DRAPERIE PRZESTRZENI (II)

Moje chmury, to przede wszystkim kształty z czasów dzieciństwa, kłębiące, krzewiące i rozrastające się nad boiskami i lodowiskami mojego osiedla. Zdarzało się, że cały dzień grałem w piłkę lub hokeja, stałem na bramce, albo z kilkoma kolegami, stanowiłem trzon jakiejś drużyny w polu. Czy wtedy uświadamiałem sobie jak majestatyczne, jak wspaniałe w swoim ogromie, różnorodności i plastyczności są te powietrzne twory? Na pewno zdarzało się, że leżałem na ziemi i długo patrzyłem jak przesuwają się po niebie, albo przystawałem podczas wędrówek i wypraw rowerowych i spoglądałem na nie. W mojej pamięci pozostały jakieś chmury nad lasami i jeziorami, a także nad wielką polaną, w środku kompleksu leśnego, leżącego za osiedlem. Dobiegałem do tego miejsca podczas moich treningów i szybko oddychający, sapiący, patrzyłem w dal, na niebo i to, co się na nim działo. Wszystko to tylko wrażenia ulotne, fragmentaryczne, bo w naszym życiu zwykle nie przywiązujemy wagi do tego, co rozgrywa się nad naszymi głowami. Gdyby spytać ludzi o jakąś konkretną, zapamiętaną lub znaczącą chmurę, trudno byłoby im odpowiedzieć. Tak też jest w moim przypadku, chociaż noszę w sobie wspomnienie różnych zdarzeń związanych z nimi. Przede wszystkim pamiętam o chmurach, który widziałem podczas obserwacji skoczków spadochronowych. Tuż przy osiedlu Błonie było lotnisko i często na nim pojawiały się samoloty, a z nich wyskakiwali spadochroniarze. Gdy śledziło się lot białej lub kolorowej czaszy, mniej uwagi zwracało się na chmury, ale czasem niewielkie punkciki odważnych ludzi znikały w białych kłębach pary – wtedy było sporo emocji. Często też patrzyłem, z wiaduktu przy lotnisku, na zwałowiska chmurne, które układały się w surrealne skiby na ogromnej, otwartej przestrzeni. Podobnie rozległe były widoki z łodzi, którą przemierzałem Jezioro Jezuickie, albo na które patrzyłem kładąc się na wodzie podczas pływania wpław. Tak, te obrazy są wyraziste w mojej pamięci i wiążą się też z obserwacjami nieba podczas kąpieli w w innych jeziorach, w Bałtyku, w Morzu Śródziemnym i w Atlantyku (Atlantic City i Zatoka Meksykańska, u zachodnich brzegów Florydy).

Skoro mowa o podróżach, to niezapomnianym widokiem były dla mnie chmury, które po raz pierwszy zobaczyłem od drugiej strony, z okien samolotu. Było to w styczniu, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy leciałem do Szwajcarii. Byłem oczarowany tymi ciągnącymi się bez końca warstwami podświetlonej bieli, szarości i błękitu. Myślałem wtedy o wyobrażeniach aniołów, które często przedstawiane są jako byty egzystujące na chmurach. Patrzyłem z takim zapałem przez iluminator Airbusa, że ani się nie obejrzałem jak minęła trzygodzinna podróż z Warszawy do Zurychu. Potem jeszcze wiele razy przyglądałem się ogromnym przestrzeniom chmurnym z okien samolotu – nad Atlantykiem, nad Europą, a wreszcie nad Ameryką i Azją. Długie podróże do Pekinu i do Środkowych Chin dostarczyły mi wielu wrażeń w tym względzie. Napisałem nawet w Boeingu 767 wiersz o chmurach, rozpościerających się nad stolicą Państwa Środka. Ponad Syberią i Kaukazem snuły się mgły, ale były też miejsca, gdzie szczelne warstwy cumulusów i stratocumulusów zasłaniały widok ziemi. Tyle naturalnego i pierwotnego piękna jest nad chmurami, a ta świetlistość i jasność świata przywodzi rzeczywiście na myśl wyobrażenia wspaniałości niebiańskich i latających tam aniołów. Niezwykły był też widok oparów, rozmyć i walorowych tonacji błękitu nad Atlantykiem, a wrażenia potęgowały jeszcze silne turbulencje samolotu. Gdy zbliżał się on do wybrzeża Ameryki Północnej, dostrzegałem pomiędzy pasmami mgieł i ciemniejszych smug kry, poorane przez płynące lodołamacze. Dobrze było widać te statki, a także wyraźne linie wodne za nimi, dość dobrze rysowały się też miasta na wyspach Saint Pierre i Miquelon, Księcia Edwarda (Charlottetown), na Nowej Funlandii i na półwyspie Nowa Szkocja (Halifax). Co jakiś czas pojawiały się też wielkie, nowe przestrzenie chmur, które wszystko zasłaniały. Pamiętam też błękit bezchmurnego nieba nad Florydą i nad Italią, a potem nad zatoką w mieście Alanya, w Turcji. Wszystko to razem układa się w jakiś ciąg i pozwala wierzyć, że jest coś w naszym życiu, co nie przepada bezpowrotnie.

Chmury przyszły mi na myśl, gdy oderwałem się dzisiaj od pisania i spostrzegłem za oknem niezwykle świetlisty dzień. Wyjrzałem na świat i zobaczyłem piękne, podświetlone przez słońce cumulusy, układające się w ogromne budowle i kształty jakby rodem z zamierzchłych kosmogonii. Zrobiłem zdjęcia, które oddają tylko cząstkę tego, co widzą oczy i są rodzajem zapisu częściowego. Musiałbym mieć bardzo czuły aparat, by odzwierciedlić wszelkie niuanse, poblaski, cienie i plamy tych niezwykłych kształtów. Każdy aparat ścina trochę barw i porządkuje świat na użytek konkretnej fotografii – godzimy się na te spłaszczenia i na wizualne szachrajstwa z konieczności, zawsze wszakże coś z oglądanego świata udaje się utrwalić. Na przykłada stada kawek lub gawronów, odlatujących właśnie na wschód, cofających się ku mroźnym krainom tajgi i tundry, gdzie czują się lepiej niż u nas. Dzisiejsze chmury, tak wyraziste w promieniach słońca są zapowiedzią zbliżającej się wiosny, ostatecznego odejścia bardzo dokuczliwej w tym roku zimy. Patrzę na nie i myślę o tym co będę robił w następnych miesiącach i latach i jak jeszcze długo trwać będzie to niezwykłe twórcze ożywienie, jakie stało się moim udziałem w okolicach pięćdziesiątych urodzin. Gdy byłem małym chłopcem i obserwowałem na osiedlu Błonie spadochroniarzy, przelatujących pomiędzy obłokami, wiszących w powietrzu, myślałem o człowieku w moim wieku jako o matuzalemie… A tutaj ta dziwna młodzieńczość, poczucie, że otwiera się przede mną wspaniały świat, pełen niezwykłych przeżyć i doświadczeń. Zawsze już będę wrażliwy na chmurne draperie przestrzeni, będę je fotografował i przystawał podczas podróży, by się im przyjrzeć. Dzisiejsze chmury kojarzą mi się z tymi z obrazów Salvadore’a Dali’ego, który był prawdziwym mistrzem w ich odwzorowywaniu. Najczęściej też umieszczał na swoich obrazach obłoki świetliste, wyraźnie rysujące się w perspektywie ultramaryny nieba. Pośród ziemskich draperii, chmury są jedną z najbardziej widowiskowych i nieustannie się zmieniających – to naturalne abstrakcje, które czasem potrafią ułożyć się w jakieś znajome kształty, coś przypominające, z czymś się kojarzące. Od początku świata tyle był konfiguracji chmurnych, że nie sposób sobie tego wyobrazić, to jakby arcydzieła stworzenia, które towarzyszą nam od dni pierwszych do ostatnich. One są symbolem wolności i nieskrępowania, swobodnego przepływu, ale też przypominają nieustannie o uciekających chwilach i o tym, że nic dwa razy się nie zdarza w takim samym kształcie i w takim samym deseniu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: