CHINY (5)

18

Po piątej rano budzi mnie sympatyczny głos w słuchawce hotelowego telefonu …morning call… Dziękuję i szybko wstaję z łóżka, biorę prysznic, starannie się golę i zjeżdżam windą na śniadanie. Tym razem jem tylko kawałki arbuza i melona, jedną bułkę i jajko sadzone z boczkiem wędzonym. Popijam kawą i sokiem pomarańczowym, a potem wracam na dziewiętnaste piętro by spakować swoje rzeczy. Gdy otrzymałem zaproszenie do Chin, przestrzegano mnie, bym wziął jesienne ubranie, bo w górach bywa bardzo zimno. Zabrałem zatem ciepłą kurtkę, która zajęła mi bardzo dużo miejsca w walizce i jeszcze jedną, lżejszą, ortalionową z ociepleniem, którą wielokrotnie brałem do różnych krajów. Tym razem, po rozmowie z tłumaczką i jednym Chińczykiem, decyduję się wziąć właśnie tę drugą i już jestem gotów do drogi. Jedziemy nad zjawiskowe jezioro Qinghai czyt. Czinhaj), gdzie ma odbyć się centralna uroczystość, wraz z wręczeniem Nagrody Złotej Gazeli. Kandydują do niej same poetyckie sławy Tomas Transtromer, Tadeusz Różewicz, Robert Bly, Philippe Jaccottet, Juan Gelman i para twórców z Chin. Przed hotelem czeka już siedem wygodnych autokarów i mnie trafia się ten oznaczony numerem trzy. Jedzie w nim sporo osób, z którymi już nawiązałem kontakty, a nawet udało mi się wstępnie zaprzyjaźnić – są zatem poeci z Meksyku, Palestyny, z Brazylii i Kanady, ze Stanów Zjednoczonych i ze Sri Lanki, z Indii i z Dahomeju, a także sporo Europejczyków – z Chorwacji i Czech, z Francji, z Łotwy i Estonii, z Rosji i z Mołdowy. Mówi się przede wszystkim po angielsku, ale słychać też język francuski i hiszpański, młoda tłumaczka podaje niezbędne informacje po angielsku. Punktualnie o siódmej trzydzieści ruszamy z Xining w kierunku największego chińskiego jeziora, które jest tak słone i ma tak lodowatą wodę, że ryby, a w tym słynna karpiowata Huang Fish, musiały się specjalnie przystosować do takich warunków. Szybko mijamy główne ulice stolicy prowincji Qinghai, a ja przyglądam się miastu i ludziom, sycę oczy dalekowschodnią odmiennością. Na drogach widzę wiele motocykli, ciągnących małe dwukołowe wózki, ponad miarę wypełnione kapustą, zieloną fasolą w strąkach, cebulą dymką, stertami pomidorów, papryki, ogórków, bakłażanów i arbuzów, melonów i jabłek, gruszek i różnokolorowych śliwek. Czasem na takim dwukołowcu stoi beczące głośno cielę lub koza, innym razem dwie owce lub pies. Wszyscy pędzą do przodu, a kierowca naszego autokaru co chwilę trąbi i hamuje, przyspiesza i znowu daje dźwiękowe sygnały, zagradzającym drogę pojazdom, motocyklom i rowerom. Mijamy jakiś wielki targ i widzę przez chwilę prawdziwą barwną mozaikę z owoców i warzyw, a także ogromne ilości wystawionych przed niewielkimi budkami towarów przemysłowych, plazmowych telewizorów i sportowych butów, motorowerów i skuterów, ubrań i żywych ptaków, serów i słodyczy. Wszystko to miga przed moimi oczyma bardzo szybko, ale udaje mi się zauważyć wielką różnorodność produktów, którymi handluje się w tym miejscu. Jesteśmy już kilka kilometrów od centrum i widzę teraz sporo walących się domków z glinianej cegły, całych kompleksów niskich budynków, przypominających ziemianki, ogrodzonych murem z piachu, gliny i kamieni. Jak w kalejdoskopie zmieniają się twarze i ubiory, na mijanych motocyklach i miniaturowych traktorach o wydłużonym kształcie widzę muzułmanów w charakterystycznych białych nakryciach głowy i kobiety tego samego wyznania, w czarnych narzutkach, kryjących włosy i powodujących, że wszystkie wyglądają podobnie. Przeraża mnie to, że na obrzeżach dróg wałęsa się sporo małych dzieci, czasem mijanych o centymetry przez rozpędzone samochody, motocykle i nasze autobusy. Stoją i z zaciekawieniem patrzą na kawalkadę, pilotowaną przez chińską milicję, a potem powoli ruszają ku jakimś bocznym drogom i ścieżkom, sklepom i targom. Widzę też wielu ludzi starych, najczęściej w jednolitych strojach z poprzedniej epoki i charakterystycznych czapkach. Siedzą na niewielkich ławeczkach po kilka osób lub samotnie, na rozkładanych krzesełkach i także obserwują ruch uliczny, czasem coś krótko komentują, wyciągają rękę w geście pozdrowienia, zdumienia lub zachwytu.

19

Wyjeżdżamy na wygodną autostradę, która biegnie przez zjawiskowo wyglądające góry, w wielu miejscach zabezpieczone konstrukcją żelbetonową lub stalową siatką i zasadzoną specjalnie roślinnością. Dopiero tutaj widać w jak niezwykłej niecce, między pasmami, położone jest Xining, dopiero tutaj odsłaniają się drugie, trzecie i któreś z rzędu dale, odległe ośnieżone szczyty, mnóstwo form skalnych i ziemnych, stada owiec i jaków na zboczach, a czasem samotne krowy lub konie, pasące się na takich stromiznach, że wydaje się, iż zaraz stracą równowagę i spadną wprost pod koła pędzących pojazdów. Tablice informują, że zbliżamy się do tunelu o długości trzech i pół kilometra, co wywołuje ożywienie pośród pasażerów autobusu. Nasz kierowca, prowadzący pojazd w białych rękawiczkach i pędzący blisko sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, nie ma zamiaru zwalniać. Podziwiam myśl inżynierską Chin, a zarazem z niepokojem obserwuję wyczyny człowieka za kierownicą. Zapewne dla „uciechy” i chęci „przestraszenia” gości, bawi się wraz z kierowcą jadącego przed nami autobusu w wyścig i mijanie się w wąskiej przestrzeni. Pojazdy pędzą obok siebie w odległości pół metra i to jeden, to drugi, wysuwają się do przodu, a światła w tunelu migają jak oszalałe. Dora z Brazylii jest przerażona i kiwa z dezaprobatą głową, a ja myślę o tym, że starczy mały poślizg opony, niewielki przedmiot na drodze i zdarzy się makabryczny wypadek. Na szczęście długi tunel kończy się i wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń. Wielkie zielone hale i rozległe turkusowe zbocza ciągną się w dal bez końca, a przy szczytach widać ocierające się o nie białe chmury, jakieś opary i mgły. Właśnie wjeżdżamy do małego miasteczka, zamieszkiwanego głównie przez niskich, drobnych muzułmanów. Widać to po wspomnianych wyżej nakryciach głów, a i minarety meczetów ze złotymi półksiężycami wskazują, jaka nacja i religia ma tutaj największe znaczenie. Znowu obserwuję przejawy życia na chińskiej prowincji, zauważam też, że wszędzie buduje się domy, wykańcza wnętrza, wznosi wielkie meczety. Jakiś stary mężczyzna prowadzi na postronku kozę, dzieci biegną i coś krzyczą, ze śmiechem, przy mijających je autobusach. Na polach widać pochylone kobiety w słomianych kapeluszach, które ledwie na chwilę prostują się, zerkają na mknące pojazdy i zaraz wracają do pracy. To jest pora żniw i widzę w wielu miejscach ścinanie zboża sierpami, a potem wiązanie go w niewielkie wiązki i układanie w snopki. Wszędzie panuje ożywienie, ludzie gdzieś podążają lub wykonują jakąś pracę, coś przewożą, coś z namaszczeniem transportują, jakby ich świat miał swoje prawa, pośród których najważniejsza jest niezwykła aktywność. Kierowca przyhamował na chwilę i zauważam niewielki targ przy drodze, na którym najwięcej jest arbuzów i melonów, jakieś powiązane w warkocze ryby, spore kawałki baraniego i wieprzowego mięsa, a w jednym miejscu kilka odciętych kozich głów z rogami i jakoś dziwnie połyskującymi oczami. Młoda kobieta rozwiesza pranie na sznurach, tuż przy domu i na nasz widok uśmiecha się, odsłaniając białe zęby. Jacyś mężczyźni jadą na pudle niewielkiej ciężarówki, z narzędziami rolniczymi w dłoniach, a na samym brzegu siedzą trzy rozmawiające ze sobą w ożywieniu młode dziewczyny w czarnych chustkach na głowach i z sierpami w rekach. Miasteczko pojawiło się nagle przed nami i równie szybko zniknęło, a pojazdy znowu znalazły się na wijącej się pomiędzy górami dwupasmowej autostradzie. Krajobraz zaczyna się już zmieniać, strzelające w niebo pagóry i granie łagodnieją i więcej jest teraz ukształtowania równinnego, z niewysokimi, granatowymi górami nad horyzontem. Zaczynają pojawiać się jurty i namioty, a ludzie nabierają wyraźnych cech mongoloidalnych, przemieszczają się poboczami na koniach lub mułach, przemykają na motocyklach Yamaha, w ogóle nie zwracając uwagi na ruch na jezdni. Zmieniła się ona teraz w niezbyt zadbaną jednopasmówkę, na której z dużą szybkością mijają się jadące w przeciwnym kierunku pojazdy.

20

Widocznie zbliżamy się do celu, bo przy drodze pojawia się coraz więcej byle jak skleconych, prostokątnych namiotów, zwróconych wyjściem ku drodze. Często przednie płachty są odsunięte i widać w nich niskie stoliczki, jakieś beczki, sterty skór. Za nimi ustawiono wiele pszczelich uli, jakieś mniejsze jurty, czasem drewniane szopy. Przed głównymi namiotami handluje się ze stoliczków miodem i kumysem, a czasem jakimiś lokalnymi lekami i nalewkami ziołowymi. Przy drodze pojawiają się grupki mieszkańców tych ziem, ubranych w ludowe stroje i leżących na ziemi lub siedzących w kręgach w kucki. Jakieś dziewczęta powiewają kolorowymi flagami, młodzi chłopcy cwałują na przyozdobionych paradnie rumakach. Wszystko to bliższe jest Mongolii, niż Chinom i widać tutaj, że ludzie bardzo różnią się od tych, których widywałem w Pekinie czy w Xining. To przez te tereny przebiegała jedna z odnóg Jedwabnego szlaku, pradawnej drogi łączącej Chiny z Europą i Bliskim Wschodem. Patrzę na te miejsca, a w uszach brzmi mi muzyka Kitaro, skomponowana do serialu telewizji japońskiej, której ekipa przebyła całą drogę. Ileż moich tekstów napisałem słuchając poszczególnych partii tego wspaniałego dzieła, które mój brat przywiózł na początku lat dziewięćdziesiątych z Berlina. W pewnym momencie tłumaczka kieruje naszą uwagę ku prawej stronie i wyraźnie ożywiona obwieszcza, że szara smużka w dali to już jezioro Qinghai. Ja bardziej przyglądam się dalekim, ośnieżonym szczytom i ludziom, których coraz więcej jest przy drogach. Czuję też, że jesteśmy nieco wyżej, co potwierdzają też niektórzy uczestnicy wyprawy – szczególnie źle czuje się młody poeta z Dahomeju, który ostatecznie skorzysta z pomocy karetki pogotowia i dostanie dawkę tlenu. Także starszy poeta z Iranu i otyła Palestynka narzekają, że boli ich serce, nie chcą wychodzić z autobusu, nie zachwycają się jeziorem i myślą tylko o powrocie. Ja czuje się bardzo dobrze w tym miejscu, oddycham krystalicznie czystym powietrzem, które zdaje się mienić w przestrzeni. Coś tam dzieje się w moim sercu, jakby ktoś nastawiał mechanizm zegara lub przesuwał godzinę, ale w sumie budzi to tylko moje zaciekawienie i nie przywiązuję do tego wagi. Dojeżdżamy do parkingów przy jeziorze i widzę, że jest to miejsce, gdzie przybywa wiele wycieczek, stoi kilkadziesiąt autokarów, kursują malutkie osobowe samochody elektryczne, a na drogach widać prawdziwą przeplatankę różnych rodzajów ludzkich, twarzy bliższych urodzie mongolskiej i typowo chińskiej, Europejczyków, Murzynów, Latynosów i wszechobecnych Japończyków oraz Koreańczyków. W autobusach rozdawano wodę mineralną i teraz prawdziwe tłumy poetów biegną do wskazanej przez tłumaczkę toalety. W Chinach widziałem przede wszystkim urządzenia sanitarne na których się staje, a zdziwiło mnie to, że niektórzy mężczyźni bez żenady, nawet nie domykając drzwi, załatwiali się kucając i wydając głośne odgłosy. Podobnie dziwiło mnie wszechobecne chrząkanie i charczenie, czasem nawet widywałem mężczyzn, którzy wydawali takie dźwięki, a potem siarczyście spluwali w towarzystwie pięknych kobiet. Te w ogóle nie zwracały na to uwagi, tak jakby takie zachowania należały do celebry męskości i były czymś tak oczywistym jak picie wody czy czesanie włosów. Dopiero w hotelach i na lotnisku w Pekinie pojawiały się ubikacje, na których można było usiąść, w innych miejscach wszędzie królowały porcelitowe miski, z dwoma stopami i otworem w środku. Na szczęście nie miałem problemów związanych z tymi miejscami, więc szybko wyszedłem z szaletu i udałem się ku placykowi, gdzie miała się odbyć uroczystość wręczenia nagrody, połączona z występami artystycznymi i koncertem orkiestry filharmonicznej. Przy drodze stali młodzi ludzie, ubrani w stroje ludowe z jedwabiu, przyozdobieni licznymi koralami i broszami, barwnymi zapinkami i kolczykami. Górne partie ich ubiorów miały znacznie wydłużone rękawy, którymi powiewali z gracją w tańcu i z uśmiechem witali przybyłych. Szczególnie pięknie prezentowały się dziewczęta, które miały na sobie czerwone koszule, kontrastujące z bielą męskich strojów. Ileż było egzotyki w tych występach i ileż azjatyckiego posmaku, poczucia oddalenia i zarazem łączności z przedwiekowymi kulturami, z dawnymi obyczajami i nieustającym ruchem, ciągłym dążeniem milionów istnień do jakichś celów. Stanąłem z boku dużej grupy i patrzyłem na pobliskie góry, znowu zamyśliłem się nad drogami mojego życia, które przywiodło mnie ku tej przestrzeni. Odwróciłem się w drugą stronę i zobaczyłem wielką kryształową nieckę jeziora Qinghai, połyskującego turkusowo i wabiącego swoim nieskażonym pięknem, będącego obietnicą wielkich wzruszeń i jakże rzadko pojawiającego się poczucia spełnienia.

21

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: