GRAŻYNA BIELIŃSKA

Biel

Grażyna Bielińska, znana jako wokalistka zespołu Viva Aqua, zadebiutowała w 1989 roku niewielkim zbiorem wierszy pt. Uczucie leśnej konwalii. Chciała w nim podzielić się ze światem swoją subtelnością i delikatnością, chciała określić miejsce w jakim się znalazła i cel ku któremu zmierza, a nade wszystko chciała ocalić w lirykach swoją tajemniczą niepowtarzalność – chciała mówić światu, że uczucia czyste i nieskalane są możliwe, że istnieje prawdziwa miłość i prawdziwe, subtelne cierpienie z jej powodu. Delikatność przeplatała się tam z zadumą, a ciepło promieniowało z każdego wiersza, z każdej strofy i każdego słowa. Nie inaczej było w drugim, tym razem obszernym, pełnowymiarowym, tomie poetki. I tutaj uczucia są najważniejsze, stanowią paradygmat istnienia w zgodzie z przyrodą i człowiekiem. Rację miał Jerzy Sulima-Kamiński, gdy pisał we wstępie, że Nie ma tu, tak nagminnie w kobiecej poezji manifestujących się biologizmów, ani tym bardziej ekshibicjonizmu w psychologicznym i przenośnym znaczeniu tych pojęć, jak w ich semantycznych dosłownościach. (…) Autorka nie czyni grymasów, nie udziwnia swoich wierszy ani sili się na akademicką mądrość. Jest mądra swoim doświadczeniem, tą wrażliwą kobiecą intuicją, zmysłem rodzinnym i macierzyńskim. Raduje się tym co dzień przynosi. Szczególny ciepły klimat tych wierszy stwarza nastrój niemalże bukoliczny. Poetka pragnie Być kobietą:/ kruchością przypominać o sile/ łagodnością spojrzenia i gestu/ przywracać godność/ kochać najdrobniejszy przejaw życia/ by życie stać się miało/ objawiać się bielą/ co promienieje/ wszystkimi kolorami tęczy. Te pragnienia są zarazem fragmentami modlitwy kierowanej do Boga, kierowanej do drugiego człowieka. Rzadko zdarza się czytać wiersze współczesne, w których byłby tak wyraźnie określony epikurejski program, w których z taką siłą objawiłaby się miłość do człowieka. Miłość czysta, pełna godności, pełna wiary w jej odradzającą i unieśmiertelniającą moc, a nade wszystko miłość kojąca cierpienia. Bo jest to też poezja cierpień ponad miarę, bólu sklejającego powieki i nieustającej troski o najbliższych. Bólu, który w pewnym momencie stał się łaską – dopełnieniem treści przedziwnego bytu, trudnej do pojęcia spirali życia. Poetka zbudowała w wierszu kokon, w którym chroni się przed natarczywością świata, przed niedelikatnymi arbitrami, przed gwałtownością i splątaniem związków międzyludzkich. W kokonie poezji szuka prawdy utwierdzając w sobie i w wierszu kształty dookoła niej – dom, mąż, synowie, trawy i drzewa, dal horyzontu, a za nim to coś, do czego się tęskni; a za nim tajemnica i obietnica; a za nim mistyczna łza spływająca po policzku dnia. Patrząc w tę dal, poetka pragnie połączyć się z naturą, zmienia kształty istnienia, poddaje się wyobraźniowym metamorfozom. Wtedy też opisuje stany w jakich się znajduje; mówi: frunę ptakiem ogłuszonym/ do gniazda lasu/ gdzie siostry siwe/ pochylają nade mną głowy/ gdzie trawa łasi się do stóp/ jak zielony kot/ długo gładzę spierzchnięty policzek sosny. Pulsuje w niej romantyczne pragnienie poznania dali, połączenia się z sosną i trawą i tak istnieje w nieistnieniu, staje się bytem w niebycie.

Poezja Grażyny Bielińskiej jest gorzka i słodka zarazem, jest słona jak łzy, ale też jest krzepiąca jak czyste powietrze, pełne ozonu po burzy. Czyta się te wiersze współczując autorce, że nie zostało jej oszczędzone zwątpienie i poczucie klęski, że musiała przejść tyle dróg nie do przejścia. A jednocześnie czytelnik czuje się pokrzepiony i wzbogacony, bo znajdzie w tych strofach radość, afirmację każdego dnia i każdej chwili. I choć często jest to uśmiech z oddali, ze łzami w oczach, to przecież taki stan pozwala dostrzec prawdziwą stronę egzystencji. Taki stan jest formułą bytu poety najwrażliwszego, szukającego odpowiedzi na podstawowe pytania, dekodującego świat w jego najgłębszych strukturach, niewidocznych kolorach i tajniach: bo widzisz…/ zieleń to nie tylko trawa/ to także zapach radości/ bo widzisz…/ czerwień to nie tylko krew i róża/ to także odcień żałości/ bo widzisz…/ woda niebieska gdy Bóg się w niej przegląda/ i także kwiaty spojrzenia/ widzisz…/ naprawdę widzisz/ gdy patrzysz z oddalenia. Czas nieubłaganie biegnie do przodu, migają twarze, krajobrazy, pośród mroku wieczności gasną puste słowa, nic nie znaczące gesty. Coś, kiedyś wydawało się ważne, coś wydawało się nieodzowne, coś było potrzebne do życia jak tlen. Teraz po tamtym czasie zostały wspomnienia i wiersze, ciepłe wzruszenie, łagodna modlitwa. W nastroju ulotnego liryka, w mistycznej chwili stworzenia osadza się esencja,  istota i tęsknota zarazem. Nie na darmo tyle razy pojawia się tutaj biel, czystość, świętość ludzkiego życia – wszak ta poezja żyje czystością, wiarą, nadzieją. I tęskni za miłością… I sama jest miłością… Z kolei – zdaniem poetki – wiarę odnajdujemy w łagodności i cierpieniu, w delikatnym smutku i w zapatrzeniu w dal. Nie jest stałym elementem świadomości, wymaga nieustannej zapobiegliwości i cierpliwości, potrzebuje ciepła oddechu i szeptu miłości. W refleksyjnych wierszach Grażyny Bielińskiej przybiera ona formułę nieustającej modlitwy, kierowanej do Pana i do świata, do najbliższych osób i do ludzi odrzuconych. Pokora z jaką autorka podchodzi do słowa jest zdumiewająca i ma w sobie coś z nabożności, coś z fascynacji sacrum. Te słowa brzmią jak krople deszczu uderzające o dach domostwa, albo lśnią jak skrzydła pszczoły zawisającej nad kwiatem – ta modlitwa dźwięczy niczym daleki szept lasu. Świętość pojawia się tutaj jak nagroda za smutek i ból, jest jak obelisk, postawiony dla chwały wszelkiego istnienia. Autorka próbuje odtworzyć w wierszu piękno natury i niepowtarzalność bytu – patrzy na gałązki rozkwitających drzew owocowych i na płowe czupryny synów, przystaje przed Bożą Męką i delikatnie muska chropowatość czarnej kory. Świat jest zdumiewający, tyle w nim piękna i tyle cierpienia, wszystko ma jakiś podtekst, wszystko domaga się kontekstu, wszystko pragnie być w świadomości otoczone uczuciem, ciepłem, które jest tylko w Bogu i tylko w człowieku. Bielińska tworzy swoje wiersze z przekonaniem, że ktoś ich słucha i ktoś cieszy się, że zostały uwiecznione na papierze. Za niewidzialną zasłoną, za suknem milczenia, jest inny świat – doskonalszy i nie znający ludzkich namiętności. Tam już jest matka poetki i tam znajdą się ci, którzy zawierzą swojej wrażliwości.

Wiersze te mają wiele z epikurejskiej chęci służenia drugiemu człowiekowi, ale tonem najwyższym i najniższym zarazem przypominają epitafium i epitalamium. Widać, że pisane były przez łzy radości i smutku. Wyraziście wyłania się z nich subtelne wnętrze autorki – tak pogodzonej z życiem i światem, tak chwalącej Boga, ale przecież – jak każdy człowiek – mającej chwile lepsze i gorsze, świetliste i mroczne. Ile trzeba o życiu wiedzieć, żeby pisać takie wiersze, ile trzeba mieć w sobie wiary, żeby formułować w słowach takie przesłanie. Lektura tych wierszy krzepi i pozwala choćby na chwilę znaleźć się w spokojnej enklawie, otrzeć się o sacrum i skonstatować, że świętość jest zwykła i w swej prostocie niedościgniona. Niepotrzebne są wielkie hymny, nie trzeba szukać Boga w apoteozach, jest on tak samo potężny w garstce popiołu, jak i w kształcie zalatującej do ogrodu sroki, jest nowym świtem i nieuchronnością zmierzchu, jest łagodnym szeptem i krzykiem rodzącej. Autorka wybiera model wiersza refleksyjnego, bliskiego poezji Haliny Poświatowskiej i Jana Twardowskiego, ale przecież najcenniejszy tutaj jest ów oryginalny ton. Umiejętność mówienia o rzeczach małych i wzniosłych, o dążeniu do doskonałości i o ewangelicznym przyjęciu porażki. Człowiek tak rzadko zdaje sobie sprawę z eschatologii każdego dnia, każdej danej mu chwili, tak łatwo traci czas, gubi ludzi, nie potrafi kontemplować swojego miejsca. Tutaj, w tych ulotnych wierszach, w tych notatkach lirycznych, w tych aforyzmach codzienności i wyjątkowości, jest autentyczna prawda o życiu i przemijaniu, o człowieku i o tym co po nim zostaje. Eschatologia przezwyciężona radością, ból łagodzony delikatnością, łza na policzku, która tyleż smuci, co cieszy. Publikacja tak intymnych wierszy jest aktem odwagi i jednoznacznym wyborem drogi. Nie jest to jednak wybór literacki, rodzaj rozważania teoretycznego; to raczej wskazanie i odnalezienie filozofii, ustawienie swojego losu w perspektywie mądrości Księgi i w bliskości sakralnego blasku. To też znalezienie miejsca w świecie, zgoda na bycie tym, kim się jest i na byt taki, jakim jest. To radosne „tak” wypowiadane w obliczu sił niewyobrażalnych, to wiara w prawdę i zarazem jej potwierdzenie. Poetka dzieli się z czytelnikiem swoim odkryciem, swoim przekonaniem, swoją wiarą, bo jest to dla niej coś zdumiewającego, coś, co dostała gratis od życia, coś co znalazła, gdy wkradało się do jej duszy zwątpienie. Ona chwyciła z ufnością wyciągniętą ku niej dłoń i podjęła ton, który w sobie usłyszała. W ciszy i samotności powstały wiersze, które mówią w sposób subtelny o losie człowieka, które krzepią i wyznaczają kierunek dla tych, którzy zwrócą się w tą samą stronę.

Reklamy

1 komentarz

  1. iwona pacholska said,

    2010/01/19 @ 14:22

    Grażynko,pięknie w Twojej duszy,a pierwszy Twój tomik poezji mam do dzisiaj, z Twoją dedykacją,a poza tym szukam Cię od dawna, może teraz się uda, podobno mieszkamy niedaleko siebie, serdecznie pozdrawiam.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: