DRAPERIE PRZESTRZENI (I)

Nasze życie rozgrywa się w różnych światach, w stale zmieniających się scenografiach, pośród kontrastowych  faktur rzeczywistości. Postanowiłem dokumentować w moim dzienniku te migające tła, które pojawiają się i znikają, pozostają w pamięci lub szybko z niej wypadają. Lubimy zmiany i chcemy przeglądać się w różnych przestrzeniach – może dlatego tak dobrze nam jest w innych krajach i wciąż łakniemy podróży, nowych wrażeń i odczuć.

Julian Fałat - Śnieg, 1907

Na początku – z racji pory roku i niezwykle obfitych opadów – śnieg i biel. To one okrywają wszystko, wygładzają fałdy i nierówności, przydają majestatu krajobrazom i zamkniętym przestrzeniom. Kojarzą się z zimnem i mają swoje konotacje zimowe, górskie, polarnicze, a przede wszystkim sportowe. Moja pierwsza śnieżna myśl biegnie ku Julianowi Fałatowi (1853–1929) – wspaniałemu polskiemu malarzowi, który osiągnął niekwestionowaną pozycję w naszym malarstwie, a to dzięki wytężonej pracy i talentowi. Pochodził z prostej, chłopskiej rodziny i bez pomocy najbliższych oraz bez stypendiów osiągnął wykształcenie artystyczne. Nie stać go było na farby olejne, więc na początku malował przede wszystkim akwarelami, co może pozostawiło swoje znamię na jego późniejszych pracach. Studiował w Niemczech, robił przerwy, by zarobić na dalszą edukację i stale malował. Sporo podróżował, aż w końcu ruszył na wyprawę dookoła świata, dokumentując ją licznymi akwarelami. Był dyrektorem Krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, gdzie przeprowadzał rewolucyjne zmiany, a potem na wiele lat osiadł w Toruniu, gdzie dobitnie zaznaczał swoją obecność i malował wiele pejzaży nadwiślańskich. Zasłynął jako twórca pięknych scen łowieckich i rodzajowych, portrecista płochliwych zwierząt i kronikarz wsi przełomu wieków. W jego dorobku wiele jest też obrazów przedstawiających panoramy Krakowa, ale w pamięci potomnych pozostał przede wszystkim jako malarz śniegu. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć mojego pierwszego zetknięcia się z jego obrazami w Muzeum Narodowym w Krakowie. Miałem wtedy wrażenie, że ten pył na płótnie jest prawdziwy i w jakiś magiczny sposób został przylepiony do obrazu. Fałat uzyskiwał niespotykaną plastyczność tworzonych przestrzeni, a najlepiej udawało mu się to przy zimowych pejzażach.

Moje śnieżne wspomnienia związane są z wieloma miejscami w Polsce i na świecie, ale ich przywoływanie zacząć wypada od dalekiego Starego Zawidowa, gdzie jeździłem z rodzicami do mojego dziadka – ze strony ojca. Byłem małym chłopcem i siedziałem w dobrze ogrzanej chacie, a za oknami hulała wielka zamieć. Wszędzie było pełno śniegu, narosły ogromne zaspy i pojawiły się długie sople lodu, wiszące na brzegu dachu. Właśnie wtedy przyszedł do domu mój wujek – Rysiek, wtedy jeszcze nastolatek i zaczął grzać ręce przy piecu. Płakał strasznie, bo odmroził sobie palce podczas prac przy zwierzętach hodowlanych. Ta miejscowość leży nieopodal czeskiej granicy i głęboko we mnie pozostały jej krajobrazy, szczelnie zasypane pola i pobliskie góry. Oczywiście najwięcej wspomnień związanych ze śniegiem wiąże się u mnie z osiedlem Błonie, gdzie dorastałem. Nasza wielka grupa rówieśnicza wędrowała z saniami, nartami, czasem jakimiś deskami, na pobliskie podwyższenia terenu, na wiadukt, niedaleko lotniska, do starego sadu na Jarach, do wąwozu przy jednym z cmentarzy. Ślizgaliśmy się na nogach, zjeżdżaliśmy na saniach, nartach i na czym się dało – zawsze jednak związane to było z opadami białego, lodowatego pyłu. Przy blokach rzucaliśmy się śnieżkami i pchaliśmy wielkie kule, z których najczęściej budowaliśmy jakieś fortece, zamki, umocnienia. Czasem temperatura powietrza była taka, że można było ze śniegu wycinać bloki i wznosić z nich igloo, takie same, jak te, o których czytywaliśmy w powieściach podróżniczych. Czasem odśnieżałem naszą działkę, albo czyniłem to przy szkołach, do których chodziłem, przy domostwach zaprzyjaźnionych osób. W mojej pamięci pozostała też zima stulecia (1979), kiedy to moja ówczesna dziewczyna – Alina – nie mogła wrócić od babci do Bydgoszczy i ja ruszyłem z wyprawą ratunkową. Szedłem i podjeżdżałem jakimiś pługami śnieżnymi, najpierw do dalekiego Wałdowa, a potem do Więcborka i wreszcie do Sypniewa, gdzie ją znalazłem. Wracaliśmy pieszo i też podjeżdżaliśmy czym się dało przez Mroczę, do Nakła i dalej już autobusem do Bydgoszczy. Nigdy więcej nie widziałem tyle śniegu w Polsce, nawet w górach, nawet pośród wysoko położonych dolin i przełęczy.

W mojej pamięci są też wspomnienia związane z przebywaniem na obozach sportowych w Borowicach i Bierutowicach, w Karpaczu i w Sromowcach Niżnych. Wchodziłem wtedy na Trzy Korony, biegałem pośród górskich dróg i sporo czasu spędzałem na nartach zjazdowych i biegowych. I to cudowne słońce górskie, odbijające się od śniegu i rażące oczy, ale przede wszystkim pięknie opalające. No i wspomnienia zagraniczne – pokryty śniegiem Fryburg oraz część Szwajcarii, pomiędzy Zurichem a Lozanną, wędrówki nad brzegiem Lemanu, przyglądanie się dalekim alpejskim szczytom. Potem kolejne wakacje w Alpach i śmiganie na nartach po stokach, wędrówki i wiele śladów odciśniętych w śniegu. Dalej śniegi Syberii, oglądane z samolotów lecących do Chin i ośnieżone chińskie góry, tak piękne, tak pierwotne i rodzące tyle skojarzeń, tyle tęsknot i twórczych myśli. Teraz też każdy dzień związany jest z białym pyłem, którego w tym roku napadało bardzo dużo. Ludzie potykają się, zapadają się w zaspy, próbują przedostać się ku jakimś celom. Poszedłem dzisiaj nad Wisłę, gdzie lód już puścił i widać wielkie fragmenty płynącej kry, ale wszędzie sporo jeszcze bieli, która powoli zaczyna znikać. Ta czystość i gładkość zamieni się niebawem w brudną maź, która przemoczy buty i jeszcze bardziej utrudni chodzenie. Rzadko kiedy zatrzymujemy się przy jakiejś muldzie, nie zadajemy sobie trudu, by przyjrzeć się śniegowi z bliska. Ale dopiero w takim oglądzie widać połyskujące drobinki, specyficzną draperię, która składa się na – niby – jednorodną biel. Cały dowcip polega jednak na tym, że ta biel wcale nie jest biała, gdyż ma liczne odcienie i niuanse. Widział to znakomicie Julian Fałat i tak ją malował, że uzyskiwał efekt niezwykłego realizmu. A to przede wszystkim za sprawą tonów pośrednich, które zauważamy, gdy zadamy sobie trochę trudu. Okazuje się wtedy, że to, co wydawało się białe, ma wiele różnych barwnych plam. Przede wszystkim pojawiają się tony i półtony błękitu, czasem podążające aż ku kolorowi niebieskiemu, sporo też jest pastelowych żółcieni, nieco sienny palonej, brązu a nawet czerni. Spojrzałem właśnie przez okno i zobaczyłem, że zapada mrok, przydając śniegom ultramarynowej barwy. Przejechał jaskrawo oświetlony autobus miejski i jego czerwone światła uwydatniły się pośród ciemniejącej już bieli…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: