NIKOS CHADZINIKOLAU 1935 – 2009

Tuż przed moją ostatnią podróżą zagraniczną, w piątek, 6 listopada zmarł Nikos Chadzinikolau. Przyjaźniłem się z nim przez wiele lat i wielokrotnie spotykałem się w różnych sytuacjach, w wielu miejscach w Polsce i za granicą. Nie mogłem być na pogrzebie, bo w tym czasie byłem daleko od kraju, ale teraz składam niewielki hołd jego rozlicznym talentom. Tekst ten napisałem w 1990 roku, stąd pojawiający się czas teraźniejszy. Może dzisiaj coś bym w tym przybliżeniu zmienił i przyjdzie kiedyś pewnie na to czas – na razie jednak umieszczam w moim dzienniku zapis z przeszłości.

Nikos Chadzinikolau, poeta, prozaik, historyk literatury nowogreckiej i świetny tłumacz tejże literatury na język polski urodził się 1 października 1935 roku w miejscowości Trifilli. W swoim rodzinnym mieście ukończył szkołę podstawową, a także  przez dwa lata uczęszczał do gimnazjum. Jako dwunastoletni chłopiec napisał pierwsze wiersze, założył teatrzyki – lalkowy i cieni. Pisał o tym później w powieści pt. Niebieskooka Greczynka. Po wojnie domowej (1946-49) znalazł się w Jugosławii, gdzie w Bitoli spotkał Ivo Andricia, laureata Nagrody Nobla z 1960 roku. Andrić znał język polski, gdyż studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyszły Noblista sporo mówił Nikosowi o Polsce, roztaczał przed młodym Grekiem obrazy, które zaintrygowały jego wyobraźnię. Właśnie to spotkanie spowodowało, że Chadzinikolau zdecydował się przyjechać do Polski. Jego rodzice w tym czasie znaleźli się  w Uzbekistanie, a ściślej mówiąc w jego stolicy – Taszkiencie. Tam też pochowany został ojciec Nikosa, który zmarł na zawał serca. Po jego śmierci, matka wraz z braćmi (Panajotisem i Manolisem) powróciła do Grecji. Tam też mieszkają do dzisiaj w Salonikach. Bogata, solarystyczno-marynistyczna wyobraźnia Nikosa Chadzinikolau kształtowała się pod wpływem wielkich kulturowych opowieści, głęboko zakorzenionych w tradycji greckiej, a ich pierwszym Ewangelistą i komentatorem był ojciec poety. Mały Nikos z szeroko otwartymi oczyma słuchał opowieści o życiu poławiaczy gąbek, o małym Perseuszu, który zamknięty w skrzyni dopłynął do wyspy Serifos. Najbardziej jednak fascynowały go tułacze losy Odysa – odwaga i wytrwałość, wierność i poświęcenie, a nade wszystko cierpliwość i wyobraźnia. Skąd mógł przypuszczać, że po latach jego los przypominać będzie  dzieje tego homeryckiego bohatera. Jego okręt w młodości wypłynął na szerokie morze i długo błąkał się  – jak pisze Juliusz Słowacki – sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem – aż dotarł do Itaki–Polski. W piętnastym roku życia Chadzinikolau przyjechał  zatem do tego chłodnego i tajemniczego kraju. Gimnazjum i szkołę muzyczną ukończył w Szczecinie, tam też prowadził chór i zespół wokalno-muzyczny, który wystąpił między innymi na festiwalu młodzieży i studentów w Warszawie. Autor Feniksa pisał wtedy melodie i teksty piosenek, a sytuacja człowieka żyjącego na styku, a może nawet w środku dwu kultur, wciąż wzbogacała jego osobowość, rodziła nowe aspiracje i nowe liryczne składnie. Prosto z festiwalu w Warszawie (1955) pojechał Chadzinikolau na studia polonistyczne do Poznania. W czasie studiów pisał wiersze, tłumaczył swoje greckie liryki na język polski. W 1956 roku zadebiutował w prasie greckiej, a dopiero w 1958, równocześnie – w dwu pismach polskich: „Pomorzu” i „Tygodniku Zachodnim”. Chadzinikolau koncertował w całej Polsce z duetem rewelersów „EROS” i do dnia dzisiejszego jego związki z muzyką są bardzo rozległe i ścisłe. Pisywał i wciąż pisze słowa i melodie do piosenek polskich i greckich (mało kto pewnie wie, że Chadzinikolau jest autorem słynnej, śpiewanej na całym świecie przez Mirelle Matieau, piosenki pt. „Acropolis, adieu”). Był też autor Klepsydry współzałożycielem zespołów „Helleni” oraz „Prometeusz”, pisywał scenariusze, promował start znanej piosenkarki Eleni i tenora Paulosa Raptisa. Przygotował w Interpressie trzy filmy: „Rodowód”, „Poeci Ziemi Południa” oraz z zespołem ZODIAK „Wyspa grecka”. Oprócz tego Chadzinikolau przez dwadzieścia siedem lat pracował w szkolnictwie, najdłużej w XII LO w Poznaniu, jako polonista. Prowadził także lektorat języka greckiego na Uniwersytecie Poznańskim oraz szkołę dla  dzieci greckich w Polsce, współredagował tygodnik „Dimokratis” oraz pierwszy słownik polsko-grecki (Wrocław 1953). Był założycielem Towarzystwa Przyjaźni Grecko-Polskiej w Atenach, a w Polsce – Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Greckiej (wspólnie z dr Mieczysławem Wojeckim). Był też inicjatorem i organizatorem corocznego Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu. Chadzinikolau opracował też i wydał pierwsze w Polsce „Rozmówki polsko-greckie”. W Grecji wielokrotnie pisano w prasie i w historiach literatury, że Chadzinikolau jest ambasadorem literatury i kultury greckiej w Polsce – przejawem uznania były liczne nagrody, w tym bardzo ceniony Medal Imienia Aleksandra Wielkiego. Chadzinikolau był stałym współpracownikiem greckich pism literackich, takich jak: ”Pnevmatiki Zoi” (Życie Intelektualne), „Doma” (Poddasze) i „Pangosmia Sinergasia” (Współpraca Międzynarodowa), gdzie stale publikuje przekłady z literatury polskiej oraz artykuły o literaturze, kulturze i oświacie. Chadzinikolau poeta – tyleż grecki mieszkający w Polsce, co polski – wędrujący wciąż myślą po wyżynach Peloponezu i Attyki, nizinach Tesalii i Epiru – może się wylegitymować pokaźnym dorobkiem. Tworzą go między innymi zbiory wierszy: Barwy czasu (1961), Otwarcie światła (1964), Wyzwolenie oczu (1967), Godzina znaczeń (1969), Bezsenność (1970), Próba nocy (1971), U słonych źródeł, wybór wierszy (1972), Dobrze, Syzyfie (1974), Exodus (1976), Moje krainy, poezje wybrane (1978), Rodowód (1979), Amulet (1980), Po sztormie, poezje morskie (1981), Klepsydra (1982), Słoneczny żal (1985), Bez maski, poezje wybrane (1986), Feniks (1988), Erotyki (1990), Właściwa miara (1991), Tylko miłość (1993), Pieśni Orfeusza (1994), Liryki miłosne (1994) oraz Aforyzmy – Haiku (1997).

Liryka Chadzinikolau jest niezwykle skupiona, pełna wewnętrznych napięć i niedomówień, niedookreśleń, żyjąca jakby podskórnym rytmem, pulsowaniem żywiołów. Postaci występujące w tych wierszach żyją w świecie idealnie czystych barw i dźwięków. Zapatrzone w dal, szukają w przestrzeni odpowiedzi na odwieczne kulturowe pytania. Postaci te, milczące, jakby tęskniące za przemijaniem niczym augurowie próbują z toru lotu nadlatujących ptaków odczytać kształt przyszłości. Podobnie narrator tej poezji pragnie rozwikłać zagadkę istnienia, żyjąc w harmonii z przyrodą, wypowiadając słowa przymierza ze szmaragdem morza i wypełniającym próżnię błękitem nieba. Nie może chyba dziwić to, że pod powierzchnią tych strof wyczuwalna jest cała tradycja kultury greckiej, że pobrzękują w nich echa dawnych, dobrze znanych poematów bohaterskich. A przy tym także i teraźniejszość literatury kraju, który kiedyś był kolebką cywilizacji – miękkość i delikatność Kawafisa, mądrość Elitisa i drapieżność Ritsosa. Wszystko to oczywiście przetrawione i przekształcone w indywidualny kształt wiersza, w indywidualny, ale jakże też uniwersalny manifest, wyznanie: Jestem, /więc myślę./ Toczę kamień losu./ Szczęśliwa to chwila,/ w której tyle blasku ze szczytu./ Jestem,/ więc tworzę./ Tworzę,/ bo kocham./ Szczęśliwa to chwila,/ w której śmierć bezradna. Częstokroć pojawiają się w tych wierszach motywy zaczerpnięte z greckiej mitologii, ale równie często pojawiają się prości ludzie, wpisani swym życiem w krajobraz setek wysp i drzewek oliwnych, krajobraz cyprysów, winnic i dróg wydeptywanych odwiecznym, cierpliwym krokiem osła i muła. Chadzinikolau pragnie w swoich żarliwych strofach „zatrzymać chwilę”, dać świadectwo nagłemu zachwyceniu, zamyśleniu, odczuciu ciepła kobiecego ciała. Kobieta i mężczyzna – w wierszach – to aktorzy wychodzący na scenę amfiteatru życia by w piekącym słońcu odegrać swoje role. Aktorzy oszukujący nieświadomych widzów – prawdziwie kochający, czujący, czasem nienawidzący. Wszystko w lirykach autora U słonych źródeł pulsuje ledwie uchwytnym ciepłem, słychać w nich  tętno krwi, odbijające się zwielokrotnionym echem w świadomości,     i szum wiatru w liściach drzew, i łagodny szept kochanków okrytych całunem nocy – poeta zdaje się transponować codzienność w sen i – odwrotnie – sen w codzienność. Ze szczególną mocą uwidacznia się to w wierszach przywołujących rodziców; dawne codzienne zajęcia, błahe zamyślenia urastają w perspektywie wiersza do rangi chwil, które na zawsze powinny być ocalone. Tęsknota i smutek każą poecie ciągle myśleć o swojej ojczyźnie, każą mu żyć w trwodze myśli o niespełnionym powrocie i to one podsuwają wyobraźni sylwetki i cienie Syzyfa, Mojry, Ikara, Ledy i Ptaków Stymfalskich, każą żyć w poświacie słonecznego żalu: Nie dziw się,/ że w moich wierszach/ słoneczny żal./ Powracam do dżwięków/ z dzieciństwa,/ do niknącej rzeki. – powiada poeta, choć wie, że powroty zawsze skazane będą na niepowodzenie, bo tak jak Syzyfowi nigdy nie udało się postawić kamienia na szczycie góry, tak niemożliwe jest ponowne postawienie stopy w arkadii dzieciństwa. Pozostaje zatem – jak pisze jeden z krytyków – konfrontacja odwiecznych symboli z realiami współczesnych doświadczeń.

Poezja Nikosa Chadzinikolau jest zatem wynikiem nierzeczywistego, poetyckiego doświadczenia cudownej, feeryjnej krainy dzieciństwa i realnego doświadczenia chłodu, smutku, melancholii Północy. Poeta wyrwany ze swej świetlistości i jasności, uczy się przyzwyczajać wzrok do chłodnych mgieł i długich zmierzchów. Uczy się pokory wobec nieubłaganych praw przyrody i praw ludzi każących drugiemu człowiekowi szukać nowej ojczyzny w kraju wygnania. Poezja Chadzinikolau rodzi się także w miejscu zderzenia greckiej archaiki z tym, co po niej pozostało – w punkcie zderzenia wyłowionej z morza amfory i bólu ojca siedzącego w więzieniu. Poeta przenosi na żyjących ludzi, szczególnie na bliskie osoby, aurę i atrybuty przynależne krainie mitów. Ale często jest też tak, że granica pomiędzy mitem  i realną rzeczywistością rozmywa się, zostaje pieczołowicie wygładzona. Wtedy prosty, odarty z wyszukanych metafor, liryk czytać należy jak metatekst – mający swoje korzenie w setkach, tysiącach głosów przodków. Czasami dochodzi też w tych wierszach do sakralizacji wypowiedzi; mamy wtedy wrażenie, że to jedno z bóstw Olimpu odezwało się raz jeszcze  i obdarzyło potomnych jeszcze jedną maksymą. Owe przestrzenie mityczne czy boskie, pojawiają się w wyobraźni Chadzinikolau na prawach odwiecznego zamiłowania Greków do stwarzania niezwykle pociągających miraży – wizji mających jednak jakiś walor prawdy; niczym nieomal dotykalna głębia ciągnących się w dal paciorków oliwkowozłocistych wysepek i ścieżek pnących się między skałami. Nie ulega wątpliwości, że dwoma najbardziej immanentnymi – pojawiającymi się zarówno w  warstwie znaczeniowej, jak i językowej – odgłosami tej poezji, a także figurami stylistycznymi, są – światło i morze. To zapewne tęsknota za świetlistą młodością nasączyła wiersze Chadzinikolau tak ogromnym ładunkiem światła. Młodość też uczyła go czystości, piękna i smutku niknącej pod horyzontem dali; ona dała mu duszę poety i kazała wiecznie czekać na spełnienie, wiecznie wypatrywać. To dlatego autor Amuletu zawsze mówić będzie: Na południe powrócić pragnę, stanąć jak kolumna w słońcu. Młodość i słońce splotły się tu      w jedno i zawsze we wspomnieniach występują razem. Słońce pełni w tej poezji funkcję sprawczą. Ono obwieszcza początek nowego dnia, ono – dla każdej doby z osobna – ma przygotowany swój pogrzebny, morski hymn. Słońce to także siła ożywiająca barwy, dająca życie roślinom, siła rozgrzewająca piasek i kamienie przy drodze. Efekt działalności słońca – zdaje się konstatować w swoich wierszach autor Słonecznego żalu – jest dotykalny, czujemy jego działanie na sobie. Wielką tęsknotą poety jest chęć oddania owego działania także i w wierszach. Jak dawni Egipcjanie, widzi Chadzinikolau w słońcu najpełniejszą materializacją bytu doskonałego, jemu składa w ofierze swe wiersze, bo z niego się one biorą. Poeta wie, ile w nas siły słonecznej, ale też widział nieraz zmarszczki słońca na twarzy. Inny poeta emigrant – Czesław Miłosz – powie w jednym ze swych wierszy, iż barwy ze słońca są; Chadzinikolau, jeszcze jakby poszerza tę myśl. W jego świecie nie tylko barwy, ale wszystko pochodzi od słońca, które też daje i zabiera życie: Moje miasto,/ miasto wielkiego słońca,/ (…)/ płomień kruszy glinę,/ z której tworzono/ antyczne amfory/ powietrze oślepia popiołem. Słońce niesie ukojenie, ale też odbiera siły, bezlitośnie niszczy. A wtedy – gdy najdotkliwiej odczuwa się jego potęgę – najlepiej zanurzyć ciało w chłodnej morskiej wodzie, wtedy najlepiej oddać się we władanie seledynowej rześkości fal. Morza to druga wielka obsesja i tęsknota Chadzinikolau, jakby wewnętrzna fatamorgana. Gdy czuje się przegrany, osamotniony, gdy potrzebuje pomocy, wtedy poeta najchętniej szuka ratunku w oddechu morza, w jego szaleńczej sile i dziecinnej, czułej łagodności. Wtedy też mówi: Starczy mi jeden dzień/ wśród odmętów fal/ i słonych pocałunków. A więc także i morze jest siłą sprawczą, pobudzającą nieustannie do życia. Poeta wychodzi z niego, tak jak feniks wstawał z popiołów. My, Polacy nie jesteśmy w stanie zrozumieć do końca czym dla kogoś pochodzącego z krainy poprzetykanej morzem jest jego magia. Zwykle kojarzy nam się ono z monotonną linią brzegową – tymczasem morze Grecji  i krain śródziemnomorskich ma w sobie jakiś przedziwny, tęskny ton. Kto tego nie zobaczył i nie poczuł, ten nie zrozumie. Już samo obcowanie z tak pięknym, barwnym i nieomal żywym tworem natury, uczy wrażliwości, subtelności i na zawsze pozostawia w poecie jakże ludzką tęsknotę za dalą, za wzniesieniem się nad horyzont. Ale tak, jak w przypadku żywiołu słońca, żywioł morza ma też dwa oblicza – dodaje sił, ale też i z całą bezwzględnością morduje, pochłania ludzi, popiersia dawnych bogów oraz pełne wina i oliwy dzbany. To ciemność gromadzi ból w kroplach, tak jak zło, które jest w ludziach, każe cierpieć ludzkim głazom, takim jak ojciec poety. Tak jak nienawiść, która jest w ludziach, każe ronić łzy ludzkim drzewom oliwnym – takim jak matka poety. Jest to przecież poezja wielkiego ludzkiego bólu, głębokiego – przejmującego do szpiku kości – poczucia przegranej; poezja mówiąca o takich chwilach, gdy odnajdujemy się nagle po zachodzie słońca, zanurzeni po pas w soli – a  wiatr gromadzi na naszych czołach słoność pełną pocałunków. Wszystkie statki odpłynęły. Zostaliśmy znowu wśród wielkiej przestrzeni. Przekraczamy wymyślony horyzont. Milczymy oparci o pozieleniały i śliski pal. A może jesteśmy do tego pala przywiązani i czekamy już tylko aż przyjdzie przypływ morza i na zawsze odgrodzi nas od smaku słońca i gorzkiego blasku morskiej piany. Tutaj – w tym boskim solarium, najpełniej odczuwamy jedność morza  i słońca, jedność wszystkich żywiołów. Dopiero w tym momencie rozumiemy, dlaczego domy jaśnieją/ w bryzgach słońca.

Solarystyczna poezja Nikosa Chadzinikolau, gorzka i słonosmutna, ale jakże prawdziwa, jest zapisem wielkiej egzystencjalnej tęsknoty. Nieustannego, nieposkromionego pragnienia dali i pełni, tęsknoty za tym, co już dawno odeszło w zapomnienie i za tym, co pozostało na zawsze poza zasięgiem i możliwościami naszej wyobraźni. Tylko miłość potrafi  złagodzić ten ból, tylko głęboka stoicka mądrość może pobudzić nas od nowa do życia. Wtedy poeta zaczyna czuć czym jest otaczający nas świat, wtedy otwiera się przed nim niewyobrażalna dla zwykłego śmiertelnika przestrzeń, wtedy widzi sens. Mówi: Zatrzymaj tę chwilę,/ w której liść wiruje dzwonnym wiatrem,/ a drzewo pilnuje rozstajów. Zatrzymaj tę chwilę, w której małża otwiera się jak dłoń,/ a morze goni za łodzią./ Zatrzymaj tę chwilę/ w której słowo przekracza granicę ust./ dla pierwszej pieśni. Poezja zatem –  w ujęciu Chadzinikolau – jest pamiętnikiem i dziennikiem wrażliwości, jest manifestem jedności z morzem, słońcem, solą na wargach rybaka i mrocznym snem o odeszłej młodości: Urodziłem się pod dziwną gwiazdą – / zaraz spadła za domem/ i było ciemno./ Przed domem modliły się akacje,/ kobiety śpiewały jak ochrypłe mewy./ Matka leżała z otwartymi oczami/ i patrzyła w okno/ aż po ostatni nerw źrenic./ O szybę rozbił się nietoperz./ Noc skamieniała/ ofiarując własną bezradność… Poezja zatem wykracza poza ramy ludzkich doświadczeń i sięga wyżyn mitu śródziemnomorskiego, mitu spełnionego człowieczeństwa, wiecznej nadziei i obietnicy powrotu z połowu. Nikos Chadzinikolau stworzył na użytek własnej poezji swoistą metodę liryczno-narracyjną, której wyznacznikami są wiara w człowieka, jako tego, który oswaja chaos; prawda elementarnych żywiołów toczących nieustanną walkę w przyrodzie; podświadomość zsuwająca się z fioletowych płaszczyzn snu ku błękitowi rzeczywistych dali;   a wreszcie płomień wiecznej reinkarnacji – odradzania się martwych struktur i powierzchni, martwych ciał i zastygłych na tysiąclecia gestów. Poeta i jego słowa ożywiają przepadłą w przeszłości rzeczywistość, tak jak morska fala ożywia leżące na brzegu, wysuszone glony. Chadzinikolau potrafi mówić językiem prostym, tworząc jakby rekonstrukcje dawnych greckich poematów, dawnych pieśni weselnych i żałobnych. W tych – z reguły krótkich – lirykach pobrzmiewają echa przeszłych melorecytacji, śmiechów kochanków; w tych lirykach lśnią wpatrzone w ogień oczy Safony, odzywają się głosy wielkich poetów, filozofów – Chadzinikolau udało się odnaleźć w sobie tę niesłychanie subtelną nić natchnienia – nić, która łączy starożytność z teraźniejszością: nić, która połyskuje w mroku i drażni wyobraźnię niczym miliony rozrzuconych pod niebem Grecji gwiazd. Liryka autora Bez maski – tak zakorzeniona w słońcu – ożywiana jest nieustannie refleksami światła. Światło to pierwszy radosny zwiastun powrotu do ojczyzny, zwiastun połączenia z grecką kulturą: Czas tu nie ma władzy, choć tyle kamieni,/ Każdy kamień jest ciągłością Boga./ Dotknąć, jak dotyka się twarzy matki./ Tyle światła./ Ziemia ulepiona ze światła./ Oddycham światłem (…). Światło jest przeciwieństwem ciemności, przeciwieństwem śmierci. Poeta nieraz już spojrzał śmierci w oczy, zaznał mroku i czerni śmiertelnego upadku. Dlatego tak wymownie chwali życie, cieszy się każdą oznaką istnienia i zwyciężenia niszczących sił. Otarcie się o śmierć dało poecie rozległą perspektywę, pozwoliło dostrzegać rzeczy dotąd ukryte przed jego oczyma, a także dało mu umiejętność wyławiania z nicości krajobrazów ledwie przeczuwanych: Noc ma twarz głodnego zegara/ albo obłupanej figury/ skazanej na milczenie./ Milczenie tak zaraźliwe,/ że odbiera mi oddech./ Noc cierpi na nagłą ciemność./ Śmierć uszczelnia się we mnie./ Noc z krwi odlana/ przenosi mnie w ciszę./ Czyżbym tylko ciszę miał zostawić?/ Nie szukam wieczności   w słowach./ Nie krzyczę./ Opanowałem sztukę bólu./ Czekam na światło./ Tylko światło jest życiem. W tej na poły boskiej świetlaności poeta jakby na nowo przeżywa tragedię mitycznego Feniksa i wraz z nim zdaje się wstawać z popiołów.

Począwszy od tomu pt. Słoneczny żal zaczyna się u poety cały obszerny cykl utworów rezurekcyjnych. Odrodzenie, powstanie z popiołów, napływ nowych sił, wszystko to stanowić zaczyna zupełnie inną jakość. Nie bez wpływu – zapewne – na takie kształtowanie się i nastawienie liryki miały zdarzenia z życia poety: Ból jest miarą człowieka./ Nie przychodzimy jednak na świat/ tylko by cierpieć./ Dlatego nigdy nie podziwiałem śmierci./ Zjawiła się jak cisza/ pożyczona od śniegu./ Nie udało jej się jednak/ oblodzić moich warg/ ani serca. Opisuje zatem poeta jakby sytuację człowieka, któremu udało się umknąć sprzed bezlitosnej piki śmierci, człowieka, który dzięki tak realnej jej bliskości, tak realnemu jej doświadczeniu, może teraz dostrzec całą złożoność świata, może zachwycać się ulotnością czasu i przestrzeni. Odrodzenie jest niezbędnym warunkiem zaistnienia oczyszczającej energii poezji i miłości. Choćby miłości zwiewnej, jak ta opisana w liryku pt. Morska dziewczyna: Na brzegu cię widziałem,/ gdy szczotkowałeś włosy słońcem./ Potem rozpięłaś falę jak bluzkę/ w godzinie miłości./ Cała niebieska./ Odlana z kruszców morza./ I wtedy poczułem na wargach/ smak startej kropli. Poeta w smaku soli odnajduje smak życia – morze nieustannie powraca w tych wierszach niczym ostateczne crescendo istnienia. Groźny żywioł jakby pointuje wszystkie ludzkie wysiłki, swoją głębią i cudownością promieniuje na człowieka, dodaje mu sił, bądź siły odbiera. Poeta pragnie w żywiołach odcisnąć swoją twarz i żywioły najbardziej intrygują jego wyobraźnię.  Zdaje się patrzeć na rzeczywistość jak na nieustanną walkę sprzecznych, groźnych i tragicznych zarazem sił. Czy to będzie mały kamyk na brzegu, cyprys wrastający w niebo, słońce czy ludzki ból, wszystko podlega jednej regule walki. Nie ma sił obojętnych, nie ma miejsc neutralnych, a poeta – w ujęciu autora Rodowodu – staje się tym, który powołany został by dać świadectwo wiecznej batalii, tym, co przyjąć musi w siebie jęk pękającego lodu i płacz rozkwitających kwiatów. Wszystko wszak zdaje się go ranić, wszystko dotyka jego delikatnej, eterycznej duszy. Poezja jest właśnie pogłosem walki, remedium na ból i słoneczny żal. Poeta uczestniczy jakby w wielkim, wciąż trwającym pogrzebie postrzeganego świata: stale coś w sobie żegnam,/ stale odchylam się w ciszę. A jest to zadanie ponad siły, jest to praca Syzyfa, wiecznie odradzający się w kamieniu ból. Poeta dopiero co powrócił z krainy śmierci i wszystko dookoła zdaje się nosić ślady jakiejś kosmicznej walki: drzewa podobne do wypalonych figurek, owdowiała trawa, woda wypłakana przez matki. Gdzie nie spojrzeć płaskowyże popiołu, zgliszcza. Ptaki, które się tu pojawiają, przypominają nierealne ważki bujające nad jakimś monstrualnie wynaturzonym ogrodem. Tutaj, w takim krajobrazie wewnętrznym zacząć się musi stopniowe wzrastanie, tutaj obudzić się musi wszystko to, co było skazane na sen. Ogień niszczy, ale ogień daje też życie – dlatego poeta może z nadzieją       w sercu na nowo odgrodzić od rzeczywistości własną winnicę, wszak dzień zwisa jak winorośl, a wszystkie (…) myśli od słońca. Chadzinikolau maluje blaskiem – ogień stanowi w tej poezji jeden z warunków życia. Dlatego właśnie wyznaje: Czekam na światło./ Tylko światło jest życiem, a gdzie indziej dodaje: Wystarczy pomyśleć/ o toczeniu kamienia/ słonecznego. Jest zatem także blask wiecznym wyrzutem, udręką, którą wciąż od nowa trzeba przezwyciężać – noc wabi i zachęca, obiecuje rozległe nisze, przestrzenie ciepła, spokoju i dobra. A w gruncie rzeczy noc jest jedynie obietnicą rozpadu, kolejnej orgii żywiołów. Blask kojarzy się z wierszem jasnym, mądrym, skończonym – wszak odrodzenie w świetle wiersza to jedna z tęsknot poezji wszystkich czasów. Powie poeta: Wiersz jest pieśnią,/ słoną kroplą na wargach./ Wierszu powtórz/ nawet za cenę łez./ Wiersz jest skurczem serca,/ a może lepiej otwartą raną./ (…).  Te świetlne, świetlane wiersze nazywa Chadzinikolau heliotropami, gdyż zawsze prowadzą one do jednego celu. Tym celem jest prawda o człowieku i o sobie samym.  Słoneczna, poprzerastana strunami czystego blasku, kraina poetycka Chadzinikolau ma jakby gorzkosłony smak. Takie jest tu powietrze, takie pagórki i skały, takie liście oliwek, takie cyprysy i amfory. W krainie tego twórcy sól zdaje się osadzać w zagłębieniach ziemi, na wyłowionych z morza posągach i na wargach spragnionych wiecznie miłości dziewcząt. W tym świecie poeta porusza się, odnajdując poszczególne heliotropy i nawet iskierki gwiazd na niebie dodają mu sił, sprawiają, iż czuje jedność z kosmosem i wiecznością: Noc jest zwierciadłem./ Patrz w niebo./ To pora, która nie zawodzi./ Kto kocha gwiazdy,/ ten nie odchodzi w odblask świec./ Noc jest zwierciadłem/ jak twarz mojej matki./ Patrz w niebo/ i nie wstydź się kołatania serca./ To pora wieczności. Szlachetna nuta goryczy wyczuwalna w każdym wierszu umieszcza opisywane postaci jakby w przelocie pomiędzy przeszłością i teraźniejszością, jakby w zawieszeniu pomiędzy nadzieją, a sromotną klęską. Poeta opowiadając o swoich losach, o losach swojej włóczęgi, jednocześnie opowiada losy bohatera mitycznego – tylekroć pojawiającego się w mitologiach różnych narodów kulturowego włóczęgi, wiecznego tułacza. Jego droga znaczona jest pieczęciami krwi i soli, konwulsjami bólu, żalu i zwątpienia. Jego droga prowadzi od skał wysepek Morza Egejskiego, poprzez Ateny i Delfy, do zimnego, północnego kraju, do miasta nad Wartą. Tutaj dopiero Feniks może złożyć swoje pióra, tutaj dopiero – z perspektywy oddalenia – możliwe jest któreś już z rzędu   o d r o d z e n i e , jakże dramatyczne i ekscytujące przejście od spopielałego ptaka do szybującego w dal Ikara. Chadzinikolau bez reszty zatraca się w poetyckich rytuałach przejścia – traci wszystko w jednej chwili i w jednej chwili odzyskuje… smak soli, blask ognia, źrenicę słońca i morza tęsknoty.

Reklamy

1 komentarz

  1. j.gładykowska said,

    2009/11/24 @ 12:13

    Poznałam Pana Nikosa w czasie konkursu ” O Laur Wierzbaka” w Poznaniu, gdzie otrzymałam jego książki i dedykacje- 10 lat temu. Zdaje sie pierwszy raz jak moje poetyckie, zalążkowe próby odważyłam się pokazać. Mile wspominam i bardzo szkoda mi tej Postaci.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: