MUNDIAL 2010

W Republice Południowej Afryki zaczął się kolejny Mundial i zauważam jak zmieniło się moje nastawienie do piłki nożnej. Kiedyś byłem zapalonym kibicem i przeżywałem wielkie emocje przed ekranem telewizora lub na koronach stadionów. Teraz podchodzę do meczy w inny sposób, szukam finezji, przyglądam się zachowaniom piłkarzy, fascynuję się strategią drużyn. O ile moje zainteresowanie footballem klubowym spadło niemal do zera, to z przyjemnością zasiadam do oglądania meczy międzypaństwowych. Przez wiele lat byłem czynnym piłkarzem, przede wszystkim na bramce, ale też i w polu – brałem udział w turniejach drużyn podwórkowych, a potem chodziłem na treningi do bydgoskiej „Polonii” i krótko do „Zawiszy”. Moimi trenerami byli Jan Góral i Marian Norkowski, który często krzyczał do mnie: „Lebioda, ty klarnecie!!!”. Nie wiem dlaczego upodobał sobie ten instrument, ale gdy puszczałem bramkę, potrafił się srogo rozedrzeć. Zapamiętałem go jako fajnego człowieka, skromnego i pragnącego przekazać swoje umiejętności trenerskie młodzieży. Teraz przypominam sobie też jego „wypalenie” i zapewne zawiedzenie z powodu tego, co przyszło mu robić. W bydgoskiej Gwardii grał razem z bratem Henrykiem i strzelił 91 bramek, co nie uszło uwadze polskich szkoleniowców. Sześciokrotnie był reprezentantem Polski i pojechał na Olimpiadę do Rzymu (1960) i w tym samym roku został też królem strzelców ekstraklasy. Nie trafił w swoje czasy, zakończył karierę, trochę działał w Bydgoskim Okręgowym Związku Piłki Nożnej, a potem przez kilka lat pracował w mojej uczelni jako portier. Zmarł cichutko w 2001 roku i jak wiele dawnych wielkich gwiazd piłkarskich powoli popada w zapomnienie. W naszych czasach, ze swoim talentem i umiejętnościami, byłby krezusem i znalazłby wiele życiowych zajęć na emeryturze. Dawnego trenera przypomina mi stale moja koleżanka z Wydziału Humanistycznego – doktor Ola – jego synowa, niegdyś moja studentka, a teraz pracowniczka naukowa, zajmująca się przede wszystkim literaturą Oświecenia. Sporo mojego potu wciekło w trawniki „Polonii” Bydgoszcz i wiele razy zdarłem łokcie i kolana na twardym gruncie bocznych boisk. Ale to był święty czas…

Lionel Messi

Przypominają mi się też wcześniejsze lata, gdy całe dnie spędzałem na boiskach szkolnych. Obecnie bramkarze mają wspaniałe, markowe rękawice, a ja zakładałem po prostu zimowe, skórzane, które szybko ulegały degradacji. Ale broniłem z wielką brawurą, rzucałem się do słupków, popisywałem się odważnymi wyjściami ku pędzącym na bramkę napastnikom. Wiele zdarzeń boiskowych pozostało w mojej pamięci, szczególnie tych groźnych: gruby Grzesiu paskudnie łamie nogę i kości pojawiają się na zewnątrz, Zenek z Jarów uderza brzuchem w słup z metalowym zaczepem do siatki, a Piotr z ulicy Waryńskiego traci nagle przytomność i zostaje odwieziony karetką do szpitala. Pamiętam też sporo akcji, strzałów i szczególnie dużo udanych robinsonad lub wybić piłki. Iluż tam grało wspaniałych napastników i obrońców, ruchliwych pomocników i bramkarzy. Krzysiu Balcer, Piotr Myszka, Jurek Kowalski, Marek Fojut, Marek Bajkowski, Marek Maślanka i wielu, wielu innych. Był też czas grania na małe bramki (ze „smoków” do zabaw dziecinnych) – przybiegał wtedy z Gałczyńskiego 4 taki Jacek (co się z nim dzieje?) i cięliśmy mecz za meczem. Czasem dochodził Stefek Brygman, który w przyszłości miał popełnić samobójstwo, innym razem koledzy, których życie, po latach, zakończyło się na torach kolejowych, na sznurze, w więzieniach. Szkoda, opłakuję ich dzisiaj, bo to byli naprawdę wartościowi gracze, którzy – gdyby ich właściwie poprowadzić – mogliby zawojować świat. No ale niestety, było im pisane wypić wiele kufli piwa, opróżnić wiele kieliszków z wódką, a w końcu znaleźć miejsce na cmentarzach, tuż przy boiskach, gdzie tyle razy biegaliśmy, krzyczeliśmy z radości po strzelonych golach i czuliśmy się wspaniale. Przypominam sobie, po całodziennych piłkarskich bojach te smakowite kolacje, jedzone wieczorem, po kąpieli, a potem lektury książek w małym pokoiku i sen najzdrowszy ze zdrowych. Ani się nie obejrzałem jak urosłem i trafiłem pod skrzydła trenerów profesjonalnych drużyn. Moim idolem był wtedy Jan Tomaszewski i podpatrywałem go podczas ważnych meczy naszej reprezentacji. Nie da się opisać tego, co przeżywałem oglądając spotkanie z Anglią na Wembley, a potem wiele pojedynków kadry Kazimierza Górskiego, Jacka Gmocha i Antoniego Piechniczka.

Teraz – jak już powiedziałem – mam inne podejście do piłki nożnej i śledzę przede wszystkim poczynania moich ulubionych piłkarzy. Uwielbiam patrzeć jak mieszają na boisku pochodzący z Polski, ale reprezentujący Niemcy, Mirosław Klose i Łukasz Podolski, mam też swoich ulubionych piłkarzy egzotycznych – Samuel Eto z Kamerunu, John Mensah z Ghany, czy Keisuke Honda z Japonii. Najbardziej jednak ekscytuję się grą Argentyńczyka włoskiego pochodzenia – Lionela Messiego. Od czasów Pelégo nie było piłkarza, który by grał z taką finezją, z takim wyczuciem piłki i boiska. I to jego kosmiczne przyspieszenie, inteligentne ustawianie się na pozycjach i kierowanie rozwojem akcji. Ten chłopak ma cudowną technikę i wnosi tyle ożywienia do gry, że z jednej strony przypomina Maradonę z najlepszych dni, a ze strony drugiej Platiniego czy Rossiego. Oby tylko kontuzje go omijały, to na pewno stanie się jedną z najjaśniejszych gwiazd w historii całego footballu. Już mówi się o nim, że jest najlepszym piłkarzem świata, a kolejne mecze tylko potwierdzają wspaniałą formę tego zawodnika. W czasach moich meczy szkolnych, czy podwórkowych też obserwowałem wiele błyskotliwych zagrań, czasem wręcz na miarę Messiego. Ale naszym idolem był wtedy król Footballu Edson Arantes do Nascimento Pelé, George Best, Gerd Müller, Włodzimierz Lubański, a  potem inni nasi kadrowicze: Kazimierz Deyna, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Robert Gadocha, Marek Kusto, Henryk Miłoszewicz czy Zbigniew Boniek (z Bydgoszczy). Ja przede wszystkim przyglądałem się grze bramkarzy i najwyżej ceniłem wspomnianego już Tomaszewskiego, ale fascynowałem się też grą Lwa Jaszyna, Seppa Maiera, , naszego Józefa Młynarczyka i Zygmunta Kukli. W czasach studenckich trenowałem przede wszystkim pod opieką Waldemara Koryckiego bieg na 400 metrów. To był zabójczy dystans, z głodem tlenowym już po pierwszych stu metrach. Może z tego powodu pod koniec studiów przeniosłem się do sekcji piłkarskiej i znowu stanąłem pomiędzy słupkami. Pojechałem z kadrą uczelni na mistrzostwa szkół wyższych do Częstochowy i miałem tam sporo udanych interwencji. Omal wszystko nie skończyło się tragicznie, bo przy jednym wyjściu na pole bramkowe, napastnik pomylił moją głowę z piłką i z ogromnym zamachem kopnął mnie w twarz. Na szczęście zrobił to podbiciem stopy i uderzenia jakoś zostało zamortyzowane, wszystko wszakże wyglądało makabrycznie i obie drużyny wbiegły na murawę. Z niedowierzaniem patrzyli jak wstałem, otrzepałem się, trochę poruszałem obolałą szczęką i grałem dalej. No dobra, idę oglądać następny mecz…

Reklamy

2 Komentarze

  1. drzewol said,

    2010/07/23 @ 11:03

    Panie Dariuszu, bardzo się cieszę i jednocześnie dziękuję, że wśród refleksji na temat tegorocznych mistrzostw mogłem przeczytać takie osobiste wspomnienie o Marianie Norkowskim. Jak wielu „miejscowych gladiatorów” boisk, bieżni, toru popadł w zapomnienie. Na szczęście są ludzie, którzy wciąż pamiętają. Przeważnie są to ci, którzy mieli osobistą styczność z panem Marianem, mogli podziwiać jego grę na boisku przy ul. Sportowej. Także wśród młodszych kibiców bydgoskiej Polonii, którym „Mali” w akcji widzieć dane nie było (ja właśnie się do nich zaliczam), działa kilkanaście osób, które postanowiły sobie za cel, by uchronić od zapomnienia ludzi budujących historię bydgoskiego sportu. Dzięki staraniom kibiców i obecnych władz Klubu Piłkarskiego Polonia Marian Norkowski zapomniany nie będzie, a być może stanie się wzorem do naśladowania dla kolejnego pokolenia młodych polonistów. W zeszłym roku udało się doprowadzić do odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej osobie pana Mariana, jego imię otrzymał też skwer naprzeciw trybuny głównej stadionu przy ul. Sportowej. W tym roku, chłodnego marcowego przedpołudnia, w dziewiątą rocznicę śmierci „Mali”, po mszy świętej w Bazylice, niewielka grupka najwierniejszych fanów Polonii zebrała się pod tablicą, by oddać cześć temu wielkiemu piłkarzowi. Mam nadzieję, że z roku na rok będzie nas coraz więcej.

  2. lebioda said,

    2010/07/23 @ 11:26

    Tak, to był wspaniały człowiek i trzeba kultywować jego pamięć. Dziekuję za komentarz i serdecznie pozdrawiam.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: