ŚWINIA

Poszedłem rano na sąsiadujące podwórko, stanąłem pod wysokim murem z czerwonej cegły i szlochałem. W murze była dziura wielkości ludzkiej dłoni i zacząłem przez nią zerkać na leżące po drugiej stronie place. Mieszkali tam dwaj bracia Maraskowie, którzy często przychodzili na nasze podwórko, bili się ze mną i biegali po ulicy. Zobaczyłem, że jeden z nich pędzi w moją stronę. Gdy był już przed murem, wspiął się na kamień i zawołał z całych sił przez ceglaną dziurę:

– Chodź na nasze podwórko… U nas zabijają świnię…!

W jednej chwili zapomniałem co mi się przed chwilą przydarzyło i pobiegłem co sił w nogach. Okrążyłem sąsiednie domy i znalazłem się w innym świecie. Kamienice były tutaj solidne, miały jedno albo dwa piętra. Od strony podwórza prowadziły na strychy strome drewniane schody. W oknach tkwili ludzie, oparci łokciami o parapety. Ich oczy lśniły z podniecenia, a na podwórku panował nieopisany harmider. Dzieci biegały z krzykiem we wszystkich kierunkach. Przy studni kobiety myły i szorowały drewniane stoły. Tuż przy chlewie stał groźnie wyglądający grubas w białej płóciennej czapce i w poplamionym od krwi gumowym fartuchu. Wpatrzony w dal, przed siebie, rytmicznie ostrzył noże o osełki. Jeden z nich był krótki i lśniący, przypominał raczej krótki miecz, a nie knyp. Środkiem podwórza dwie staruchy z obrazów Bruegela ciągnęły wózek z jakimiś koszami i kawałkami drewna. Wychodząca właśnie na wieczorną mszę do kościoła staruszka przystanęła na progu jednego z domów i popatrzyła przez chwilę na grupy kobiet i mężczyzn rozmawiające w różnych miejscach. Chodziłem pomiędzy nimi i przysłuchiwałem się rozmowom. Nagle opasły rzeźnik zawołał przeciągle ochrypłym od picia piwa głosem:

– Jaaaasiuuu! Do roboty…!

Jakiś chudy i wysoki jak tyka mężczyzna odłączył się od grupy kobiet i poszedł do chlewu. Po chwili w otwartych drzwiach pojawił się łeb ogromnej maciory. Miała spętane nogi i kuśtykała powoli do przodu. Za świnią szedł Jan i okładał ją raz po raz kawałkiem gumowego węża. Świnia prychała i przeraźliwie kwiczała. Często jej głos przypominał kwilące niemowlę. Grubas dołączył do kolegi i razem, pokrzykując, kopiąc zwierzę w bok i bijąc wepchnęli je do komórki przy chlewie. Wraz z innymi dziećmi podbiegliśmy do otwartych drzwi i stanęliśmy w nich. Jan wprawnym ruchem zaczepił hak o linkę pomiędzy tylnymi nogami maciory i zaczął podciągać zwierzę do góry. Spojrzałem pod sufit, gdzie na stalowej szynie zawieszony był żeliwny blok. Świnia zaczęła rozpaczliwie kwiczeć, kręcić się i charczeć, jakby przeczuwała zbliżającą się śmierć. Grubas pomógł kompanowi podciągnąć olbrzyma. Zza naszych pleców wyłonił się jeszcze jeden silny mężczyzna i także szarpnął linę. Gdy cała świnia unosiła się nad ziemią Jan przywiązał sznur do haka w ścianie i podsunął pod wykrzywiający się to w tę, to w tamtą stronę ryj zwierzęcia blaszaną wannę. Wtedy rzeźnik charchnął głośno, wypluł zieloną plwocinę na podłogę i silnym ciosem wbił nóż w serce zwierzęcia. Chwycił je też obiema rękoma. Jak na komendę podbiegli pozostali. Świnia słabła z każdą chwilą, a do wanny lała się szeroką strugą ciemnoczerwona krew. Spływała po gumowym fartuchu rzeźnika, tryskała na boki i spływała ze ścian. Spora kropla, przez dziurę w szybie, kapnęła mi na policzek. Odruchowo odwróciłem głowę. Zobaczyłem dzięki temu, co właśnie działo się na podwórzu. Ludzie nadal rozmawiali ze sobą i patrzyli w stronę komórki. Kobiety przy stołach zakasały rękawy i czekały na swoją kolej. Środkiem podwórza przesuwał się wolno kaleka bez nóg. Opierając się o dwie drewniane kule i protezy zbliżył się do komórki, a gdy mnie mijał zajrzał do środka. Poczułem zapach przetrawionego alkoholu i nikotyny. Po chwili poszedł dalej w stronę drewnianych, podwórzowych ubikacji. Odprowadziłem go wzrokiem i spojrzałem na to co działo się w środku komórki. Maciora powoli przestała oddychać i tylko momentami jej ciałem wstrząsał dreszcz. Nagle nieoczekiwanie szarpnęła się z całych sił, zachrypiała tak jakoś po ludzku, tak jakby ktoś zawołał nagle O Jezuuu! Jej ciałem wstrząsały jeszcze przez jakiś czas drgawki, po czym znieruchomiała.

– Masz ten cios Piotrze – powiedział Jan i poufale poklepał rzeźnika po ramieniu. 

– Ja, ja…, tyle już świń i bydląt zaszlachtowałem, że nie może być inaczej – odpowiedział grubas.

Bierzmy się do roboty, bo baby czekają… – wtrącił się trzeci mężczyzna.

Ja, ja… ino pogoń te bachory…

Mężczyzna podszedł do nas o pogroził nam ręką, całą ubabraną we krwi. Skrzywił groźnie twarz, uniósł brwi i powiedział:

– No, wynocha, uciekajcie stąd…

Po czym zamknął drzwi i podszedł do rzeźnika. Jak na komendę zrobiliśmy kilka kroków i stanęliśmy przy brudnych okienkach komórki. Grubas wprawnym ruchem rozciął brzuch świni, z którego wylały się jelita i inne narządy. Szyby momentalnie zaparowały i widzieliśmy teraz wnętrze kanciapy jakby poprzez  mgłę. Rzeźnik wykonywał swoje zwykłe czynności – ściągnął skórę, wykroił wnętrzności, wielkim toporem przeciął, wzdłuż  kręgosłupa, świnię na pół. Odsunął na bok wannę z krwią i zarzucił odrąbany fragment zwierzęcia Janowi na plecy. Ten zaniósł go na stół przy studni, a tam zaraz zabrały się za niego kobiety. Wrócił do komórki i zostawił otwarte drzwi. Raz jeszcze podeszliśmy do nich i patrzyliśmy jak mężczyźni porcjują zwierzę.

Było mi bardzo żal maciory i miałem  w oczach łzy. Pocieszałem ją w myślach i dodawałem jej otuchy. Nie potrafiłem jeszcze wtedy nazwać tego co się stało, nie rozumiałem, że śmierć jest nieodwracalna. Zdawało mi się to wszystko zabawą, jakąś grą. Wierzyłem, że za chwilę świnia w cudowny sposób przywoła swoje części ciała, złoży się samoistnie i ucieknie oprawcom. Patrzyłem z obrzydzeniem na rzeźnika, na długi nóż i ostatnie krople krwi spływające z rozpołowionego ryja zwierzęcia. Wciąż słyszałem jego bezgłośne prośby o darowanie życia. Tymczasem ludzie cieszyli się dookoła, kroili, szarpali mięso i jak w ukropie uwijali się przy zabitej. Byłem bliski płaczu. Nie chciałem przyjąć do świadomości tego co się stało. Miałem wrażenie, ze wraz ze świnią zabito jakąś cząstkę mojej duszy. Po raz pierwszy zetknąłem się z twardymi prawami tego świata i odkryłem, że silniejszy zabija słabszego. Świnia zdechła na moich oczach, ale chyba tylko we mnie żyła nadal. Przez kilka następnych dni odmawiałem jedzenia kiełbasy i mięsa. Widziałem w plasterkach wędlin żywe zwierzęta. Matka martwiła się mną, wzywała lekarza i płakała, ja jednak nie mogłem jej powiedzieć o zbrodni dokonanej na sąsiednim podwórku. Skończyło się na tym, że musiałem regularnie pić syrop na apetyt.

W nocy, w kilka godzin po zabójstwie przyśniło mi się jeszcze raz sąsiednie podwórko. Moja świnia chodziła obok studni i ryła ryjem w ziemi. Płakała jak człowiek. Dookoła niej było kłębowisko ludzi, jakby nagle w tym miejscu urządzono targ, albo jakiś festyn. Przybyło żebraków, kalek bez kończyn, oraczy, piwowarów, kowali i piekarzy. Byli też jacyś muzycy z bębnami i trąbkami, jacyś wędrowni aktorzy i zakonnicy w czarnych habitach. Wprost z podwórka wchodziło się w tym śnie do ogromnej półkoliście zwieńczonej bramy świątyni. A może była to prymitywna huta, lub miejsce posiedzeń rzeźnickiej starszyzny, a może tam właśnie prowadziły drewniane schody na strych. Byłem w tym śnie świnią i grubym rzeźnikiem, którego wieźli na beczce pełnej czerwonego wina. Byłem chudym eremitą z drewnianą łychą do wsuwania bochnów chleba do pieca. I byłem kobietą wesoło tańczącą w kole gapiów. Ktoś pytał mnie o drogę do domu, ktoś krzyczał do ucha. Odpowiadałem poważnie chrząkając, albo śpiewałem radosną pieśń karnawału triumfującego nad postem. Mama wiele razy wstawała do mnie w nocy, poprawiała pierzynę i z niepokojem patrzyła jak oblewam się potem. Widziałem to, ale nie mogłem jej powiedzieć o zbrodni. Dziwiło mnie tylko, iż nie widzi, że moje nogi i ręce zamieniły się w świńskie racice. Widać tak musiało być, więc wtuliłem ryj w poduszkę i zasnąłem na dobre. Nadchodził nowy dzień.

Rano wraz z kolegami z sąsiedniego podwórka bawiliśmy się w zabijanie świni. Marek podbiegł do mnie i na niby wbijał we mnie kawałek kija. Padałem na ziemię, a moim ciałem targały śmiertelne dreszcze.

– Chrr… chrr… chrr… – chrząkałem i kopałem ziemię nogą, jakbym szykował się do ataku na moich prześladowców, jakbym starał się wyswobodzić z pęt. Nasza zabawa miała charakter rytualny, choć wtedy nie mogliśmy o tym jeszcze wiedzieć. Postępowaliśmy według jakichś, dziwnych, zakodowanych w nas reguł. Tak jakby obrzęd zabijania znany nam był od zawsze, jakbyśmy byli w tej sztuce mistrzami. Patrzyłem z nienawiścią na moich prześladowców, tarzałem się w piasku i jak najrealniej umierałem, prychałem, plułem niewidzialną krwią.

– Chrr… chrr… chrr…

W mojej świadomości lekko falowało przedstawienie wanny wypełnionej brunatną krwią, drgały poruszane ostatnimi impulsami przerąbane płaty mięśni. Chciałem być zabijaną świnią, chciałem pluć i prychać krwią…

– Teraz ja będę maciorą – zawołał Łukasz.

– Nie, nie, ja jestem świnią –  targowałem się nieustępliwie  –  Ty przecież jesteś rzeźnikiem.

Dopiero wołanie na obiad z sąsiedniego podwórka przerwało naszą kłótnię. Rozbiegliśmy się do domów by z apetytem jeść smażone świńskie mięso.

Reklamy

2 Komentarze

  1. Inna said,

    2010/07/17 @ 8:28

    Kiedy miałam dziewięc lat i zbliżał się czas pierwszej komunii, na podwórku mojego domu ojciec z rzeźnikiem zabijali świnię – na moich oczach. Najpierw dostała obuchem w głowę i upadła. Charczała do momentu, gdy rzeźnik – młody wtedy chłopak, nie wbił jej w tętnicę szyjną ostergo noża. Wykrwawiła się. Później widziałam, jak wiesza jej ciało na haku w szopie i rozpruwa brzuch ze śmiechem, częstując mnie przy tym świeżymi, ciepłymi jeszcze cynaderkami…

    Szopa nadal stoi w tym samym miejscu i przywołuje wspomnienia. Rzeźnik niedawno zginął w wypadku samochodowym. Bardzo go lubiłam…

    Nigdy nie zapomniałam strachu w oczach mojej komunijnej świni… i jej cierpienia..

  2. zet-ka said,

    2011/02/01 @ 14:26

    Żywe,gorące,poruszające to pisanie Twoje…Też mam w oczach i pamięci podobne obrazy…Czemu świńskie głosy nie idą pod niebiosy…Człowiek to najokrutniejsze i najbardziej obłudne stworzenie…Ten nasz żal…na niby…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: