CHINY (2)

6

Pełen ruchu Pekin

Wracam nieco innymi ulicami, wchodzę w jakieś słabo oświetlone zaułki, uliczki, ale nie odczuwam lęku, bo wszędzie ludzie mają dobre oblicza, przyglądają mi się i często uśmiechają się do mnie. Wracam na główną arterię drogową, prowadzącą do hotelu i znowu czuję zapach posiłków, przygotowywanych przy otwartych drzwiach. Przy jakimś sklepie spożywczym rozstawiono trzy stoliki i siedzi przy nich wiele rozbawionych, rozentuzjazmowanych osób. Rowery oparte o siebie stoją opodal, jakieś skutery, motocykle Honda, Susuki i Kawasaki. Jedzą i popijają, coś sobie z ożywieniem opowiadają i wybuchają gromkim śmiechem. Za nimi zaczyna się ciąg gabinetów masażu, w drzwiach których siedzą urodziwe Azjatki, przekładają nogę na nogę i bujają nimi, lekko opartymi o kolana. Mają na sobie kolorowe mini spódniczki, jedwabne pończoszki i bluzeczki z dużym dekoltem. Na mój widok zaczynają do mnie machać i słodko się uśmiechać. Unoszę rękę w górę i także je pozdrawiam, ale idę dalej, słysząc jeszcze za sobą ich okrzyki. Nagle podchodzą do mnie dwie kobiety, jedna niezbyt interesująca, ale druga bardzo urodziwa i zgrabna. Ta ładniejsza pyta po angielsku, ze słodyczą w głosie, czy nie miałbym ochoty na nice sex. Przystaję bardziej z ciekawości, niż z chęci zabawienia się z nieznaną dziewczyną. Ta brzydsza milczy, ale ta druga jest rezolutna i mówi, że za pięćdziesiąt euro zrobi to, tamto i jeszcze to. Uśmiecham się i kiwam przecząco głową, więc cena spada od razu do dwudziestu euro i pojawia się obietnica raju z dwiema kobietami naraz. Pyta czy jestem w hotelu i coraz bardziej na mnie napiera, nagle łapie mnie za ręce i zaplata palce o moje palce, jak to czynią zakochani. Czuję niezwykłe ciepło jej dłoni i robi mi się jej bardzo żal, pojawiają się w mojej głowie obrazy jej życia, nieustanne łowy na ulicy, zmieniający się w różnych łóżkach mężczyźni. Postanawiam się jej pozbyć, więc mówię, że ona jest sweet and a beautiful woman, ale koleżanka mi się nie podoba. Natychmiast mówi, że zadzwoni po inną przyjaciółkę, albo pójdzie ze mną sama, tylko za dziesięć euro. Coraz bardziej czuję się zakłopotany, bo nigdy w życiu nie musiałem płacić za seks, oczywiście burzy się we mnie krew, bo jestem mężczyzną, a kobieta jest naprawdę urocza. I ten smutek w jej czarnych  oczach, dokładnie, wyraziście umalowanych, ta lśniąca czerwona pomadka i leciutki jedwabny dwuczęściowy strój, uwydatniający krągłości jej sylwetki. Wolny mężczyzna może tylko marzyć o takiej kobiecie i często szuka jej przez całe życie, niektórzy nawet odbywają specjalne podróże, by znaleźć sobie Azjatkę, na żonę. Dziewczyna cały czas mi się przypatruje i widzę jakiś odcień fascynacji, mówi nieomal błagalnie: Please, please… Take me to the hotel… please… Puszczam jej ciepłą dłoń, wyciągam portfel, wyjmuję dziesięć euro i daję je dziewczynie. Myśli, że chcę by ze mną poszła, a ja składam leciutki pocałunek na jej czole, całuję w prawą rękę, dziękuję jej za ofertę, odwracam się na pięcie i odchodzę . Po jakichś dziesięciu krokach odwracam na kilka sekund głowę i widzę, że dziewczyna jeszcze stoi na ulicy i patrzy to na banknot, to na mnie. Macham do niej z uśmiechem ręką i widzę, że ona też podnosi dłoń do góry, a potem odwraca się, chowa pieniądze do malutkiej torebki i znika w mroku pekińskiej ulicy.

7

Okolice hotelu

Chodzę jeszcze trochę w najbliższej okolicy hotelu, chłonę wszystko dookoła, zatrzymuję się przy sklepach i w jednym z nich za pięć euro kupuję piwo i dwie butelki wody. W pokoju stoi woda Evian, ale jest na niej bardzo wysoka cena, podobnie jak na innych napojach w lodówce, świetnie zaopatrzonej, także w mocne alkohole. Z okna widzę wysokościowce, wystylizowane na architekturę dalekowschodnią, a nieco bliżej prowadzi ku nim jakaś mała, brudnawa uliczka. Panuje na niej stale ruch, ludzie jeżdżą na rowerach i skuterach, sporo pieszych wędruje też w jedną i drugą stronę. Widzę, że Pekin, tak jak Hongkong, Szanghaj, Nowy Jork, Berlin, Paryż, nigdy nie zasypia, stale coś się w nim dzieje, wciąż ktoś gdzieś zmierza, wymieniają się tłumy, zmieniają twarze, akcja jest stale dynamiczna, pełna niespodzianek. Biorę jeszcze jeden prysznic, bo temperatura na ulicy była wysoka i wilgotność ogromna – powoli kończy się dla mnie dzień, który zaczął się w hoteliku literackim w Warszawie, a zamknął się wraz z moimi powiekami w Pekinie. Śpię spokojnie i rano budzi mnie telefon z Recepcji – miła pani informuje po angielsku i chińsku, że już czas wstawać. Za oknem widzę podnoszący się smog pekiński, szybko myję się, golę i już zjeżdżam windą na śniadanie. To moje pierwsze zetknięcie się z chińskimi pokarmami i daniami, których jestem bardzo ciekaw – niestety śniadanie składa się z wielu elementów europejskich i tylko trochę widzę egzotyki. Jest poranna kawa z mlekiem, są jakieś bułeczki i pieczywo tostowe, które można sobie przypiec, są świeże owoce, takie jak arbuz, melon, śliwki i jabłka, a do tego makaron ryżowy, sadzone jajka, przypiekane parówki i boczek wędzony. Są też krewetki i kawałki ryb, opiekany na rożnie kurczak i wieprzowina z warzywami. Ja jednak łaknę Orientu, więc nakładam sobie trochę pędów bambusa, ryż z ostrym sosem, jakieś fasolki, groszki, kukurydzę, a do tego biorę kawałek ryby upieczonej w całości. Jem ze smakiem, popijam kawą i wodą mineralną, a potem idę jeszcze po pełen talerz świeżych owoców. Przy recepcji czeka już na mnie i na inne osoby z mojej grupy sympatyczna młoda studentka, która każe na siebie mówić po prostu Coco. Świetnie posługuje się językiem angielskim i objaśnia wszystko, ustala godzinę opuszczenia pokoi hotelowych i pojawienia się przy recepcji. Mam jeszcze pół godziny, więc powoli pakuję walizkę, namaszczam skórę twarzy wodą kolońską i balsamem i spokojnie schodzę na dół. Odbieram pięćdziesiąt euro depozytu, który pobiera się od każdego, na wypadek, gdyby ktoś korzystał z płynów i potraw zgromadzonych w pokoju, a nie chciał zapłacić. Jest już wygodny, klimatyzowany autokar, w którym gromadzą się pisarze i poeci z całego niemal świata, którzy tak jak ja przybyli na Qinghai Lake International Poetry Festival. Jestem zdumiony ile znanych osobowości poetyckich zgromadzili Chińczycy na tej imprezie, od razu poznaję tłumacza Ginsberga na język francuski Jaquesa Darrasa, jest też laureat Nagrody Cervantesa, argentyński pisarz Juan Gelman, są znani mi i nieznani poeci z Niemiec, z Czech, z Brazylii, z krajów azjatyckich, z Afryki i z Ameryki Południowej, z USA i Kanady. Ruszamy sprzed hotelu i znowu przyglądam się estakadom pekińskim, tysiącom ludzi zaciekle pedałującym na rowerach, plątaninie samochodów, motocykli i pojazdów trójkołowych, jakby mini taksówek. W niektórych miejscach stoją ludzie w różnym wieku i nie zwracając uwagi na przechodniów, na wzmagający się ruch uliczny, z niezwykłym teatralnym wysublimowaniem, ćwiczą tai chi, pochylają się do przodu, rozciągają dłonie, napinają odsunięte na bok nogi. Wszędzie wiele wieżowców ze szklanymi fasadami, w których odbija się niebo i to co dzieje się na autostradach i mniejszych traktach. Czasami powietrze działa jak soczewka powiększająca i widzę na lustrzanej ścianie jakiegoś ogromnego konsorcjum postacie na rowerach, powiększone i przesuwające się szybko, migające jak barwy w kalejdoskopie.

8

Widoki gór wokół lotniska w Xining

Coco gromadzi nas w hali odlotów lokalnych (domestic), choć ten krajowy wymiar w przypadku Chin i ich wielkich, monstrualnych wręcz odległości jest umowny. Bardzo sprawnie obsłużona zostaje nasza wielka grupa i już przechodzę do odpowiednich drzwi, gdzie czeka chiński Boeing 757. Zaczyna się kolejny etap mojej tybetańskiej podróży, tym razem z Pekinu do miasta Xining w Środkowych Chinach. Lecimy ponad dwie godziny, a ja przyglądam się górzystemu ukształtowaniu terenu w dole. Tysiące wzniesień i dolin,  w których od tysięcy lat krzewiło się życie, ludzie wchodzili na górskie ścieżki i podążali w dół, ku miasteczkom i wsiom. Powietrze jest tak czyste, że dostrzegam owce na zboczach i czarne lub białe jaki, bardzo wysoko, tuż przy szczytach. Ta piękna, postrzępiona i dziwna mozaika przypomina mi jakąś wewnętrzną strukturę pradawnego żywego organizmu, jakby stwardniałe cząstki wewnątrz olbrzymich kości lub arterie żył i włókien, jaśniejszych smugi nerwów i ciemniejszych plam prążkowanych mięśni. Po mojej prawej stronie siedzi grubawy Chińczyk, a po lewej niewielka Chinka, zaglądam jednak przez ramię temu pierwszemu i sporo widzę w oknie samolotu. Chiny to tyleż kraj nizinny, co górzysty ale nasz Boeing podąża ku Wyżynie Tybetańskiej, sprawnie zmienia kurs, pochyla się na skrzydłach, a potem ustawia do lądowania w korytarzu między wysokimi szczytami. Lądowanie przebiega bez problemów, samolot lekko siada na pasie lotniska, potem kilka minut kołuje i dojeżdża do miejsca postoju. Wysiadam wraz ze wszystkimi pasażerami i po schodach schodzę na betonową płytę portu powietrznego. Stając na niej zauważam po lewej stronie, w oddali, piękne niebieskie góry, jakby rodem z moich dziecinnych marzeń o podróżowaniu. Przed nimi pasmo wyraźniejsze, o barwach pastelowych, z dominacją fioletu, sienny, żółci i zieleni. Nad górami nieco białych cumulusów i jakiś duszny przestwór powietrzny, powodujący, że daleki obraz jakby lekko porusza się. Nie mogę uwierzyć, że jestem tak daleko od domu, w tak orientalnej i egzotycznej przestrzeni, a przecież to dopiero początek mojego pobytu w tym miejscu. Przewodnicy prowadzą nas do autobusów, pakujemy bagaże do luków i już podążamy wygodnymi autostradami, dwupoziomowymi estakadami do centrum metropolii. Myślałem, że to będzie małe miasto, o niskiej zabudowie, a tutaj pojawia się wielka metropolia z licznymi wieżowcami, wielkimi budynkami w różnych stylach architektonicznych, z ogromnym ruchem na drogach. Przy mniejszych domach i domkach widać tysiące pracujących ludzi, tak jak w Pekinie, podążających gdzieś na rowerach i motorynkach, przemieszczających się pięknymi i zdezelowanymi samochodami. Moje pierwsze trzy loty samolotowe były udane i znalazłem się w samym centrum Azji – na północy jest pustynia Gobi i Jedwabny Szlak, na południowym zachodzie Tybet, a dalej Himalaje, na zachodzie słone jezioro Qinghai i odległe Góry Tien Szan na granicy Chin, Kirgizji i Kazachstanu, z najwyższym szczytem Pikiem Pobiedy (7439 metrów n.p.m.) Daleko na południu leżą takie kraje jak Birma, Tajlandia, Laos, Kambodża i Wietnam, a na wschodzie wielkie niziny i wybrzeża Morza Wschodniochińskiego i Południowochińskiego z takimi miastami jak Quingdao, Szanghaj, Kanton i Hongkong. W Xining widać ogromne ożywienie gospodarcze, gdzie nie zwrócić wzroku, place budów, wznoszenie wielopiętrowych budynków, malowanie i murowanie, czyszczenie i zamiatanie, wywożenie gruzu i piachu, no i ludzie, ludzie, ludzie poruszający się jak mrówki w mrowisku. Jestem w środku Chin i w środku Azji, a z każdej strony Xining widać pokaźne szczyty górskie, w niektórych miejscach rysują się też dalsze pasma, ośnieżone i pięknie połyskujące pośród błękitu nieba. Oddycham głęboko krystalicznie czystym powietrzem i czuję się wyzwolony, szczęśliwy i spełniony.

9

Nowoczesne Xining w samym środku Azji i Chin

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: