DRAPERIE PRZESTRZENI (III)

Ostatnio zauważyłem u siebie nową, szczególną wrażliwość na kształty i barwy kwiatów. Całe moje dzieciństwo przebiegało pośród ogrodów, cmentarzy, lasów, a tam było ich wiele i jakoś nie robiły na mnie specjalnego wrażenia – owszem, czasem nimi się zajmowałem, przyglądałem się im w jakichś rzeczywistościach, ale to było bardzo pobieżne. Teraz często wyodrębniam te piękne roślinne twory i przyglądam się im z natężoną uwagą. Przypominam sobie zrywanie gałązek bzów przy płotach nekropolii, tworzenie wielkich bukietów i zanoszenie ich do domu. Moja mama ustawiała je w wazonie i cieszyła się, że syn obdarza ją takim barwnym bogactwem. Szczególnie urokliwie prezentowały się bukiety z połączonych ciemnoliliowych i białych bzów. A jaki zapach rozchodził się po domu, jak wszystko w nim wzbogacało się i stawało się częścią jakiegoś tajemniczego zapachowego eteru. To zrywanie gałązek czasami kończyło się źle, bo przy cmentarzu przechodzili milicjanci i ormowcy, a widząc co robimy, szybko chwytali nas i prowadzili na pobliska komendę. Tam wypisywali mandaty, a czasem nawet kierowali wnioski do kolegium. Stało się zatem owo zrywanie bzów rodzajem niebezpiecznych podchodów z władzą – czymś na kształt ryzykownych podróży. Czytywaliśmy o nich w licznych książkach przygodowych Alfreda Szklarskiego i Karola Maya, Kamila Giżyckiego i Jacka Londona, i to było równie ekscytujące – najpierw fachowe odrywanie gałązek, najlepiej przez pociągnięcie w dół, w miejscu rozejścia, a potem równie niebezpieczne przemycanie tych wielkich bukietów do domów. Bez w ogóle jest pierwszym kwiatem z moich dziecinnych wspomnień, bo jeszcze przy starym mieszkaniu, na ulicy Szubińskiej, rosły takie krzewy i pamiętam, że jako malec przyglądałem się im z zaciekawieniem. Potem były prawdziwe zarośla tej rośliny, w starych parkach i na cmentarzach, bieganina pośród nich, jakieś zabawy w chowanego, ale też odnajdywanie pośród gałęzi fragmentów nagrobków, jakichś ledwie wystających z ziemi krzyży, cząstek trumien. Gdzieś głęboko w mojej wyobraźni jest obraz barwnych bzów, wyodrębniających się z dziesiątków innych kształtów. Widzę je na tle błękitnego nieba i pisząc to, dosłownie czuję ich zapach, gładzę sercowate, delikatne liście.

Kwiaty i jakże rozbudowana na naszej planecie kwiecistość… Teraz, gdy często chodzę z dobrym aparatem cyfrowym, udaje mi się utrwalić mikroświaty, których nie dostrzega się w codziennym biegu i wspinaczce na jakieś tam mniejsze, lub większe szczyty. Mieszkam teraz w takim miejscu, z którego niedaleko mam do wielkich sadów owocowych i miejsc, gdzie rośnie wiele samotnych drzew tego rodzaju. Był taki czas, że reagowałem na pyłki alergicznie, ale teraz nie zauważam jakichś szczególnych utrudnień w tym zakresie. Chodziłem zatem w tym roku i fotografowałem wiosenne kwiaty wiśni, śliw i jabłoni, a przy tym wiele krzewów i kwiatów ozdobnych. Szukałem szczególnie pszczół i bąków zawisających nad płatkami i pręcikami i próbowałem utrwalać ich pracę. Często też dostrzegałem inne owady, siedzące spokojnie w kielichach lub wspinające się po łodygach. W jednym miejscu zatrzymałem się bardzo długo i patrzyłem na mszyce, mrówki i dwie biedronki, na jakiegoś barwnego chrząszcza, który ocierał czułki o fałdy kwiatów. Zamyśliłem się nad tym rewirem i spróbowałem wyobrazić sobie co by było, gdyby w naszym świecie wyrosły takie twory, proporcjonalnie wielkie do naszych ciał. Ale byłaby uciecha dla dzieci, które zjeżdżałyby z krzywizn na dół – ale by pachniało wszędzie i ile barw by się pojawiło pomiędzy budynkami, drogami i chodnikami. Ludziom wydaje się, że są wielcy i łatwo mogą zdeptać, dajmy na to, kowala bezskrzydłego (Pyrrhocoris apterus). To takie czerwone robaczki, które często widzimy na chodnikach, a które ludzie często mylnie nazywają „szewczykami”. Zdarza się, że gromadzi się rojowisko ich w jakimś nasłonecznionym miejscu, na betonowych płytach, niskich dachach lub i na korze wielkich drzew. Ciekawostką jest to, że kopulacja trwa u nich nawet siedem dni i nie zważają one wtedy na zagrożenia ze strony jaszczurek, żab czy małych ptaków. Gdyby w świecie ludzkim pojawiły się nagle ogromne kielichy kwiatowe, gdyby nagle wdarły się pomiędzy budynki te kolorowe kształty, może zrozumielibyśmy czym jest kwiecistość dla owadów. Czasem tylko w snach pojawiają się takie obrazy i przedzieramy się ku lepszym światom, a kształty roślinne przybierają formy drapieżnych rosiczek, jakichś ruchomych ostrzy i kling.

Wszystko co pojawia się w przestrzeni, każdy kształt, zapach i zauważalny ruch są elementami naszego świata i umykają w popłochu ku nieistnieniu. Niczego nie można zachować, niczego nie da się na zawsze utrwalić, ale można próbować coś na jakiś czas wyodrębnić, umieścić w swoim archiwum, między okładkami jakichś książek, na płótnie lub papierze. Szczególnie odnosi się to do kwiatów, które są tworami chwilowymi i nie mają szans na długą egzystencję w konfrontacji z wiatrem i deszczem, powiewami chłodu i nocnymi przymrozkami. Zatrzymywanie ich w kadrze jest utrwalaniem nieistniejącej rzeczywistości, jakiegoś wycinka, ale przecież tak jest ze wszystkim – żyjemy na granicy przeszłości i przyszłości, a ta cieniutka nić pomiędzy nimi to teraźniejszość. I może nią być piękny kwiat, samotnie rosnący w jakimś miejscu, albo replikujący się w tysiącach podobnych kształtów jak mlecze, wybuchający w miriadach jak maki czy kwiaty drzew owocowych. Gdyby ludzie nie mieli problemów finansowych, gdyby nie biegali za marnym groszem z miejsca na miejsce, zapewne więcej czasu poświęciliby studiowaniu natury, która ich zewsząd otacza. Wszędzie jest coś ciekawego, wszędzie znajdzie się jakiś obiekt, który nas zainteresuje, czymś zachwyci, coś dziwne wskaże lub odsłoni. W przypadku kwiatów jest to – najczęściej pojawiający się – okrąg, rozpięcie na nim płatków i ześrodkowanie innych cząstek, jakby nawiązanie ziemskiej natury do kształtu najczęściej występującego w kosmosie. „Orbity” koron gerber czy astrów są echem orbit planetarnych, zapisem tej samej myśli kosmogonicznej. Podobnie z kulami ”kwiatowymi”, na przykład chryzantem, róż, Turków, wszystkie mają w sobie tę samą doskonałość, co globy zawieszone w kosmosie. Mało tego, one są takimi „planetami” dla owadów, same w sobie tworzą przestrzeń niezwykłą, subtelną i groźną zarazem. A wspomniane wyżej bzy, czyż w swoim nabudowywaniu nowych kształtów kwietnych nie przypominają mgławic, tak teraz pięknie przybliżanych przez nowe teleskopy kosmiczne? Takie myśli przychodziły mi ostatnio do głowy, gdy pochylałem się nad kwiatami, gdy utrwalałem przy pomocy aparatu fotograficznego tę niezwykłą draperię przestrzeni. Jakże odprężającym zajęciem jest podglądanie natury, jakimż wspaniałym kontrapunktem dla ciężkiej pracy literackiej i dla sztywnienia przed komputerem, jest wyjście na łąki, do lasu, ku pobliskim wzgórzom. To oddech barw i światła, to świeży wiew wyobraźniowy czystego ładu…

W moich wspomnieniach ze szczególna mocą zapisały się też kwiaty hibiskusa, oglądane na Florydzie, w marcu 2008 roku. Ludzie żyją tam pośród barwnych eksplozji tych kruchych tworów i wszędzie ich pełno, pomiędzy domami, na murach i ogrodzeniach, przy drogach i na klombach. Wiele czasu spędziłem, siedząc na ławce i obserwując różowe hibiskusy po deszczu. Kropelki wody spływały po nich i przydawały im blasku, świeciły jak drogocenne klejnoty. Ta wyprawa na południe USA, obok skoków do Chin, to jak na razie moje najbardziej ekscytujące doświadczenia życiowe. Nie dość, że spotkałem się tam ze wspaniałymi przyjaciółmi – Danutą i Sachą – to jeszcze obcowałem z krystalicznie czystym pięknem. Chodziłem przez długie godziny brzegiem Zatoki Meksykańskiej, wkraczałem w gaje palmowe, przysiadałem na ławkach w parkach i nad zatokami. Podczas jednej z takich wypraw poświęciłem wiele czasu na przyglądanie się ptakom i kwiatom – wszakże niektóre miejsca na tym półwyspie przypominają dziecinne wyobrażenia raju. Pełno tam białych ibisów i czapli, ślepowronów i epoletników, wilg, drozdów i zawisających nad kwiatami kolibrów. Do tego spore zarośla, palmy i wszędzie wychylające się za innych kształtów, wybuchające barwnymi eksplozjami – kwiaty. Dokładnie zapamiętałem moje myśli, tym bardziej, że ubrałem je w formę wierszy i podążyłem ku czasom indiańskim. Dziewczyny wpinały wtedy hibiskusy we włosy, a mężni wojownicy polowali na zwierzynę, wracali do wiosek uśmiechnięci i opaleni przez słońce. Tyle zdarzyło się na tym świecie w przeszłości i tyle jeszcze się wydarzy… Idąc brzegiem oceanu widywałem też na brzegu wyrzucone z głębiny kwiaty podwodne, jakieś czerwone glony, barwne liście, jaskrawe trawy. Szkoda, że nie mogłem nurkować, bo zapewne uroda świata podwodnego równa jest tam pięknu rzeczywistości ziemskiej. No więc usiadłem na ławce i przyglądałem się kropelkom wody, ściekającym z płatków hibiskusów i zdaje się, że mógłbym tak trwać bardzo długo. To było wielkie odprężenie wewnętrzne, rozkosz wizualna i poczucie, że moje życie ma jakiś inny, wewnętrzny wymiar. Spośród draperii ziemskich kwiecistość jest jedną z najciekawszych i może konkurować ze zróżnicowaniem owadów, krzewów, drzew, ptaków i motyli, ale ona ma też w sobie jakąś niezwykłą integralność. Jest pięknem samym w sobie i zapowiedzią nieuchronnego więdnięcia, ma w sobie energię słońca, wilgoć deszczu, a zarazem jest tworem teramorficznym, przypisanym ziemi i eschatologii, procesom przebiegającym bardzo gwałtownie i prowadzącym do kosmizacji złożonych cząstek. Kwiaty są częścią naszego życia i są tak samo jak ono ulotne, chwilowe, warto czasem pochylić się nad nimi i zamyślić się nad ich strukturą, wpisaną w nasze życiowe konstrukcje i nieuchronne zawalenia się światów.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: