PORT POETYCKI – 2009

Początkowe

Oto relacja z jeszcze jednej imprezy, która odbyła się niedawno – 5 czerwca w Węgliszku miał miejsce kolejny Port Poetycki, który mieścił się tym razem w ciągu kilku Portów Artystycznych: Radziejów, Lubostroń, Bydgoszcz. Całość z kolei, od kilku lat, kurator imprezy – Henryk Narewski – firmuje jako Rejs. Tegoroczny Port Poetycki łączył kilka przestrzeni artystycznego oddziaływania, a także zawieszony był w ciągu wydarzeń związanych z dwusetną rocznicą śmierci Juliusza Słowackiego. Dodatkowo był to wernisaż kilkunastu obrazów i rysunków, a także prezentacja dwóch zdarzeń typu performance – Wojciecha Kowalczyka i Grzegorza Pleszyńskiego, którzy znakomicie znaleźli swoje miejsce się podczas imprezy, o wyraźnym sztafażu kulturowym. Bo dodać jeszcze trzeba, że uczestnicy zdarzenia ubrani byli w stroje indiańskie lub przybyli wystylizowani kulturowo i nawiązywali w swoich wystąpieniach, bądź to do twórczości Słowackiego, bądź do szeroko rozumianej łączności sztuk i doświadczeń, wzajemnych relacji i przeplatania się motywów w sztuce i poezji.

Słow-CiekawJULIUSZ SŁOWACKI – był poetą i malarzem, co jest może mniej znane. Pozostawił po sobie jednakże nieco rysunków i akwarel, a wiemy, że w Krzemieńcu malował też farbami olejnymi. Wielokrotnie odwzorowywał w swoich utworach barwy i walory, interesował się efektami świetlnymi. Mamy u niego do czynienia z klarownością światła i mroku, z pięknym odtworzeniem efektów wizualnych, pojawiających się nad morzami i jeziorami. Takich zjawisk i takiej klarowności barw stonowanych nie zobaczymy pośród krain egzotycznych, gdzie wszystko jest jaskrawe i rozświetlone do granic możliwości. Twórca ten miał świadomość walorowości barw i złożoności operacji świetlnych w przyrodzie – wiedział, że jeżeli zestawi się obok siebie dwa kolory o różnych walorach, to oba wzmacniają się wzajemnie. Jasne kolory rozjaśniają się, a ciemne stają się ciemniejsze. W takim rozumieniu lazur nieba, skontrastowany z mrokiem i zderzony ze świetlistością bursztynowych fal, wzmacnia ciemność szkieł witrażowych i przydaje grozy malowanej słowami ruinie. Ale też nie traci niczego z romantycznego realizmu, bo przecież charakterystyczny dla tej literatury obraz powstaje na skrzyżowaniu tego co wymyślone i realne, nie może całkowicie odłączyć się od ziemskiej przestrzeni, musi podążać od konkretnego punktu w jakimś kraju, od wyodrębnionego miejsca planety, ku metamorfozom imaginacyjnym, ku snom i wizjom poety. Kazimierz Wyka wskazuje na współistnienie dążności do wyrażania fantazji poetyckiej przy wykorzystaniu realizmu romantycznego. Jego zdaniem to tylko pozornie przeciwstawne pojęcia i sposoby wyrażania subtelnego piękna. Zauważmy jak klarowny bywa obraz w poematach i dramatach Słowackiego i jak łatwo można by go odwzorować, stworzyć malarskie przedstawienie, w którym wszystkie wymienione przez poetę elementy dałoby się umieścić. Owe lazury nieba, w tle nadciągającego mroku i odbijanie się światła zachodzącego słońca w wodzie koloru bursztynowego, a gdzieś z boku skrzydło zamku z witrażowymi oknami, przez które przesącza się delikatnie światło słoneczne. W tym momencie przypominają się obrazy Caspara Davida Fridricha i pokazywane przez tego malarza operacje światła księżycowego i słonecznego w przyrodzie. Słowacki tak oryginalnie konstruuje obraz, że staje się on modelowym fantomem, a zarazem realnym kształtem, mającym gdzieś swoje odniesienie. Jest zapisem świadomości i możliwości stwórczych Słowackiego, a pojawiające się w nim obrazy zastanawiają, z racji ich oryginalności i wyjątkowości procesów twórczych. Literaturoznawcy zawsze domagają się jednorodności tworzonych dzieł, ale to właśnie odmienność i różnorodność pozwala wskazać znaczące niuanse w obrębie całości wielkiego dokonania. W przypadku Juliusza Słowackiego mamy do czynienia z wyobraźnią, która stwarza światy szerokie i głębokie przestrzenie ontyczne. I jeszcze jedno – Słowacki, o czym rzadko się mówi i do czego niewielu nawiązuje – był poetą kulturowym, posiadającym ogromną wiedzę na temat sztuki w różnych kręgach cywilizacyjnych. Znajdziemy u niego nawiązania do sztuki Indii i Syjamu, Syberii i Orientu, Ukrainy i Grecji, ale też, co chyba najbardziej zaskakujące, do doświadczenia transmigracji u ludów indiańskich. W jednym z tekstów – Dlaczego Indianów wiara? łączył doświadczenia człowieka dziewiętnastego wieku, jego duchowego bohatera, ze świadomością, wyobraźnią i wiarą Indian:  Zda mi się, że duchy wasze próżno i długo błądziły po świecie, szukając nowej i podobnej sobie formy… zda mi się, że duch Helois, jako słabszy, prędzej ją znaleźć musiał… I gdzieś w rasie indyjskiej nowy a już samotny żywot rozpoczął…  do jej się więc sumienia odwołam, tworząc pierwszą, Indianom objawioną religiją… Oto więc moja Helois… wziąwszy zawiązek ciała, powtórzyłaś w nim wszystkie twoje genezyjskie przemiany… a w dziecku indyjskim przyśniłaś niby i ten żywot Ewy    w krainie Edenu – pełny ognia zadziwień i miłości… Nie byłaś ty już tą Oceanidą, pierwszy raz wyszłą z łona morza natury, perłami srebrnymi uwieńczona bez wiedzy… albowiem cię już od tej fali ruszających się potwór jeden żywot ludzki rozdzielił, ale słyszałaś jednak cały gwar zwierzęcej natury… i tych form niedawno porzuconych. Ten tekst, cytowany na początku imprezy, od razu ustalił perspektywę kulturową i zainicjował ciąg prezentacji. Na scenie pojawiali się kolejno artyści i poeci:

P6050080

ANDRZEJ BASZKOWSKI – ur. w 1932 roku w Bydgoszczy. Poeta i dramaturg, eseista i dziennikarz. Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika i uzyskał tytuł magistra. W latach 1955-1958 kierownik literacki w Teatrze Popularnym w Grudziądzu, potem przez dwa lata w tym samym charakterze w Teatrze lalki i Aktora „Baj Pomorski” w Toruniu. Od 1960 roku pracował jako dziennikarz w „Pomorzu”, w rozgłośni Polskiego Radia w Bydgoszczy, w „Faktach”. Przez wiele lat był  naczelnym redaktorem Bydgoskiego Informatora Kulturalnego. Laureat Nagrody im. Klemensa Janickiego (2002), odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (1972), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1983), Medalem Prezydenta Miasta Bydgoszczy (2002), Medalem Jerzego Sulimy-Kamińskiego (2006), Odznaką Zasłużonemu – Ministra Sprawiedliwości. Juror w wielu konkursach literackich. Wydał m. in. zbiory wierszy: Pory (Gdynia 1962), Biała laska (Poznań 1968), Dziennik domowy (Gdańsk 1978), Martwe natury (Bydgoszcz 1985), Czekając na Ikara (Bydgoszcz 1987), Kwarantanna ( Bydgoszcz 1990), Na jeden sezon (Bydgoszcz 1999), Wybór wierszy (Bydgoszcz 1999), Kartka z kalendarza (2000), Tyle mojego będzie świata (2008). Publikował w wielu almanachach, autor licznych sztuk dla teatrów dziecięcych. Członek Związku Literatów Polskich.

Cybulska

ANNA CYBULSKA ur. 12 kwietnia 1968 roku . Poetka, pisarka, malarka, autorka sztuk teatralnych. Członek Związku Literatów Polskich oddziału bydgosko-toruńskiego i Bydgoskiego Stowarzyszenia Artystycznego. Zadebiutowała w 2005 roku tomikiem Anioły we mnie śpią. Pod auspicjami Nauczycielskiego Klubu Literackiego we Włocławku ukazały się dwa zbiory wierszy: Szklane marzenia (2005) i W twoich dłoniach sen (2006). W marcu 2008 roku pojawiła się książka poetycko-prozatorska Szepty intymne.  W 2009 roku ukazały się: „Wyspy wyobraźni” – proza poetycka, „Wiersze rozedrgane” w przekładzie na język niemiecki Karla Grenzlera i stylizacje wierszy George Sand do Chopina w przekładzie Sławomiry Jasińskiej „Ktoś Pana uwielbia…”. Swoje utwory publikowała w licznych periodykach (Gazecie Kujawskiej, Radziejowianinie, Powiatowym ABC, kwartalniku filologiczno-artystycznym Temat, kwartalniku sZAFa i innych). Również w almanachach: Twórcy Regionu 7 (2007), Rypińskim Albumie Poetyckim (2007) oraz Festiwal Sztuk Rejs 2007 i 2008. Jest laureatką I wyróżnienia w Ogólnopolskim Konkursie im. Franciszka Becińskiego w Radziejowie, w dziedzinie poezji (2006) i I miejsca w dziedzinie prozy (2007) oraz I miejsca w kategorii poezji w 2008 roku. Utwory prezentowała również na antenie Radia PIK. Projektuje okładki do swoich tomików i maluje. Układa muzykę do tekstów, bo poezja śpiewana jest także częścią jej duszy. Zajmuje się promowaniem środowisk twórczych w kawiarni artystycznej Franciszkańska przy klasztorze oo. franciszkanów w Radziejowie. W 2008 roku została uhonorowana przez Burmistrza Radziejowa wyróżnieniem za przyczynianie się do rozwoju miasta i podnoszenie jego prestiżu. W 2009 roku znalazła się w gronie nominowanych do Medalu Jerzego Sulimy-Kamińskiego.

Gładykowska

JOANNA GŁADYKOWSKA –  ur. w 1986 roku w Bydgoszczy, gdzie mieszka i studiuje filologie polską na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Debiut prasowy: „Pod Wiatr” 2004. Publikacje w „Akancie”, „Angorze”, „BiK-u” i „Temacie”. Debiut książkowy: Halo Poezja, „Świadectwo”, Bydgoszcz 2006. Została uhonorowana nagrodą bydgoskiego środowiska literackiego Leonidas 2006. Obecnie prezentuje swoje wiersze na wieczorach poetyckich i uczestniczy w spotkaniach studenckiej grupy literackiej Et Cetera. Jak mówi: „Pływam po powierzchni. Kontakt z ludźmi tworzącymi, z literaturą, z reguły inspirujący, niestety chwilowo okazuje się bezbronny wobec twórczej acedii, jaka mnie dotknęła. Nie zniechęcam się jednak i dla komfortu psychicznego, ufam tym, którzy mówią, że nie jest ona niczym innym jak poszukiwaniem nowej drogi. Szukam więc i obym ją znalazła!”

HycJPG

ELLA HYCIEK – ur. w Toruniu. Studiowała ekonomikę pracy i politykę społeczną  na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, a także filozofię na tej samej uczelni (praca magisterska: Wizja człowieka w twórczości artystycznej i filozoficznej Witkacego) Pracowała w różnych zawodach, jako kierowniczka kadr, nauczycielka promocji, reklamy i marketingu. Mieszka we Francji, w Niemczech i w Toruniu, gdzie ma też pracownię artystyczną obrazów i ikon. Wydała: Wyciszanie – wędrówka przez Miłość, drugie piętro (1991), Trzy wiadra czasu (1995), Szepty serca i krzyki (1996), Dotyk nieba (1996), Pożywka (1997), Smak życia (1997), Legendy toruńskie (1998), Pożądanie (1998), Toruń miłość moja (1998), Przepustka do nieba (2002), Piąta pora roku (2003), Przy studni filozofów (2005). Pochodzi z rodziny o tradycjach niepodległościowych i patriotycznych. Członkini Związku Literatów Polskich, uczestniczka wielu spotkań poetyckich i artystycznych.

KOwalcz

WOJCIECH KOWALCZYK – ur. się w 1957 roku w Bydgoszczy. Ukończył studia pedagogiczne. Jest artystą interdyscyplinarnym, autorem takich gatunków sztuki jak: GHNO art (sztuka właściwościowa), ALO art (rzeźba teoretyczna- antyrzeźba teoretyczna), KATEEM art (ogłaszanie kolorów teoretycznych), MEZIT art (sztuka pośredników), Hiperimpresjonizm parametralny, ARX art ( sztuka odniesiona do osób nieżyjących). W swojej działalności, wypowiada się przeważnie poprzez performance art, ARX art, video art oraz instalację artystyczną. Wprowadził terminy: instalacja prosta (bez dochodzenia do fabuły) i instalacja złożona (z dochodzeniem do fabuły). Swoją twórczość prezentuje podczas przedsięwzięć indywidualnych, a także na ogólnopolskich oraz międzynarodowych festiwalach i wystawach sztuki nowej. Poszukuje jakościowo nowych rozwiązań w sztuce. Współpracował z Galerią Miejską BWA w Bydgoszczy, inicjując spotkania z artystami performance, video art i muzyki eksperymentalnej – „Zdarzenia/Zderzenia Bydgoskie”. Jest autorem teorii poezji „Kategorie emocjonalne poezji, a postęp twórczy w tejże”, opublikowanej w Miesięczniku Literackim „Akant”, Miesięczniku Literacko-Artystycznym „Dlatego” oraz na www.kowalczykwojciech.pl Autor książki poetyckiej pt. Dziennik zajęć i prozatorskiej pt. Lekodintr, wydanych przez Instytut Wydawniczy „Świadectwo” w Bydgoszczy. Członek Związku Polskich Artystów Plastyków, Bydgoskiego Stowarzyszenia Artystycznego, Stowarzyszenia Inicjatyw Kulturalnych w Bydgoszczy, Stowarzyszenia Artystów Sztuk Innych w Warszawie.

Kowalska

JOLANTA KOWALSKA – Absolwentka filologii polskiej i wieloletnia nauczycielka języka polskiego. członkini Związku Literatów Polskich, Literackiego Klubu Nauczycieli, Klubu Polskiej Książki, Bydgoskiego Stowarzyszenia Artystycznego. Wydała tomiki poetyckie: Z sercem cichym jak liść” (1993), Warkocze gwiazd chwytam (1995), Na głos miasta i serca (1996),Kaskaderka (1998), Po trzeciej stronie lustra (2000), Rozwiesiłam w obłokach marzenia (2005). Proza: Góry wspomnień i Wpisany w Szczawnicę. Swoje utwory publikowała w piętnastu antologiach oraz w czasopismach krajowych, lokalnych i branżowych.. Brała udział w wielu konkursach literackich, gdzie zdobywała laury, a z czytelnikami spotykała się podczas  kilkudziesięciu wieczorów autorskich. Odznaczona odznaką Zasłużona dla Kultury Polskiej.

Kozak

WITOLD STANISŁAW KOZAK – ur. się 27 kwietnia 1956 roku w Garwolinie. Jest absolwentem Historii Sztuki Wydziału Nauk Humanistycznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W latach 1975 – 1982 studiował teorię sztuki i malarstwo w pracowni Henryka Stażewskiego w Warszawie.  Jego działalność artystyczna obejmuje grafikę malarstwo i rzeźbę. W latach 1980-1982 pracował jako dziennikarz, będąc redaktorem graficznym w miesięczniku dla Polonii „Hejnał Mariacki.  Jest autorem aranżacji i tablicy pamiątkowej w Izbie Pamięci Stefana Grota-Roweckiego, dawnym lokalu konspiracyjnym Armii Krajowej w Warszawie. Wykonał projekt okolicznościowej pieczątki-datownika, na zlecenie poczty francuskiej, z okazji setnej rocznicy urodzin Le Corbusiera. W kaplicy w Segus (Haut Pyrenees) znajdują się zaprojektowane przez niego witraże. Zrealizował też projekt aranżacji wnętrza jedenastowiecznego zamku Grimaldich w Roquebrune–Cap–Martin (Les Alpes Maritimes) na południu Francji. Witold S. Kozak w swoim dorobku ma kilkadziesiąt wystaw indywidualnych w kraju i za granicą. Uczestniczył także w licznych wystawach zbiorowych w Polsce m. in.: w Warszawie, Poznaniu, Bydgoszczy, Lublinie, Szczecinie, Chełmie, oraz w ponad siedemdziesięciu ekspozycjach międzynarodowych w ośrodkach sztuki nowoczesnej, galeriach uniwersyteckich i galeriach sztuki współczesnej we Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Holandii, Szwecji, Austrii, Portugalii, Belgii, Francji, Monaco, Australii, USA, Kanadzie, Iraku, Meksyku, Argentynie, Japonii, Izraelu i na Litwie. Teksty o sztuce publikował w „Akcencie”, „Literaturze” i ”Temacie”.  Członek (Strażnik) Kapituły Medalu Jerzego Sulimy-Kamińskiego.

Lebioda

DARIUSZ TOMASZ LEBIODA – ur. 23 kwietnia 1958 roku w Bydgoszczy. Pracuje w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Visiting professor The State University of New York at Buffalo (2002). Członek Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC) i Bydgoskiego Stowarzyszenia Artystycznego. Wydał dwadzieścia pięć zbiorów wierszy, m. in.: Samobójcy spod wielkiego wozu, Warszawa 1980 (Nagroda – Pokolenie, które wstępuje, Warszawa 1980); Maria, Bydgoszcz 1982; Najnowszy testament, Bydgoszcz 1983 (Nagroda Imienia Andrzeja Bursy, Kraków 1984); Na chwilę przed końcem świata, Warszawa 1988; Pole umierającej kraski, Kraków 1988 (Nagroda Artystyczna Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, Warszawa 1989) Piloci ultrafioletowych dali, Bydgoszcz 1990 (Nagroda „Fantastyki”); Płacz, moje pokolenie. Wiersze wybrane, Bydgoszcz 1990 (Nagroda Za Najlepszą Książkę Poetycką Roku, Poznań 1990); Czarna kałuża, Bydgoszcz 1993; Kraina jaskółki, Bydgoszcz 1995; Poemat o gwiezdnym chłopcu, Bydgoszcz 1996; Krew jednorożca. Wiersze symboliczne, Bydgoszcz 1997; Czarny jedwab, Bydgoszcz 1999; Tren nowego czasu. Wiersze mistyczne 1979–1999, Bydgoszcz 1999; Cmentarz niebieskich aniołów. Wiersze generacyjne 1980–1999, Bydgoszcz 2000; Black Silk / Czarny jedwab, Nowy Jork / Kraków 2000; Wiersze o miłości i śmierci, Poznań 2001; Black Silk / Czarny jedwab, wyd. II, Kraków 2002 (Symboliczna Nagroda im. Ryszarda Milczewskiego–Bruno w Dziedzinie Poezji, Poznań 2002); Череп Картезія, Вибрані вірші 1980 – 2001, Kijów 2002 Descartova lebka, Opava 2003; Czaszka Kartezjusza, Warszawa 2003 (Nagroda Światowego Dnia Poezji – UNESCO, Warszawa 2003); Kartezijeva lubanja. Izabrane pjesme 1980 – 2000, Split 2004; Descartes’ Schädel, Köln 2005. Proza: Chłopcy z cmentarza Świętej Trójcy, Bydgoszcz 1997. Studia–eseistyka: Mickiewicz wyobraźnia i żywioł, Bydgoszcz 1996 (Symboliczna Nagroda im. Ryszarda Milczewskiego–Bruno w Dziedzinie Eseistyki, Poznań 1999); Pragnienie śmierci, Bydgoszcz 1996; Przedsionek wieczności. Pośród pisarzy Pomorza, Kujaw i Wielkopolski, Bydgoszcz 1998; Ptaki Mickiewicza i inne artykuły romantyczne, Bydgoszcz 1998 (Nagroda Za Najlepszą Książkę Eseistyczną Roku 1998, Poznań 1998); Marmur i blask. Studia. Szkice. Artykuły o poezji polskiej od Mickiewicza do Miłosza, Bydgoszcz 2000, wyd. II 2002; Bryłka bursztynu. Literatura – Regiony – Pogranicza, Bydgoszcz 2001; Słowacki. Kosmogonia, Bydgoszcz 2004; Axis mundi.  Romantyzm – Wiek XX – Nowy czas, Bydgoszcz 2009. Faktografia: Tajemnice życia Karola Wojtyły,  Bydgoszcz 1991; Tajemnica papieża, Bydgoszcz 1997; Tajemnica papieża (wyd. III), Bydgoszcz 1999; Tajemnica papieża (wyd. IV), Bydgoszcz 1999; Papina tajna, Split 2000; Таємниця Папи, Kijów 2001, Tajemství papeže, Praga 2005. Antologie: Droga do Ashramu. Antologia poezji kontrkulturowej, Bydgoszcz 1998; Klejnoty poezji polskiej. Od Mickiewicza do Herberta, Poznań 2001. Wiersze publikował w „Twórczości“, „Odrze„, „International Poetry Review” (USA) oraz w wielu innych periodykach literackich.

Luchowski

STANISŁAW LUCHOWSKI – ur. 7 maja 1951 roku w Biłgoraju. Technikum Mechaniczne ukończył w 1970 roku w Pruszkowie.  W tym też roku rozpoczął studia w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie. Po zaliczonych dwóch latach studiów zrezygnował z nich i przeniósł się do Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Rzeszowie. W 1974 roku zamieszkał w Bydgoszczy i kontynuował studia na Wydziale Telekomunikacji i Elektrotechniki Akademii Techniczno-Rolniczej. Naukę ukończył w 1977 roku, uzyskując tytuł inżyniera elektryka. W tymże roku rozpoczął karierę zawodową, podejmując pracę w Przedsiębiorstwie Robót Górniczych w Mysłowicach, z oddelegowaniem do budowy Kopalni w Bogdance. Zamieszkał w Łęcznej, gdzie przebywał aż do 1989 roku, kiedy to zakończył pracę w górnictwie i przeniósł się do Bydgoszczy. Od 1997 roku pracuje jako agent ubezpieczeniowy. Odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi RP.

Nowak

MAŁGORZATA NOWAK –  ur. w 1974 roku.  Mieszka w Janikowie. W roku 1999 ukończyła studia w zakresie historii w Wyższej szkole Pedagogicznej w Bydgoszczy, a potem Podyplomowe Studia Prawa Europejskiego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Opublikowała następujące zbiory wierszy: Bursztynowe liście (Arkona, Bydgoszcz 1994), Pejzaże wspomnień (Miniatura, Kraków 1994), Sięgnąć Nieba (Radom 1998), Śpiew kolibrów (Kraków 2001) i Spojrzenia czasu (Bydgoszcz 2008). Debiutowała w 1993 roku w regionalnej gazecie „Jezioranin”. Jej utwory ukazały się w kilku antologiach i wielokrotnie publikowane były w prasie. Członkini Związku Literatów Polskich. Zajmuje się też malarstwem i rzeźbą.

Pastuszewski

STEFAN PASTUSZEWSKI – ur. 19 sierpnia 1949 roku w Bydgoszczy, ukończył mechanikę w WSI w Bydgoszczy, pedagogikę w UMK i polonistykę w Uniwersytecie Gdańskim. Poeta, prozaik i eseista. Debiutował w „Politechniku” w 1971 roku. Pracował jako dziennikarz w bydgoskiej prasie: „Ilustrowanym Kurierze Polskim” (1972–1977 ), „Wodniaku Bydgoskim” (1977–1980; redaktor naczelny), tygodniku „Kujawy” (1979–1981, kierownik działu kulturalnego) i czasopiśmie „Wolne Związki” (1980–1981, zastępca redaktora naczelnego). Podczas stanu wojennego został internowany 14 grudnia 1981 roku. W latach osiemdziesiątych XX wieku był kilkakrotnie aresztowany z powodów politycznych i skazany. W okresie tym nie mógł też uzyskać stałego zatrudnienia. Później otrzymał pracę w UAM w Poznaniu (1983–1992). Był również nauczycielem języka polskiego w bydgoskich szkołach średnich (1990–1992). W latach 1991–1993 był posłem na Sejm RP, a w latach 1990–2002 radnym miejskim. Był też wiceprezydentem Bydgoszczy (1994–1998) oraz wiceprzewodniczącym sejmiku samorządowego (1990–1994). W 1987 roku założył Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, a w 1998 roku miesięcznik literacki „Akant”, w którym jest sekretarzem redakcji. Wydał między innymi następujące zbiory wierszy: Druga gałąź (Warszawa, 1977), Dzień, w którym przyszedł (Warszawa, 1977), Odloty (Bydgoszcz, 1978), Trzeba iść (Bydgoszcz, 1989), Imię moje (Bydgoszcz, 1980), Listy do siebie (Gdańsk, 1981), Kuszenie Ikara (Warszawa, 1981), Biały pokój (Warszawa, 1981), Czas ostateczny (Wydawnictwo „Filip”, 1983), Wiersze (Młodzieżowa Oficyna Literacka, 1985), Róża i miecz (Bydgoszcz, 1991), Smak malin i czereśni (Bydgoszcz, 1993), Kobiety są (Bydgoszcz, 1993), Zachłanność (Bydgoszcz, 1994), Listy do Pani (Bydgoszcz, 1995), Przepaść w brzuchu (Bydgoszcz, 1996), Wiersze wybrane (Bydgoszcz, 1997), Sonety i poematy (Agencja Wydawnicza „Gens”, 1999), Po przełomie (Bydgoszcz, 2000), Pamiątki inflanckie (Bydgoszcz, 2003). Jest także autorem powieści Późne majowe popołudnie (Bydgoszcz, 1995) oraz zbiorów opowiadań: Dziwne sprawy (Warszawa, 1980), Szczególny zbieg okoliczności (Bydgoszcz, 1994), Miasto (Bydgoszcz, 1996), Nie-do-opowiadania (Bydgoszcz, 1997), Karły (Bydgoszcz, 2000), Dwanaście miłosnych miesięcy (Bydgoszcz, 2001), Teraz Polska (Bydgoszcz, 2002), Dwanaście pań i panów w lusterkach (Bydgoszcz, 2003). Tłumaczy z bułgarskiego, niemieckiego, rosyjskiego, serbskiego i ukraińskiego. Animator kultury, działacz społeczny i polityczny. Prowadzi badania naukowe w zakresie historii oraz literaturoznawstwa. Laureat XVII Ogólnopolskiego Turnieju Poezji Społecznie Zaangażowanej „Czerwonej Róży” (1976), nagrody „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego” (1996) Nagrody Ryszarda Milczewskiego-Bruno w Poznaniu (2001). W 2003 roku zdobył tytuł „Artysty Roku” w plebiscycie „Gazety Wyborczej (Bydgoszcz)”. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Był członkiem – założycielem Grupy Faktu Poetyckiego „Parkan” (1975 – 1981). W latach 1971 – 1980 należał do Koła Młodych Związku Literatów Polskich.

Pleha

GRZEGORZ PLESZYŃSKI – ur. w 1955 roku w Olsztynie. Studia na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu. Zajmuje się wieloma dziedzinami sztuki:  malarstwem, rysunkiem, grafiką, projektowaniem okładek i plakatów, fotografią, video-artem, performance, happeningiem.  Z wielką pasją i umiejętnością tworzy sztukę z ludźmi spoza kręgów artystycznych. Wciąga ich w obszar działań artystycznych przekazując swoje przesłanie o harmonii człowieka z innymi ludźmi, naturą i kosmosem. Pracuje z ludźmi skazanymi w więzieniach (za swoją dziesięcioletnią pracę otrzymał srebrny medal zasługi z rąk Ministra Sprawiedliwości), współtworzy z ludźmi niepełnosprawnymi i upośledzonymi, uczy dzieci i młodzież (nagroda Ministra Edukacji Narodowej i nagroda Kuratora Oś-wiaty). Od 1999 roku jest  dyrektorem  bydgoskiego  oddziału  Międzynarodowego Muzeum Artystów (International Artists Museum). Był współ-organizatorem Konstrukcji w Procesie 2000 pod nazwą „Ta Ziemia Jest Kwiatem” (Construction in Process „This Earth is a Flower” ). W tym wielkim i ważnym wydarzeniu uczestniczyło 146 artystów z całego świata, tworząc przez dwa tygodnie swoje prace na terenie Bydgoszczy i Pałuk. Impreza ta zaliczana jest do najważniejszych wydarzeń artystycznych na świecie. Biorą w niej udział wielcy artyści sztuki współczesnej. Pisze testy i eseje o sztuce, które są jednocześnie komentarzem do jego twórczych działań i współczesnego świata. Liczne podróże i kontakty artystyczne w sposób znaczący wpływają na jego myślenie. O sztuce i świecie rozmawia z artystami z Afryki, z Indianami, z Aborygenami w australijskim buszu, a także z malarzami z Singapuru, Nowego Jorku, Berlina i Warszawy. Utwierdza to jego przekonanie o ważnej misji sztuki we współczesnym świecie, zdominowanym przez racjonalne myślenie. Sztuka, wywodząc się z magii, ma w sobie siłę, która jest w stanie przeciwstawić się dewiacjom i wynaturzeniom cywilizacji technicznej i przywrócić poczucie harmonii z naturą, wszechświatem i drugim człowiekiem.  Jest autorem projektu edukacyjno – artystycznego pn. „Antydepresyjna Szkoła”. Odbyły się już cztery edycje tego wydarzenia. Wzięło w nich udział około 100 szkół podstawowych i średnich z Polski. Pleszyński działa około 20 lat w Bydgoskim Areszcie Śledczym i innych placówkach penitencjarnych. „Harmonia Sztuki – Harmonia Świata” jest akcją mającą na celu poszukiwanie poprzez sztukę własnej tożsamości i przywrócenie ludziom poczucia przynależności do społeczeństwa. Artysta współpracuje z wieloma bydgoskimi szkołami. Prowadzi warsztaty i prelekcje o sztuce, także o jej filozoficznych odniesieniach do współczesności. Jest autorem wielu projektów artystycznych z ludźmi niepełnosprawnymi, między innymi w bydgoskiej szkole dla osób niedowidzących.

Rink

KAZIMIERZ RINK – ur. w 1948 roku. Poeta, krytyk, dziennikarz, animator kultury. Mieszka w Tucholi. Studiował filologie polską na Uniwersytecie Warszawskim. Twórca i współtwórca wielu Oryginalnych przedsięwzięć o charakterze ogólnopolskim, między innymi „Czwartków literackich” w Tucholi i Chojnickich Nocy Poetów. Od trzydziestu pięciu lat czynnie związany z Polską Federacją Dyskusyjnych Klubów Filmowych i amatorskim ruchem artystycznym (laureat Ogólnopolskich Konkursów Recytatorskich, potem instruktor i konsultant teatralny). Jako dziennikarz debiutował w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku recenzjami filmowymi i teatralnymi na łamach MPT „Radar”. Jako poeta zadebiutował w kwartalniku regionalnym „Tucholanin” (1986). Wydał tomy wierszy: To znowu ja (1987), Nasze małe wieczności (1992), Wiersze (1995), Od świtu do nocy (2003) oraz Rozmowa o wschodzie słońca (2008). Jego wiersze znalazły się w licznych almanachach. Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich I Nagrody Literackiej im. Ryszarda Milczewskiego-Bruna. Jako dziennikarz radiowy zrealizował 130 programów w ramach Radiowej Poczty Literackiej. Obecnie współpracuje z miesięcznikiem „Akant” oraz kwartalnikiem „Temat”. Uhonorowany odznaką „Zasłużony Działacz Kultury”.

Wojtasik

MIECZYSŁAW WOJTASIK – urodził się 12 lutego 1941 roku w Paniewku na Kujawach. Od roku 1966 zamieszkał w Bydgoszczy. Pracował jako inżynier melioracji wodnych, nauczyciel akademicki w Akademii Techniczno-Rolniczej, obecnie jako profesor w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Debiutował w „Faktach i Myślach w 1967 roku. Wydał następujące zbiory poezji: Struna czarnoziemu (WRZZ, 1979), Bezpańskie berło i słowo (KPTK, 1979), Żebro metafizyki (Koło Młodych BO ZLP, 1980), Jeśli pytasz naprawdę (Wydawnictwo Morskie, 1985), Przez bezludne brzegi (Państwowe Wydawnictwo „Iskry”, 1986), Niech ma na imię choćby Kain (Klub „Arkona”, 1991), Po śladach wołania i ciszy (Wydawnictwo „Miniatura”, 1997), Nie pijałem ptasiego mleka (Wydawnictwo „Świadectwo”, 1997), Między mitem i kowadłem (Wydawnictwo „Miniatura”, 2000), Maki bardziej niż krew,(Temat,  2008) oraz zbiór aforyzmów A teraz ja (Oficyna Obecnych, 1979) i fraszek Runda dla poddanego („JPT”, 1997). Publikował w ponad 30 almanachach i antologiach, m.in. w Wielkiej Księdze  Myśli Polskiej (Klub dla Ciebie, 2005) oraz w Złotej Księdze Ludzi Wielkiego Umysłu i Serca (Fundacja „Zdążyć z Pomocą”, 2006). Wiersze jego były tłumaczone na język ukraiński i czeski. Przekładał z języka bułgarskiego, ukraińskiego i rosyjskiego. Od ponad trzydziestu lat zajmuje się promocją początkujących twórców, także krytyką literacką oraz satyrą. Laureat konkursów literackich, m.in. im. Franciszka Becińskiego (1998). Był członkiem Grupy Faktu Poetyckiego „Parkan” (1975-1981) oraz Koła Młodych ZLP (1975-1981), opiekunem Klubu Literackiego „Kujawy” we Włocławku (1981-1984), konsultantem Klubu Literackiego przy Pomorskim Okręgu Wojskowym (1995-2001). Jest od roku 1981 członkiem Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury, od 1978 roku przewodniczącym Klubu Literackiego Nauczycieli Pomorza i Kujaw, a od 2006 roku także członkiem Związku Literatów Polskich.

Impreza została zorganizowana przez Bydgoskie Stowarzyszenie Artystyczne, a współuczestniczyły:  Miasto Bydgoszcz, Miejski Ośrodek Kultury w Bydgoszczy, Związek Literatów Polskich Oddział Bydgosko-Toruński w Bydgoszczy, Pałac Lubostroń w Lubostroniu, Wojewódzki Ośrodek Kultury w Bydgoszczy, Radziejowski Dom Kultury w Radziejowie, Szkoła Muzyczna I-stopnia w Radziejowie, POLIGRAFIA – Janusz Laszczkowski w Bydgoszczy,  Kwiaciarnia „Storczyk” – Beata Bruzda w Radziejowie, Firma Mega Kart – Jarosław Konwent w Radziejowie. Autor i kurator projektu REJSHenryk Narewski. Zadanie zostało sfinansowane przez Miasto Bydgoszcz.

Reklamy

W OBLICZU BARBARZYŃCÓW

Czekając na barbarzyńców, to pierwsza z powieści J. M. Coetzee’ego, która przyniosła mu sławę i uznanie na całym świecie. Polski wydawca określa ją jako alegoryczna opowieść o władzy i wolności. Autor opisuje tutaj życie na skraju Imperium i nieustające jego zagrożenie ze strony barbarzyńców. Jest to wartka narracja starego Sędziego, który skanuj0001posiadł zdumiewającą życiową mądrość. Gdy czyta się kolejne rozdziały tego dzieła, ma się nieodparte wrażenie, że główna postać ma coś wspólnego z bohaterem wiersza Zbigniewa Herberta Powrót prokonsula. Wiemy z lektury tomu esejów Coetzee’go, że zna on twórczość polskiego poety i mógł zwrócić uwagę na jeden z najpiękniejszych jego wierszy. Narrator jego powieści tak opowiada, jakby posiadł wiedzę o dialektyce tyranii i ostatecznym przeciwstawieniu się jej. Tylko realia są inne, u Herberta jest to imperium rzymskie, w czasach Nerona, a w powieści mamy do czynienia z bliżej nieokreślonym krajem afrykańskim, w którego opisie łatwo wskażemy elementy z rzeczywistości Republiki Południowej Afryki. Laureata Nagrody Nobla z 2003 roku charakteryzuje niezwykła lekkość pióra i umiejętność kreowania takiego nastroju, takiej maestrii stylistycznej, że czytelnik ma wrażenie, że wnika swoją świadomością w wykreowane światy. Tutaj mamy do czynienia placówką daleko wysuniętą w nietknięte eksploracją tereny, pośród której panuje psychoza zagrożenia ze strony demonizowanych barbarzyńców. Jak zwykle u tego twórcy, mamy tu drugie dno powieściowe, które czyni z tego utworu hiperboliczną opowieść o ludzkości, pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie. Zawsze człowiek staje w obliczu zagrożeń i zawsze spodziewa się jakiegoś ataku, jakiegoś ciosu ze strony ślepej, nieprzeczuwanej siły. Szczególnie osoby, które wychodzą naprzeciw wyzwaniom, jednostki twardo stojące na ziemi, kreatywne, narażone są na ataki ze strony zinstytucjonalizowanych oprawców, najczęściej tchórzliwych i nie mających pomysłu na życie, a swój ulotny prestiż utrzymujących poprzez zastraszanie i wymuszanie, przez jakieś ciemne interesy i układy w obrębie mniejszej, bądź większej koterii.

Powieść Coetzee’go tchnie też ogromnym erotyzmem i jest rodzajem prowokacji seksualnej – gdy Sedzia pozwala mieszkać w swoim pokoju młodej, niewidomej dziewczynie, namaszcza jej nagie ciało olejkami, jest to rodzaj gwałtu. Z czasem opis tych zachowań przekształca się w studium psychologiczne i próbę odpowiedzi na pytanie, gdzie sięgają granice intymności. Kobieta staje się niewolnicą, a początkowo zastraszona i przyjmująca zabiegi starca z obojętnością, zaczyna uczestniczyć w jego fanaberiach. On nie chce zbliżenia i zimno kalkuluje swoje ruchy, obserwuje dziewczynę i samego siebie w tej sytuacji. Ona jednak budzi się do gry i zaczyna odczuwać przyjemność, sama też zaczyna sterować ruchami mężczyzny. W końcu rodzi się między nimi coś na kształt uczucia, które prowadzi do zdumiewających rozstrzygnięć. Bohater, który w tym momencie jest dowódcą stanicy, podejmuje decyzję, że przygotuje wyprawę ku ziemiom barbarzyńców i zwróci kobietę plemieniu. Opisy mają tutaj swoją soczystość, a akcja nabiera niezwykłego tempa: Każdego ranka powietrze przepełnione jest łopotem skrzydeł powracających z południa ptaków, które długo krążą nad jeziorem, zanim usiądą wreszcie na wąskich pasmach skamieniałej soli na bagnach. Kiedy wiatr cichnie na chwilę, kakafonia ich pohukiwania, kwakania, świstów i gęgania dochodzi do nas jak odgłos rywalizującego z nami miasta na wodzie: miasta kaczek krzyżówek, różeńców, wędrownych gęsi, cyranek, świstunów i traczy. Przybycie pierwszej fali wędrownego ptactwa wodnego jest potwierdzeniem wcześniejszych zwiastunów, tchnień ciepłych powiewów wiatru i zmiany w przejrzystości tafli lodu na jeziorze, która stała się przezroczysta jak szkło. Od tego momentu powieść nabiera cech literatury podróżniczej i niczym nie różni się od dramatycznych opisów wypraw wielkich afrykańskich eksporatorów – Mungo Parka, Henry’ego Mortona Stanleya, Johna Speke’a, Richarda Burtona czy Davida Livingstone’a. Podróżni napotykają wiele problemów, brakuje im wody, odnoszą rany, nie ufają sobie i pałają do siebie nienawiścią, aż wreszcie docierają do miejsca przeznaczenia. Utwór został tak skonstruowany, że stał się też katalogiem ludzkich absurdów i różnych działań, które prowadzą do nich. Takim bezsensownym zdarzeniem jest też spotkanie z barbarzyńcami i przekazanie im kalekiej dziewczyny. Godzą się oni na przyjęcie jej, ale za sowitą opłatą, która nie znajduje uznania w oczach żołnierzy.

Po powrocie do placówki sytuacja ulega radykalnej zmianie, są już nowe władze i nowy dowódca – Mendel, który nie rozumie zachowania swojego poprzednika. Wtrąca go zatem do więzienia, a potem przesłuchuje i gromadzi zeznania nieżyczliwych mu ludzi. Posuwa się nawet do tortur i próby zastraszenia swingowaną egzekucją – tak świat Sędziego staje dosłownie na głowie i nie wiadomo kto jest teraz barbarzyńcą.  Bohater staje się pariasem Imperium i próbuje przetrwać w niesprzyjających okolicznościach. Coetzee pokazuje jak następuje rozpad takiej struktury, jak zaczyna ona murszeć od środka, aż w końcu staje się karykaturą samej siebie. Choć chciało stworzyć podwaliny nowego świata, to w konfrontacji z barbarzyńcami, poddało się prawom rozpadu i starzenia. Na końcu pojawiają się zdania które odnieść możemy do wielu systemów politycznych i do wielu rzeczywistości społecznych: Wszystkiemu winne Imperium! To Imperium wymyśliło historię. Imperium za podstawę swego istnienia uznało nie spokojnie toczący się czas według powracających pór roku, ale szarpiący bieg wzlotów i upadków, początku i końca, katastrofy. Imperium samo siebie skazuje na obracanie koła historii i jednocześnie knuje przeciwko niej. Tylko jedna myśl absorbuje ograniczony rozum Imperium: jak nie dopuścić do swojego końca, jak nie zginąć, jak przedłużyć okres swego panowania. Jest podstępne i bezlitosne, węszące krew psy rozsyła na cztery strony świata. Autorowi udało się połączyć w jednej narracji wizję wielkiego molocha historycznego, dzieje ludzi i osobistą opowieść Sędziego, który jest świadkiem i podmiotem zmian zachodzących w forcie i w całym Imperium. To jest droga od wyżyn władzy do totalnego upadku i znalezienia się na bruku. To szlak od eksperymentów seksualnych do rozpaczy z powodu przemijania, starzenia się i utraty sprawności erotycznej – to wreszcie obraz absurdu egzystencji, pośród której niczego nie można utrwalić, niczego zgromadzić i niczego zaplanować. To przenośnia naszych losów, które są wędrówką od nicości do nicości, od niebytu do niebytu i od nieistnienia do nieistnienia…

CIASTO FRANCUSKIE

Trochę zaniedbałem podawanie moich przepisów kulinarnych, więc poprawiam się i dzisiaj proponuję coś lekkostrawnego, szybkiego i łatwego do zrobienia. Kupujemy w sklepie rulon francuskiego ciasta i rozwijamy na stole, nie zdejmując papieru. Następnie ciasto przecinaczem kolistym do pizzy tniemy na równe kwadraty. Dalej przygotowujemy paski i prostokąty zielonej i czerwonej świeżej papryki, także sporą cebulę tniemy na szerokie wstążki. Dodajemy trochę świeżego imbiru, także pokrojonego jak do potrawy chińskiej. Ważny też jest jeden duży pomidor i trochę przypraw typu oregano, estragon, pieprz, sól czosnkowa, czosnek. Wszystko tniemy w drobne kostki i razem ze wcześniej pokrojonymi cząstkami podsmażamy na oliwie z oliwek lub pestek winogron w woku lub na patelni. To dla wegetarian, a  osoby jedzące mięso mogą wrzucić do mieszanki kawałki kabanosa lub boczku wędzonego. Włączamy piec i rozgrzewamy go do temperatury dwustu stopni, a na blasze do pieczenia wylewamy też trochę oliwy i posypujemy garstką tartej bułki. Rytmicznie poruszając, rozprowadzamy ją na całej powierzchni, dosypując tych drobinek jeśli nie rozłożą się równomiernie. Na kwadratach francuskiego ciasta umieszczamy farsz i szybko zawijamy małe bułeczki. Jeśli ciasto namoknie i zacznie przeciekać, to nie szkodzi. W takiej formie też można piec i danie nie straci na wartości – oczywiście ze względów estetycznych najlepiej robić to szybko, po jednej bułeczce i równie szybko je zawijać. Jeśli położymy farsz na wszystkich kwadratach od razu, to staną się maziste i będą do wyrzucenia. Tak przygotowane danie wkładamy do pieca na kilka minut, aż ciasto stwardnieje i przyrumieni się. Ostatni akord, to wysunięcie blachy z pieca, położenie na każdej bułeczce plastra sera i ponowne zamknięcie na kilkanaście sekund. Ser szybko się roztopi i już… specjalnym płaskim nakładaczem kładziemy danie na talerzu, a na boku przyozdabiamy pozostałością farszu z woka lub patelni. Finis koronat opus, więc kładziemy na każdej bułeczce zielony, świeży listek bazylii lub mięty i podajemy z białym winem…

BŁYSKAWICE

blyskawica1

Dzisiaj dzień był słoneczny i parny, ale wieczorem pogoda radykalnie się zmieniła. Niebo zasnuło się czarnymi chmurami i nadciągnęła burza. Co chwilę mrok rozświetlały piękne i przerażające błyskawice. Lubię w takim momencie wpatrywać się w ciemność i czekać na kolejne uderzenia, na błyski, które w ułamku sekundy przydają rzeczywistości jakiejś nieziemskiej martwoty. Tym razem burza przeszła bokiem i tylko gdzieś daleko, daleko pojawiały się światła, słychać było uderzenia gromu. No i te flesze, energetyczne linie i wzory, które raz po raz pojawiały się na niebie. W czasach młodzieńczych, gdy byłem ratownikiem,  kochałem się kiedyś podczas takiej pogody z piękną, ciemnowłosą dziewczyną. Byliśmy sami w domku nad jeziorem i co jakiś czas nasze kształty odsłaniała w ciemności kolejna błyskawica. Pamiętam, że dotykałem delikatnie palcem jej ust i uczyłem się ich na pamięć. Pieściłem ją najdelikatniej jak umiałem i całowałem gorąco. Rozczesywałem włosy dłonią i czułem niezwykłe ciepło, roztapiałem się w tamtej chwili bez reszty. Przez uchylone okno czuć było ozon i aromat sosnowych igieł. Szum jodeł rymował się z szelestem deszczu. Przypomniałem sobie tamte chwile, gdy stałem przy oknie i wpatrywałem się w ciemność, a energia gwałtownie wyładowywała się pośród chmur i spływała na ziemię. W tych uderzeniach jest tak wiele z gwałtownej miłości…

NA LITWIE

Wilinocerkiew

Wracam myślami do ostatniej wyprawy na Litwę. Tym razem uczestników Maja nad Wilią zakwaterowano w innej części Wilna. Do tej pory rzadko w niej bywałem, choć to rewiry związane z życiem bliskiego mi Czesława Miłosza. Znakomity, wygodny hotel znajdował się na Górze Bouffałowej, w dzielnicy zwanej niegdyś Pohulanka. To okolica, gdzie było gimnazjum Zygmunta Augusta, do którego przyszły noblista uczęszczał, a także bursa, w której mieszkał. W pobliżu umiejscowiony był też cmentarz ewangelicki, na którym pochowano Wawrzyńca Puttkamera, konkurenta Mickiewicza w walce o rękę Maryli, a także jego kochankę z czasów kowieńskich, słynną Wenerę – Karolinę Kowalską. Niestety w czasach sowieckich cmentarz zrównano z ziemią i utworzono park. Została tylko spora kaplica Niszkowskich i wspomnienie nekropolii, jednak szczątki pochowanych tam ludzi nadal znajdują się pod ziemią. Chodząc do centrum i wracając pod górę, często rozmyślałem o Miłoszu, któremu zdarzało się wracać tą drogą w stanie wskazującym na spożycie…, albo o Karolinie, która była nauczycielka miłości Mickiewicza i trwale weszła do legendy romantycznej. Dni były piękne, słoneczne i cieszyłem się barwami rozświetlonego Wilna, ale mimo wszystko najbardziej wzruszyło mnie ono podczas wielkiej ulewy. Musiałem wsiąść do trolejbusu i zza jego zapłakanych okien patrzyłem na budynki i ulice, kontemplowałem ludzi umykających przed deszczem i kryjących się w bramach. Było coś niezwykłego w tym przesyconym śmiercią mieście – nie wiem dlaczego, ale zawsze Wilno kojarzyło mi się ze śmiercią i przemijaniem. Może dlatego, że piękne barokowe kościoły graniczą tutaj z rudymi podwórkami, a kopuły cerkwi pojawiają się w tle starych kamienic, z czarnymi oknami i kruszącymi się fasadami. Powiew śmierci najpełniej odczułem w Wilnie, gdy wszedłem do podziemi kościoła św. Teresy i zobaczyłem kilka, odbywających się naraz, uroczystości pogrzebowych. Tym razem symbolem mojego pobytu w Wilnie była cerkiew Romanowska, zbudowana w 1913 roku, z okazji uroczystości trzystu lat panowania Romanowów. Znana też jest ona jako świątynia św. Konstantyna i św. Michała i wyróżnia się spośród wileńskich cerkwi niezwykłymi, zielonymi kopułami. Fundatorem obiektu był urzędnik carski i znany dobroczyńca prawosławny Iwan Kolesnikow. Różne były losy tej cerkwi, gromadziły się w niej tłumy wiernych, wnoszono do niej w otwartych trumnach wielu zmarłych i odprawiano nabożeństwa żałobne. W czasie pierwszej wojny światowej, podczas niemieckiej okupacji Wilna, zamieniono ją na tymczasowy areszt dla osób, które naruszały godzinę policyjną. Od samego początku miała potwierdzać rosyjskość miasta i może dlatego przez cały czas przynależności Wilna do Związku Sowieckiego, była czynna i modlono się w niej, śpiewano pieśni i obwieszczano, że Chrystus zmartwychwstał. Inspiracją dla budowniczych był styl podobnych obiektów w Suzdalu i Rostowie, natomiast wnętrze utrzymano w stylu staroruskim. Może dlatego jest w środku tak ponuro, skromnie, ciemniej niż w innych wileńskich kościołach prawosławnych.

Maj

W tym roku do Wilna przede wszystkim przyciągnęła mnie konferencja naukowa pt. Miasta o trudnych losach, miejsca stracone i odzyskane. Romuald Mieczkowski, wieloletni organizator tej pożytecznej imprezy, tak oto anonsował spotkanie naukowe: Z różnych powodów zostawiamy swe rodzinne strony i ojczyste miasta. Żeby nie tyle w wielkim, co w innym świecie pobierać nauki, szukać szczęścia, robić kariery. W dziejach Wilna zdarzało się, że właśnie to miasto było celem wędrówki ambitnych młodych osób – nie tylko z pobliskich miejscowości, ale i dość odległych. Od dawnych wieków w grodzie nad Wilią rozbrzmiewały różne języki, sąsiadowało ze sobą niezwykłe bogactwo kultur, tworząc niepowtarzalną aurę magiczności grodu – samego w sobie i przyjaznego dla swoich mieszkańców. Ale dzieje Wilna jakże często nie były łaskawe – miasto przechodziło z rąk do rąk, a wielu jego mieszkańców po przegranych powstaniach i w wyniku carskich represji trafiało na Syberię, dzieliło los tułaczy na ogromnych połaciach Imperium Rosyjskiego, zmuszonych było do emigracji. Inaczej, jak tragicznym exodusem, nie da się określić wygnania z miasta elity społeczeństwa wileńskiego i zniszczenia jego tkanki podczas drugiej wojny światowej i po niej. Zmieniały się ustroje polityczne, składy narodowościowe, a miasto trwało, zachowując niektóre tradycje i pamięć o wilnianach; potrafiło zauroczyć swym pięknem nowo przybyłych mieszkańców. Jeszcze do niedawna rozważanie na ten temat uchodziło za zakazany temat, zresztą i dzisiaj stanowi on swoiste tabu w wielu kręgach. Ale żeby kochać świadomie jakieś miasto czy kraj, trzeba znać jego historię, nauczyć się mądrego dystansu do dziejów, których uczestnikami był niekiedy ktoś inny. Podczas konferencji uzewnętrzniła się owa wielokulturowość miasta nad Wilią i Wilenką. Głos zabierali przedstawiciele społeczności rosyjskiej, litewskiej, polskiej, tatarsko-karaimskiej, a także białoruskiej. W tym ostatnim przypadku głos zabierał przywódca opozycji białoruskiej, mieszkający w Nowym Jorku Zianon Pazniak. Miałem okazję trochę z nim porozmawiać i spostrzegłem, że jest to człowiek o niezwykłej osobowości, jakoś od razu kojarzący mi się z intelektem takich pisarzy jak Miłosz, Brodski czy Venclova. Ja właśnie miałem referat o Wilnie twórcy Ziemi Ulro i cieszę się, że mój głos zabrzmiał pośród tylu interesujących wypowiedzi. Konferencja odbywała się w Ambasadzie Polskiej, w restaurowanym na jej potrzeby Pałacu Paców i zakończyła się wspólnym posiłkiem, podczas którego uczestnicy jeszcze długo wymieniali myśli i dyskutowali o przedstawionych tekstach. Choć program wydawał się przeładowany, to dzięki sprawnemu prowadzeniu obrad przez Romualda Mieczkowskiego i Józefa Szostakowskiego, wszystko przebiegło gładko i z werwą, charakteryzującą spotkania ludzi zainteresowanych i żywo reagujących na artykułowane treści.

DSC01887
Wilia w okolicach Niemenczyna

Tegoroczny program był bardzo ciekawy i obejmował między innymi: mszę św. w kościele Franciszkanów, z liryczną refleksją poetów, wycieczki po mieście, które jest w tym roku stolicą kultury europejskiej, spotkanie poświęcone pamięci Teodora Bujnickiego na Zwierzyńcu. To pierwszego dnia, zaraz po przyjeździe gości zagranicznych, a w niedzielę jak co roku miała miejsce inauguracja przy pomniku Adama Mickiewicza i czytanie wierszy w Zaułku Bernardyńskim, gdzie poeta pisał Grażynę i gdzie urządzono niewielkie muzeum mu poświęcone. W takiej scenerii niezwykle ciekawie i wzruszająco zabrzmiały teksty wieszcza, przedstawiane przez młodych aktorów z Polskiego Studia Poetyckiego. Po południu odbyła się omówiona wyżej sesja naukowa, w której udział wzięli między innymi: dr Rimantas Miknys, Dyrektor Instytutu Historii Litwy (Wilno); dr Zianon Pazniak, intelektualista, lider Białoruskiego Frontu Narodowego (Warszawa – Nowy Jork); Tomasz Łubieński, pisarz, redaktor naczelny „Nowych Książek” (Warszawa); Pranas Morkus, animator kultury (Wilno) dr Andrius Konickis, eseista, redaktor naczelny „Naujoji Romuva”, przedstawiciele rosyjskich, białoruskich, żydowskich, tatarskich i karaimskich środowisk kulturalnych Wilna, dr Józef Szostakowski (Wilno), Dorota Jaworska z Kijowa oraz piszący te słowa. Dalej – podczas Maja nad Wilią – miała miejsce dyskusja na tematy translatorskie i odbył się turniej jednego wiersza dla młodych twórców. Po południu goście i twórcy z Litwy udali się do Niemenczyna, ale wcześniej zatrzymali się w urokliwym zakątku, zwanym Belmont, a związanym z wycieczkami filomatów i filaretów. Mieści się tam teraz duży kompleks restauracyjno-wypoczynkowy, a gości przyciąga niewielki wodospad Wilenki i jej wspaniałe rozlewisko. Fotografowałem czarne łabędzie, które upodobały sobie to miejsce i wchodziłem głęboko w rzekę po wystających kamieniach. Dalsza droga wiodła do wskazanego wyżej miasta, w którym przyjęto nas gościnnie, z muzyką i słowem poetyckim. Czytaliśmy wiersze, rozmawialiśmy o polskich korzeniach i o urokliwych zakątkach Litwy. Właśnie do takiego miejsca, pośród lasów, nad żwawo płynącą Wilią, zabrano nas i ugoszczono wspaniale. Te piękne chwile umilał zespół regionalny, a ja mogłem trochę pochodzić nad rzeką, poprzyglądać się naturze, ptakom i roślinom, pięknie rozkwitającym i bujnie porastającym brzegi. Wracaliśmy z Niemenczyna rozbawieni i dotlenieni, komentujący rzeczywistość litewską i cieszący się ze spotkania z życzliwymi i gościnnymi ludźmi.

Rossa

Ostatni dzień także pełen był zdarzeń, a na plan pierwszy wysunęło się zwiedzanie Muzeum Narodowego, w którym wiele jest polskich pamiątek. Nacjonalizm państwa, które niedawno odzyskało niepodległość, każe zamieniać polskie nazwiska na odpowiedniki litewskie i wychodzi z tego niezwykłe dziwactwo. Mickiewicz nie może być na Litwie Mickiewiczem – musi być Adomasem Mickieviciusem i podobnie jest z malarzami. Na mnie największe wrażenie zrobiły dzieła Ferdynanda Ruszczyca, który miał pracownię obok domu, w którym mieszkał Juliusz Słowacki. Jego wielkie obrazy, przedstawiające Litwę i szeroko rozwarstwiające się nad nią chmury, tony ołowiane, granatowe i szare, głęboko wryły się w moją pamięć. To był środek tygodnia, a więc organizatorzy zaplanowali też środę literacką, która w międzywojniu i przez wiele lat odbywała się w Celi Konrada, na terenie dawnego klasztoru księży Bazylianów, ale po zmianie właściciela została zlikwidowana i włączona w ciąg pokoi hotelowych. Czytano zatem wiersze na podwórzu i w taki symboliczny sposób nawiązano do w poetyckiej tradycji. Uczestnicy udali się też na wileńską Rossę, gdzie jest prawdziwy memoriał polskości i znajdują się groby ojca Słowackiego i jego ojczyma, Lelewela, Syrokomli, filomaty Pietraszkiewicza, członków rodziny Piłsudskiego, w tym jego matki. To tutaj nakazał Marszałek złożyć swoje serce i wyryć na kamieniu, wzięte z Wacława i z Beniowskiego Juliusza Słowackiego, motta życiowe: Ty wiesz, że dumni nieszczęściem nie mogą/ Za innych śladem iść tą samą drogą i Gdy mogąc wybrać, wybrał zamiast domu/ Gniazdo na skałach orła, niechaj umie/ Spać, gdy źrenice czerwone od gromu/ I słychać jęk szatanów w sosen szumie/ Tak żyłem. Dla mnie wielkim doświadczeniem jest też za każdym razem pochylenie się nad grobem wielkiego artysty, kompozytora, grafika i malarza litewskiego Mikołaja Konstantego Čiurlionisa. Dostrzegam w jego drodze twórczej niezwykłe dążenie do doskonałości i próbę życia pośród sztuki i dla sztuki. Dobrze, że tego ucznia Ruszczyca i prekursora abstrakcjonizmu, który skończył w polskim domu dla obłąkanych, pochowano na Rossie, pośród tylu artystów i twórców, ale też i prostych ludzi, którzy pojawiali się na drogach i szlakach Litwy. Maj nad Wilią, jak co roku zakończył się w Polskiej Galerii Artystycznej, a jej gościnna właścicielka – Wanda Mieczkowska – stworzyła niepowtarzalną aurę bliskości i subtelnego piękna. Pośród wiszących na ścianach obrazów toczyły się ostatnie dyskusje, rozmawiano o imprezie, wymieniano poglądy. Wśród uczestników była pani senator Barbara Borys-Damięcka, która pokazała jak urzędnik państwowy z wielką klasą czynnie wspiera ważne dla polskości inicjatywy, a przy tym przydaje blasku, wzbogaca swoją obecnością imprezę. Zresztą zarówno Konsul RP w Wilnie Stanisław Kargul, jak i ambasador Janusz Skolimowski, stanęli na wysokości zadania i także pokazali się z jak najlepszej strony. Warto wspierać tego rodzaju imprezy i warto brać w nich udział, bo nasz Skarb – Polska – jest tam, gdzie serca nasze…

WILNO

Znowu w maju stoję na wieży zamkowej
i patrzę na połyskujące srebrzyście Wilno

Mgły podnoszą się z traktu Gedymina
Przy uniwersytecie pięciolinie uliczek
Omszałe klawikordy dachówek
I zielone źrenice starego obserwatorium
Tędy chodził Mickiewicz i Słowacki
Tutaj sunął cień Kraszewskiego i Syrokomli
Tu Sarbiewski pochylał się nad pergaminową księgą
I Gałczyński pił wódkę i Miłosz pił wódkę
Nad placem katedralnym śmigają jerzyki
i słychać krzyk głodnej pustułki
Barokowe kościoły secesyjne drzewa
I czarna wstęga wijącej się Wilii

Skąd tyle świętości pośród tych dolin i pagórków?
Jakie moce skupiły tu tyle światła tyle mroku?
Święta Faustyna na Antokolu wpatrzona w tęczę
W Ostrej Bramie puls Serca Niepokalanego
Ludzie tutaj dobrzy jak ciemny chleb
Ludzie tutaj twardzi jak kamień
Nauczyli się walczyć o piękno
I nigdy nie porzucili myśli
o prawdzie i o wolności

Znowu w maju wchodzę w zaułek bernardyński
i lotny jak jerzyk śmigam myślą
w powietrze

2005

SEN XI

clouds35

Westchnął głęboko, wyprostował się w śmiertelnym skurczu i z uczuciem ulgi zamknął oczy. Jakiś wysoki dźwięk pojawił się w jego świadomości i poczuł, że spada w bezdenną głębię. Gęsta, błotnista czerń oblepiała go ze wszystkich stron. Tak długo czekał na moment, gdy zgaśnie świadomość, a teraz myśli wciąż podążały za nim, były w nim, choć świata już przy nim nie było. Stale opadał, wirował jak liść oderwany od drzewa. Czuł się lekki, choć nie opuszczało go napięcie, ciekawość, kiedy skończy się wszystko, w jaki sposób rozwieją się obrazy. Leciał w dół, a może pchało go w górę, spadał albo mknął gdzieś wysoko, gdzieś daleko. Nie rozumiał co się z nim dzieje, niczego nie czuł, nie docierały do niego żadne wrażenia zmysłowe. Czerń bardziej czuł wokół siebie niż widział, lot bardziej odtwarzał niż przeżywał. Trwało to może chwilę, może bardzo długo, nie potrafił tego określić, bo stracił poczucie czasu. Równie dobrze mógł zatem wisieć w jakiejś przestrzeni bez wymiarów, w jakiejś odwiecznej poczekalni, albo ledwie unosić się nad stygnącym ciałem. Nagle gdzieś w nim, gdzieś w samym centrum świadomości pojawiły się obrazy jego z życia. Tak dalekie, tak obce, jak film wyświetlany nie wiedzieć gdzie i nie wiedzieć przez kogo. Dobrze znał to wszystko, dobrze wiedział co się wydarzyło, ale dopiero teraz zobaczył ogrom zła jakie było jego udziałem. Czekał na dobre wydarzenia, na obrazy miłości i ślubu, na narodziny córki i syna, a widział stale sceny nacechowane złem, okrucieństwem, kłamstwem i grzechem. Pojawiały się wyrastając nie wiadomo skąd, niczym liście ogromnego drzewa, a potem zwijały się, więdły i opadały gdzieś w dół. Na ich miejscu zaraz wyrastały nowe, które także poddawały się temu procesowi. Teraz już liści spadało tak dużo, że przypominały deszcz, narastającą gwałtownie ulewę. Te, które były bliżej jego świadomości śledził od momentu ich wykwitnięcia i rozrostu, a potem szybkiego zwiędnięcia. Na najbliższym zobaczył siebie w łóżku z inną kobietą, dalej zabijał motyla, tuż obok bił syna. Wciąż nie widział dobrych uczynków, stale wyrastały z mroku złe chwile. Nagle jego świadomość uchwyciła coś, jakby delikatną mgiełkę, przemykającą między obrazami. Potem drugą, potem następną, coraz większą, coraz rozleglejszą. Powoli łączyły się w gromady i coraz bardziej przypominały chmury. Teraz wyraźnie czuł, że spada, mija zwałowiska chmur, jakby utkanych z łabędziego pierza, delikatnych i lekkich. Jego lot zamienił się w stan nieważkości, delikatnego osiadania, aż nagle znalazł jakby grunt pod nogami. Powoli wracało poczucie jedności miejsca i czasu, cała harmonia zmysłów. Najpierw dotknął stopami ziemi, albo czegoś przypominającego ziemię. Potem jakby lekkie wdmuchnięcie w coś jakby ciało, choć stale czuł jeszcze wokół siebie ciemność. Czyżbym miał znowu oczy… taka myśl niczym błysk przemknęła przez świadomość i zburzyła jego wewnętrzną harmonię. Wrócił strach, wróciło podejrzenie, że coś jest nie tak, że to miraż, sen w żywym ciele, straszna ułuda. Powoli jednak uniósł powieki albo coś, co wydawało mu się nimi. Stał w jakiejś gęstej mgle i niewiele widział, opary snuły się wokół niego, pędziły w różnych kierunkach, okrywały szczelnie całą przestrzeń. Spojrzał do góry i zobaczył, że przez smugi i dymy prześwituje jakieś dobre, złociste światło. Wpatrywał się w nie i bardzo chciał się do niego zbliżyć, ale stale pozostawał w tym samym miejscu, stale tkwił w tej samej przestrzeni. Im bardziej się wpatrywał, tym blask stawał się żywszy, tym światło bardziej pulsowało i rozsuwało opary, oddalało chmury. Powoli rzeczywistość, w jakiej się znalazł nabrała konturów i barw, jakby to światło roztopiło jakieś niewidzialne lody, jakby ogrzało i rozproszyło mgły. Witaj… usłyszał w sobie.

ROK JULIUSZA SŁOWACKIEGO

SłowackiDwieście lat temu, w niewielkim miasteczku Krzemieniec, leżącym pośród pagórów i dolin Wołynia, urodził się Juliusz Słowacki. Przeżył zaledwie czterdzieści lat, a gdy umierał przy ulicy Pontieu 30 w Paryżu, zostawiał po sobie jeden z najpiękniejszych dorobków w literaturze polskiej. Trudno byłoby nam dzisiaj wyobrazić sobie przestrzeń polskiego słowa bez jego liryków, Kordiana, Balladyny, Fantazego, poematów: Beniowski i Król Duch, a także dramatów mistycznych czy niezwykłych pism prozą, listów do matki i do innych adresatów. Kierując się dobrem narodowej kultury i wspominając, w tym szczególnym roku dwóch jubileuszów, naszego wielkiego romantyka, Sejm Rzeczpospolitej Polskiej podjął 9 stycznia 2009 roku następującą uchwałę: W roku 2009 przypada dwusetna rocznica urodzin Juliusza Słowackiego, a zarazem sto sześćdziesiąta rocznica jego śmierci. Naszym obowiązkiem jest uczcić i przypomnieć jednego z najwybitniejszych w polskich dziejach poetę. Poezja Juliusza Słowackiego pozostaje i pozostanie jednym z najważniejszych dokonań polskiej literatury. Jego twórczość to najwyższej próby romantyzm o wymiarze europejskim. Jest to literatura otwarta na świat i inne kultury, ale nieuciekająca od tematów lokalnych, łącząca polską kulturę i historię z kręgiem antycznej cywilizacji greckiej, pełna fantastyki i wizjonerstwa. Słowacki to poeta przeżywający polskość w sposób najgłębszy, niewahający się pokazać rozterek i dramatów temu towarzyszących. Jego utwory były duchową inspiracją dla wielu pokoleń Polaków walczących o odrodzenie Państwa Polskiego. Niech Rok Słowackiego stanie się okazją do przypomnienia zasług, twórczości i postaci wielkiego polskiego twórcy romantycznego, jednego z tych, którym Polska zawdzięcza przetrwanie duchowe i narodowe pod zaborami. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ogłasza rok 2009 Rokiem Juliusza Słowackiego.

Juliusz Słowacki umarł 3 kwietnia 1849 roku na gruźlicę. Choroba wyniszczyła go tak bardzo, że nie miał już siły wychodzić z domu. Błogosławiony Zygmunt Szczęsny Feliński – jego uczeń i przyjaciel, wierny mu do ostatnich chwil – pozostawił taki oto, wzruszający opis tej śmierci: „Siły opuszczały go wyraźnie, częste miewał duszności, nie skarżył się jednak i nie zmieniał trybu życia, tak że trudno było przypuszczać, by ostateczna katastrofa była już bliska. Kiedy w dzień zgonu przyszedłem do niego około ósmej z rana, zastałem go na nogach i jak co dzień ubranego, był jednak niespokojny i wyznał, że w nocy sądził, iż go duszność zadławi. Toteż prosił, bym niezwłocznie sprowadził księdza Praniewicza dla udzielenia mu ostatnich sakramentów. Podczas gdy ja spełniałem to polecenie, on posłał odźwiernego po malarza Pétniaud, tak że wróciwszy z księdzem jużem go zastał przy chorym. Ucieszył się Juliusz na widok sługi Chrystusowego i wnet przystąpił do spowiedzi. Kiedy na głos dzwonka weszliśmy do sypialni zastaliśmy Juliusza klęczącego o własnej mocy w oczekiwaniu na komunię św. Zaopatrzywszy chorego sakramentami na drogę wieczności, kapłan opuścił mieszkanie, a wówczas dopiero zaprowadziliśmy osłabionego zbytnim wysiłkiem Juliusza do jego łóżka i położyliśmy go na nim w ubraniu dla wypoczynku jedynie, nie podejrzewając wcale bliskiego zgonu. On jednak czuł zbliżającą się ostatnią chwilę, gdyż rzekł do nas, składając głowę na poduszkę: „– Może to już w tym położeniu przyjdzie pożegnać tę ziemię.” Powiedział to z łagodnym uśmiechem, bez żadnego żalu i niepokoju. Wtem wszedł odźwierny i wręczył mu list z poczty. Poznał wnet Słowacki rękę matki i twarz jego się rozjaśniła; nie był już jednak w stanie rozłamać pieczęci, mnie więc polecił przeczytanie, sam zaś słuchał w skupieniu, przymknąwszy powieki. Gdym skończył, otworzył oczy i ze spokojnym rozrzewnieniem rzekł do mnie po polsku: „– Jaki Bóg dobry, że przed zgonem daje tu jeszcze tę wielką pociechę. Pożegnanie i błogosławieństwo matki… Powiedz jej, gdy ją obaczysz, że gdyby mi było wolno oddać duszę mą w jej ręce nie oddałbym jej z taką ufnością, z jaką składam ją teraz w ręce Boga.” Po dłuższej chwili milczenia dodał jakby ostatnią swą wolę: „– Rzeczy cenniejsze i rekopisma odesłać Teofilom: odzież i bieliznę rozdać ubogim, listy zaś prywatne spalić.” Wkrótce potem przyszła duszność, która bez wyraźnego cierpienia zabrała ostatnie tchnienie tego tak powszechnie zapoznanego wówczas wieszcza. Dwóch nas tylko było świadkami tego zgonu, który tak głęboko wrył się w młodą pamięć moją, że i dziś jeszcze zdaje mi się, że patrzę na ten bolesny, a tak budujący obraz. (Podaję za opowieścią biograficzną Zbigniewa Sudolskiego) Malarz Pétiniaud, chcąc go ratować, nacierał w ostatnich chwilach skronie poety. Ale było już za późno. Odszedł we wtorek w Wielkim Tygodniu, około godziny czwartej popołudniu. Pozostawił twórczość, która dla wielu jest największym osiągnięciem polskiego romantyzmu i sławę – wspomnienie prostego, przepełnionego cierpieniem życia. Piątego kwietnia tegoż roku, około godziny trzynastej odbył się na cmentarzu Montmartre skromny pogrzeb. Przyszło trzydziestu rodaków, a wśród nich Cyprian Norwid, brakowało Krasińskiego, brakowało niestety Mickiewicza. Rzucano bez słowa grudki ziemi na dębową trumnę… Taki był koniec życia i pierwszy pogrzeb Juliusza Słowackiego. Sto pięćdziesiąt lat temu, w poświęconej przez księdza paryskiej ziemi. Drugi pogrzeb miał miejsce w Krakowie. 28 czerwca 1927 roku prochy poety spoczęły w Krypcie Królewskiej na Wawelu, tuż przy sarkofagu Mickiewicza. Już od 1899 roku, czyli od prapremiery Kordiana luminarzy polskiej nauki i kultury nurtowała myśl by sprowadzić prochy poety na Wawel. Jednak – jak pisze Zbigniew Sudolski – Akcja ta napotkała na silny opór kręgów konserwatywnych. Ze wzmożonym nasileniem idea ta nurtowała społeczeństwo i powracała zwłaszcza w okresie obchodów rocznicowych w roku 1909 (stulecie urodzin) i w latach 1924-1927 (75-lecie śmierci). Ostatecznie tyloletnie starania zakończyły się triumfalnym sprowadzeniem zwłok Juliusza Słowackiego na Wawel w czerwcu 1927. Przy okazji tych przenosin zbadano niewielką rozmiarami czaszkę i szczątki kości poety. Czas zrobił jednak swoje i niewiele już pozostało z doczesnych kształtów Juliusza. Przy ekshumacji obecny był Jan Lechoń, któremu potem Tuwim zadedykował wiersz, opisujący drugi pogrzeb wieszcza. To podczas tej uroczystości i na jej zakończenie, Józef Piłsudski, wielki miłośnik poezji Słowackiego, wydał grupie oficerów rozkaz: W imieniu rządu Rzeczypospolitej polecam Panom odnieść trumnę Juliusza Słowackiego do krypty królewskiej, by królom był równy. Gdy wspominamy te wielkie chwile i myślimy o Juliuszu Słowackim, pragniemy znaleźć ogólną formułę dla jego dokonań i chcemy umieścić go pośród największych europejskich romantyków. Tym też kierowały się polskie uniwersytety, gdy ogłosiły, że zorganizują konferencje naukowe poświęcone poecie i jego dorobkowi. Uniwersytet Warszawski i UMCS, a także Uniwersytet w Białymstoku, zaproponowały uczonym i miłośnikom talentu Słowackiego ciekawe tematy do naukowej penetracji.

Na razie odbyła się tylko międzynarodowa konferencja w Białymstoku pt. Piękno Słowackiego, w której wzięło udział ponad stu uczonych z kilkunastu krajów. Powstało wiele znakomitych referatów, które zasilą planowaną księgę pokonferencyjną. Zapewne – zważywszy na ilość wystapień i wagę podjętych tematów – składać się ona będzie z kilku obszernych tomów i stanie się prawdziwym pomnikiem myśli, wzniesionym przez uczonych w roku jubileuszowym. Myślę, że Sejm RP, ogłaszający Rok Juliusza Słowackiego, wniesie istotny wkład finansowy przy tej niezwykłej i bardzo potrzebnej publikacji. Szkoda, że przy okazji jubileuszu nie powołano zespołu badaczy, którzy stworzyliby nowe wydanie dzieł poety, tak potrzebne i budzące tyle kontrowersji. Podczas konferencji pojawiły się  takie głosy, wszystko wszakże  rozbija się o fundusze. Myślę jednak, że kraj taki jak Polska, powinien znaleźć środki na wydanie dzieł wieszcza – skoro Sejm wskazuje wielką wagę jego dokonań w zakresie zachowania polskiej państwowości i języka, powinien też podjąć uchwałę o stworzeniu nowego wydania dorobku poety. Byłaby to praca ogromna, uwzględniająca liczne zawiłości wydań wcześniejszych, a także korygująca najnowsze – nie zawsze sensowne – próby wydawania dzieł. W Białymstoku była piękna pogoda i na budynku Wydziału Humanistycznego znakomicie prezentował się wielki banner, informujący mieszkańców i przybyłych gości o odbywających się obradach. Ponoć podejmuje się próby nadania Uniwersytetowi w Białymstoku imienia autora Grobu Agamemnona, co byłoby jeszcze jednym uhonorowaniem tego twórcy. Starałem się wysłuchać jak najwięcej referatów, a uzupełnieniem były świetne występy aktorów w Teatrze im. Aleksandra Węgierki, koncert orkiestry filharmonicznej, recytacje i dyskusje. Dzięki wyjazdowi do Białegostoku mogłem spotkać się z wieloma znanymi ludźmi nauki, wszak uczeni zajmujący się romantyzmem to wielka naukowa rodzina. Jak w każdej z nich zdarzają się okresy szczęścia i rozwoju, bywają też kłótnie i ciche dni, czasem jakieś intrygi i wojenki podjazdowe. Tutaj oczywiście przewagę brała nauka przez duże N, więc wielkie dzięki należą się prof. Jarosławowi Ławskiemu i prof. Halinie Krukowskiej za włożone serce w przygotowanie konferencji. Niestety niemiłym zgrzytem i afrontem w stosunku do organizatorów był udział w niej Wiesława Trzeciakowskiego z Bydgoszczy i przykro mi się zrobiło, że mieszkaniec mojego miasta w taki sposób sprofanował Piękno Słowackiego. O tym autorze wierszy, dyskusyjnych przekładów i czegoś, co sam nazywa prozą, pisał 13 czerwca 2007 roku „Express Bydgoski”: Według dokumentów znajdujących się w IPN, Wiesław Trzeciakowski na początku lat 80. donosić miał na lokalnych artystów i dziennikarzy. Podano też pseudonim „Mercedes”, a Ewa Starosta ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich informowała, że była wraz z innymi osobami ofiarą jego enuncjacji. Nigdy chimeryczna i plotkarska twórczość tego człowieka mnie nie interesowała, a jedynie przyglądałem się jego działaniom, zawsze mieszczącym się w obrębie jakiejś koterii, zawsze zaczepnym i naiwnie próbującym przewracać świat do góry nogami. Tutaj – podczas konferencji – Trzeciakowski wyświetlił na ekranie czarno-białą reprodukcję obrazu Jacka Malczewskiego i zaczął opowiadać jakieś banialuki. Tematem miał być Janusz Bednarski, którego grafomańskie wiersze czytał i określał jako coś wybitnego, mającego ponoć związek ze Słowackim. Skłamał, że tekst ten publikował w latach osiemdziesiątych, a teraz prezentuje poszerzoną wersję, powołał się też na wybitnego znawcę literatury Młodej Polski, którego wcześniej w bezczelny sposób obsmarował w swoim zbiorku pseudo-opowiadanek. Ponoć ten profesor miał potwierdzić wagę owego chłopca dla literatury Młodej Polski. Oczywiście spytałem o to wskazanego Profesora i był on zdumiony powoływaniem się na jego opinię i po powrocie do domu, natychmiast zareagował na tę bezczelność odpowiednim listem do organizatorów. Jak się okazało Trzeciakowski był na konferencji na dziwnych prawach, bo przecież udział warunkowany jest wygłoszeniem oryginalnego, nowego referatu. Tutaj znakomity hotel i wyżywienie, a także pobyt w rozsłonecznionym Białymstoku, przypadł Trzeciakowskiemu za poczytanie tekstu, który wcześniej opublikował jako felieton w „Dekadzie Literackiej” (Młodopolski gimnazjalista z skrzydłami anioła, DL 1998, nr 5-141). Warto zainteresować się jaka instytucja delegowała tego człowieka na konferencję… Gaworząc na kanwie opublikowanego wcześniej tekstu, sam o sobie powiedział, że jest znany w polskich uniwersytetach jako tłumacz Novalisa, a potem snuł „refleksje” o Bednarskim i o jego pięknej, zachwycającej fryzurze: Obraz Jacka Malczewskiego z 1907 roku, przedstawiający młodzieńca o ładnej, okrągłej twarzy, ze skrzydłami u ramion, oglądałem kilka razy z różnych okazji. Nie wiedziałem wówczas, kim jest ten tajemniczo uśmiechnięty chłopiec, ze wstydliwie opuszczonymi oczami. Najdziwniejsza jednak zdawała mi się fryzura tego chłopca: włosy roztańczone, jakby układane przez wiatr, falujące jak morska grzywa, a przecież nienaturalnie unoszące się w górę, ukształtowane tak jak fryzury japońskich szlachcianek z epoki samurajów. Twarz, włosy i skrzydła tworzą całość; z obrazu emanuje czystość, wzniosła dusza, ucieleśniona niewinność. Tak, młodzieniec, fryzura i samuraje, aha i jeszcze „ucieleśniona niewinność”. Jedynym związkiem tego autora ze Słowackim było to, że ponoć lubił tego romantyka i w grafomańskich dziełkach nawiązywał do niego. Oczywiście ten incydent – mający raczej lokalny, nasz bydgoski wymiar – w żaden sposób nie wpłynął na wagę całej konferencji. Brylowali na niej wielcy profesorowie z uniwersytetów polskich i zagranicznych, dzielono się uwagami, dyskutowano o wielu problemach pojawiających się w ogromnej spuściźnie autora Horsztyńskiego, a nade wszystko tworzono klimat zrozumienia, naukowej współpracy i chęci znalezienia najwłaściwszych interpretacji dzieł Juliusza Słowackiego. A Trzeciakowski, cóż… był rodzajem komicznego dodatku i nieco mnie rozbawił… trochę zrelaksował… Pokazał też jak z wielkiej rzeczy robi się coś płaskiego,  obwarowanego kłamstwem i bezczelnością. Żydzi określają takie postępowanie słowem hucpa…

Newer entries »

%d blogerów lubi to: