CHINY (X)

Następnego dnia jest lepsza pogoda i jedziemy na południe, do Narodowego Parku Leśnego Kanbula, zobaczyć jedne z najpiękniejszych miejsc w Chinach. Żegnamy nieco zamglone Xining i podążamy przez wsie, miasteczka ku szerokiej autostradzie. Biegnie ona przez góry, a czasami przebija się przez nie tunelami – właśnie wjeżdżamy w jeden z najdłuższych w Chinach, mierzący ponad trzy kilometry. Dowcipni kierowcy autobusów urządzają sobie wyścigi i mijają się trąbiąc na siebie. Patrzę z przerażeniem jak prawie ocierają się o siebie, przy szybkości stu czterdziestu kilometrów na godzinę. Jeden nieostrożny ruch kierownicą lub kamień pod kołem, mogłyby spowodować katastrofę. Wreszcie wydostajemy się z tunelu i oddycham głęboko, z ulgą, przypatruję się zielonym wzgórzom, które ciągną się z każdej strony. Widać na nich wyraźnie rysujące się tarasy uprawowe, gdzieniegdzie jaśnieją lub zaznaczają się plamy białych lub czarnych jaków, niżej krów i koni lub mułów. Przejeżdżamy przede wszystkim przez muzułmańskie wioski, na co wskazują nakrycia głowy mężczyzn i kobiet. Czasem mijają nas oni na motocyklach Yamaha lub Kawasaki i wtedy wyraźnie widać białe czapeczki i czarne, koronkowe chusty. Wszędzie pełno odkrytych straganów z arbuzami i melonami, kawałkami baraniny wiszącymi na hakach, jabłkami i gruszkami, pomarańczami i mandarynkami. Żywe kozy i owce błąkają między ludźmi, czasem niewielki pies wybiega z zagrody i oszczekuje pędzące autobusy. Jacyś ludzie wydobywają kamienie z płytkiej, prawie wyschłej rzeki, biegnącej równolegle do drogi. Czasem widzę jakieś umykające ptaki, ale z racji oddalenia nie mogę się zorientować jakie to gatunki, rozpoznaję tylko odważniejsze i żyjące blisko ludzi sroki, szpaki i wróble. Przewodnicy zapowiadają, że zbliżamy się do rzeki Huang He i spodziewam się niewielkiej strugi, która niedaleko stąd rusza z gór i coraz to potężnieje. Wjeżdżamy na most i ze zdumieniem zauważam, że w tym miejscu jest to już wielka rzeka, równie szeroka jak Wisła w swoim północnym biegu. Wkrótce wszystko się wyjaśnia, bo dojeżdżamy do wielkiej tamy, która spiętrza wielką chińską rzekę i powoduje, że już w górnej części jest ona potężna i ma ów żółtawy odcień, który od dawien dawna akcentowano w jej nazwie. Koryto jest nieuregulowane i przeciska się szeroko przez górzystą krainę, przenosząc ogromne ilości życiodajnego lessu, cząstek organicznych i materiału skalnego.

Gdyby nie istniała Żółta Rzeka, północne Chiny byłyby zapewne nieurodzajnym pustkowiem. A tak stały się kolebką starożytnych Chin – to tutaj łatwo uprawiało się lessowe gleby i produkowano ogromne ilości żywności. Z powodu krętego biegu, a także kapryśnej natury, rzeka często porównywana była do smoka. Wypływa ona z gór Bayah Har Shan i wpada do jeziora Elinghu, co po tybetańsku znaczy Błękitny Wschód Słońca. Przypomina ono kształtem złoty dzwon i obejmuje obszar 618 kilometrów kwadratowych. Tuż przy nim usytuowane jest jezioro Zhalinghu, co z kolei znaczy Biały Wschód Słońca. My jednak jesteśmy bardziej na wschodzie, przy pięknym zbiorniku wodnym Lijiaxia, który słynie z niezwykłych widoków i wielkiej hydroelektrowni. Wszystkie autokary zatrzymują się na sporym placu i przesiadamy się do mniejszych busów, które powiozą nas w góry, do miejsca zwanego Kanbula, skąd roztacza się piękny widok na okoliczne, żłobione przez wodę i wiatr skalne ostańce, jak i na niezwykłe, turkusowe jezioro. Wsiadam do jednego z pojazdów, gdzie kierowca w tradycyjnym tybetańskim stroju uśmiecha się i z dumą odsłania wprawione złote zęby. To charakterystyczny element wyglądu tutejszych ludzi i znak ich zamożności, która bierze się przede wszystkim z licznych kontaktów z turystami. Każdy kto przyjeżdża do prowincji Qinghai, pragnie zobaczyć osławione jeziora i poszarpane góry, przedstawiane w tradycyjnym malarstwie chińskim. Jedziemy dość szybko w górę, wąskimi serpentynami, i po kilkunastu minutach pojawia się panorama jeziora Lijiaxia. Wielu uczestników wycieczki krzyknęło w tym momencie z zachwytu, bo widok doprawdy zapiera dech w piersiach. Dopiero stąd widać delikatną barwę wody, przechodzącą od błękitu do turkusu. Zapinam sweter, bo w miarę wspinania się w górę, czuję coraz większy chłód. Zaczynam też odczuwać zmieniającą się wysokość, która sięga blisko czterech tysięcy metrów, obserwuję też zmieniającą się roślinność. Przy drodze pasą się kozy, a nieco wyżej, na zboczach widać samotne jaki. W końcu docieramy do Narodowego Parku Leśnego Kanbula, gdzie jest niewielki budynek i parking dla samochodów. Mamy godzinę na zwiedzanie tego miejsca i kontemplowania niezwykłych kształtów otaczających gór, które bardziej przypominają krajobraz z jakiejś obcej planety, niż miejsce na ziemi. Są to wielkie ostańce skalne, w specjalny sposób wyżłobione przez wodę i wiatry, tak że przypominają głowy prehistorycznych żółwi. Rośnie tutaj wiele rzadkich drzew iglastych, górskie topole i sporo krzewów charakterystycznych dla tej wysokosci. Wędrujemy wąskimi dróżkami, podziwiamy ostańce oraz odległe szczyty górskie, nawet w sierpniu pokryte śniegiem i lodem. Wchodzimy też na niewielka górę, na której zbudowano rodzaj chińskiej altany, ze stromymi dachami i charakterystycznymi ozdobami. Tuż obok jest jeszcze jeden szczyt, pokryty trawą, kwiatami i ziołami. Wspinam się na niego, mijając dwa pasące się muły, a gdy staję na szczycie, zauważam, że wspięli się tutaj też trzej muzułmanie z pobliskiej wsi. Niestety nie rozmawiają oni po angielsku, ale wymieniamy jakieś uwagi o okolicy, podnosząc wskazujący kciuk do góry, coś próbując dać do zrozumienia na migi. Po zejściu ze szczytu jedziemy nieco niżej, do dużej stołówki, gdzie zatrzymują się wszystkie wycieczki. Jem pałeczkami tradycyjny posiłek, pełen warzyw i pierożków drożdżowych, gotowanych na parze i szybko wychodzę na placyk przed budynkiem. Słońce grzeje bardzo mocno, siadam więc na niewielkim murku i korzystając z okazji, opalam twarz. Dopiero w Xining zauważę, że te kilkanaście minut w bezruchu, spowodowało, że słońce dosłownie osmaliło mi buzię.

Zjeżdżamy jeszcze niżej, w kierunku zbiornika wodnego i monumentalnej, żelbetonowej hydroelektrowni. Przez cały czas podziwiam niezwykłe widoki, sporo fotografuję i zatrzymuję wzrok na niewielkich skupiskach budynków, ulokowanych w dolinach i otoczonych murami. Zimy tutaj muszą być srogie i wiatry porywiste, dlatego ludzie chronią się w specjalnych kompleksach, które mnie kojarzą się z gniazdami jaskółek, przyczepionymi do ścian. Wreszcie dojeżdżamy do sporego tarasu widokowego i mamy przed sobą panoramę skał, kamiennych platform, turkusowej wody, tamy i gór ciągnących się aż do horyzontu. To jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widziałem w życiu, więc fotografuję, by utrwalić tę chwilę. Spaceruję przy samym brzegu przepaści i cieszę oczy tym kawałkiem Chin, niegdyś tak niedostępnym, a teraz będącym wielką atrakcją turystyczną. Organizatorzy dają nam ledwie kilka minut na delektowanie się panoramą zbiornika wodnego, który z samolotu wygląda jak chiński smok. Szybko wsiadamy do mikrobusów i zjeżdżamy w dół, do podnóża gór, gdzie z hukiem, przez sztuczne spiętrzenie, przewala się, rzeka Huang He. Wracamy tą samą drogą do Xining, ale w pewnym momencie skręcamy w kierunku gór i ocieramy się o kompleks lamajskich świątyń na szczytach. Jesteśmy lekko ubrani, a tam temperatura gwałtownie spada do minus dziesięciu stopni, więc nie możemy się zatrzymać. Przyglądam się namiotom z flagami modlitewnymi i ludziom, którzy często siedzą na ziemi, na niewielkich kocach lub na rozpostartych skórach jaka. Muszą być bardzo zahartowani, bo nie są wcale grubo ubrani, mają na sobie swetry, czasem jakieś sfatygowane płaszcze lub kurtki. Przy drodze leżą białe jaki i kozy, widać też ludzi, wspinających się specjalnymi dróżkami ku świątyniom. Mijamy to niezwykłe miejsce i zjeżdżamy do autostrady, a nią mkniemy znowu szybko w kierunku Xining. Kierowcy raz jeszcze dają popis w długim tunelu, ale po wyjechaniu z niego, trąbiąc na mijane samochody i przyspieszając coraz bardziej, dowożą nas bezpiecznie do hotelu. Jestem nieco zmęczony i chcę się przespać, ale nagle dowiaduję się, że z powodów technicznych, muszę tego samego dnia wieczorem lecieć do Pekinu. Zabrakło miejsc w samolocie, który miał ruszyć następnego dnia, więc mnie i poetę z Dahomeju umieszczono w innym statku powietrznym. Cóż robić, szybko pakuję swoje rzeczy, żegnam się z wieloma pisarzami i wsiadam do autobusu, który odwozi nas i sporą grupę Chińczyków na lotnisko. Gładko załatwiam formalności, siadam w poczekalni z czarnoskórym kolegą i czekam na samolot. Nie możemy rozmawiać, bo on mówi tylko po francusku, a ja posługuje się przede wszystkim językiem angielskim. Jeszcze godzina i już wsiadamy do Boeinga 737 i wznosimy się nad Xining. Z zachwytem patrzę na górzysty krajobraz gościnnej prowincji Qinghai, a potem długo przyglądam się z zaciekawieniem ludziom, którzy lecą wraz z nami do stolicy. Na lotnisku czekają na nas wyznaczeni opiekunowie, którzy transportują nas znowu do tego samego hotelu, co przed wylotem do Xining. Śpię spokojnie i budzę się wczesnym rankiem, mam więc jeszcze trochę czasu by pochodzić po ulicach Pekinu. Trwa na nich poranne ożywienie, tysiące samochodów i ludzi na rowerach przemieszcza się ku jakiemuś przeznaczeniu. Niebawem znajdę się ponownie na lotnisku, wsiądę do wielkiego samolotu, lecącego do Wiednia, stamtąd mniejszym aeroplanem przemieszczę się do Warszawy i moja chińska wyprawa zakończy się. Będę tęsknić za Państwem Środka i może nigdy do niego nie wrócę, na pewno jednakże zainteresuję się bliżej jego kulturą – będę czytać wiele książek i jak najwięcej pisać o nim.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: