PLESZKI

Phoenicurus_phoenicurus_male(ThKraft)

Fot. Thomas Kraft

Przechodząc koło skupiska akacji i wierzb usłyszałem charakterystyczny głos niewielkich pleszek. Zatrzymałem się i zobaczyłem samca, samiczkę i młodego ptaka, w sumie o kilka metrów ode mnie, na sąsiadujących ze sobą gałęziach. To są raczej płochliwe zwierzątka, więc stałem jak zauroczony i przyglądałem się tym drobnym mieszkańcom przestworzy z rozkoszą.  Samce – jak zwykle u ptaków – są barwniejsze: mają białe czoło, czarne podgardle i boki głowy, z kolei ciemną pierś i ciemnoniebieski wierzch ciała. Jest to ptak dość pospolity w Polsce, choć trudny do zaobserwowania. Stale w ruchu, stale przeskakujący z gałązki na gałązkę i zmieniający poziomy drzewne, wymyka się statycznej obserwacji. Dlatego też trudno się go fotografuje i ceni się jego zdjęcia – ja tutaj umieszczam fotografię z Wikipedii, prezentującą niemiecką pleszkę (oczywiście to taki sam gatunek, jak u nas). Czasem myli się je z kopciuszkami lub kląskawkami, ale wprawne oko ornitologa bez trudu wyodrębni odpowiednie cechy w wyglądzie. Pleszki żywią się głównie owadami, które chwytają w locie, ze stałego stanowiska lub zbierają z liści i ziemi, a ponadto zjadają też jagody i inne owoce. Stałem dobre piętnaście minut i przyglądałem się hałaśliwym ptaszkom, które przelatywały na wyższe piętra topól i wracały na akacje, przez cały czas ruszając zabawnie ogonkami. W ostatniej chwili zauważyłem sporych rozmiarów czarnego kocura, czającego się na brzegu dachu pobliskiego budynku. Krzyknąłem na niego i machnąłem ręką, a on popatrzył na boki, jeszcze raz wlepił wzrok w skaczące na gałęziach pleszki i powoli wycofał się za załom muru. Niczego nie przeczuwające ptaszki uganiały się za muszkami, chwytały mrówki na gałązkach i przelatywały na inne gałązki. Same zabijając niewielkie istoty dla przeżycia, mogły stać się pokarmem zdziczałego kota. Odchodząc z tego miejsca jeszcze dość długo słyszałem ich charakterystyczne głosy.

Reklamy

ODSZEDŁ ZBIGNIEW ZAPASIEWICZ

Zapasiewicz

Późnym wieczorem w Internecie pojawiła się wiadomość o śmierci Zbigniewa Zapasiewicza. Był wspaniałym, wielkim i oryginalnym artystą, jednym z najwybitniejszych polskich aktorów wszechczasów. Było wiele ról, w wielu filmach i spektaklach teatralnych, ale ja szczególnie zapamiętałem jego interpretacje wierszy Zbigniewa Herberta. Mówił je z wielka klasą i jakby sam stawał się Panem Cogito – interpretował ale też i wzbogacał tę poezję swoim intelektualnym sposobem przekazywania słowa. Wyposażał je wręcz w przepastną głębię, przydawał wibracji i nagle uciszał jak mag. Herbert – miał ponoć żartobliwie powiedzieć: „Nie lubię, jak Zapasiewicz czyta moje wiersze, ponieważ mam wtedy wrażenie, że to on je napisał”. Mam w moim archiwum sporo jego nagrań i czasem słucham ich, gdy chcę się wprowadzić w odpowiedni nastrój do pisania. W pewnym momencie – w stanie wojennym i pośród zawiłości PRL-u – stawał się Zapasiewicz głosem wolnej Polski. Chciałbym by tak brzmiał głos naszego kraju w przyszłości, by właśnie taki – jak przy tych interpretacjach Herberta – pozostał w pamięci mojego pokolenia i generacji następnych. To jakby przeciwwaga dla Polski tandetnej i zawistnej, dla krzykaczy politycznych i sepleniących pieniaczy, dla awanturników i złoczyńców – to głos lepszej Polski. I za to dziękuję – Panie Zbigniewie – najskromniej i najserdeczniej… Choć ruszył Pan już po złote runo nicości… zdobył też Pan dobroktórego nie zdobył… Oto dialektyka, której uczył Herbert i także Pan, w swoich wystąpieniach, w chwilach, gdy stawał Pan naprzeciw publiczności. Największy polski poeta współczesny niewielu ludziom zadedykował swoje wiersze, ale Panu ofiarował utwór pt. Kalendarze Pana Cogito. Wyciągam z niego cztery krótkie wersy: Pan Cogito/ wie co znaczy/ złowróżbna/ cisza. I Pan też już to wie… I w tym momencie ja też wiem…

ZDZISŁAW PRUSS

Zdzisław_PrussZdzisław Pruss urodził się w 1942 roku w Wiśniewie, nieopodal Konina, ale od zawsze kojarzy się z Bydgoszczą, w której zamieszkał już w 1955 roku. W latach 1960–1965 studiował filologię polską w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie brał też udział w życiu literackim i artystycznym. Od 1965 roku pracuje jako dziennikarz, najpierw w Polskim Radio, a od 1991 roku w prasie. Poczynając od czasów studenckich, prowadził Pruss szeroką działalność estradową, jako twórca kabaretów literackich – O–Wady i Eksces Wieczorny, był autorem tekstów, wykonawcą, konferansjerem. W roku 1978 Teatr Polski w Bydgoszczy wystawił pełnospektaklowe widowisko kabaretowe według jego tekstów pt. Wszystko do Desy. Od 1996 roku jest też autorem Bydgoskich Szopek prezentowanych na estradzie Kawiarni Artystycznej „Węgliszek”. Wiersze i drobne formy satyryczne publikował od 1964 roku w prasie lokalnej i ogólnopolskiej, a także na antenie radiowej i telewizyjnej. Został też laureatem wielu konkursów literackich, a kwartalnik „Metafora” obdarzył go Nagrodą im. Klemensa Janickiego. Pruss wydał dziesięć zbiorów wierszy: Uroczystość rodzinna (Gdańsk 1973), Najlepiej koniowi kiedy nogę złamie (Toruń 1974), Ze słuchu (Bydgoszcz 1982), Sielanki i nekrologi (Bydgoszcz 1983), Adresat nieznany (Bydgoszcz 1993), Oddział. Wysypisko (Bydgoszcz 1996), Pogrzeb starej marynarki (Bydgoszcz 1999),  Wszystko składa się z (2004), Szukanie indyków (2006) i wybór wierszy pt. Tylko tyle (2008). Autor opublikował też dwa zbiory tekstów satyrycznych: Wyspy Olaboga (Bydgoszcz 1989) i Żarty na stronę (Bydgoszcz 1998) oraz cztery książki o charakterze wspomnieniowym: Z albumu komedianta (Bydgoszcz 1993) i Abecadło co w Brdę wpadło (Bydgoszcz 1995), Głowy i główki i Szopki bydgoskie. Prawdziwym bestsellerem wydawniczym okazały się współredagowane przez Prussa leksykony – operowy i teatralny, warto też wspomnieć, że jego wiersze znalazły się w kilku almanachach i antologiach, były wielokrotnie publikowane w periodykach, znalazły się też w antologii wydanej przez Bibliotekę Narodową –  Idylla polska (BN, ser. I, nr 284).

Poezja Prussa dotyka spraw codziennych, zwyczajnych, zdawać by się mogło – nie lirycznych. A jednak, orbitując ku przestrzeniom domowym, gdzie czekają/ świeże gazetki i zupki podgrzane/ żony ze skarpetkami w rękach/ i teściowe z diabłami za skórą, osiąga ona wymiar głęboki i tragiczny, wyraźnie bliski temu, co wyartykułował w swoich wierszach Miron Białoszewski, co dookreślił w słowie Jerzy Liebert, a bliżej końca dwudziestego wieku – wyszeptał Edward Stachura. To są niezwykle wyraziste przybliżenia, w których sensy wyrazowe i metaforyczne są nieustannie ze sobą zderzane i kojarzone a rebours, to jest poezja dnia i nocy, każdej chwili, każdego zamyślenia, każdego zamilknięcia. Szczególnego wymiaru nabiera w niej szczegół, wyłuskany z natłoku zdarzeń, dopełniony treścią metaforyczną i tak trafnie nazwany, że aż przesuwający się lekko ku nadrealizmowi. O to zapewne idzie poecie, gdy konstruuje swoje utwory, korzystając z doświadczeń awangardy, i nie stroniąc od tradycji. Powstają wtedy zdumiewające metafory przestrzenne i domowe, jak ta: sąsiadki wtykają uszy/ pod święte obrazy na ścianach, albo ta: topić głody wieczorne/ i lęki poranne/ w kawy morzu czarnym. Tylko głębokie wsłuchanie się w siebie i tylko intensywne wpatrywanie się w rzeczywistość świata, może zrodzić taką sztukę słowa. Człowiek kreowany przez Prussa, to ktoś, kto pogodził się z nieustającą grą pozorów i ciągłym powtarzaniem tych samych gestów, tych samych udawanych ruchów, tych samych – ćwiczonych w szybie wystawowej – grymasów twarzy. Ten ktoś niby istnieje, niby coś robi i niby ku czemuś wędruje, ale tak naprawdę dawno już umarł za życia i kontempluje swoją martwotę. Wpatruje się przed siebie niewidzącymi oczyma i najbardziej przypomina zapomnianego manekina na jakimś zapleczu jakiegoś wielkiego magazynu, jakiejś graciarni świata. Jego marzenia dawno zredukowały się do kilku podstawowych potrzeb, a jedyną nadzieją jest chwilowa zmiana miejsca, przeprowadzka przywoływana w konwencji dell’arte: jadą wozy ciężarowe/ garbate w szafy/ z nadętymi brzuchami pierzyn/ obraz do lampy gada – lampa do obrazu/ krzesło stoi na tapczanie/ i głupie z tego wszystkiego/ jak stołowa noga. Zamiana desygnatów znaczeniowych tworzy w tej poezji napięcie, które znakomicie rozładowuje błyskotliwa pointa, jakby ironiczne amen dla celowo wykoślawionego psalmu.

Inną rzeczywistość, choć w gruncie rzeczy bliźniaczą do wskazanej wyżej, kreują Wiersze szpitalne. Ironia została tutaj doprowadzona do perfekcji, a rzeczywistość nabrała cech jakiegoś chorobowo zdeformowanego organu. To jest Bastylia prątkujących, którą stale od nowa muszą oni zdobywać, o którą muszą toczyć boje ze sobą. Poeta ukazuje ich z całą surowością i rzetelnością realistyczną, dzięki czemu uzyskuje efekt autentyczności, prawdy o świecie śmiertelnych tworów: paradują w pasiakach? więźniowie świeżego powietrza/ skazani na mleczną zupę/ i plucie w słoik. Skazani też – dopowiedzmy – na samych siebie, bo liryka Prussa jest skargą i donosem na mechanizmy świata, na kruche konstrukcje, które nie wytrzymują konfrontacji z wirusem, bakterią, chorobą ciała i ducha. To są ludzie, którzy zgubili sens życia i stracili orientację w przestrzeni, to ci/ co niedługo wyskoczą na wolność/ przez wielką dziurę/ w płucach. Pruss jest mistrzem tego rodzaju paradoksów i demistyfikacji. Jego humor ma zawsze czarne zabarwienie i momentami przeradza się w sarkazm, ale tak trafny i tak dosadnie opisujący poczynania ludzkie, że aż nieprawdopodobny, jak choćby w wierszu Zew krwi, gdzie poecie udało się pokazać w kilku wersach to, o czym dobrze wiemy, ale do czego nie chcemy się przyznać: gdy marzy ci się harakiri/ by swój brzuch nadęty/ powściągnąć skośnookim ściegiem/ gdy śni ci się szabla/ i coś rży w tobie/ by popędzić wroga/ na krańce odwagi/ gdy krew w tobie zagra/ i zaswędzi ręka/ a w duszy zaskowyczy biały kieł Londona/ gdy nie masz wyjścia/ i musisz coś zrobić/ wtedy sięgasz po nóż/ –– i strugasz wariata. Taka jest prawda i żadne napuszone deklaracje jej nie oddalą – taka jest prawda o tych, którzy udają, stale oszukują siebie i innych, wciąż mają jakieś kłamstwo do zaoferowania. Poeta jakby prowadzi w swoich wierszach dochodzenie, wychwytuje w rzeczywistości wszystko, co jest fałszem albo maskaradą, nie godzi się na świat intelektualnej tandety i pozy. Szuka głębi, ale dociera do niej odrzucając kiczowate dekoracje, odpustowe malowanki, drobnomieszczańskie draperie, tapety, parawany. Czyni to z bezkompromisową konsekwencją i śmiałością, czasem wręcz tworzy makabreskę, która rodzi bunt, ale w konsekwencji też chwyta za serce: najlepiej koniowi/ kiedy nogę złamie/ gdy inny koń go powiezie/ między inne konie/ królewsko wyuzdane pięknie rozprzężone/ gdy gospodarz się nad nim pochyli/ cały w grzywie smutku/ a potem jakiś człowiek po karku poklepie/ i będzie koniowi/ tak dobrze/ tak bardzo najlepiej/ że aż go przejdzie prąd. Kto chce żyć w takim świecie, gdzie przemoc staje się prawem, a słabszy zostaje odarty z kształtów i wymiarów, a potem skonsumowany, pochłonięty przez machinę cywilizacji. To są treny, które śmiało można by nazwać – za Julianem Przybosiem – turpistycznymi, z jednym jednakże zastrzeżeniem – Pruss chwali w swoich wierszach brzydotę, ale zawsze ma ta pochwała wydźwięk ironiczny, czasem nawet rozłożony na kilka kadencji, mieszczący się na różnych płaszczyznach znaczeniowych.

Wiersz w tym systemie wyobraźniowym składa się z cząstek wypełnionych treścią negatywną, jakby antymaterią świata. Każdy szczegół pełni tutaj rolę złego posłańca, niesie informację o jakimś nadużyciu, o jakimś błędzie, o przekroczeniu dozwolonej granicy. Razem wszystko układa się w przerażający kształt rzeczywistości, w jakiej człowiek żyje, ale w jakiej też stale cierpi i stale umiera. Tutaj, pośród tych smutnych przestrzeni: piękny pies brzydką dziewczynę/ prowadzi na smyczy i zbiera spojrzenia/ a ona skowyczy/ dwóch mężczyzn na rogu bije się/ z myślami co wybrać/ knajpę z piwem czy dom z pomyjami/ wróbel siadł na neonie/ najbarwniejszym w mieście i nie dostał kolorów/ i poszarzał jeszcze. Czytelnik obcujący z tymi wierszami musi odpowiedzieć na pytanie czy akceptuje taką opcję, czy wraz z autorem tak odbiera wszechobecną bylejakość, chwilowość, zagubienie wszystkich i wszystkiego. Nie są to łatwe wybory, a recepcja krytycznoliteracka poezji Prussa wskazuje, że niełatwo jest czasem zaakceptować tego rodzaju propozycję. Na szczęście każda teza ma antytezę i są tacy odbiorcy tej liryki, którzy doświadczyli podobnie negatywnego oddziaływania świata na psychikę. To są najczęściej ludzie „po przejściach”, ludzie, którzy odczuli w swoim życiu jak może ono boleć, jak może się jątrzyć w świadomości. Można nawet powiedzieć, że wiersze Prussa to  l i r y k a    c z ł o w i e k a   z r a n i o n e g o, wielokrotnie upadającego na drodze, człowieka który jednakże nie zatracił swojego człowieczeństwa i umiał znaleźć sposób na obłaskawienie świata. Ustawił się do niego ukosem, zaczął opisywać wynaturzenia, odnotowywać deformacje, a nade wszystko wskazywać szczegóły, które umykają percepcji i tylko w refleksji poetyckiej układają się w ciąg wyobraźniowo–znaczeniowy, w konkretny wymiar słowny. Takie ustawienie jest wygodne i niewygodne zarazem, jedyne z możliwych i anormalne: gdyby się kto o mnie pytał/ jestem niedaleko/ między młotem a kowadłem/ nad niedorzeczną rzeką. Właśnie, najciekawsze są w liryce Prussa te momenty, gdy absurdalna rzeczywistość staje się snem, traumatycznym obrazem, wizją, powidokiem jakiegoś monstrualnego świata, który śni się poecie i poza nim, który ma znamiona dadaistycznej zabawy i jakiejś niedookreślonej do końca gry. Ktoś tu kogoś oszukuje, ktoś tu przed kimś stroi miny, ktoś nie wie o co chodzi i ktoś doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ułuda nakłada się na ułudę, miraż goni miraż. To jest jednak jedynie powłoka wiersza i powierzchnia kreowanego świata, a dopiero gdzieś głęboko rozgrywa się dramat, ktoś kogoś porzuca, ktoś od kogoś odchodzi, ktoś przed kimś się spowiada: ani mi do różańca/ ani do siekiery/ na fortepian zdawałem/ ale nie przyjęli/ szukałem domu/ znalazłem klatkę/ wysoki czynsz niski parter/ chciałem mieć psa w ogrodzie/ mam kurę w rosole/ chroniłem rozsądek zdrowy/ bił się z myślami/ poległ. Paradoks za paradoksem, zamiennik zamiast nowości, ironia codzienności w miejsce tego, co powinno ekscytować i przenosić życie w jakieś ponadnaturalne wymiary – oto rzeczywistość liryki Prussa, oto finał dochodzenia w sprawie o sprzeniewierzenie się świata wyobraźni i kradzież marzeń. Ale to jeszcze nie koniec, to raczej początek drogi, która stale się zaczyna a nigdy nie kończy, nigdy nie dobiega kresu.

W tym ciągłym zaczynaniu się, w tej inicjacji bytów, które nie zdołają zaistnieć i nie osiągną stanu ontologicznego, w tej przestrzeni kawałków, strzępów i fragmentów nie przystających do siebie, nie ma intymności, wszystko jest lodowate, wszystko obce i nieprzystawalne do myśli, do uczuć, do jakże ludzkiej potrzeby bycia z kimś i bycia z czymś. Niestety przestrzeń ta rozciąga się z wnętrza poety do kreowanego przez niego człowieka i pyta on sam siebie z niedowierzaniem: dzikie pola to/ czy ogród nieplewiony/ piaski lotne/ czy teren bagienny/ bardziej susza czy powódź/ zimno czy gorąco/ wiatr porywisty/ czy cisza przed burzą. W poezji Prussa obowiązuje zatem zasada kontrapunktu – nieustannego dopełniania poprzez przeciwstawienie, poprzez konfrontację faktów i zdarzeń, ludzi i ich cieni, myśli i sennych majaków. Tylko słowo ma wartość niepodważalną i tworzy klimat wyobraźniowego rozchwiania, malowniczości i nasycenia treścią, prawdy poetyckiej iluminacji. Człowiek jest postacią absurdalną, pełną niejasności, często tajemniczą, więc jego „rozbrajanie” możliwe jest jedynie za sprawą ironii. Wiersz pt. List gończy nie pozostawia tutaj wątpliwości, gdy kreuje człowieka odartego z ludzkiego wymiaru: ktokolwiek widział/ karła z garbem/ utykającego na obie nogi/ z niskim czołem/ i plastrem zamiast nosa/ ubranego w damski blezerek/ i czapkę konfederatkę/ prowadzącego na złotym łańcuszku/ czarną owcę/ nigdzie niemeldowaną/ używającego zamiast słów/ tylko przekleństw i pacierza/ (…) grasującego po piwnicach/ w przebraniu szczura/ albo majstra/ z gazowego pogotowia/ grającego na grzebieniu/ w cmentarnych kaplicach/ i miejscach pamięci narodowej/ (…) ktokolwiek by widział/ niech nikogo nie powiadamia/ tylko pobiegnie do najbliższego posterunku/ i złoży doniesienie na/ samego siebie. Będzie to doniesienie na samego siebie, ale też na ludzkość i świat, w którym wszystko straciło swój punkt oparcia, wszystko zostało przechylone, powyginane, wypaczone. A jednak trwa.. A jednak ma swój wymiar… swój sakralny szczegół…

ŚWIAT STAROŻYTNY (II)

1

Pauzaniasz, który żył w drugiej połowie drugiego wieku naszej ery, pozostawił po sobie ogromne dzieło pt. Wędrówki po Helladzie. W księdze szóstej, poświęconej olimpiadom, mamy informacje o triumfach Teagenesa, który był świetnym pięściarzem, a dodatkowo zdobył laury w innych dyscyplinach sportu. Przyozdabiany tysiące razy wieńcami laurowymi, w końcu zszedł z tego świata w chwale zwycięscy. W tamtych czasach zdarzało się, że młody sportowiec umierał nagle, z niewiadomych przyczyn, a poza tym każdy człowiek aktywny, zdobywający laury, chcąc nie chcąc, generował wrogów i zawistników, którzy mogli przyczynić się do śmierci. W tym względzie od czasów greckich nic się nie zmieniło. Ciekawe zdarzenie miało miejsce po śmierci bohatera starożytnych olimpiad i Pauzaniasz tak to relacjonuje: A kiedy odszedł ze świata ludzkiego, ktoś z jego dawnych wrogów zjawiał się co noc przy jego posągu i chłostał brąz, jakby pastwiąc się nad samym Taegenesem. Aż razu pewnego posąg runął na napastnika i położył kres okrucieństwu. Wówczas synowie zmarłego wytoczyli posągowi proces o zabójstwo. Więc mieszkańcy Tazosu zatopili posąg w morzu. (Ks. VI, s. 196) Były wtedy w Grecji takie prawa – ustanowione przez Drakona – że nawet przedmioty martwe, jeśliby spowodowały jakąś szkodę, sądzone być powinny. Ta historia ma dalszy ciąg, bo ziemie Tazosu nawiedził nieurodzaj i szukano jego powodu. Wtedy Pytia nakazała ustawić posąg wielkiego sportowca na dawnym miejscu i otoczyć go z powrotem chwałą. Mieszkańcy nie wiedzieli jak to zrobić, ale na szczęście rybacy wydobyli rzeźbę i umieszczono ją tam, gdzie stała od początku. Zrodził się też wielki kult Teagenesa, rozszerzający się na inne miejsca w Grecji i odnotowano nawet cudowne uzdrowienia przy jego posągach. Dzisiaj dziwnym wydaje nam się biczowanie posągu, choć przecież widzieliśmy jak po 1989 roku rozbijano wielkie monumenty, wyobrażające Lenina, Stalina i Dzierżyńskiego, jak zrzucano z cokołów posągi Saddama Husajna i wielu innych dyktatorów. Także nasza młodzież często desakralizuje pomniki, malując je sprayem, kalecząc rzeźby, pastwiąc się nad martwą materią. Grecy też byli spadkobiercami tego rodzaju dewastacji z czasów wcześniejszych, starczy przywołać barbarzyńskie niszczenie napisów, inskrypcji i rzeźb wyobrażających Amenhotepa IV, który próbował wprowadzić w kraju nad Nilem kult Boga Słońca – Atona.

2

U Pauzaniasza – w innej księdze tego samego dzieła – znalazłem opis wyrabiania pancerzy przez okrutnych Sarmatów, którymi matki w Grecji straszyły dzieci: Pancerze wyrabiają w ten sposób. Mianowicie, każdy hoduje mnóstwo klaczy, jako że ziemia ich nie jest rozdzielona na działki ludzi prywatnych i nic innego nie rodzi prócz dzikiego lasu, tym bardziej, że są koczownikami. Klaczy używają nie tylko na wypadek wojny, ale także składają je w ofierze bogom krajowym, a również służą im one za pokarm. Kopyta zaś zbierają, oczyszczają i tną tak, że owe cząsteczki podobne są do łusek węża. Kto zaś nie widział nigdy łusek węża, widział z pewnością szyszkę sosnową, jeszcze zieloną. Otóż nie omyli się, jeśli porówna do segmentów, widocznych na szyszce sosnowej, to rękodzieło z kopyt. Łuski przedziurawiają, zszywają żyłami końskimi i wołowymi i używają, jako pancerzy, które bynajmniej nie ulegają helleńskim ani pod względem piękna wyglądu, ani siły, oraz wytrzymują uderzenia z bliska i pociski z daleka. (Ks. I, s. 80-81) Wyobrażam sobie ile biednych koni trzeba było zabić, żeby z ich kopyt wykonać pancerze dla całej armii, ale przecież sporo tych zwierząt padało też w walce i wiele – jak wskazuje to Pauzaniasz – było konsumowanych w drodze, podczas bitew i przygotowania do nich. Tyle ile jest ludów na ziemi, tyle było sposobów przyrządzania zbroi ochronnych, a w Europie czasem dosłownie zakuwano rycerzy w ogromne fragmenty żelastwa. Trzeba ich było potem sadzać na koniach przy pomocy specjalnych machin i byle pchnięcie potrafiło ich zepchnąć z konia i odebrać możliwość walki oraz obrony przed nadbiegającą piechotą. Zapewne te zbroje z końskich kopyt były lżejsze i wygodniejsze w użyciu – świadczyły też zapewne o zamożności chlubiącego się nimi Sarmaty. Przypomina mi się tutaj z dzieciństwa zapach przypalanych końskich kopyt, rozprzestrzeniający się z kuźni. Stałem w wielkiej bramie, tuż przy ogromnych drewnianych wrotach i patrzyłem jak kowal i pomocnicy podkuwają konie. Muszę szerzej opisać to moje dziecinne zapatrzenie i szeroko otwarte oczy, a także ów lęk, że podkuwany koń cierpi i czuje ból, gdy wbijają mu ćwieki, mocujące podkowę.

3a

A oto znamienny fragment antycznej noweli Apolloniusza z Rodos, który opisał gorące kobiety z Lemnos: Poprzedniego roku cała ludność męska została bezlitośnie wycięta w pień przez zbrodnicze niewiasty. Mężczyźni nie byli bez winy: paliła ich gwałtowna namiętność do branek, które sobie przywozili z pobliskiej Tracji jako zdobycz swych łupieskich wypraw. Prawowitym małżonkom okazywali niechęć, lekceważenie, a nawet odrazę. Gniewała się na nich Cypryda, bo od dawna nie składali jej ofiar. Nieszczęsne kobiety ujawniły wyjątkowe okrucieństwo w swej nienasyconej zazdrości. Nie dość im było zabić własnych mężów w łożnicy wraz z niewolnicami – postanowiły wytracić cały ród męski, by nigdy w przyszłości nie ponosić kary za tę odrażającą zbrodnię. (Kobiety z Lemnos, s. 48) Tak, można zabić wszystkich facetów na jakiejś wyspie, tylko jak długo kobieta może wytrzymać bez mężczyzny – po tymże zabiciu małżonków, braci i ojców, a nawet dzieci rodzaju męskiego, opisywane przez Apolloniusza kobiety szybko zapragnęły miłości cielesnej, radosnego obcowania z innymi mężczyznami, dotyku i spełnienia. Za sprawą bogów, przybył zatem do nich sam Jazon z towarzyszami i Herkulesem na czele i jakiś czas u niewiast zabawili. W końcu jednak przywołani do porządku przez najsilniejszego z nich, usiedli karnie przy wiosłach i odpłynęli. Każda radość kiedyś się kończy, każda słodycz musi być dozowana – można zjeść jeden kozi serek, ale następny już nie smakuje tak samo. Dla kobiet to odpłynięcie Jazona i przyjaciół było tragedią, ale dla nich – wybawieniem. Znając ludzką naturę, można by przypuszczać, że kobiety w końcu zwróciłyby się przeciwko nim i z rozkoszą także ich zamordowały. Jest coś takiego w miłości, co bliskie jest zbrodni, a poza tym każda cielesność jest rodzajem desakralizacji, zburzenia świątyni piękna, rozmazania nawet najwyrazistszego makijażu. Trudno się zatem dziwić, że Cypryda i Hefajstos maczali w tym swoje ręce… a może kopyta…

CIOTY KULTURALNE

Sabat1

Gombrowicz znał je dobrze i szczerze nienawidził, umykał od nich gdzie się dało i taki im pozostawił portret w Ferdydurke, swojej najlepszej powieści: kulturę świata obsiadło stado babin przyczepionych, przyłatanych do literatury, niezmiernie wprowadzonych w wartości duchowe i zorientowanych estetycznie, najczęściej z jakimiś swoimi poglądami i przemyśleniami, uświadomionych, że Oskar Wilde się przeżył i że Bernard Shaw jest mistrzem paradoksu. Ach, wiedzą już, że trzeba być niezależną, stanowczą i głębszą, przeto zazwyczaj są niezależne, głębsze i stanowcze bez przesady oraz pełne ciotczynej dobroci. Ciocia, ciocia, ciocia! O, kto nigdy nie znalazł się na warsztacie kulturalnej ciotki i nie był spreparowany niemo i bez jęku przez tę ich mentalność trywializującą i odbierającą życiu wszelkie życie, kto nie przeczytał o sobie w gazecie ciotczynego sądu, ten nie zna drobnostki, ten nie wie, co to jest drobnostka w ciotce. Zacny, a czasem komiczny, nasz wielki i kochany Gombrowicz nie mógł przypuszczać, że w czasach niepodległej Polski, tej bez cenzury i ograniczeń publikacyjnych, pojawią mutacje tych jego ciotek, które teraz wypada nazwać Ciotami Kulturalnymi. W ostatnich czasach pojawiło się ich wiele w różnych środowiskach kulturalnych. Grube albo przesadnie wychudzone, z biustonoszami wypchanymi watą, ledwie po studiach lub u końca życia, przychodzą na spotkania literackie i wygłaszają jakieś sądy: że pan X jest dziwkarzem, pan Y na pewno jest gejem, a pani Z jest kochanką jednego i drugiego. Starczy, że jakiś poeta, jakiś pisarz pojawi się w towarzystwie koleżanki, uroczej studentki, poetki z innego miasta lub wsi, one znają już orzeczenie sądu i ferują wyrok: to są kochankowie, obwieszczają wszem i wobec, a nawet mnożą szczegóły takiej sztucznie spreparowanej alkowy. Jedna z nich poszła kiedyś w restauracji do toalety, w ślad za nią podążał kolega, który też wstał od stołu. Po powrocie, dalej rozmawiał z tą panią, delektował się daniami i napojami. Niebawem jego towarzyszka sprzed stołu zaczęła snuć w tzw. środowisku opowieści o tym, że ów bezczelnik chciał ją wepchnąć do damskiej ubikacji i zgwałcić… Zaczęła ponoć krzyczeć i dzielny dziadek z szatni przyleciał jej na pomoc. Inna Ciota opowiadała, że młody poeta przyjechał do niej do domu i… no jasne… też chciał ją zgwałcić. Jeszcze inna stworzyła stowarzyszenie ciot, taki współczesny sabat czarownic i gromadząc je co jakiś czas, zaczęła opowiadać o ludziach piszących, a szczególnie o jednym z nich, niestworzone historie. Na tę inkantację odpowiedziały natychmiast inne cioty i dalejże głosić wiadomości na temat tego lub owego zboczeńca pośród literatów, naukowców, artystów. Wszyscy oni chcieli je zaciągnąć do łóżka, do samochodu, w krzaki i… no jasne… chcieli je zgwałcić…! Gdyby miały pod ręką rapiery, kosy, elektryczne paralizatory, rzuciłyby się z krzykiem na nieszczęśników, nie bacząc na to, że wata wylatuje im spod staników, albo – u tych grubych – że piersi wysuwają się spod bluzek i dyndają na wszystkie strony jak owoce drzewa chlebowego. Współczesna Ciota Kulturalna jest złośliwa, zawistna, ma niewiele do powiedzenia i nie liczy się z konsekwencjami swoich działań, bije gdzie popadnie, na oślep. Wydając książkę, albo zdobywając nagrodę w jakimś konkursiku, robi wokół tego tyle szumu, że niektórym znajomym zaczyna się szybko jawić jako następczyni Reymonta, Miłosza i Szymborskiej, razem wziętych. Od Szymborskiej bywa jednak często znacznie lepsza, a Miłosz… wiadomo… wiadomo… co tu wiele gadać… Taka dama poezji, autorka opowiadań, twórczyni wielkich powieści, była pani pedagog z krzyżem zasługi na piersi albo była działaczka partyjna, najczęściej jednak tylko była żona, skrzywdzona przez męża, gnębiona przez złych pracodawców, rozwija swoją działalność plotkarską w określonych kręgach, w jakiejś marnej organizacji, w jakimś podejrzanym stowarzyszeniu albo w dużej, stale się rozrastającej ekipie czarownic. Przez cały rok szykuje się na wielki sabat, a gdy nadchodzi jego mroczny czas, nadlatuje z hukiem na miotle i krzyczy: bić gwałcicieli…! Zamienić chamów w żaby…! Bernard Shaw jest mistrzem paradoksu…! X ma kochankę…! Y jest gejem…! Zet to wyjątkowa menda…! Pamiętacie wyścig na świniach z Mistrza i Małgorzaty? Cioty tylko na to czekają, hajda skaczą na świnie, inne na miotły, jeszcze inne siadają okrakiem na pachnących farbą drukarską tomikach poezji i już… już.. już… Latają na niebie nad jakimś pałacem, kołują i nadlatują nad stawy, rzucają się na biednych wieśniaków. Są wielkie, wszechmocne, wiedzą, że Oskar Wilde się przeżył, a one niebawem staną się najważniejszymi postaciami, poezji, literatury, kultury… Ach, jak pięknie lata się na świni… A jeszcze lepiej się ją komuś podkłada…

GOŁĄBKI Z IMBIREM

Dzisiaj przepis na gołąbki z czosnkiem i imbirem. Mielimy sporo mięsa od szynki (w zależności od tego ile sztuk chcemy przygotować), a także przepuszczamy przez maszynkę jedną dużą cebulę, jeden foremkowy chleb graham, trzy ząbki czosnku, pół czerwonej papryki, pół kilograma żółtego sera (np. edamskiego lub goudy), dwie świeże marchewki, jednego ogórka kiszonego (nie za dużego). Do masy dodajemy jedno jajko, jeden bulion warzywny (w formie pokruszonej kostki) i przystępujemy do przygotowania specjalnego nadzienia. Obieramy świeży korzeń imbirowy i kilkanaście ząbków czosnku. Imbir kroimy na belkowate paski, a potem z nich ścinamy niewielkie kosteczki. Podobnie czosnek rozdzielamy na drobne cząstki. Do wcześniej przygotowywanej masy dodajemy trochę oregano i bazylii, odrobinę curry i chili (nie za dużo, dosłownie szczyptę). Przepuszczamy cała masę jeszcze raz przez maszynkę i dopiero teraz, w jakimś garnku lub innym naczyniu, dodajemy do niej kosteczki imbiru, kieliszek wina białego typu chardonnay, kawałeczki czosnku i nieugotowany ryż (tutaj też w decyduje ilość przygotowywanych sztuk). Zwykle dodaję dwie paczuszki ryżu i wszystko razem mieszam, a potem kształtuję gołąbki wielkości dłoni. Zawijam je w kapustę włoską, wcześniej dobrze sparzoną wrzątkiem. Można te gołąbki obwiązać białą nitką, ale potem jest kłopot ze zdejmowaniem jej podczas jedzenia. Lepiej jest wsadzić do garnka tyle gołąbków, żeby stanowiły dwie ściśle do siebie przylegające warstwy. Nie trzeba ich przewracać, więc nie ma kłopotu z rozpadaniem się sztuk. Gotujemy w niegazowanej wodzie mineralnej, z dodatkiem dwóch dużych kieliszków wina chardonanay, trzema ząbkami czosnku, jednym ogórkiem kiszonym i dużą cebulą. Gotując uzupełniamy wodę, tak by gołąbki przez cały czas były nią przykryte. Dodajemy trzy dobrej klasy przeciery pomidorowe i po półgodzinnym gotowaniu na dużym ogniu, wyłączamy gaz, przykrywamy garnek pokrywką i zostawiamy tak, by gołąbki doszły, a ryż zmiękł. Potem, przed samym podaniem obiadu, gotujemy gołąbki jeszcze raz przez pół godziny, wyjmujemy wszystkie sztuki, rozdrabniamy w mikserze dodatki, które wspomagały smak sosu podczas gotowania i odlewamy go do specjalnego naczynia. Gołąbki podajemy z młodymi ziemniakami, posypanymi koperkiem tartym serem, z zielonymi szparagami przysmażonymi na lekko rozgrzanej patelni z masłem i tartą bułką. Do obiadu oczywiście białe wino chardonnay i trochę surówki z białej kapusty. No… i już…

WIERSZE O MIŁOŚCI

Pisałem w poprzednim wpisie o miłości i o kłódkach zapinanych na moście w Wilnie. Podobno w jakimś polskim mieście już ten zwyczaj skopiowano. Jako przypis do  poprzedniego tagu – zamieszczam trzy moje wiersze miłosne, które najbardziej podobały się paniom (i panom…).

*     *     *

nasiąkam twym smutkiem tak jak drzewo
rzucone do rzeki nasiąka powoli jej ciałem
zanim opadnę na dno jeszcze kilka razy wyciągniesz
mnie na brzeg swoich gładkich  piersi spróbujesz
odbudować ze mnie swoje zburzone ciepło
– mokre drzewo nie będzie się chciało zapalić

*     *     *

najpiękniejsza jesteś kiedy deszcz zmoczy
ci włosy i spływa cieniutkimi strużkami po
czole wydaje mi się wtedy że jesteś gałązką
wierzby puszczającą pierwsze pąki

najpiękniejsza jesteś kiedy patrzysz na
gwiazdy czuję wtedy swoją kruchość i
nierealność na kilka sekund wtapiam się
w granatowy chłód kosmosu

*     *      *

na stole w kryształowym wazonie stoją
kwiaty – żółta gerbera przypominająca
słonecznik dwie czerwone róże wysyłające
w dal subtelne ciepło trzy lekkie jak
oddech motyla astromerie – masz dzisiaj
imieniny z radia dobiega piosenka gilberta
o’sullivana przytulasz się do mnie głaszczesz
moje piersi za chwilę przez nasze ciała
przejdzie dreszcz ciepłego ognia

KŁÓDKI MIŁOŚCI

KłódkiBędąc wiele razy w Wilnie zatrzymywałem się na mostkach, przerzuconych nad Wilenką. Tam, na barierkach zabezpieczających przed wpadnięciem do rzeki, ludzie od wielu lat zapinają kłódki miłości. Zauważyłem, że przyjeżdżają tam pary nowożeńców – ona w białej sukni, on w garniturze, podpatrywałem też kochanków, którzy ukradkiem zapinali te kłódki na stalowych wspornikach. Jednego roku dostrzegłem też dwóch panów, którzy zapięli szybko dużą, pocałowali się, zrobili sobie zdjęcia i szybko uciekli. Było to bardzo sympatyczne i jestem pewien, że także panie kochające inaczej czasem zapinają na mostku swoje dowody miłości. Ogólnie nie mam nic przeciwko gejom i lesbijkom, a ich związki traktuje jako rodzaj niezwykłej innowacyjności erotycznej. Gorzej jest z intrygami w tych środowiskach, w których  spotkania międzyludzkie, związki seksualne i często prawdziwą miłość, wykorzystuje się do niszczenia ludzi heteroseksualnych, przepychania się do stanowisk, zaszczytów i co tu wiele gadać… do łatwego życia i dużej kasy. Ale znam i przyjaźnię się z innymi ludźmi ze środowisk homoseksualnych i jestem zbudowany ich postawą, daleką od ekshibicjonizmu, ograniczającą się do partnerskich związków, wzajemnego wspierania się, prowadzenia domu, podróżowania, chodzenia na koncerty do filharmonii i ogromnej chęci bycia ze sobą. Gdy słyszą oni o zawieraniu gejowskich związków małżeńskich lub wychowywaniu dzieci, o pstrokatych paradach w centrum miasta, kręcą z dezaprobatą głową i mówią, że to wiele szkody przynosi takim jak oni, naprawdę w sobie zakochanym ludziom. Tutaj – w Wilnie – jest piękny zwyczaj zapinania kłódek miłości na mostach i może warto byłoby przenieść takie zachowanie do Polski. Młode pary często nawet coś grawerują na tych kłódkach, jakieś zapewnienie o dozgonnej miłości, własne imiona, czasem serca przebite strzałą. Stałem kiedyś chyba z godzinę przy tej galerii ludzkich pragnień i zaklęć i czytałem napisy, odkrywałem coraz to inne zapewnienia. Klucze wrzuca się do Wilenki i pary wierzą, że tak długo będą ze sobą, póki te ich zamknięcia na barierach nie zostaną otwarte. Jednego roku byliśmy tam z żoną, ale jakoś nie pomyśleliśmy o zapięciu kłódki…  Może szkoda…

ŚWIAT STAROŻYTNY (I)

1

W czasie wakacji mam trochę wolnego czasu i mogę oddać się moim licznym pasjom. Jedną z nich jest studiowanie pism starożytnych autorów i szukanie w nich jakiś informacji, poglądów, mądrości, które mogą zaciekawić współczesnego czytelnika. Chciałbym kiedyś napisać ogromny tom o Grecji i Rzymie, z szerokimi analizami sztuki i architektury tamtych czasów, ale czy uda mi się to dzieło wyłowić z nieistnienia, Bóg jeden raczy wiedzieć…? Na razie staram się przeczytać jak najwięcej oryginalnych pism i tworzę pliki z cytatami, aforyzmami, opisami, słowem prowadzę kwerendę eseistyczną, bo nie chciałbym, żeby ta moja hipotetyczna książka miała charakter naukowy. Wolę luźne powiązania i spokojne przejścia od tematu, do tematu, giętkość myślową i lekkość ujęcia. Czytam na przykład Historię grecką Ksenofonta z Aten, urodzonego ok. 430 roku przed Chrystusem, w zamożnej rodzinie Eupatrydów. Niewiele o nim wiadomo, jakieś wyrwane z kontekstu biograficznego fakty szczątkowo odtwarzają owo życie. Jego ojcem był Gryll, słuchał wykładów sofistów, w tym Gorgiasza, a potem został uczniem Sokratesa. Dalej prowadził życie tułacze, brał udział w wielu wojnach, stał się apologetą Sparty i wraz z jej upadkiem, ruszył znowu na tułaczkę. Zmarł prawdopodobnie około 355 roku. Ze wspomnianego wyżej dzieła, mieniącego się licznymi odcieniami barw i dostarczającego historykom wielu faktów o toczących się konfliktach, o zbrojnych starciach i o ludziach jego czasu, wyjmuję jeden mały fragment, który poruszył moją wyobraźnię: Wtedy to Agesilaos zdobył sobie rozgłos fortelem drobnym, lecz trafionym. Ponieważ nikt z ludzi dostarczających żołnierzom jadła nie zaniósł tam ognia, a było zimno, tak z powodu wysokości, jak i deszczu i gradu, który padł pod wieczór, żołnierze zaś – jak to bywa w lecie – wspięli się na wyżyny w lekkich narzutkach, a teraz marzli w ciemnościach i do wieczornego posiłku nie mieli ochoty, wobec tego Agesilaos posłał tam około dziesięciu ludzi niosących ogień ukryty w garnkach. Kiedy posłani rozeszli się w różne strony i w wielu miejscach naraz zapłonęły wielkie ogniska, gdyż drzewa pod ręką brakowało, to wszyscy poczęli nacierać się oliwą, a wielu od razu przyjęło posiłek. (Księga IV, s. 176) Zawsze fascynowała mnie świadomość zawieszona w mroku, oczy ludzi błyskające pośród ciemności i wiążące się z nimi postawy, zachowania, myśli. Wyobrażam sobie tych nieszczęśników, jak siedzą skuleni pośród nocy, marzną i drżą z zimna, wypatrując świtu i wzejścia słońca nad horyzont. W dawnych czasach życie ludzi bliższe było egzystencji zwierząt, np. zajęcy, saren i jeleni, które trwają na polach, pośród krzewów i zeschłych traw, bez względu na pogodę. Czy leje deszcz, czy zacina wiatr, czy sypie śnieg, zwierzęta muszą sobie radzić. Tak samo radzili sobie kiedyś ludzie, przeczekując czas słoty i chłodu, przecinając odciski na nogach, czekając aż rany wojenne same się zagoją. Tutaj, u Ksenofonta, zatrzymałem się przy opisie zwykłych żołnierzy, którzy zostają nagle obdarzeni ogniem, niosącym ciepło, a przemyconym w garncach. Rozpalają ogniska i zaraz zaczynają nacierać ciała oliwą, wraca im apetyt i chęć do życia. Jakże potrzebne jest nam do życia ciepło i jak natychmiast rozkłada nas chłód, jak neguje i odbiera chęć istnienia. Łakniemy ciepła tak samo jak czystego powietrza, orzeźwiającej wody i smakowitego jadła.

2

O innym dziejopisie – Polibiuszu – wiemy znacznie więcej, choć i tutaj trzeba za każdym razem dodawać słowo „około”. Żył zatem w latach ok. 200 – 118 przed Chrystusem i należał do jednej z najznamienitszych i najbogatszych rodzin w Megalopolis, w południowej Arkadii. Wiele podróżował, między innymi do Egiptu i był świadkiem wielu zdarzeń – wymienienie ich wszystkich nie jest tutaj możliwe – które opisał w ogromnym dziele pt. Dzieje. Czytając te opasłe księgi, wydobyłem z pierwszego tomu taki oto osobliwy fragment o wyprawie Hannibala: Oto na leżący już przedtem i pozostały od ostatniej zimy śnieg spadł właśnie tegoroczny, który łatwo ustępował pod stopą, gdyż jako świeży był miękki i jeszcze głęboki. Lecz kiedy go przedeptali i postawili nogę na dolnym i skrzepniętym, ten już nie ustępował, lecz ślizgając się zjeżdżali po nim obu nogami, jak to na ziemi zdarza się tym, którzy idą po gliniastej powierzchni. A co potem się zdarzyło było jeszcze gorsze. Bo ludzie nie mogąc wryć się w dolny śnieg ilekroć po upadku chcieli kolanami albo rękami oprzeć się, aby móc powstać, przy każdym opieraniu się jeszcze bardziej zjeżdżali, gdyż grunt na długiej przestrzeni był spadzisty. A bydlęta juczne padając wciskały przy wstawaniu stopy w dolny śnieg; lecz wcisnąwszy je tkwiły wraz z ładunkiem jakby zamarzłe, częścią wskutek swego ciężaru, częścią wskutek spoistości dawnego skrzepłego śniegu. (I, s. 179) Zwykle przedstawia się wyprawę Hannibala jako niezwykły fortel wojenny, pełen inwencji i przebiegłości, a jednak – jak widać z zacytowanego fragmentu – podczas przejścia przez Alpy zdarzały się sytuacje komiczne, jakże częste w życiu ludzkim. Czytając ten opis, nieomal czujemy sypkość śniegu sprzed stuleci i widzimy jak, szybko wyślizgany, sprawia kłopoty żołnierzom i zwierzętom. To nieomal starożytna burleska, z właściwymi dla niej komicznymi elementami. Ile musiało być krzyków przy takim osuwaniu się, ile odgłosów przestraszonych koni, osłów, mułów – wyobrażam też sobie owe słynne Hannibalowe słonie, zjeżdżające po śniegu i ryczące przeraźliwie.

3

Wojna peloponeska Ateńczyka Tukidydesa, to klasyka literatury greckiej i batalistycznej wszystkich wieków. O tym, pochodzącym z bogatej arystokracji historyku też niewiele wiemy i opisy zawdzięczamy przede wszystkim informacjom, sprytnie wyłowionym z jego największego dzieła. Żył prawdopodobnie w latach 453 przed Chrystusem, do końca piątego lub początku czwartego wieku i pozostawił w swoich relacjach wiele informacji o swoich zapatrywaniach na politykę Aten i poglądach na wiele kwestii szczegółowych. Z jego dzieła wydobywam taki oto opis, wiążący się ze wskazanymi też wyżej przez Ksenofonta cierpieniami żołnierzy i niewolników: Z umieszczonymi w kamieniołomach Ateńczykami obchodzili się Syrakuzańczycy w pierwszym okresie surowo. Stłoczeni w znacznej liczbie w miejscu ciasnym i zapadłym, wystawieni byli z braku osłony na żar słoneczny, by z kolei w czasie jesiennych nocy znosić dokuczliwe zimno. Te zmiany temperatury wywoływały wśród nich choroby. Z powodu ciasnoty wszystkie potrzeby załatwiali na miejscu, a w dodatku gromadziły się tam stosy trupów; umierali z ran i z chorób wywołanych zmianą temperatury czy z innych podobnych przyczyn. Zaduch był nie do zniesienia, nękał ich głód i pragnienie. Syrakuzańczycy bowiem dawali im w ciągu ośmiu miesięcy tylko po jednej kotyli wody i po dwie kotyle zboża na osobę. Narażeni też byli, jak to sobie można wyobrazić, na inne przykrości związane z pobytem w takim miejscu. (t. II, Ks. VII, s. 630) Łatwo domyślimy się, że te „inne przykrości”, to przede wszystkim insekty różnego rodzaju, które gromadzą się przy wydzielinach i trupach, może szczury, może jakieś zwierzęta odważające się szarpać śpiących lub atakować umierających… Ale przede wszystkim chodzi Tukidydesowi o okrucieństwo sycylijczyków, którzy nie znali litości dla wrogów. Bili ich i ranili, a także nie zabezpieczali w pełni posiłków i opieki lekarskiej. Istnienie człowieka pośród wieków historii, naznaczone jest ogromnym, krzewiącym się i pojawiającym się stale w nowych przestrzeniach cierpieniem. Ileż ludzkość musiała wycierpieć, by rozwinąć do wymiarów współczesnych – ileż było bezimiennych ofiar tego postępu, umierających z poczuciem beznadziei, pośród chłodu i ciemności, bez przyjaznej dłoni, w ostatnim humanitarnym geście, zamykającej powieki. Cierpienie, ból i rozpacz, a do tego zwyrodnienie władców i dowódców, nieustające dążenie do zdobycia bogactwa i wdeptania ciał przeciwników w ziemię. Niestety owo cierpienie także i w naszych czasach wyciska jeszcze swoje piętno na rodzaju ludzkim i wciąż gdzie, w jakimś zakątku świata, ktoś umiera tak samo, jak w czasach greckich umierali Ateńczycy, pokonani i zgnębieni przez Syrakuzeńczyków.

SEN XII

Diaboliczny karzeł siedział na złotym tronie i z zawiścią wpatrywał się w stojących w pobliżu artystów, poetów, pisarzy. Był prawie łysy i tylko nad uszami i z tyłu zostało mu trochę poskręcanych, rudych włosów, które sterczały do góry, każdy pod innym kątem. W jego wzroku było coś złowieszczego, jakby szukał ofiary lub przygotowywał się do wydania rozkazu. Złapać, pobić, odrzeć z godności, zamordować… Ale to były też rozpłomienione oczy czarnej pantery, która szykuje się do skoku i tylko czeka na dogodny moment. Co jakiś czas wydymał usta i odsłaniał zepsute, zniszczone przez próchnicę, żółte zęby, a z pomarszczonych ust spływała mu lepka ślina. Utkwił we mnie spojrzenie i badał mnie, czy się przestraszę, czy spuszczę wzrok lub schowam się za plecami towarzyszy. Ja jednak stałem hardo i patrzyłem na niego tak, jakbym szacował wartość starej szkapy lub kulawego osła. Zauważył to i przybrał groźny wyraz twarzy, przypominający chińską maskę, ale mający w sobie tyle komizmu, że uśmiechnąłem się lekko. Zachwiał się przez chwilę, oparł z rozmachem o tył fotela, rozejrzał się na boki, po czym wskazał buławą na mnie. Właściwie to nie było żadne berło, żadna oznaka godności hetmańskiej, raczej gnijąca, ogryziona kość piszczelowa. Po jego dyspozycji, małe pieski, których wszędzie było pełno, zaczęły na mnie szczekać i przedrzeźniać się wzajemnie – a najbardziej napastliwy był rudy kundel bez lewego oka, przekrzywiający komicznie głowę. Stałem i patrzyłem na to wszystko spokojnie, z godnością, jakbym unosił się lekko nad światem. Karzeł charczał i krztusił się, co i rusz wskazując kością na mnie, ale psy nie postępowały dalej. W końcu tupnąłem nogą, skoczyłem do przodu i wydałem z siebie ryk lwa. Tron karła w jednej chwili pękł w posadach, a on sam zleciał na skały, odbił się od nich i spadł do morza. Pieski, jak dzikie, jak na komendę, skoczyły z wrzaskiem za nim. I otworzyło się niebo i nastał błękit, a promienie słońca opalizowały w zatopionych w głazach drobinach miki i złota.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: