CIOTY KULTURALNE

Sabat1

Gombrowicz znał je dobrze i szczerze nienawidził, umykał od nich gdzie się dało i taki im pozostawił portret w Ferdydurke, swojej najlepszej powieści: kulturę świata obsiadło stado babin przyczepionych, przyłatanych do literatury, niezmiernie wprowadzonych w wartości duchowe i zorientowanych estetycznie, najczęściej z jakimiś swoimi poglądami i przemyśleniami, uświadomionych, że Oskar Wilde się przeżył i że Bernard Shaw jest mistrzem paradoksu. Ach, wiedzą już, że trzeba być niezależną, stanowczą i głębszą, przeto zazwyczaj są niezależne, głębsze i stanowcze bez przesady oraz pełne ciotczynej dobroci. Ciocia, ciocia, ciocia! O, kto nigdy nie znalazł się na warsztacie kulturalnej ciotki i nie był spreparowany niemo i bez jęku przez tę ich mentalność trywializującą i odbierającą życiu wszelkie życie, kto nie przeczytał o sobie w gazecie ciotczynego sądu, ten nie zna drobnostki, ten nie wie, co to jest drobnostka w ciotce. Zacny, a czasem komiczny, nasz wielki i kochany Gombrowicz nie mógł przypuszczać, że w czasach niepodległej Polski, tej bez cenzury i ograniczeń publikacyjnych, pojawią mutacje tych jego ciotek, które teraz wypada nazwać Ciotami Kulturalnymi. W ostatnich czasach pojawiło się ich wiele w różnych środowiskach kulturalnych. Grube albo przesadnie wychudzone, z biustonoszami wypchanymi watą, ledwie po studiach lub u końca życia, przychodzą na spotkania literackie i wygłaszają jakieś sądy: że pan X jest dziwkarzem, pan Y na pewno jest gejem, a pani Z jest kochanką jednego i drugiego. Starczy, że jakiś poeta, jakiś pisarz pojawi się w towarzystwie koleżanki, uroczej studentki, poetki z innego miasta lub wsi, one znają już orzeczenie sądu i ferują wyrok: to są kochankowie, obwieszczają wszem i wobec, a nawet mnożą szczegóły takiej sztucznie spreparowanej alkowy. Jedna z nich poszła kiedyś w restauracji do toalety, w ślad za nią podążał kolega, który też wstał od stołu. Po powrocie, dalej rozmawiał z tą panią, delektował się daniami i napojami. Niebawem jego towarzyszka sprzed stołu zaczęła snuć w tzw. środowisku opowieści o tym, że ów bezczelnik chciał ją wepchnąć do damskiej ubikacji i zgwałcić… Zaczęła ponoć krzyczeć i dzielny dziadek z szatni przyleciał jej na pomoc. Inna Ciota opowiadała, że młody poeta przyjechał do niej do domu i… no jasne… też chciał ją zgwałcić. Jeszcze inna stworzyła stowarzyszenie ciot, taki współczesny sabat czarownic i gromadząc je co jakiś czas, zaczęła opowiadać o ludziach piszących, a szczególnie o jednym z nich, niestworzone historie. Na tę inkantację odpowiedziały natychmiast inne cioty i dalejże głosić wiadomości na temat tego lub owego zboczeńca pośród literatów, naukowców, artystów. Wszyscy oni chcieli je zaciągnąć do łóżka, do samochodu, w krzaki i… no jasne… chcieli je zgwałcić…! Gdyby miały pod ręką rapiery, kosy, elektryczne paralizatory, rzuciłyby się z krzykiem na nieszczęśników, nie bacząc na to, że wata wylatuje im spod staników, albo – u tych grubych – że piersi wysuwają się spod bluzek i dyndają na wszystkie strony jak owoce drzewa chlebowego. Współczesna Ciota Kulturalna jest złośliwa, zawistna, ma niewiele do powiedzenia i nie liczy się z konsekwencjami swoich działań, bije gdzie popadnie, na oślep. Wydając książkę, albo zdobywając nagrodę w jakimś konkursiku, robi wokół tego tyle szumu, że niektórym znajomym zaczyna się szybko jawić jako następczyni Reymonta, Miłosza i Szymborskiej, razem wziętych. Od Szymborskiej bywa jednak często znacznie lepsza, a Miłosz… wiadomo… wiadomo… co tu wiele gadać… Taka dama poezji, autorka opowiadań, twórczyni wielkich powieści, była pani pedagog z krzyżem zasługi na piersi albo była działaczka partyjna, najczęściej jednak tylko była żona, skrzywdzona przez męża, gnębiona przez złych pracodawców, rozwija swoją działalność plotkarską w określonych kręgach, w jakiejś marnej organizacji, w jakimś podejrzanym stowarzyszeniu albo w dużej, stale się rozrastającej ekipie czarownic. Przez cały rok szykuje się na wielki sabat, a gdy nadchodzi jego mroczny czas, nadlatuje z hukiem na miotle i krzyczy: bić gwałcicieli…! Zamienić chamów w żaby…! Bernard Shaw jest mistrzem paradoksu…! X ma kochankę…! Y jest gejem…! Zet to wyjątkowa menda…! Pamiętacie wyścig na świniach z Mistrza i Małgorzaty? Cioty tylko na to czekają, hajda skaczą na świnie, inne na miotły, jeszcze inne siadają okrakiem na pachnących farbą drukarską tomikach poezji i już… już.. już… Latają na niebie nad jakimś pałacem, kołują i nadlatują nad stawy, rzucają się na biednych wieśniaków. Są wielkie, wszechmocne, wiedzą, że Oskar Wilde się przeżył, a one niebawem staną się najważniejszymi postaciami, poezji, literatury, kultury… Ach, jak pięknie lata się na świni… A jeszcze lepiej się ją komuś podkłada…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: