lekko je ostukiwać. Pozwoliły mi podejść bliżej i dość długo uważnie je obserwować. Choć jest to ptak zamieszkujący cały pas lasów i tajg Eurazji, to w Polsce nie należy do licznych i znacznie trudniej natknąć się na niego, niż na mniejszych reprezentantów gatunku dzięciołowatych. Granicą są dla niego zachodnie wybrzeża Europy i nie zobaczymy go już na wyspach brytyjskich, w Irlandii czy na Islandii. Niektóre z tych ptaków nie lubią zimy i przenoszą się podczas ostrych mrozów ku południowym częściom połączonych kontynentów. Dzięcioły te są całe czarne, z charakterystycznym czerwonym ubarwieniem od czoła do karku, przy czym niewielki jest u nich dymorfizm płciowy, ograniczający się praktycznie do ich wielkości. Wyraźny jest też kontrast pomiędzy połyskiem na grzbiecie, a matową czernią pod spodem, najwyraźniejsza wszakże jest owa jaskrawa czerwień. Przy bliskich obserwacjach widać też dobrze żółtą tęczówkę oka, jasnoszare palce i ciemniejsze pazury, którymi znakomicie chwytają się kory i zawisają w pozycji pionowej nad ziemią. Biały dziób, z czarną końcówką ( u starszych ptaków), jest narzędziem okrutnym dla owadów i bardzo przydatnym w ich wykuwaniu ze zmurszałych i zdrowych pni. Stworzenie to pozostawia czasami rozległe dziury w drewnie i łatwo po nich możemy poznać, że występuje w danym areale. Choć większość dzięciołów lata lotem chybotliwym, największy ich przedstawiciel mknie prosto do celu, raz po raz tylko uderzając piórami o powietrze. Polując na chrząszcze i mrówki, zjadając larwy i zlizując sok drzewny, sam staje się ofiarą drapieżnych ptaków, szczególnie puchaczy, jastrzębi i sokołów. Ostry dziób pomaga parze, takiej jak ta, którą widziałem, wykuć kilka dziupli i ostatecznie wybrać jedną z nich do złożenia jaj i wylęgu młodych. Pozostałe chętnie wykorzystują inne ptaki, a także nietoperze, kuny i wiewiórki. Za każdym razem, gdy widzę dzięcioła czarnego, jest to dla mnie wielkie święto i próbuję podążać za nim przez jakiś czas. Niestety, najczęściej kończy się to umknięciem ptaków w gęstwinę lub ku górnym partiom drzew, bo przecież są one bardzo płochliwe. Tym większe było moje zdziwienie, że napotkana para tak długo pozwoliła na siebie patrzeć, wyraźnie zajęta sobą, nie zważała na niebezpieczeństwa i hałasy drogowe. W końcu odleciała, ukryła się w innej partii lasu, a ja podążyłem dalej, widząc w tym samym lesie sójki i sroki, gawrony i kawki, samotną wronę na wysokim dębie i sporo małych, rozśpiewanych mieszkańców tego miejsca.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: