ROK JULIUSZA SŁOWACKIEGO (V)

szkola_z_lewej

Zespół Szkół w Przemystce koło Radziejowa

Na zaproszenie Rolniczego Centrum Kształcenia Ustawicznego im. Ziemi Kujawskiej byłem w niewielkiej Przemystce, koło Radziejowa, gdzie wygłosiłem wykład o Juliuszu Słowackim, jak zwykle starałem się połączyć wiadomości biograficzne i ciekawostki z próbą interpretacji twórczości tego wielkiego polskiego romantyka. Tym razem mówiłem o podróży na wschód i obecności motywu słońca w wielu dziełach poety. Obok wielkich konferencji, spektakli, koncertów i uroczystości, także takie małe wydarzenia mają swoją wagę dla Jubileuszu dwusetnej rocznicy urodzin. Oto fragment mojego wystąpienia:

Słowacki był szczególnie wrażliwy na rozgrywające się w przyrodzie operacje świetlne. Przywoływał w wierszach oślepiające światło słońca i rzucał jego refleksy na malowane słowami krajobrazy. Szczególnie uwidoczniło się to w wierszach powstałych podczas podróży do Ziemi Świętej i w Egipcie. Egipcjanie rozgraniczali trzy formy istnienia słońca – Chepry – słońce wschodzące; Re – słońce w zenicie; Atum – słońce kładące się do snu. Uczyńmy te egipskie rozgraniczenia kolejnymi cząstkami naszego przybliżenia, w którym solarny mit kosmogoniczny jest fundamentem wyobraźni podążającej od rozbłysku do ciemności. Słowacki pojmował słońce i jego promieniowanie jako struktury eternalne. Nie posiadał jeszcze w dziewiętnastym wieku pełnej wiedzy o wielorakich cyklach naszej gwiazdy jak i o jej nieuchronnym końcu, jednak jego przekonanie zgadzało się zapewne z tym co wyartykułował Dan Campbell: Najpotężniejszą siłą kształtującą przeznaczenie człowieka jest przede wszystkim Słońce; potem bliższe planety, szczególnie te, które osiągają ascendent w chwili narodzin człowieka. To przekonanie było zdumiewająco bliskie kultowi słońca w starożytnym Egipcie, wiążącemu się przede wszystkim z panowaniem Amenhotepa III i jego następcy Echnatona (Amenhotepa IV). Egipska kosmogonia solarna Słowackiego ma swój początek, swój świt, w opisywanej przestrzeni w okolicach wielkich piramid w Gizie. Jak wiadomo poeta trafił tam z początkiem listopada 1836 roku. Zachwycał się egzotycznymi widokami, wdrapał się nawet na szczyt piramidy Cheopsa a stamtąd patrzył na niedaleki Kair i piaski pustyni. Opis tego świata zaczyna się od zamilknięcia przyrody, gdy wiatr przestaje wiać, a światło albo dopiero narasta i tężeje, albo powoli przygasa, tworząc przepyszny krajobraz z palmami i wielkimi trójgraniastymi budowlami grzebalnymi: Nie szumi liść, nie szumi gaj,/ Jakie niebo, jaki kraj!/ Z cegieł stoją wielkie góry,/ A na cegłach leżą chmury. To jest chwila dziwnego zamilknięcia żywiołów, gdy ustający wiatr przypomina bezdech, potęgowany ogromną wilgotnością powietrza, brakiem tlenu. Wraz z tym przycichaniem potężnej siły, maleje dynamika postrzeganej i opisywanej przestrzeni, ustają też efekty dźwiękowe, szum liści, odgłos gajów oliwnych; wraz z zamilknięciem wiatru, ustaje na chwilę ruch w przestrzeni. Poeta wykorzystuje ten moment by zaczepić w niej swój mit kosmogoniczny, tak tutaj udanie skojarzony z systemem egipskich mitów eschatologicznych. Bo przecież ziemia, reprezentowana tutaj przez  elementy,  kamienie (cegły), z których zbudowano piramidy, jest też rodzajem ostatecznego grobowca, przez który faraon przeszedł do wieczności. Zarazem ów grób kamienny, geometrycznie doskonały, jest sztuczną górą, na której w wyobraźni poety, i zapewne w realnym świecie, kładą się obłoki, cząstki krajobrazu tyleż przynależne do żywiołu powietrza, co do systemu elementów akwatycznych. Nie zapominajmy też i o tym, że jest to część pieśni śpiewanej na Nilu, a zatem słowa padają jakby w przestrzeni ze wszystkich stron obwarowanej wodą. To wystarczy by potem, wychodząc z pozycji chepry, podążać, wraz ze Słońcem poprzez stan Re, aż do chwili Atum – w wierszu Słowackiego światło rodzi się, tężeje, przeobraża się w jasność najintensywniejszą, oślepiającą, nie pozwalającą zawiesić wzroku na koronie Słońca, aż wreszcie traci swoją moc, przeobraża się i przemienia krajobraz, w miejsce oblane czerwienią, gamą odcieni różu, złota, oranży i żółcieni. Dla nas jednak ważne w tej chwili jest wyraziste wskazanie początku poetyckiej, egipskiej kosmogonii solarnej i zarazem wyodrębnienie się subtelnego światła, inicjującego stworzenie – świtu świata i świtu kosmogonii. Zauważmy, że w dialogu pomiędzy poetą i Arabem padają ważkie słowa : Co zamyślasz? czy ty śnisz?/ Gdy uczują ptaki krzyż,/ Świty białe, wschodu róże,/ Rozlecą się po lazurze. Słowacki znajduje w wierszu pojemny ekwiwalent słowny dla świtów rozgrywających się w krainach Orientu, nazywa je po prostu białymi, a potem potęguje to ascetyczne określenie, zderzając je z wykwintem porównania do róży wschodu. Takie zderzenie prostoty i złożoności symbolicznej daje zdumiewający efekt, tworzy aurę prawdy naturalnej, otwierającego się wielkiego spektrum światła i przestrzeni, zaczepienia kosmogonii w chwili wyraźnie wskazanej i dookreślonej metaforyką romantyczną. To jest charakterystyczne dla Słowackiego dopowiedzenie i dookreślenie, które jest też rozbiciem świata w pył, zburzeniem tego co utwierdzone przez mgnienie, co musi – zgodnie z romantyczną zasadą nieustających pulsacji, powtarzających się cyklów światła i przestrzeni – pęknąć, rozlecieć się po lazurze, stać się raz jeszcze cząstką, światłem przepuszczonym przez pryzmat romantycznej świadomości poety.

Jeszcze głębiej sięga solarna inicjacja kosmogoniczna w wierszu pt. Do Teofila Januszewskiego, gdzie siłą retrospekcji wraca Słowacki do pobytu z wujem w Neapolu, w czerwcu 1836 roku. Poeta poddaje się, wymuszonemu przez podróż do ciepłych krain, przemieszaniu pór roku i zakłóceniu rytmu biologicznego. Otwieranie przestrzeni, odsłanianie jej wraz z nasilającą się operacją słońca, skorelowane zostało ze zbliżaniem się statku do brzegu. Gdy jest coraz jaśniej, krajobraz afrykański staje się dla oka coraz wyrazistszy, tak i tutaj, podczas dopływania do lądu elementy świata stają się coraz lepiej rozpoznawalne. Wszystko zaczyna się na chwilę przed wschodem słońca i łatwo możemy sobie wyobrazić zjawiskowy charakter przestrzeni morskiej i, potężniejącego z każdą chwilą, brzegu. Po jednej stronie nieba jeszcze panuje mrok, przeistaczający się w granatowe plamy chmur, mgieł, oparów, a po stronie drugiej, błyskawicznie, jak zwykle w krainach egzotycznych, pojawia się światło, rozszczepione nad horyzontem przez powietrze. Barwy zmieniają się dosłownie z chwili na chwilę, czerwień i purpura, blady lazur i refleksy jaśniejszych promieni, powodujące, że palma na brzegu „nabiera kształtu”, wyglądu marmurowego, dostojnego i tajemniczego. Także inne elementy krajobrazowe – wiatraki, a może, tak metaforycznie nazywane, zdające się kręcić w powietrzu, refleksy światła: Nad tym brzegiem, a z twarzą, jak ją widzę co dnia,/ Leżała nie splamiona purpura przedwschodnia;/ Na niej stada gwiazdeczek bladego lazuru –/  I jedna tylko palma na prawo z marmuru,/ Otoczona rojami nie śpiących wiatraków. Niebo staje się wielkim przezroczem, na którym widać wyraziście stada wędrownych ptaków, wijące się, swobodnie łączące się w łańcuchy i będące jakby symbolem poety i jego wędrówki. Tak jawi się pierwszy świt afrykański Słowackiego, a zarazem ów moment, kiedy zaczyna on budować w wyobraźni, a potem w słowach, na papierze, konstrukcje mniej lub bardziej oświetlone, mniej lub bardziej wizualne w poświatach wschodzącego słońca. Na dobrą sprawę mamy tutaj też do czynienia z przełamywaniem się solarystycznego mitu biblijnego, albo może powracaniem mitu krainy piramid, jako pierwotnego, wyprzedzającego Biblię. Wyobraźnia poety  „poczyna” ląd afrykański z ciemności, z głębin chaosu, i tworzy obraz trójwymiarowy, coraz bardziej kontrastowy, coraz piękniejszy: W przezroczu nieba stada wędrujące ptaków,/ Tak, jak je ręka boża w jeden łańcuch sprzęże,/ Przede mną w czarne, długie wiązały się węże…/ Tak mi się ukazały afrykańskie brzegi,/ Smutne, obumarłymi południka śniegi/ Zasypane, pod nieba sklepionego łuną,/ Długą i rozciągniętą położone struną./ Z niej jak z boskiego łuku na niebieskie stropy/ Strzał słonecznych wiązane wypadały snopy. I choć dalej mamy opis ludzi, jakby przybliżonych przez imaginację poetycką, to nie oni są tutaj najważniejsi, o wiele silniej kładzie przecież poeta nacisk na kosmogoniczny charakter świtu, na siłę światła słonecznego, wydobywającego z ciemności kształty.

Słowacki patrzy na świat szeroko otwartymi oczyma i dostrzega to, o czym inni nawet nie zdają sobie sprawy. Jego wzrok jest na usługach wyobraźni stwarzającej i nieustannie staje z nią w zawody. I choć obcuje z pięknem realnego świata, choć chłonie wielość barw, kształtów, wielość struktur, począwszy od ubarwienia niewielkiego owada, a skończywszy na przeogromnych panoramach morskich i lądowych, to jednak ustępuje pola imaginacji, która świat tworząc za każdym razem od podstaw, może go dowolnie, wielorako modyfikować, przekształcać dla potrzeb wiersza, poematu, dramatu. Wtedy staje się wyobraźnia poetycka lustrzanym odbiciem procesów kosmogonicznych, znanych z wielu mitów. Poeta stwarzając swoje poetyckie słońce, jakby konstruuje je z wielu cząstek naraz – przede wszystkim z utrwalonego w pamięci i stale odnawianego obrazu ognistej kuli, ale też dopełnia swoje opisy jakby cząstkami uczuciowymi; kiedy tego wymaga sytuacja liryczna, wprowadza element lęku, solarnej grozy, majestatu kosmicznego. Innym razem jakby sprowadza słońce do rangi refleksu, ledwie ciepłego płomyka, który ogrzewa jednostkę albo całą ludzkość. Ważne też tutaj są barwy – od największej jaskrawości, czyli oślepiającej bieli, do tonacji ciepłych, widzianych każdego dnia o świecie bądź o zmierzchu, a wreszcie do rozmyć walorowych, lazurów, niebieskości, różów i fioletów. Często też słońce staje się złotym kręgiem, który w sposób szczególny lśni pośród mgieł. Tak jest w wierszu pt. Piramidy, gdzie rzeczywistość egipska, w świadomości poety i w wierszu, raz jeszcze odsłania się wraz z brzaskiem.
Jakże subtelnie opisuje poeta owe różowe, czasem niebieskawe, podświetlone od spodu chmury; widziane o świcie i wraz z podwyższaniem się temperatury powietrza, wraz z coraz jaśniejszym słońcem, odchodzące gdzieś za horyzont. Liryka Słowackiego w swej subtelności osiąga poziom rzadko spotykany w poezji światowej, jest tak plastycznym i wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, że staje się jakby nową kosmogonią nowego świata. To jest branie z widzialnej przestrzeni tego, co najlepsze, to jest odbijanie i nieustanne generowanie. Ten proces dookreśli poeta wyraziście we Wstępie do III tomu Poezyj: szczęśliwy, kto w ogniwie duszy własnej najwięcej promieni połączy i odbije. To jest rodzaj „przepracowania” świata siłą wyobraźni kosmogonicznej, to element pierwotnego mitu, który wyciska swoje piętno nawet na najbardziej idyllicznie przedstawionej przestrzeni. Równie dobrze w takiej scenerii mogą pojawić się centaury, gryfy i jednorożce, jak i oślątko, na którym poeta wyjeżdża z Kairu.

Słońce stojące w zenicie, oślepiające, miotające najdłuższe i najbardziej zabójcze promienie symbolizuje monarchę absolutnego, faraona w pełni chwały, dumnie patrzącego na poddanych i prześwietlającego wzrokiem ich zamiary. Światło, tak tronującego słońca, przepala i ożywia, rysuje wyraziste kształty w przestrzeni otaczającej obserwatora, a zarazem, ogrzewając powietrze, powoduje jego ruch, zachwianie oddalonych obrazów, fatamorganę. W takim żarze rozgrywa się kosmogonia ostateczna i świat staje się rodzajem tygla alchemicznego, ustawionego sztywno w bliskości płomienia – naczynia, w którym dochodzi do rozszczepienia kawałków na drobiny, cząsteczek na komórki, zamiany stanów, substancji twardych w płynne. Gdy słońce „świeci” w „zenicie wiersza”, te mechanizmy ze świata realnego przechodzą na psychikę i wyobraźnię poety, czynią liryk równie podatny na działanie symbolicznego światła, jak podatny był na nie realny Egipt. Słowacki, jako byt nadwrażliwy, odsłaniający swoim jestestwem ogrom kosmicznych uwikłań i uzależnień żywego ciała w przestrzeni, odtwarza świat realny i odtwarza w wierszu pierwotny mit solarny, w którym stwarzanie jest jakby samą istotą egzystencji. Tylko w pełnym świetle kolory są wyraziste, a kształty oddzielone, wyodrębnione w natłoku szczegółów i nawet to, co odległe, jawi się jako skończone, doskonałe, nakreślone boską ręką: Za Nilem widać było zieloną równinę;/ Po obu stronach domki białe, pełne krasy;/ Za domkami dwa wielkie daktylowe lasy,/ Między lasami przestwór i na tym przestworze/ Trzy piramidy – dalej żółte piasków morze/ I niebo blade – czyste jak Ptolomeusza/ Krąg z kryształu… Na oczach usiadła mi dusza… Wszystko wyraziste, wyodrębnione w świetle i dzięki światłu, szeroki Nil, a za nim zielona równina, białe domki, daktylowe lasy, wielka pusta przestrzeń, pośród której górują piramidy, a jeszcze dalej pozbawione błękitu, rozświetlone, blade niebo, swoją przezroczystością przypominające wielki ptolomejski kryształowy krąg. Widać tutaj jak zenitujące słońce zatraca się w wybuchu światła, jak zanika, rozpływa się w nicości i przezroczystości. Nerwy wzrokowe nie są w stanie stanąć do konfrontacji z taką przemocą świetlną, która ma w sobie element fundujący nową rzeczywistość. Dlatego poeta na chwilę znosi obowiązującą teorię heliocentryczną i zastępuje ją geocentryczną. Świat wraca do stanu znanego Egipcjanom, staje się okręgiem, okrytym kryształową kopułą. Górujące słońce oślepia, wyłącza zmysł wzroku i wtedy jego rolę zaczyna pełnić dusza, która pławi się w tym świetle i wszystko przeczuwa, wszystko dookreśla, wszystko umieszcza na odpowiednim poziomie kosmogonicznym, we właściwym dla danego utworu przestworze metaforyczno–symbolicznym. Poeta, tak samo jak cała egipska przyroda, jak całe królestwo faraonów, podlega tutaj prawom władczego słońca, nieustannie dyfrakcjonującego materię – dlatego czuje jakby roztapiał się w tej rzeczywistości, jakby tonął w piasku pustyni, a zarazem w tym gorącym powietrzu, w tej przestrzeni rozżarzonej do czerwoności. (…)

MAREK HŁASKO

Przy okazji opisów zdarzeń, związanych z dwusetną rocznicą śmierci Juliusza Słowackiego, umknęła mi inna ważna data – czterdzieści lat temu zmarł autor mojej gniewnej młodości – Marek Hłasko. Niegdyś lektura jego opowiadań i powieści była ważnym przeżyciem dla mnie. Oto skromny hołd dla tamtych zauroczeń i niezwykłych chwil z jego bohaterami, w jego światach, w jego przepaściach…

hlasko6 Lektura opowiadań Marka Hłaski natychmiast zwraca uwagę na wyrazistą konstrukcję i naturalną lekkość tej prozy. Pisarz uzyskuje takie efekty, jakby mimochodem, przy okazji niezwykle żywiołowej, wciąż podążającej do przodu, narracji. Czytelnik z impetem wkracza do jego światów i pozostaje w nich, bo jest przekonany, że to, o czym czyta, rozegrało się naprawdę, a ludzie – choć stanowią część utworu literackiego – kiedyś istnieli, byli prototypami, pojawili się w życiu autora. Wszakże Hłasko przez wiele lat był na „pierwszej linii życia”, pracował w wielu firmach jako kierowca i zanim znalazł się w salonach literackich, miał do czynienia z ludźmi prostymi, uczestniczył w ich spotkaniach, bachanaliach, nie stronił od bójek. To były jego przestrzenie obserwacji – grupy społeczne, które penetrował swoim analitycznym umysłem, a potem odzwierciedlał w dynamicznych opisach, w narracjach, dialogach i niespodziewanych puentach, w prozie nie pozbawionej nutki liryzmu. Ten właśnie liryzm – pisał Artur Sandauer – zwrócił nań powszechną uwagę. Odróżniał go on zarówno od dawniejszej prozy socrealistycznej, dość – nawet w najlepszych okazach – suchej i bezosobowej, jak i od wydanej równocześnie powieści Tyrmanda, gdzie chuligańscy bohaterowie to jedynie przesuwane – stosownie do potrzeb intrygi – marionetki. Postaci Hłaski natomiast miały problematykę osobistą; był w nich jakiś ciemny, desperacki, zaprzepaszczony liryzm, przypominający chwilami Jesienina. Ów nastrój alkoholiczno-kabaretowy łączył się jednak nadspodziewanie z bardzo chłodną i trzeźwą obserwacją – rodem z powieści amerykańskiej. Ta kombinacja Jesienina z Hemingwayem stanowiła o specyfice i oryginalności opowiadań Hłaski. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy królowała literatura socrealistyczna, a literaci pisywali książki, które mogliby sprzedawać i podpisywać na wielkich targach księgarskich, przed Pałacem Kultury im. Józefa Stalina, Hłasko szedł swoją drogą i nie zwracał uwagi na obowiązujące stereotypy, nie godził się na wtłoczenie w jakieś obowiązujące ramy. Z tego powodu miał liczne kłopoty i zatargi, które spowodowały, że w końcu wyemigrował z kraju i pozostawał za granicą do końca życia. Był „głodny życia” i nieustannie wkraczał w nowe, coraz mroczniejsze rewiry, osiągał przy tym niespotykaną dotąd w literaturze polskiej i rodzimej prozie, umiejętność mówienia o rzeczach błahych i wielkich zarazem, o ludziach prostych, zdegradowanych przez społeczeństwo i tych, którzy wznoszą się na wyżyny, uwalniają od uwikłań, próbują za wszelką cenę coś osiągnąć. Niestety recepcja Hłaski stale pozostawia wiele do życzenia – jak pisze Jerzy Jarzębski: Coś niedobrego stało się z Hłaską: legenda biograficzna przyniosła mu po śmierci zysk mniejszy, niżby można oczekiwać. To prawda, że po latach oficjalnej anatemy niektóre jego książki zwrócono krajowemu czytelnikowi, fascynuje się nim młodzież, ale czy go dobrze rozumie? Czy mit osobisty autora nie przesłonił samego dzieła. Trudno odpowiedzieć, zanim młode roczniki krytyków nie chwycą za pióro, by dać własną próbę egzegezy tej twórczości. Publikowane dotychczas szkice (…) nie napawają zbytnim optymizmem; nie dlatego, że jedni aprobują Hłaskę bez zastrzeżeń lub zgoła budują mu ołtarzyki, inni zaś reagują z rezerwą czy nawet alergicznie – pisarz na takiej polaryzacji sądów nigdy nie traci. Gorzej, że – jak się wydaje – niewiele się te przeciwstawne sądy różnią od stanowisk artykułowanych w latach pięćdziesiątych, co by znaczyło, że nie udało się na razie odczytać na nowo Hłaskowego dzieła, które przecież uległo na emigracji znaczącym przemianom, stało się w wielu punktach jaśniejsze, bardziej klarowne w artystycznych i światopoglądowych założeniach. Przyjrzyjmy się kilku znanym opowiadaniom Hłaski, zgromadzonym w 1982 roku w tomie pt. Namiętności, gdyż stanowią one jakby swoisty „wyciąg” z tego pisarstwa i w znakomity sposób ilustrują zarówno metodę twórczą, jak i umiejętności literackie autora Bazy Sokołowskiej.

Niewielkie opowiadanie pt. Pierwszy krok w chmurach dało tytuł niezwykle popularnemu wydaniu w 1956 roku krótkich form prozatorskich Hłaski. Książka ta została wyróżniona Nagrodą Literacką Wydawców i w ciągu dwóch lat miała trzy wydania – zapoczątkowała też legendę pisarską i życiową „polskiego Jamesa Deana” i – paradoksalnie – przy wielkim histerycznym wrzasku „widowni”, przyczyniła się do opuszczenia przez niego Polski. Często mamy w polskiej krytyce literackiej do czynienia z uproszczeniami i spłyceniami, z utożsamieniami, które wygodne są dla recenzującego czy próbującego sklecić prosty szkic o jakiejś wielowymiarowej twórczości. To nieustające zaniżanie wartości utworów i wtłaczanie autorów do światów, które opisywali, które uczynili swoim literackim imago, dotknęło wielu twórców, żeby wspomnieć tylko Edwarda Stachurę, Rafała Wojaczka czy Ryszarda Milczewskiego-Bruna, a z prozaików Jana Himilsbacha, Zygmunta Trziszkę, Marka Nowakowskiego, a także wielu młodszych autorów, z pokolenia Nowej Fali czy Nowych Roczników. Pierwszy krok w chmurach to opowieść o nudzie w wielkim mieście, w którego centrum nic się nie dzieje, a prawdziwi „obserwatorzy” pojawiają się tylko na obrzeżach. Zauważmy jak celnie to Hłasko opisuje i jak wiele podaje informacji o świecie, w prostym – zdawać by się mogło – przybliżeniu typów ludzkich: Obserwatorów można spotkać jedynie na przedmieściu. Życie przedmieścia zawsze było i jest bardziej zagęszczone; na przedmieściu w każdą sobotę, kiedy jest pogoda, ludzie wynoszą krzesła przed domy; odwracają je tyłem i usiadłszy okrakiem, obserwują życie. Upór obserwatorów nosi czasem znamiona genialnego obłędu; czasem siedzą w ten sposób przez całe Zycie i nie widzą nic prócz twarzy obserwatora z przeciwka. Potem umierają z głębokim żalem do świata, z przekonaniem o jego szarzyźnie i Nidzie, gdyż rzadko kiedy przyjdzie im myśl, że można podnieść się i pójść na sąsiednią ulicę. Obserwatorzy życia na starość stają się niespokojni. Miotają się, patrzą na zegarki; jest to jeden z śmiesznych nawyków starych ludzi – pragną ratować czas. W pewnym okresie chciwość życia i wrażeń staje się u nich silniejsza niż u dwudziestolatków. Dużo gadają, dużo myślą: uczucia ich są dzikie i tępe zarazem. Potem gasną szybko i spokojnie. Umierając wmawiają wszystkim, że żyli szeroko. Impotenci chwalą się sukcesami u kobiet, tchórze – bohaterstwem, kretyni – mądrością życia. Czyż można sobie wyobrazić dosadniejsze określenia i zjadliwszą krytykę ludzkich zachowań – trudno nie zrozumieć wielu ludzi z różnych kręgów, którzy poczuli się obrażeni i odwrócili się od pisarza. Ale na tym właśnie polegała metoda twórcza Hłaski, która była nieustającym ciągiem demaskacji – ukazywania ludzi takimi, jakimi byli, bez upiększeń, a raczej ze wzmocnieniem cech negatywnych. W omawianym opowiadaniu takim obserwatorem jest malarz pokojowy Gienek, który zostaje zaproszony przez sąsiada Maliszewskiego do odbycia wyprawy ku pobliskim ogródkom działkowym, gdzie w pustym domku para młodych ludzi umówiła się na spotkanie i zaczęła uprawiać seks. Mężczyźni ruszają ku celowi, ale po drodze jeszcze zgarniają kolejnego zainteresowanego – tym razem Heńka. Rozmowy jakie prowadzą w drodze i po dojściu do ogródków są doskonale przezroczyste, niczego nie wnoszą do świata, niczego ogólnego nie komentują, są rodzajem „przypisów” do mętnej, dziwacznej rzeczywistości. Ich pojawienie się w opowiadaniu ma charakter użytkowy, bo w ten sposób autor ukazuje beznadzieję tych ludzi. Ale słownictwo, sposób mówienia, poruszanie błahych spraw, jest najlepszą charakterystyką, mówi więcej o nich, niż długie i szczegółowe opisy. Czytelnik wnikając w tę rzeczywistość, staje się jednym z nich, wraz z nimi podąża ku altanie i przygląda się parze młodych ludzi, odpoczywającej po odbytym stosunku płciowym. Zdawać by się mogło, że to wszystko – jacyś prymitywni obserwatorzy popatrzą, coś skomentują i szybko oddalą się. Ale w świecie opowiadań Marka Hłaski nie ma prostych rozwiązań – raczej spodziewać się możemy, że owa „lekka narracja” jest zapowiedzią jakiejś komplikacji. Mężczyźni uznają, że dla młodej kobiety był to jej  „pierwszy raz” i w komentarzach po zdarzeniu pojawi się zasłyszane określenie Maliszewskiego: pierwszy krok w chmurach. Nie wiadomo dlaczego, para ta drażni przybyłych tak bardzo, że szybko wszczynają zaczepkę, która kończy się niewielką bójką i odejściem zakochanych. Mężczyźni są wyrzutkami społeczeństwa, nie mają żadnego celu życiowego, a psucie czegoś, co jest intensywne i związane z uczuciami, sprawia im radość i wręcz jest imperatywem ich życia. Im się nie udało, mają grube, stare żony, nie dorobili się fortuny, nic im w życiu nie wyszło, nikt ich nie uznał za wyjątkowych, to dlaczego ma coś udawać się innym ludziom. Teraz uspakajają się, bo już zepsuli, co było do zepsucia i są pewni, że więcej już nie dojdzie do zbliżenia chłopaka i tej dziewczyny. „Pierwszy krok w chmurach” – pisze Zbigniew Jarosiński – najlepiej zarysował model uczuciowości, jaki wspólny był prozie młodych. Mówił o inicjacji w życie dojrzałe. Polegała tu ona na tym, że wewnętrzna czystość bohatera i jego potrzeba pięknego przeżycia stają się przedmiotem agresji obcych, dorosłych i zostają poniżone; pozostawała mu nienawiść do zła i brudu świata, ale też pragnienie odwetu, które będzie prowadziło do upokarzania innych, jeszcze nie znających reguł życia. Bohaterowie opowiadania wracają zatem do przezroczystych rozmów o niczym, komentują to, że zanosi się na deszcz, nie mają żadnych pragnień, niczego od życia nie oczekują – zepsuli coś ładnego, coś, co było prowokacją w ich szarym, jednowymiarowym świecie, ale nie mogą zapomnieć urody dziewczyny i chyba najgorzej czuje się Gienek, który Skrzywił się: raz jeszcze pomyślał o swojej ohydnej żonie, o chłopaku, o dniu jutrzejszym, o ślicznej dziewczynie, o jej długich, brunatnych nogach, o jej piersiach, o jej czerwonych, świeżych ustach, o jej opalonym, silnym karku, o jej zielonych, przerażonych oczach i powtórzył bełkotem, gdyż musiał coś powiedzieć: W niedzielę zawsze pada deszcz… Widzimy tutaj jak umiejętnie kontrastuje Hłasko ów matowy, bezbarwny świat chuliganów i włóczęgów z barwną rzeczywistością tych, którzy kierują się uczuciami.

Opowiadanie pt. Krzyż to narracja o odwiedzinach ojca i matki w więzieniu. Jadą oni wiele godzin pociągiem, by po raz ostatni spotkać się z synem, skazanym na karę śmierci. Autor ukazuje tutaj absurdalne spotkanie trzech prymitywnych wymiarów życia – z jednej strony są prości i zakłamani rodzice, z drugiej – niewykształcony, przybity myślą o śmierci mężczyzna, no i wymiar trzeci: strażnicy i groteskowa egzystencja w więzieniu. Hłasko nie mnoży opisów, raczej – tak jak we wcześniej omawianym opowiadaniu – przy budowie charakterów i postaci, posługuje się dialogami, slangowymi lub gwarowymi wypowiedziami i najprostszymi elementami opisowymi. O skazanym dowiadujemy się tylko, że miał spękane, spracowane ręce, a także, że Był wysoki i krępy, twarz miał okrągłą; ostrzyżone przy skórze ciemne włosy czyniły ją jeszcze bardziej podobną do kuli. Reszty możemy się tylko domyślać, a dopiero puenta utworu odsłania jego przewinę – zamordowanie dziewczyny na polecenie ojca. Jako dobry syn, całuje rodziców w ręce i nie przyznaje się do tego, że wykonał wyrok apodyktycznego starca. Bezwolnie, w oszołomieniu i depresji godzi się na śmierć, tak jak godził się na bezsensowne życie. Tutaj, także mamy do czynienia z przezroczystymi dialogami, które mają potęgować dramatyzm sytuacji i przydawać cech charakterologicznych bohaterom. Chłopak rozmawia z klawiszem więziennym o przepalonej żarówce i o tym, jakie to teraz marne produkują, jak łatwo się przepalają – rodziców natomiast pyta o przesiadkę podczas podróży i o sąsiada Sidorowicza. Dowiaduje się, że padł u niego koń i nie wiedząc, co ma powiedzieć, wygłasza coś na kształt maksymy: Z koniem trzeba delikatnie. Ojciec i matka, po wyjściu z więzienia, rozmawiają o synu jak o kimś już zmarłym. Choć do egzekucji są jeszcze trzy dni, to oni już traktują sprawę jako zamkniętą – starzec komentuje: Dziecko było z niego dobre. Nic nie powiedział, że ja mu kazałem. Nic – aż do końca. Tak, zdumieni dowiadujemy się, że to on był właściwie sprawcą całego nieszczęścia i namówił syna do zbrodni. Nie czuje się winny, a wręcz tłumaczy wszystko potrzebą zachowania dobrej opinii u sąsiadów: Ja bachora w domu nie potrzebuję. – Potrząsnął pięściami. – Tymi rękami dorobiłem się wszystkiego – ziemi, domu, żony. Ja na stare lata wstydem świecić nie będę. Zgrzeszyli – ich sprawa. Miał się ożenić z dziadówką? Co ona miała? Co warty człowiek bez ziemi? Nic, tyle co śmieć, może nawet tego nie. Chciałem dla niego dobrze. Ja mu powiedziałem, żeby ją położył koło konia: niech będzie, że to koń ją kopnął. A on się po tym wszystkim przestraszył; uciekł i zostawił siekierę. Ja miałem dla niego żonę w Zawadowie. Miałby dom, i ziemi kawał. Ale on wolał tę. Musiał zrobić po mojej woli. Dobry był z niego dzieciak. I nic nie powiedział. Synowskie posłuszeństwo miał. Starzy ludzie mają tylko jedna pretensję do syna, że w więzieniu nie zgodził się klęknąć i przyjąć błogosławieństwo od ojca. Matka nie komentuje wyjawionej przez męża prawdy, a jedynie zastanawia się dlaczego syn nie chciał ukorzyć się przed krzyżem. Oboje nie zauważają fałszu swoich zachowań, nie dociera do nich to, że syn – w obliczu śmierci – spostrzegł ich zakłamanie. Godząc się na rolę kozła ofiarnego, nie pozwolił poniżyć się raz jeszcze, nie chciał też desakralizować krzyża. W opowiadaniu tym, jak często w prozie Hłaski, pojawia się wiele znaków diakrytycznych, spośród których szczególną role pełni średnik. Zawiesza on akcję w pewnym punkcie i pozwala na niezwykłe przyspieszenie w następnej części zdania lub całego akapitu. Nasz prozaik nader często stosował tego rodzaju zabieg, co spotkało się z zarzutem, że nie potrafi zapanować nad zdaniem. Nie jest wszakże to prawdą, bo autor ten jest prawdziwym mistrzem giętkiej polszczyzny, która pod jego piórem staje się jasna i klarowna, a nade wszystko zyskuje walor polifoniczności, szerokiego oddziaływania w wielu zakresach semantycznych. Niezgoda bohatera opowiadania na jeszcze jeden fałsz, jego bunt przeciwko ojcu, wpisuje się w ciąg modelowych sytuacji, pojawiających się w kolejnych opowiadaniach. Zbigniew Jarosiński konstatuje, że Hłasko: Przedstawiał życie pełne brudu, gwałtu, udręki, niesprawiedliwości, ale zarazem nęcące swą barwnością i stanowiące teren wielkiej przygody. Rysował środowiska wegetujące bez nadziei, złożone jednak z postaci malowniczych, z szaleńczą fantazją prowadzących swoją grę z losem. Mówił o miłości zawsze zbrukanej i daremnej, ale też zawsze będącej czymś wyjątkowym i porywającej pięknem uniesienia. Tworzył rozmaite wersje bohatera przegranego, lecz jednocześnie ciągle na nowo rzucającego światu wyzwanie. Taki sprzeciw może się pojawić nawet w obliczu kary śmierci, nawet w sytuacji tak absurdalnej, jak ta, w której znalazł się bohater tej krótkiej formy – z jednej strony pragnący chronić ojca, a ze strony drugiej, akcentujący niezgodę na jego świat i jego „wartości”.

Kolejną zdarzenia skrajne i mające w sobie też wiele czystego absurdu, znajdziemy w opowiadaniu pt. Namiętności. Mamy tutaj do czynienia ze znudzonym życiem lekarzem i atrakcyjną pielęgniarką. Ich bezbarwne, momentami sarkastyczne i bezsensowne rozmowy, rozgrywają się w obliczu człowieka, który właśnie umiera na łóżku obok, w wyniku podjętej próby samobójczej. Lekarz, który w swojej praktyce miał wiele razy do czynienia z takimi przypadkami, jest znudzony i wręcz zły na tego człowieka. Okłamuje go, że jest szansa na jego uratowanie, a po szybkim zgonie tak komentuje jego decyzję: „Wiele po tobie zostało – pomyślał i uśmiechnął się. – Widzisz, mój zasrany Werterze, tylko tyle. Czy zrobiłbyś to, gdybyś wcześniej mógł przypuszczać, że tak to wygląda? Zrobiłeś swojej wybrance kolosalną reklamę, będzie teraz miała noc w noc kupę radości, będzie opowiadała o tobie nowym przyjaciołom, nie dla każdej kobiety człowiek przecież wali sobie w łeb, będzie więc opowiadać o tobie nawet w chwili orgazmu, mój zasrany Werterze z powiatowego miasta, a ja, chociaż przyjaźniłem się z tobą od pięciu lat, nie jestem w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że mi się piekielnie chce spać, i że nic mnie nie obchodzi ta odrobina plotek, pogardy, żalu i wspomnień, która pozostanie po tobie. Jedyne, co ci mogę obiecać, to to, że jak będę robił twojej Lotcie skrobankę, to postaram się, aby pokrzyczała sobie trochę. Już teraz wolno to robić, więc nie będę potrzebował jej uciszać ani zakładać maski. Czy pomyślałeś o tym? Trochę plotek. Trochę wspomnień, w których zawsze będziesz inny, niż byłeś naprawdę. Ale nie miej złudzeń; zrobię wszystko, aby zapomnieć o tym jak najprędzej. Czy pomyślałeś o tym wszystkim, mój Werterze?” Lekarz patrzy na życie poprzez filtr subiektywnych doznań i zawodowej znieczulicy, która powoduje, że nawet przyjaciel staje się jedynie ciałem, które albo się naprawia, albo usuwa ze szpitalnego łóżka, po zejściu śmiertelnym. Owo zapomnienie będzie miało wydźwięk karykaturalny i absurdalny, gdy po zabraniu zwłok przez pielęgniarzy, lekarz na tym samym łóżku, już na nowo zasłanym, „przeleci” pielęgniarkę. Zdaje się, że Hłasko świadomie tak konstruuje swoje fabuły, by zszokować czytelnika – wybiera z zachowań ludzkich skrajności i czyni z nich regułę. To, co rozgrywa się w oddaleniu i rozproszeniu, w dużych skupiskach ludzkich, pisarz „zagęszcza”, wydobywa na światło dzienne i ukazuje jako modelowe zachowania człowiecze. Tutaj śmierć zostaje zdehumanizowania, staje się takim samym zdarzeniem jak stosunek płciowy, zostaje wtłoczona w ciąg nieistotnych i chwilowych faktów, jakich wiele w życiu, jakie stanowią jego tkankę i materię wewnętrzną. Liczy się tylko ulotna przyjemność, a w jej perspektywie wszystko zanika, maleje, nawet śmierć karleje i traci swoją groźną wymowę. Choć siostra ma wyrzuty sumienia, to w końcu tak ocenia czyn samobójcy i innych, jemu podobnych: – Ludzie robią takie głupstwa (…) – zabijają się i diabli wiedzą dlaczego. Temu zabrakło pieniędzy, ten wyleciał z pracy, tego skądś tam wyrzucili, a przedwczoraj jeden stary człowiek zgubił bilet miesięczny na kolejkę i to go tak rozzłościło, że się upił i poderżnął sobie gardło brzytwą. Do licha z tym wszystkim. To zdarzenia ze szpitala, ale w opowiadaniach i powieściach Hłaski, wiele jest takich modelowych zachowań ludzkich. Ukazują one bezduszność i zakłamanie człowieka, obnażają jego głupotę i prymitywizm, przydają ironicznych kontekstów temu, co ludzkość uznała za święte, wzniosłe, niepowtarzalne i wyjątkowe. Dla takich ludzi jak ów lekarz i jego pielęgniarka, nie ma znaczenia, czy ktoś umiera, czy jest poddawany operacji, to wszystko ludzkie   p r z y p a d k i,  najczęściej beznadziejne, czasem tylko powstrzymywane na chwilę przed śmiertelnym zejściem. Oto ironiczna wersja horacjańskiej maksymy carpe diem – cóż wrażliwy człowiek ma robić, musi się do niej stosować, i bohaterowie opowiadania korzystają z nadarzającej się możliwości, zbliżają się do siebie i ani im w głowie mieć wyrzuty sumienia. Choć pielęgniarka czuje się w pierwszej chwili nieswojo, ma stale w pamięci umieranie, które rozegrało się na tym łóżku, przed niespełna godziną, to jednak potwierdza, że „było dobrze”, a to przecież jest najważniejsze. To takie fabuły i narracje jak ta powodowały, że krytyka zachowywała się ambiwalentnie – jak wskazuje Jarzębski: Pochwały odmierzano mu skąpo, a nawet z pewnym zażenowaniem. Fascynował, bo politycznie niepokorny, zbuntowany przeciw społeczeństwu, władzy, ideologii; jako pisarz bulwersował nieco histerycznym tonem, jaskrawą paletą barw, sytuacjami i postaciami, które często gęsto ocierały się o banał i sztampę. Mówiąc głośno: „Ciekawe!”, „Drapieżne!”, „Świadectwo czasów!” – dodawano ciszej: „ale przerysowane, efekciarskie, kiczowate…” W samej rzeczy niewiele zmienił się obraz Hłaski w krytyce od czasu nieprzychylnego werdyktu Sandauera z 1958 roku. Przypomnijmy: Sandauer przestrzegał wtedy utalentowanego młodzika przed ześlizgnięciem się w łatwiznę; pochwaliwszy go z początku za poetycka wrażliwość połączoną z ostrością widzenia (w debiutanckim tomie) zganił następnie hołdowanie modzie i „czarny schematyzm”. W świecie utwierdzonych, socjalistycznych i socrealistycznych wartości zbuntowany prozaik był jak wyrzut na sumieniu polskiej prozy i rodził reakcje, które dzisiaj zaklasyfikować należy w przedziale od niezrozumienia, poprzez prymitywizm lekturowy, aż do zachowań równie absurdalnych, jak te, z omawianych tutaj tekstów.

Wielu krytyków i czytelników uznaje obszerne opowiadanie pt. Pętla za największe osiągnięcie pisarskie Hłaski. Bohaterem jest Kuba, który jest alkoholikiem, walczącym ze swoim nałogiem, ale też stale poddającym się – wciąż pijącym i nie widzącym wyjścia z takiej sytuacji. Kolejne kobiety od niego odchodzą, przyjaciele nie chcą się z nim spotykać, a przygodni kompani, w restauracjach i spelunkach, mają najczęściej ten sam problem i reagują nienawistnie na wszelkie próby sprowadzenia ich z takiej drogi. Kuba znajduje jednak osobę, która pragnie wydostać go z nałogu, zaprowadzić do lekarza, który przepisze odpowiednie pastylki, powodujące wstrząs po spożyciu wódki, wina czy piwa. Jest nią Krystyna, która mieszka dość daleko od bohatera opowiadania i musi do niego dojeżdżać pociągiem. On ma tylko na nią poczekać kilka godzin, do osiemnastej. Niestety, dla osoby uzależnionej, stale łaknącej napojów wysokoprocentowych, jest to droga przez mękę, ponad jego siły. Jeszcze próbuje się ratować, jeszcze chce poddać się terapii, ale po wyjściu do miasta, chcąc nie chcąc trafia do taniej restauracji, gdzie zaczyna pić. Szybko u jego boku pojawia się przygodny towarzysz niedoli – Władek – i zaczyna się kolejna, bełkotliwa, pełna bezsensownych zachowań i gestów, uczta. Mężczyźni o czymś rozmawiają, wygłaszają jakieś tyrady, zachwalają swoje osiągnięcia i możliwości, a wszystko kończy się tak, jak wielokrotnie się kończyło. Finałem jest krwawa bójka, rozbite szkło, brak pieniędzy by zapłacić za alkohol, a w końcu wyrzucenie z lokalu i utrata świadomości. Po jej odzyskaniu, choć z racji ilości wypitych trunków, wątpliwym jest ów stan Kuby, rusza on gdzieś przed siebie, obija się o ludzi, prawie wchodzi pod tramwaj, coś bełkocze, coś mu się przypomina, coś popycha go ku jakiemuś dalekiemu światłu. Wszystko zaczyna mu się mieszać i nagle do jego świadomości wkracza coś, co go prawdziwie przeraża: z oświetlonego domu wyszedł tłum ludzi. Szli ku niemu – czarne niewyraźne postacie bez twarzy i konturów. Wtedy przypomniało mu się wszystko; zrozumiał, że jest już  t a m;  przypomniała mu się rozmowa, którą miał kiedyś niesłychanie dawno – z pewnym człowiekiem w jakiejś knajpie; tamten przepowiedział mu, że znajdzie się kiedyś w pokoju o białych ścianach, zamkniętym na drzwi bez klamki; i że będą do niego podchodzić rozmaici ludzie, dziwne zwierzęta i pokraki. Zrozumiawszy, że dzień ten nadszedł, Kuba zatrząsł się ze strachu i wściekłości. Oparł się o mur i patrzył przed siebie rozszerzonymi oczyma. Rzeczywiście, niektórzy z idących nie mieli głów, inni mieli po dwie; niektórzy nie mieli nóg, płynęli w powietrzu jak okrutne w swej kalekiej brzydocie, niezrozumiałe ohydne ptaki. Szedł ku niemu człowiek-strzyga; człowiek-nietoperz; człowiek o jednym, przeraźliwie krwawym oku, które wypełniało mu całą twarz: czołgał się człowiek-wąż. Kuba spojrzał na jego śliski, łuskowaty tułów pełzający po błocie i zasłonił oczy rękami. „Was przecież nie ma – powtarzał w myśli – was przecież naprawdę nie ma. Otworzę za chwilę oczy i was nie będzie. Otworzę oczy i wyniesiecie się z mojego pokoju. Tak, tak, tak…” Otworzył oczy i zobaczył, że są i idą ku niemu; na przedzie kroczy człowiek z głową małego pieska; idzie wyciągając ku niemu silne, owłosione ręce – wyciągając ręce do jego gardła. Takie zwidy towarzyszą mu w drodze do domu i nie wiadomo, gdzie by w końcu dotarł, gdyby nie zauważył go znajomy taksówkarz i nie podwiózł go do domu. Na schodach siedzi, czekająca na niego, opiekuńcza i zmartwiona Krystyna, która jeszcze nie straciła nadziei. Każe mu położyć się do łóżka, wytrzeźwieć, a rano chce znowu przyjść i w końcu doprowadzić go do lekarza. Kuba zostaje sam, zasypia, śnią mu kolejne majaki i po przebudzeniu w środku nocy, znowu sięga po wódkę, pije z poczuciem przegrania ostatecznej bitwy. Majaki nie opuszczają go, zdaje mu się, że rozmawia z Krystyną i artykułuje liczne pretensje – w końcu zakłada pętlę na szyję. Jeszcze zdejmuje ją, jeszcze się waha, jeszcze próbuje zlizać ze stołu rozlany alkohol, ale gdy wybrzmią trzy umówione dzwonki, raz jeszcze wejdzie na taboret, założy sznur na szyję i odepchnie z rozmachem podporę. Odbierając sobie życie, uwolni się od nałogu i mrocznych zjaw, nie pozwoli też Krystynie opiekować się sobą, bo odbierał to jako rodzaj poniżenia, degradacji męskich cech, tej wielkiej, potężnej siły, jaką dawała mu wódka. Nikt w polskiej literaturze nie opisał pijactwa z takim realizmem i taką wiernością szczegółom, a zapewne nie bez znaczenia były tutaj osobiste doświadczenia pisarza. Co innego jednak życie, a co innego literatura, która rządzi się określonym porządkiem. Jak zauważa Jarzębski: W lustrze literatury, odbijającym jego zmitologizowany wizerunek, umieszcza więc pisarz następne lustra, które sylwetkę ową dalej deformują lub poddają weryfikacji, odbierając jednoznaczność jej rysom. Niezależnie jednak od tego, czy bohaterowie godzą się czy nie z własna kondycją, niezależnie też, czego się sami o sobie z odbić w sobowtórach dowiedzą, nie potrafią żadną miarą zmienić swego losu. W świecie utraconego ładu jedynym trwałym elementem pozostaje treść ich wewnętrznego kompleksu. Jej też – choćby była szalona lub kiczowata – pozostają wierni, aby się nie rozpłynąć w chaosie rzeczywistości i wypełnić swoje przeznaczenie. Można by powiedzieć, że tęskniąc za utraconym ładem moralnym, trzymają się jednocześnie kurczowo  f a b u ł y,  ona bowiem, choćby tandetna, jest mechanizmem służącym do „przetwarzania bezsensu w sens”, do obdarzania strukturą chaosu zjawisk i faktów. Nie ma więc w opowieściach Hłaski żadnego bałaganu, poszczególne wątki akcji składa się i rozwiązuje nader pieczołowicie – i jeśli od początku przewidujemy, jak się rzecz cała zakończy, to w równej mierze jest to „wina” schematu, co wynik zabobonnej po trosze   w o l i   p o r z ą d k u,  charakteryzującej autora. Można powiedzieć, że w obrębie struktur swoich utworów Hłasko jest „bardzo porządny” nie zbuntowany – obszary mroczne wiążą się u niego z fabułami i wyraźnie tendencyjnym doborem bohaterów. Pisarzowi bliscy są ludzie marginesu, pijacy i prostytutki, prości robotnicy i bandyci, napadający w ciemnym zaułku ofiary dla kilku złotych. Poruszając się jednak w takim świecie, nie zapomina autor o zasadach narracji, o związkach i zależnościach fabularnych, a nade wszystko posługuje się elegancką, potoczysta polszczyzną, lekko tylko stylizowaną na knajackie cwaniactwo. Pętla jest zdumiewającą analizą alkoholizmu i upadku człowieka, który nie potrafi zerwać ze swoim życiem, nie ma sił by przeciwstawić się ogromnemu, wciąż w nim obecnemu „pragnieniu”. I nie jest to tylko łaknienie alkoholu, raczej jest to pragnienie destrukcji, nieustannego poddawania samego sobie licznym egzaminom zniszczenia. Picie jest rodzajem anihilacji rozdrażnionej świadomości, jest próba zapomnienia o przepaściach wnętrza, które stale się rozszerzają i nie pozwalają człowiekowi na chwilę oddechu, na przystanięcie w biegu, na zastanowienie się nad sobą. Alkoholik to człowiek, który stale podążą równią pochyłą w dół, i choć czasami się zatrzymuje, podchodzi kilka kroków do góry, chwyta się jakichś nierówności, to koniec końców znowu sunie ku przepaści. Znowu pije! Artur Sandauer nie wzniósł się w analizie tego utworu na wyżyny swojego talentu i stworzył dziwaczną konstrukcję analityczną, z gafą na końcu:  w „Pętli” równowaga między obserwacją a liryzmem uległa zachwianiu – na rzecz bezbrzeżnej, rozdzierającej chandry. Autor opowiada tu historię alkoholika, który postanowił się odzwyczaić, a którego wszystko wtrąca z powrotem w nałóg: telefony przyjaciół, wydarzenia uliczne, nawet miłość kobiety. Tezę, że człowiek nie może pomóc człowiekowi, przeprowadza on konsekwentnie i – wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. Intrygę opiera na zbiegach okoliczności: bohater spotyka przypadkiem dawna przyjaciółkę, która przywodzi mu na myśl zmarnowane na pijaństwie lata; przypadkiem wdaje się w burdę uliczną, która w rezultacie prowadzi go do knajpy; przypadkiem, wreszcie – popełnia samobójstwo, biorąc umówiony dzwonek do drzwi za znienawidzony telefon. To nadejście Krystyny, a nie dzwoniący telefon, stały się powodem ostatecznego impulsu bohatera, to – wskazana przez Sandauera – niewiara w siebie i w drugiego człowieka, popchnęły go do samobójstwa. Gdyby w taki sposób czytać Hłaskę, to rzeczywiście niewiele znaleźlibyśmy cennych elementów w jego prozie. Jej wartość zasadza się na uważnej obserwacji ludzkich zachowań, na umiejętności oddawania stanów psychicznych i nieudolności fizycznej, a nade wszystko na wartkiej fabule i niezwykłej, w polskiej literaturze, potoczystości, lekkości i giętkości języka.

Ostatnie z opowiadań, zamieszczonych w tomie z 1982 roku, nosi tajemniczy tytuł     W dzień śmierci jego, który odnosi się do rozmyślań bohatera o śmierci Jezusa, jak i do niejednoznacznego zakończenia, mogącego sugerować, że popełni on samobójstwo. Obok głównej postaci mamy jeszcze dwie osoby, o których życiach dowiadujemy się najwięcej – kolegę Griszę i prostytutkę Ewę, w której kocha się bezimienny bohater. Wiemy o nim tylko tyle, że przywędrował z Europy do Izraela, gdzie toczy się akcja, i że pracował w różnych zawodach, a potem na skutek wypadku, musiał zrezygnować z wykonywanego zajęcia. Ci bohaterowie, jako żywo, przypominają włóczęgów z powieści Johna Steinbecka pt. Tortilla Flat i tak jak oni włóczą się po wybrzeżu, szukają pracy i możliwości zdobycia alkoholu. Są gwałtowni i bezlitośni, chętnie wykorzystują nadarzające się okazje – Grisza brutalnie bije swoją żonę Lenę, a bezimienny bezceremonialnie sprzedaje Ewę, której wyznawał miłość i z którą chciał wyjechać gdzieś daleko. Choć zdarzeń tutaj niewiele, opowiadanie czyta się szybko, a zmieniająca się sceneria, jest tak samo naturalna, jak rozmowy, myśli i wyobrażenia bohaterów. Duszna atmosfera, potęgowana przez chamsin, powoduje, że ludzie wariują, są dla siebie brutalni, gotowi zrobić wszystko, by uzyskać dobrze płatną pracę lub by szybko, za jakieś świństwo, zdobyć pieniądze. Hłasko w mistrzowski sposób oddaje rzeczywistość Izraela w latach sześćdziesiątych, a zarazem kreśli niezwykle wyraziste typy charakterologiczne. A czyni to wszystko jakby mimochodem, jakby na marginesie bezbarwnych rozmów, jakby w opozycji do nic nie znaczących zdarzeń. Jego proza ma w sobie oryginalność i polot wielkich narratorów amerykańskich i rosyjskich, a w zorientowaniu na szczegół, bliska jest powieściom Amosa Oza, opowiadaniom Borowskiego, wielkim panoramom J. M. Coetzee’ego czy Salmana Rushdiego. Szkoda, że prozaik zmarł w wielu zaledwie trzydziestu pięciu lat, bo jego talent mógłby się jeszcze znakomicie rozwinąć. Tematy znane z wcześniejszych utworów Hłaski, sytuacje graniczne i skrajności  ludzkiego świata, także i w tym tekście wychodzą na plan pierwszy. Bohaterowie są wyrzutkami zachodniego, kapitalistycznego społeczeństwa, znajdują się na samym dole drabiny ludzkiej – nie mają pracy i wegetują w jaskrawym, ogrzewanym promieniami słonecznymi, świecie. Nikt ich nie potrzebuje i nawet najbliżsi ich zdradzają – kobieta Griszy ucieka z bogatym kierowcą, a bezimienny wchodzi w układ z  przygodnym alfonsem i podrzuca złoty zegarek Ewie, która jest bardzo urodziwa i stanowi konkurencję dla kobiet tego sutenera. W świecie wszystko idzie nie tak, jak sobie to wyobrażają ludzie, toteż i tutaj absurdalny aspekt istnienia daje o sobie znać na końcu opowiadania. Ewa rzuca się z okna przy próbie aresztowania, a jej denuncjator bierze pistolet i rusza w drogę, prowadzącą do Hajfy. Nie wiemy czy chce popełnić samobójstwo, czy pragnie wkroczyć na drogę przestępstwa, a może chce wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy go tak życiowo doświadczyli. Jak w wielu utworach Hłaski, mamy tutaj wyraźny kontekst biograficzny, a dbałość o najmniejsze elementy kreowanego świata i znajomość realiów, wskazują na głębokie zakorzenienie pisarza w opisywanym świecie. Rację ma Jerzy Jarzębski, gdy mówi, że mocne życie i niezwykły charakter tego pisarza spotęgowały liczne nieporozumienia w zakresie odbioru jego dzieła. Co prawda jego opowiadania ukazały się w szacownej edycji Biblioteki Narodowej, w opracowaniu Joanny Pyszny, to jednak twórca wciąż jest podejrzany, stale odbiera się go jako enfant terrible literatury polskiej. Nagrobek  na cmentarzu powązkowskim jest w opłakanym stanie, powoli zaciera się na nim napis, wykuty ręką Himilsbacha, ale wciąż aktualne jest proroctwo jego matki: Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni. Mija czterdzieści lat od jego śmierci, a my wciąż – poza interesującą książką Stanisława Stabry – nie doczekaliśmy się kompleksowej monografii. Niestety nic nie wskazuje na to, że dzieło takie szybko powstanie, no chyba, że jakiś „chuligan krytyki” rzuci się na dotychczasowych interpretatorów. Większości należałoby się solidne lanie…

Newer entries »

%d blogerów lubi to: