CHINY (VIII)

malarstwo2

Po powrocie do Xining, godzinę przed zachodem słońca, idę do parku, po drugiej stronie rzeki. Muszę przejść dość długą ulicę i ogromny most, a gdy już na nim jestem zauważam z góry dalekie pasma górskie, wyraziście rysujące się za miastem. Na ich szczytach leży połyskliwy śnieg, a całość łańcucha przydaje krajobrazowi orientalnego charakteru. Bliżej widać osiedla wysokich apartamentowców, a wokół nich niższe budynki, rozsiane jak barwne kawałki warzyw pośród dania ryżowego. Schodzę do parku i mijam niewielu ludzi, ale za każdym razem zauważam ich bystre spojrzenia. Wszystko tutaj jest zadbane, ścieżki wewnętrzne utwardzone, eleganckie ławki i stoliki z górskich kamieni z ciekawym, wewnętrznym rysunkiem linii i zygzaków. Sporo średniej wielkości drzew i starsze klony, topole, wierzby, na każdym kroku klomby kwiatowe i wypielęgnowane trawniki. Schodzę do rzeki i zauważam na kamieniach pliszki siwe, a w miejscach głębszych kaczki krzyżówki. Nurt płynie leniwie i w wielu miejscach zanika w półmetrowej wodnej roślinności, zaborczo wdzierającej się w koryto. Woda jest mętna, żółtawa, ale niesie się od niej jakaś górska rześkość, oddech dalekich dolin i przełęczy. Przysiadam na ławce i patrzę na wszystko dookoła, a przede wszystkim na ludzi, którzy mijają mnie po dwóch, trzech, czasem w niewielkiej grupce. Starcy ubrani w tradycyjne, granatowe uniformy z czasów Mao, młodzieńcy i dziewczęta odziani w bawełniane koszulki, dżinsy, jakieś zwiewne bluzki, w nieodłącznych adidasach na nogach. Chinki dobrze wiedzą jakie są zgrabne, więc z upodobaniem noszą krótkie, kolorowe spódniczki, obcisłe spodnie. Fotografuję ich i proszę o zrobienie mi zdjęcia, na co przystają z uśmiechem, trochę mówią po angielsku, coś tam komentują w swoim języku. Muszę być dla nich wielkim dziwakiem, z moją dość ciemną karnacją skóry i zielonymi oczyma – odchodząc, kilka razy się odwracają, wskazują na mnie i głośno ze sobą rozmawiają. To miasto, w miesiącach chłodniejszych i zimą, jest zapewne zamkniętą enklawą i niewielu trafia tu ludzi z innych części świata – to w końcu przedmurze Tybetu. Dostać się tutaj można tylko samolotem z Pekinu lub koleją transtybetańską, jadącą wiele dni ze stolicy państwa.

kwiatyiptaki1Nagle spostrzegam coś, co każe mi wstać z ławki, włączyć aparat fotograficzny i ruszyć szybko do przodu. Na pobliskich drzewach zauważam stado barwnych ptaków, które okazują się zielonkawymi, chińskimi dudkami. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie widziałem tych istot w naturalnym, europejskim czy amerykańskim biotopie, wiele razy się zasadzałem, odbywałem specjalne wyprawy, ale jakoś mi się nie udawało. I nagle, w środkowych Chinach, widzę całe ich stado, przelatujące z drzewa na drzewo i pozwalające podejść dość blisko. Jest ich chyba z dziesięć i czuję się jak w ptasim raju, tym bardziej, że zauważam też inne skrzydlate twory – dzięcioły, sikory i zięby, a nawet dzierzbę i srokatego zimorodka. Przypomina mi się tradycyjne malarstwo chińskie, które lubowało się w odtwarzaniu kształtów i w specjalny sposób stylizowało symetrię lotnych krzywizn. Sporo takich przedstawień widziałem w Odonkorze, w starych domach, pałacach i świątyniach, a także na wyrobach sztuki ludowej i regionalnych pamiątkach. Ptaki lśnią w słońcu i przelatując na dalsze drzewa, prowadzą mnie w głąb parku. W końcu kryją się pośród liści, siadają wysoko, tak, że nie mogę ich dostrzec – tylko świszczące głosy wskazują, że tam są. Idę dalej i przysiadam na następnej ławce, patrzę na niezwykłe, liliowo-amarantowe chmury, podświetlone przez zachodzące słońce. Przysiada do mnie jakiś stary człowiek i nie zwracając uwagi na moją obecność, patrzy w dal, kontempluje drzewa, kwiaty i dalekie góry. Za chwilę zamyka oczy i w naturalny sposób zasypia na chwilę, a ja przyglądam się jego twarzy, pooranej bruzdami głębokich zmarszczek, ma może siedemdziesiąt, może więcej lat i musiał przeżyć w tym państwie liczne przełomy i zawirowania dziejowe. Wstaję powoli, by go nie zbudzić i idę w kierunku mniejszego mostu przez Huang Shui, zauważam, że jest już siódma wieczorem, więc przyspieszam kroku, by zdążyć do hotelu na kolację. Od razu czuję żywszy rytm serca i szybciej oddycham, jestem przecież na wysokości dwa tysiące trzysta metrów nad poziomem morza. To historyczna tybetańska prowincja Amdo, gdzie krzyżowały się szlaki karawan i samotnych pielgrzymów i zawsze tętniło życie, dudki wzbijały się ponad drzewa, nurty mętnego dopływu Huang Ho sunęły leniwie ku ujściu, a ludzie przyzwyczaili się do życie na wolniejszych obrotach.

kwiatyiptaki2Idąc, przyglądam się temu kawałkowi Chin i wydobywam takie skrawki, które mnie ciekawią lub wzruszają. Jakaś mała dziewczynka, może sześcio-, może siedmioletnia, idzie grzecznie parkową dróżką i niesie w woreczku foliowym, wypełnionym wodą, kilka malutkich, kolorowych rybek, które zapewne złowiła w strumieniu. Jest w niej tyle świeżości i piękna, tyle delikatności i azjatyckiej subtelności, że czuję przypływ ciepła w całym ciele. Choć ona o tym nie wie i mija mnie szybko, zastanawiam się jak będzie wyglądało jej życie – tutaj dorośnie, tu wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, a w końcu odejdzie z tego świata, jak wszyscy ludzie. Gdzie ja wtedy będę, co będę robił, kim będę i co osiągnę, czy jeszcze będę wśród żywych? Ona tu pozostanie, a ja wyjadę, choć może wrócę za jakiś czas, a może będę w zupełnie innej części świata – niezbadane są wyroki losu. Idąc dalej, spotykam kobietę, mniej więcej w moim wieku, urodziwą i szczupłą, ubraną w czarna kurtkę skórzaną i w jedwabną, niebieską spódniczkę. W pierwszej chwili budzi moje zdumienie, bo chodzi powoli do tyłu, ale szybko orientuję się, że to ćwiczenia relaksacyjne tai chi, mające służyć poprawie zdrowia i zyskaniu dobrego samopoczucia. Choć mijam ją zaaferowany, nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, wysuwa ręce do przodu i wygina je wolno w różne strony, koordynuje ich ruchy, z lekko przesuwającymi się do tyłu nogami. Wchodzę do innego dużego parku, tuż przy hotelu i zatrzymuję się na dłuższą chwilę przy szerokim sztucznym stawie. Wszystko ma tutaj orientalny wymiar i na każdym kroku widać chińską ornamentykę, od budowli, poprzez mostki i nawet pojemniki na śmieci. Myślę o tym, że mógłbym żyć w takim świecie, z dala od Polski, od tego wszystkiego, co w niej zostawiłem. Opieram się o balustradę tarasu wychodzącego nad wodę, wpatruję w dalekie domy, świątynie i myślę o tym jaki jestem w tym momencie szczęśliwy… i jak trudno zatrzymać taką chwilę. Robi się coraz później i wspinam się po schodach na plac, przed hotelem, wchodzę do budynku, gdzie jak co dzień, boy wita mnie z promiennym uśmiechem. Myję się szybko w ogólnej łazience i wchodzę do restauracji – wszyscy jedzą już kolację w najlepsze, więc i ja zaczynam krążyć z talerzem pośród barwnych potraw, warzyw i fasoli, owoców morza i gotowanych na parze pierożków z ostrym lub łagodnym sosem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: