IDĄC DO KORONOWA (2)

Toward

Dawno już nie widziałem w Polsce wilgi i tym razem miałem nadzieję, że zobaczę tego pięknego, żółto-czarnego ptaka. Sady owocowe, ciągnące się przez kilka kilometrów na mojej drodze, były obietnicą ciekawych ornitologicznych spotkań. Zauważyłem otwartą furtkę do jednego wielkiego ogrodu i wszedłem do niego, zatrzymując się przy różnych fakturach tej rzeczywistości. Wracając do wilg, to ostatni raz widziałem je gdzieś w okolicach Pruszcza Pomorskiego, gdy byłem nastolatkiem i podjąłem pracę wakacyjną przy pilnowaniu drzew czereśniowych. Mieszkaliśmy wtedy wraz z kolegami w jakimś obskurnym namiocie wojskowym, karmieni byle czym. Długie godziny spędzaliśmy siedząc przy drogach, gdzie jakiś niezbyt sympatyczny właściciel miał aleje drzew owocowych. Dostaliśmy specjalne drewniane kołatki i mieliśmy odstraszać przede wszystkim szpaki, które całymi stadami potrafiły przysiadać na koronach czereśni i czynić wielkie szkody. Czy padał deszcz, czy świeciło słońce, tkwiłem przy moim fragmencie drogi i odstraszałem ptaki, nudziłem się niemiłosiernie i liczyłem dni do powrotu do domu. Właśnie wtedy obserwowałem dwie pary wilg, które gnieździły się w pobliskiej kępie drzew i zalatywały na moje pole, z charakterystycznym, pięknym  śpiewem. Były tak urodziwe, że pozwalałem im do woli jeść czereśnie i wiśnie, przyglądałem się im i zapamiętałem na długie lata. Tutaj – w drodze do Koronowa – w sadzie, do którego wszedłem było wiele drzew wiśniowych, czereśniowych, sporo gruszy, śliw i jabłoni. W moich myślach pojawiły się młodzieńcze wyprawy do ogrodów w dzielnicy Jary, gdzie przeskakiwałem płoty i wraz z kumplami kradłem owoce. Czasem gonił nas wtedy jakiś gospodarz, innym razem puszczał się za nami pies i szczekał tak głośno, że szybko braliśmy nogi za pas. To było nasze wkraczanie do zakazanego raju i zrywaliśmy owoce z poczuciem grzechu, ale też jakiejś wielkiej, wspaniałej przygody.

Wiśnia

Byłem już w sadzie i zrodziła się we mnie myśl o kolejnym działaniu. Podszedłem do dwumetrowej wisienki i tak stanąłem, że moja głowa znalazła się koronie drzewka, pośród pięknych, lśniących czerwienią owoców. Słyszałem nieopodal szpaki, hałasujące w pobliżu i zauważałem niektóre z nich, wzlatujące na chwilę w górę. W naszym życiu mijamy bez zastanowienia tyle piękna naturalnego, podchodzimy do różnych widoków i rzeczywistości jak do czegoś oczywistego. Dopiero takie zatrzymanie się na chwilę, daje szansę na zaobserwowanie czegoś interesującego i prawdziwe wniknięcie w strukturę świata. Jakże ciekawe są te wiśnie (Cerasus Miller), rosnące na specjalnych, cienkich odgałęzieniach, mające w sobie tajemną pestkę i pyszniące się różnymi odcieniami czerwieni. To jest świat, który zastanowi dziecko i człowieka w jakiś sposób zranionego, to przestrzeń, w której można pobyć i odczuć niezwykłą energię, skumulowaną w owocach. Ileż potrzebują one elementów by mogły zaistnieć takiej formie. Odpowiednia gleba i coroczny wzrost, promienie słońca i deszcze roszące liście i dostarczające korzeniom wody, a do tego jeszcze dbałość sadownika, który musi przycinać gałęzie, bielić pnie, odstraszać owady specjalnymi substancjami. No i potem to pilnowanie dojrzewających trześni, odstraszanie skrzydlatych najeźdźców, wreszcie – wspinanie się na drabiny i zrywanie. Patrzyłem na otaczające mnie zewsząd owoce i nie mogłem wyjść z zachwytu nad nimi, a jednocześnie przypominały mi się różne wiśnie mojego życia. Kiedyś jadałem ich wiele, lubiłem zupę wiśniową z kluseczkami, przepadałem za dżemem, rozlewającym się na świeżej bułce z masłem, a gdy byłem już starszy – popijałem różne wiśniowe nalewki. Teraz moja głowa, która też „dojrzewała” przez lata…, była ogromną wiśnią, pośród innych wiśni, moje oczy widziały je z każdej strony, czułem też ich subtelny zapach. Nagle na moim drzewie pojawiły się trzy szpaki i jakby nigdy nic, zaczęły dziobać wprawnie najbliższe owoce. Najwyraźniej mnie nie zobaczyły, bo robiły to dłuższą chwilę i dopiero, gdy jeden z nich dostrzegł mnie, narobił strasznego hałasu i cała trójka odleciała z piskiem.

Sliwa

Wysunąłem się spod drzewa wiśniowego i zacząłem chodzić po sadzie. Gdzieś niedaleko słychać było pohukiwanie synogarlic, na niebie pojawił się samotny gołąb grzywacz, a wyżej latały jaskółki i jerzyki. Zatrzymałem się przy dość dużej śliwie, której gałęzie zwieszały się nisko. Mogłem dzięki temu zobaczyć dorodne owoce, z charakterystycznym jasnym nalotem na skórce. W śliwach jest więcej erotyzmu niż w wiśniach, okrągłych, dających się od biedy porównać z brodawkami kobiecych piersi – tutaj każdy owoc miał wyraźne wgłębienie, przypominające owo, znane z licznych malarskich przedstawień pięknych, kobiecych tyłków, choć może komu innemu kojarzyłoby się to z inną częścią ludzkiego ciała. Chwilę stałem przy śliwie i kontemplowałem jej liście, tak wyraziście odsłaniające strukturę różnorakich kanalików, dostarczających wodę i wzmacniających budowę blaszki. Ile ich zjadłem w życiu, ile ich składało się na powidła i dżemy, ile wykorzystano do przyrządzenia zup wigilijnych. Nigdy nie lubiłem renklod, wolałem zawsze te fioletowe – śliwy domowe, nazywane też węgierkami (Prunus domestica). Nie wszyscy wiedzą, że owoce te nie występują w stanie dzikim, a powstały prawdopodobnie w wyniku krzyżowania się, w rejonie Kaukazu lub Azji Mniejszej, ałyczy i śliwy tarniny. Do uprawy wprowadzili je Persowie, a w Europie Grecy i Rzymianie, gdzie duże znaczenie miało to, że można je było suszyć i długo przechowywać. Dla mnie są one kwintesencją fioletu i spokojnej tonacji barwnej, pojawiającej się pośród rozświetlonych liści i krzewiącej się zieleni. Jako chłopiec, przełamywałem owoce, wyciągałem pestkę i zjadałem z apetytem miąższ, ale też czasem – gdy w środku były robaki – przyglądałem się im dłuższą chwilę, zanim wyrzuciłem taką śliwkę do śmieci. To kolejna, po wiśniach, faktura rzeczywistości, w której się znalazłem, przekraczając furtkę sadu owocowego i idąc do Koronowa.

Jabłoń

Ale dalej rosło kilka jabłonek (Malus Mill.), powyginanych i brzydkich, nie wytrzymujących porównania ze śliwami i nawet koślawymi wiśniami. Drzewa te łatwo karłowacieją i sadownik musi stale czuwać by wzrost był odpowiedni, przycinać, stosować opryski. Jabłka mojej młodości to przede wszystkim papierówki, które zrywałem podczas wyjazdów do dziadka, w Starym Zawidowie, na południu Polski, tuż przy czeskiej granicy. Także z mojego osiedla odbywałem wyprawy przyjacielskie do sadu, mieszczącego się w dzielnicy Wilczak. Były tam ruiny starego, rozpadającego się domu, a przy nim pozostały drzewa owocowe i wiele jabłonek. Wdrapywaliśmy się na nie po kilku i zajadaliśmy się słodkimi owocami, przy czym wiedzieliśmy, że musimy zachować szczególną czujność, bo robaki także były amatorami tych pysznych owoców. Jedząc je na drzewach, wracaliśmy do domów z pełnymi siatkami i inni członkowie rodzin także raczyli się naszymi zdobyczami. Czasem, gdy wybuchały pomiędzy nami jakieś awantury, papierówki stawały się wspaniałą bronią. Rzucaliśmy nimi w siebie i mieliśmy wielką radość, gdy ktoś dostał jabłkiem w łeb, a ono rozpryskiwało się na wszystkie strony. Tutaj – w sadzie – fotografowałem korę tych drzew i przyglądałem się pałąkowatym gałęziom, żółknącym już w lipcu liściom i niewielkim owadom, przemykającym po owocach. Jabłoń nie należy do pięknych drzew, ale można jej to wybaczyć z racji walorów smakowych papierówek. Ile istnień pojawia się w sąsiedztwie takiego drzewa, które staje się dla nich prawdziwym kosmosem. Mrówki biegające po korze i dziesiątki innych owadów, szukających miejsca do schronienia w jej zagłębieniach. Jakieś niewielkie chrząszcze i ćmy, siedzące spokojnie, świadome, że rysunek ich skrzydeł znakomicie imituje łuszczące się fragmenty kory. Do tego zalatujące stale różne ptaki, sarny ocierające się o pnie, lisy czające się w cieniu na zdobycz i wreszcie ludzie, ustawiający drabiny i zrywający dojrzałe owoce. Jabłoń jest symbolem sielskiej dorodności i obfitości, kojarzy się z dobrymi zbiorami, końcem lata i zabawą dożynkową.

Grusza

Blisko jabłonek rosła wysoka, samotna grusza (Pyrus communis), a jej liście i gałęzie stanowiły kolejną fakturą rzeczywistości, przy której zatrzymałem się na chwilę. Przypomniał mi się fragment „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza: A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą/ Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą. Lubię połysk na ich liściach, a także owo wybuchanie spośród nich owoców. Tym razem trafiłem na drzewo dosłownie oblepione gruszkami, które już zaczynają powoli dojrzewać i czerwienieją, żółkną, stają się miękkie. Jak zwykle lata przy nich wiele os, pszczół i bąków, a zdarzają się też szerszenie. Wszystkie te owady pragną uszczknąć coś ze słodyczy owoców, a przy tym tworzą jakiś własny obszar przebywania, który znakują czułkami i nóżkami, a obwieszczają to za pomocą specjalnego tańca. Gdy byłem dzieckiem jadłem wiele gruszek, szczególnie klapsów i ulęgałek, a teraz jadam je bardzo rzadko, okazjonalnie, gdy trafię na targu na naprawdę miękkie i apetycznie wyglądające owoce. Nieopodal miejsca, gdzie mieszkałem na Błoniu, było takie drzewo gruszkowe i zdarzało się, że z kolegami z podwórka wchodziliśmy po trzech, czterech, na wysokie gałęzie, umiejscawialiśmy się w jakimś rozwidleniu i zajadaliśmy się miękkimi, żółtymi ulęgałkami. Popijało się wtedy wodą z jakiegoś hydrantu albo kranu, bo nikt nawet nie marzył o tylu rodzajach wody mineralnej, z jakimi mamy dzisiaj do czynienia. Gruszki także bywały dobrą bronią podczas jakichś osiedlowych wojen, a szczególnie te twardsze dawały się we znaki. Stojąc w sadzie przy wysokiej gruszy patrzyłem jak „wrasta” ona w przestrzeń i generuje wokół siebie liczne mniejsze obszary, pośród których bytują różne owady i pęcznieją z każdym dniem owoce. Niektórzy uważają, że te słodkości są ciężkostrawne i powodujące wzdęcia, ale ja – po zjedzeniu – nigdy nie miałem kłopotów. O, właśnie na drzewie przysiadła sporych rozmiarów wrona, jakże często mylona z gawronem. Widziała mnie dobrze i tak się ustawiała, by częściowo być w ukryciu, a zarazem móc mnie obserwować. Pośród połyskujących liści i dorodnych owoców wyglądała majestatycznie i zachowywała się jakby zdawała sobie z tego sprawę. Podnosiła raz po raz dziób do góry, rozglądała się na boki, a potem wydawała głośne krakanie. Nie wiem czy chciała mnie nastraszyć, czy może zaalarmować inne wrony, ukryte pośród różnych drzew – dla mnie był to sygnał myśliwskiego rogu, a raczej znak natury, że powinienem pójść dalej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: