NAD WISŁĄ

Vistula-1

Wczoraj, podążając ku wałom przeciwpowodziowym na Wiśle, podglądałem pierwsze oznaki jesieni. To jakby druga przestrzeń naturalna, z którą najczęściej mam do czynienia, po bezpowrotnym opuszczeniu zachodniej części miasta. Wcześniej dobrze spenetrowałem lasy i dzielnice wokół osiedla Błonie, a teraz – mieszkając już blisko dwadzieścia lat w Fordonie – sporo wiem o obszarach przylegających do Wisły i o okolicznych miejscowościach. Częste wycieczki rowerowe i piesze spowodowały, że mapa tych terenów, różne dojazdy, skróty, przeskoki, znalazły się w mojej głowie i poruszam się tutaj z taka samą łatwością, jak wcześniej w moich młodzieńczych rewirach. Ruszyłem zatem przez osiedle i szybko znalazłem się przy dużej kępie krzewów i drzew, pośród których pozostały jeszcze szczątki poniemieckiego, ewangelickiego cmentarzyka. Ludzie Ci mieszkali tutaj pod koniec dziewiętnastego wieku i na zawsze połączyli się z tą ziemią – wierzyli zapewne w nieśmiertelną Rzeszę, która raz zdobywa nowe tereny i nigdy ich nie oddaje. Przemiany historyczne i zawirowania wojenne spowodowały jednak, że odeszli w innym landzie i w innym kraju teraz niszczeją ich nagrobki. Mijam to miejsce i kieruję się ku, widocznym w dali, wałom wiślanym. Po drodze przyglądam się chmurom, które pięknie rozbudowują się nad horyzontem. Wiele pośród nich zmian walorowych i kolorystycznych niespodzianek – granatowe płaszczyzny i podświetlone przez słońce białe czapy cumulusów, łagodne przejścia od bieli do błękitu paryskiego i niezwykłe oka tropikalnej niebieskości. Przypomina mi się wiersz Norwida pt. W Weronie: Nad Kapulettich i Montekich domem,/ Spłakane deszczem, poruszone gromem,/ Łagodne oko błękitu – – Słyszę w sobie, jak tekst ten śpiewa Wanda Warska, a jednocześnie myślę o malarstwie abstrakcyjnym, które w wielu przypadkach wzięło się z fascynacji fakturami ziemskimi. Tyle ich wokół nas, tyle pikseli, tyle szczegółów, tyle niezwykłych konfiguracji: chmury i operacje świetlne na niebie, grudy ziemi i kamienie, chropowatość kory drzew i odrapanych murów, a do tego wielkie przestrzeni morskie, pustynne, górskie, gładzie lodowe i śnieżne pustkowia. Nauczyłem się dostrzegać piękno także pośród naszych, swojskich krajobrazów i czasem zatrzymuję się dłużej w miejscu, które wielu minęłoby szybko i bezpowrotnie.

Vistula-2

Właśnie doszedłem do rzędu płaczących wierzb, ograniczających część wielkiego, zaoranego pola. Fotografuję korę i różne dziuple, złamane gałęzie, szczątki zmurszałych konarów –wiele tu pozostałości po jakichś większych wiatrach, ulewach i lokalnych huraganach. Ten świat i tę rzeczywistość dendrologiczną znają dobrze wrony i gawrony, kawki i sójki, zatrzymujące się na tych drzewach błotniaki, myszołowy, a nawet i bieliki, które czasami zobaczyć można nad Wisłą. Dochodząc do wierzb spłoszyłem spore stado szpaków, które wzniosło się w górę, załopotało w powietrzu jak wielka czarna flaga i poleciało na drugi skraj pola, tym razem ku wyniosłym topolom i brzozom. W miejscu, gdzie przystanąłem, jest też sporo krzaków czarnego bzu i trochę wysokich chwastów, ale najciekawsze są te powyginane, zdeformowane i często dziwaczne drzewa. Robię wiele zdjęć, zbliżeń kory i niebieskawych, a czasem brązowych lub szarych porostów, pośród których zauważam różne, przemykające szybko lub zatrzymujące się, owady. Słońce raz wychodzi i oświetla grube pnie, a innym razem chowa się za chmurami, co powoduje, że wszystko wokół matowieje, zmienia się w przestrzeń ponurą, smutną, pełną wieloznaczności. Myślę o ostatnich wydarzeniach w moim życiu, o tej niezwykłej sytuacji, gdy przekroczyłem pięćdziesiąty rok życia i stałem się sam dla siebie zagadką. Przecież dopiero co pisano o mnie jako o młodym poecie, dopiero co kończyłem szkoły i studia, ożeniłem się, jakby ledwie wczoraj urodziły się moje dzieci, jakby przed chwilą byłem ratownikiem wodnym, stałem na brzegu Bałtyku i patrzyłem na czerwoną kulę słoneczną, spływającą powoli za horyzont. A tu te pięćdziesiąt jeden lat, nie wiadomo skąd i dlaczego, ciąg zdarzeń i twarzy, wiele zła i dobra, chwile bólu i radości, momenty chwalebne i mroczne – wszystko razem jak film o mnie i o kimś innym. Patrzyłem na korę wierzb, fotografowałem co ciekawsze miejsca i w myślach stawałem twarzą w twarz z moimi przyjaciółmi i wrogami – tych ostatnich nigdy nie szukałem, nie wychodziłem im naprzeciw. Niestety spotkałem kiedyś na swojej drodze człowieka, który uruchomił wielką machinę plotek i pomówień i stworzył w kilku środowiskach mój wypaczony portret. Będę sukcesywnie spłacał teraz moje długi, choć stale biję się z myślami i pytam, czy warto? Stracę sporo czasu, ale trzeba jednak mówić o patologiach, chorobach, o ludziach, którzy stają na naszym szlaku i próbują sprowadzić nas na manowce. W świecie ludzkim trudno cokolwiek osiągnąć, a gdy zgromadzi się jakiś dorobek, gdy nazwisko zacznie się upowszechniać, pojawiają się natychmiast cienie różnych zawistników, kłamców i konfabulantów, komentatorów i arbitrów, a wreszcie i biednych, żałosnych głupców, dewiantów, duchowych karłów. Tak jak w tym ciągu wierzb płaczących, jedne są kształtne, zachwycające i przywodzące na myśl muzykę Chopina, a inne połamane, wynaturzone, przygniecione starością i nieustannymi atakami natury.

Vistula-3

Idę dalej, ku niewielkiemu stawowi, porośniętemu trzciną, z brązowymi baziami, wyraźnie rysującymi się pośród ciemnej zieleni. Podchodzę wolno, bo kilka razy widywałem w tym miejscu czaple siwe – teraz jednak nie ma tych ptaków, a jedynie wiatr hula coraz silniej pośród krzewów czarnego bzu i dzikiego chmielu. Jakiś piwowar, eksperymentujący z napojami własnej roboty, zebrałby tutaj wiele szyszek i zrobiłby z nich smakowite piwo. Słońce znowu daje o sobie znać i oświetla splątaną roślinność, kładzie refleksy na czarnej wodzie i na gałązkach niewielkich drzew. Można by tutaj ukryć się w jakimś szałasie i czekać z teleobiektywem na przylatujące ptaki, ale skąd wziąć na to czas. Tyle razy obiecywałem sobie, że pojadę na jakieś rozlewiska, choćby na pobliskie stawy w podbydgoskim Ślesinie, gdzie zatrzymuje się wiele gatunków przelotnych. Niestety, jak dotąd, nie udało mi się zrealizować tych zamierzeń, korzystam zatem z tego, że jestem teraz skryty w zaroślach i prawie mnie nie widać. Nic się jednak nie dzieje, żadne ciekawe skrzydlate stworzenia nie nadlatują, a tylko wysoko na niebie widzę kawki i gawrony, zmagające się z porywami wiatru. Wystawiam twarz do słońca i przez chwilę czuję jego ożywcze ciepło, dolatuje też do mnie intensywny zapach chmielu. Jego szyszki bujają się lekko i rozsiewają delikatny aromat, tyle tutaj elementów barwnych, tyle nagłych złamań barw, delikatnych i gwałtownych przejść od zieleni do żółcienia, od brązu do czerwieni i od szarości do czerni. Przypomina mi się wiele zdarzeń, a przez moje myśli przemykają zapamiętane obrazy, twarze ludzi i miejsca, gdzie bywałem. Sporo już wiem o upływie czasu, a patrząc na mądre umieranie natury, myślę o tym, że zaakceptuje i moje odchodzenie z tego świata. Śmierć jest wszechobecna i nic nie zdoła jej powstrzymać – stoję w ukryciu i widzę wiele jej przejawów w naturze, sporo szczątków roślin, chitynowe pancerze chrząszczy, martwą żabę i muchy, komary, jętki, w sieci pająków. Jakich ekwilibrystycznych sztuczek dokonuje natura, by przez chwilę utrzymać świadomość zwierzęcia i człowieka, ileż musiała wykształcić narządów i umiejętności, iloma ścieżkami podążać przez miliony lat, przez zawsze trudne i rodzące opór dzieje. Ileż organów potrzebujemy, by w naszych głowach zrodziła się myśl, ile musimy jeść pokarmów, jakże łakniemy nieustającego dopływu tlenu do krwi i ile płynów musimy w siebie wlewać. Dopiero wtedy można wyjść poza miasto, stanąć nad stawem i cieszyć się otaczającą naturą, być jednym z organizmów, podążających do rozpadu, a czasem tylko kontemplujących nieustającą metamorfozę.

Vistula-4

Dochodzę do wału przeciwpowodziowego i minąwszy go, schodzę do tafli Wisły. Płynie leniwie i tylko przy korektorach kamiennych, wchodzących w toń, tworzą się niewielkie zawirowania. Staję na jednym z nich i widzę, że woda jest bardzo brudna i zanieczyszcza czernią i rdzą brzegi. Wiele lat jeszcze będzie trzeba czekać by największa polska rzeka oczyściła się i przestała wsączać do Bałtyku tyle brudu. Powoli aglomeracje miejskie zaczynają budować wielkie oczyszczalnie i bagrować rzeki, czyli wydobywać z nich setki ton osadów i śmieci. Tak będzie z bydgoską Brdą, w której w górnych partiach woda jest krystalicznie czysta, a dopiero miasto ją okropnie zanieczyszcza. Pamiętam wiele wypraw nad tę rzekę, kąpiele w lodowatej, przejrzystej toni i… nieroztropne skakanie do niej „na główkę”, z wysokich drzew, z desek przybitych bardzo wysoko. Na szczęście rzeka bywała w takich miejscach bardzo głęboka, a i wiedza na temat zachowania się po wejściu ciała do wody, też była duża i nakazywała szybko zgiąć ręce i spowodować błyskawiczne wypłynięcie. Widywałem wtedy w tej czystej Brdzie ogromne klenie i pstrągi, a ulubioną zabawą w wodzie było puszczanie się delfinem z rwącym prądem i szybkie pokonywanie wielkich odległości. Teraz – stojąc nad Wisłą – widzę jednego wędkarza, który siedzi na brzegu, jakieś sto metrów ode mnie i próbuje coś złowić w tym ścieku. Ileż wielkich miast minęła wielka rzeka, zanim dotarła poza Bydgoszcz i ile te aglomeracje wlały w nią nieczystości. Normy unijne są surowe, Unia nie żałuje też pieniędzy na oczyszczanie środowiska, więc możemy się spodziewać, że po latach także ta wstęga wodna będzie jak kryształ. Na razie przejmujący smutek bije z szarych brzegów i dopiero jak liście pożółkną, a inne zbrązowieją lub przybiorą barwę czerwoną, płaskie nabrzeża ożywią się trochę. Na razie jest przede mną czarna toń, w której odbijają się ciemne zarysy drzew, krzewów i postrzępione kłęby chmur. Panta rei… Wszystko zmierza ku jakiemuś celowi, wszystko ma swój kres i wszystko odchodzi bezpowrotnie, jak ten namokły, przepływający właśnie konar, który tylko na chwilę pojawia się w mojej świadomości, a zaraz oddala się, ledwie majaczy w dali i szybko znika. I tutaj także widać wiele symptomów jesieni, sporo roślinności uschło, powoli zmienia się barwa liści, na których pojawia coraz więcej plam i nalotów. Nocą temperatura spada już prawie do zera i byty najdelikatniejsze natychmiast to odczuły, niewiele jest much, rzadko widzi się bąka lub pszczołę, na pozostałych jeszcze kwiatach. Podnoszę głowę ku górze i widzę duże klucze dzikich gęsi, przesuwających się po niebie i szybko znikających w dali. Niewyraźne odbicie lecących ptaków majaczy w czarnej toni… Panta rei

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: