CHATA

Podejrzliwie podchodzę do wszelkich wielkich bestsellerów, ale jeśli książka sprzedaje się w milionach egzemplarzy, w różnych krajach świata, musi budzić moje zainteresowanie. Chata Williama P. Younga jest opowieścią, która odmieniła życie autora i wpłynęła na losy wielu ludzi, sięgających po nią. Jej autor jawi się dość zagadkowo, bo jest synem misjonarzy, pracujących na Nowej Gwinei, gdzie się wychował i zapoznał z wielką różnorodnością świata, jak to nazywa: „z rozrzutnością łaski”. Potem pracował jako kierownik w biurze i urzędnik hotelowy, aż pewnego dnia wpadł na pomysł napisania historii, która miała być prezentem na Boże Narodzenie dla jego rodziny, w tym aż dla sześciorga dzieci. Szybko zapoznali się z nią także przyjaciele  i dopomogli autorowi przy „dopracowaniu” oraz publikacji. Sprzedano ponad sześć milionów egzemplarzy i powieść znalazła się na pierwszym miejscu amerykańskich bestsellerów „New York Timesa”, a potem powędrowała w świat i została przełożona na wiele języków. Od samego początku dzieło to rodziło też liczne kontrowersje – od zachwytu i uwielbienia, do skrajnej krytyki i szyderstwa. Podkreślano wartość akcji i podjęcie ryzykownego tematu relacji człowieka z Bogiem, i jego nieustającej obecności w naszym życiu, czy tego chcemy, czy manifestujemy odejście od Niego. James Ryle pisał: Jeśli Bóg jest wszechmocny i pełen miłości, dlaczego nie zrobi czegoś z cierpieniem i złem w naszym świecie? Książka odpowiada na to odwieczne pytanie ze zdumiewającą inwencją i oszałamiającą klarownością. Zdecydowanie jedna z najlepszych powieści, jakie czytałem. Z kolei Wes Yoder konstatował: „Chata” to piękna historia o tym, jak Bóg przychodzi do nas, gdy tkwimy w smutku, stajemy się więźniami własnych oczekiwań, czujemy się zdradzeni. Nigdy nie zostawi nas tam, gdzie zabrnęliśmy, o ile się przy tym nie uprzemy”, a Mike Morrell entuzjazmował się: Nareszcie! Opowieść o relacjach człowieka z Bogiem, charakteryzująca się literacką uczciwością i duchową odwagą. (…) Tę historię czyta się jak modlitwę, jak najlepszy rodzaj modlitwy, której towarzyszą łzy, ból, pokora i zaskoczenie. Jeśli zamierzacie przeczytać jedną powieść we tym roku, niech to będzie właśnie ta. Pojawili się też liczni krytycy, którzy wskazywali błędy teologiczne i tandetną uczuciowość, szukali niekonsekwencji autorskich i nie godzili się na ustawianie Boga na tej samej płaszczyźnie doświadczeń, co sfera doznań ludzkich. Jedni i drudzy musieli zauważyć, że książka ta odmieniła życie autora, jakby jakaś niewidzialna siła spowodowała przeistoczenie się nikomu nie znanego urzędnika w ważną osobowość życia duchowego współczesnego świata, mającego wpływ na uczucia religijne milionów.

Jak w większości dobrze sprzedających się książek ostatnich lat – powieść ta oparta jest na prostym pomyśle. Bohater traci małą córeczkę, porwaną i zamordowaną przez seryjnego mordercę, cierpi nieopisane męki z tego powodu, aż w jego skrzynce pojawia się list od Boga, który zaprasza go na spotkanie w chacie, w której dokonano zbrodni. Tam spotyka Tatę (tak Boga nazywa jego żona), który przybiera formę rubasznej Murzynki, a także Jezusa, który jest stolarzem i Ducha Świętego, który jawi się jako zwiewna Azjatka Sarayu. Jedząc z nimi wykwitnie przygotowywane posiłki, chodząc po górach (nawet spacerując po wodzie z Jezusem), dowiaduje się dlaczego świat jest taki, jaki jest, a Bóg nie ingeruje w ludzką niezależność, nawet jeśli związana ona jest z makabryczną zbrodnią. Wszyscy ludzie są dziećmi bożymi i tak jak w społecznościach ludzkich rodzice nie wyrzekają się niegrzecznych dzieci, tak Bóg nie opuszcza żadnego człowieka. Stale przy nim jest też Jezus i Duch Święty, a właściwie sam Bóg w trzech osobach. Ludzki punkt widzenia zakłada, że należy ukarać złoczyńcę, a Boski, że należy go otoczyć miłością, gdyż jest wynikiem jakichś błędów i grzechów rodziców, przyjaciół i wrogów, ludzi, z którymi się stykał w swoim życiu. Cofając się w przeszłość doszlibyśmy do grzechu pierworodnego i postępku Adama, multiplikowanego potem w milionach, miliardach zachowań jego „dzieci”. Autor powieści założył, że jest wyrazista rozdzielność świata duchowego i przestrzeni Boskiej, od rzeczywistości ziemskiej i człowieka. Odwołał się przy tym do wyobraźni tych, którzy wolą wszystko upraszczać, niż komplikować, wybierają łatwy do rozszyfrowania schemat, a odsuwają się od głębi nowoczesnych dociekać teologicznych i numinoisum. Bóg jako Murzynka piekąca ciasta, gotująca obiady, przyrządzająca smakowite desery, Jezus jako przyjacielski stolarz, prowadzający bohatera po wodzie jeziora i Duch Święty jako zwiewna dziewczyna, uprawiająca ogródek z aromatycznymi roślinami, na pewno lepiej trafiają do wyobraźni ludzi, którzy masowo odwracają się od zakłamania Kościoła, od kolejnych skandali pedofilskich, związanych z księżmi i od przepychu, którym otaczają się  dostojnicy i hierarchowie. Tacy ludzie wolą słuchać o prostych zajęciach Trójcy Świętej, niż o kolejnych teoriach, tłumaczących jej złożoność – wybierają kontakt z naturą i spotkanie z Bogiem w prostej chacie, a nie napuszoną uroczystość, podczas której faceci chodzą w sukienkach i wykonują jakieś szamańskie gesty. W tym punkcie, w owym powrocie do natury i ukazaniu Boga w jej pięknie i prostocie, powieść Younga jest przekonująca i wzrusza, przydaje wartości dawno skonwencjonalizowanym teoriom, doktrynom, dogmatom. Wszystko wszakże oparte jest tutaj na starym poglądzie, że Bóg nie ingeruje w świat i jego dzieje, bo pozwolił ludziom podejmować integralne decyzje i dał im pełną niezależność. Takie ujęcie zakłada, iż ludzkość jest eksperymentem Boga, który pragnie zobaczyć jak wykorzysta ona ten dar i do czego to ją doprowadzi. Krytycy tej teorii od razu mówią: skoro Bóg jest wszechmocny, dlaczego od razu nie uczynił ludzi szczęśliwymi i nie umieścił ich w raju, tylko zesłał na piekielną ziemię, gdzie doświadczyła tylu klęsk, upadków i sama nazwała ją „padołem cierpienia”.

Lektura tej powieści jest zarazem irytująca i euforyczna, przykuwająca uwagę i zniechęcająca łatwymi rozwiązaniami w obliczu dramatycznie narastającego napięcia. Najbardziej zniechęcają owe proste, żeby nie powiedzieć komiczne, pomysły autora, który chyba nie jest zbyt oczytany i nie wie, że mają one długą historię zastosowań, począwszy od realistycznej powieści francuskiej dziewiętnastego wieku, poprzez dzieła wielkich pisarzy niemieckich i rosyjskich, a potem dwudziestowiecznych prozaików amerykańskich. Jakie to są pomysły – no więc przede wszystkim zastosowanie w utworze zdarzenia epistolarnego. Nagle w skrzynce bohatera – Mackenzie Allena Phillipsa –  pojawia się list od samego Boga, który wyznacza mu spotkanie w chacie, w której doszło do zamordowania jego porwanej córeczki. Dalej, mamy do czynienia z samotną wyprawą w góry i zamazaniem realizmu tego, czego doświadcza tam bohater – czytelnik do końca nie wie, czy były to jego sny, marzenia, czy może wynik przyjęcia dużych dawek morfiny, podczas rekonwalescencji, po wypadku samochodowym. Prostym pomysłem jest też włożenie w usta zwykłych ludzi (takimi stają się personifikacje Trójcy Świętej) wykładu teologicznego, często znacznie odbiegającego od założeń doktryny – na przykład Jezus mówi, że nie jest chrześcijaninem, a Bóg psioczy pod nosem na ludzi. To może budzić zaciekawienie i wskazywać liczne bloki myślowe u wyznawców religii, którzy uzurpują sobie posiadanie monopolu w zakresie duchowej działalności Boga i opieki nad nimi ze strony Jezusa, Ducha Świętego, aniołów i świętych. Niezwykle uproszczone zostało też rozumienie stworzenia, które zakłada istnienie ledwie wycinka realnego wszechświata i nie obrazuje jego wielkości oraz odległości pomiędzy galaktykami i gwiazdami, a co za tym idzie rozumienia Boga jako coś tak różnego od ludzi, że aż niewyobrażalnego. Kosmogonia, to jakby jedno z zajęć Boga, takich samych jak pieczenie ciasta, uprawianie ogródka, czy wykonanie rzeźbionej trumny. Najwięcej kontrowersji budzić musi minimalizacja znaczenia zła w świecie i redukcja jego obecności w ludzkiej próbie bytu. Bóg istnieje niezależnie i po odkupieńczej ofierze Chrystusa nie staje do konfrontacji ze złem, godzi się na jego obecność, a morderców otacza taką sama opieką, jak ich ofiary. Ma to może umotywowanie w Piśmie Świętym i przypowieściach Jezusa, ale kłóci się z realiami życia i autentycznym cierpieniem rodzin, które poniosły niepowetowane i niczym niezasłużone straty. Ale, z drugiej strony, popularność powieści Younga wskazuje na to, że istnieje wielkie zapotrzebowanie na nowe, ożywcze teorie w zakresie rozumienia Boga i jego interakcji z człowiekiem. Ludziom nie wystarczają już skostniałe dogmaty i coraz częściej – jak choćby Dan Brown – kwestionują ich logikę i użyteczność dla wykładu wiary i jednostkowych doświadczeń cierpiących istot. Czy jednak mają to być takie proste fabuły, uproszczenia, sprowadzanie Boga do roli kompana przy stole i dobrotliwego safanduły? Czytelnik sam musi odpowiedzieć sobie na te pytania sam i zapewne tyle może być tutaj ujęć i opinii, ile pojawia się jednostkowych doświadczeń i prywatnych rozumień świętości.

Najciekawsze w powieści Younga są te karty, w których pozwala on rozbujać się swojej wyobraźni, a więc sceny snów, doświadczeń granicznych, a nade wszystko kontaktów z osobami lub postaciami fantastycznymi. Głęboko zapada w pamięć spotkanie z błękitną sójką, którą Bóg karmi dobrotliwie z ręki lub opis raju, w którym przebywa zamordowana córeczka, a nade wszystko obrazy aniołów, które gromadzą się na spotkanie i obdarowują ojca głównego bohatera (złego i krzywdzącego syna w życiu ziemskim) energią, potrzebną do przebóstwienia. Ta wizyjność i piękno ratują tę trzeszczącą w szwach powieść i stają się kontrapunktem dla nużących wykładów teologicznych, nawet jeśli zostały one ubrane w szatę zwykłości. Trzeba pochwalić Younga za jego odwagę i za samo główne założenie – ową chęć uściślenia tego, jak naprawdę wyglądają relacje człowieka z Bogiem. To jest zarazem wskazanie, jakie błędy popełniają ludzie i jak złudne są ich oczekiwania. Dawno już bezużyteczny mit o niebie i piekle zastąpiony tutaj został przez nieograniczone spektrum miłości Boskiej, w której pławią się wszystkie byty po śmierci i żaden czyn nie jest na tyle zły, by nie zasługiwałby na wybaczenie i otoczenia jego sprawcy opieką. Niestety, dla wielu ofiar zbrodni, brzmi to jak straszliwa kpina i powoduje drastyczną krytykę, głosy oburzenia i niezgody. Jak wszakże można sobie wyobrazić tak wielkich morderców jak Kaligula, Hitler czy Stalin, otoczonych Boską miłością i bawiących się ze swoimi ofiarami w jednym świetlistym kręgu. W tym zakresie ta powieść jest szkodliwa i staje po stronie mroku, minimalizuje wagę i siłę zła w naszym świecie, sprowadza je do teorii niczym nie umotywowanych przypadków i spadku po grzechu pierworodnym. Nawet jeśli seryjny morderca stał się potworem, bo był krzywdzony w dzieciństwie, nie zwalnia to go od odpowiedzialności i nie zdejmuje z niego piętna zła. Nawet jeśli dokona się w nim przemiana, nawet jeśli zmieni się on w więzieniu i wstydzić się będzie tego, co zrobił, pozostanie na zawsze tym, który przelał niewinną krew i spowodował nieopisane cierpienia tych, którzy zostali w pustce. Ludzie są istotami myślącymi i mają określone wyraziście standardy rozumienia dobra i zła, winy i kary, ohydnego postępku i triumfującej nad nim sprawiedliwości. Nawet jeśli zdarzały się pomyłki sądowe, jeśli skazywano na śmierć osoby niewinne, ich przypadki nie mogą być przeciwwagą dla ogromu zbrodni dokonanych przez psychopatów, zwichniętych moralnie dewiantów i głosicieli jakichś tam teorii. Czy rozumienie Boga jako Trójcy Świętej, otaczającej swoją opieką każdego, nawet największego łotra, nie odbiera Mu cząstki świętości? Przecież jego doskonałość zasadza się też w uczciwości sądów i ocen, a nade wszystko w idei Sądu Ostatecznego, w zważeniu dobra i zła, a nie tylko wskazywaniu immanentnego dobra, uosabianego w każdym niewinnym, nowonarodzonym dziecku i symbolizowanym przez Dzieciątko Jezus. Ludzkość realnie doświadcza zła w swoim życiu, a historia jej rozwoju jest ciągiem zbrodni, wojen, nieustającego przelewu krwi. Czemu miałoby służyć ziemskie bytowanie ludzkości i wolna wola w wyborze dobra i zła, gdyby i tak wszyscy po śmierci trafiali pod Boskie skrzydła. Kaligula w jednym szeregu z zamęczonymi przez lwy pierwszymi chrześcijanami, Hitler pod rękę z ofiarami Oświęcimia, Stalin przy zmartwychwstałych istotach, które zamordował w gułagach, kazał rozstrzelać lub zagłodził na Ukrainie. Z drugiej strony jednak pojawia się pytanie o granice Bożego Miłosierdzia – jeśli przyjmiemy zawartą w jego rozumieniu totalność, musimy zgodzić się na zniesienie granic i wybiórcze traktowanie jakichś osób. Jak by nie odczytywać powieści Younga, jej wartością jest to, że pobudza do myślenia i poszukiwania nowego rozumienia Boga i świętości, człowieka i świata, a nade wszystko dobra i zła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: